Szorstkie stopy po zimie? Mam na nie sposób!

Zima nie służy stopom. Suche powietrze, skarpety, ciepłe buty. A przy tym szczerze mówiąc i mniej uwagi w stosunku do tej, jaką poświęcamy o wygląd tej części naszego ciała latem. Bo zimą jakoś mniej istotny robi się ładny lakier na paznokciach stóp.

Z wiekiem mam co raz bardziej suchą skórę. Brzmi jak gadanie stetryczałego człowieka, ale tak jest w rzeczywistości. Oprócz nowych wiosen na plusie, z pewnością powodem jest też ciąża, po to właśnie po porodzie zauważyłam, że kondycja stóp i dłoni nie jest tak dobra jak bym tego oczekiwała po zabiegach, którymi je traktuję. Owszem, są miękkie i delikatne, gdy wieczorem wymoczę je w wodzie z dodatkiem soli morskiej, a następnie potraktuję pumeksem lub peelingiem. Ale powiedzmy sobie szczerze, kto przy małym dziecku ma na takie przyjemności codziennie czas? Ja nie mam.

Dlatego strzałem w dziesiątkę okazał się elektroniczny pilnik do stóp Scholl Velvet Smooth Express. Od razu uprzedzę – nie spodziewałam się cudu, więc pewnie dlatego uniknęłam rozczarowania, o którym można wyczytać na różnego rodzaju forach. Choć stopy mam mega suche, to nigdy nie dopuszczam do tego, by naskórek rogowaciał. Dlatego przynajmniej raz w tygodniu lecę po nich zwykłą tarką. Ktoś powie w takim razie po co mi elektroniczny pilnik? Otóż jest świetnym dodatkiem, bo nic tak dobrze nie wygładza skóry jak on.

DSC_0835

Kojarzycie miękkość stópek dziecka? Takie właśnie w dotyku są stopy po kilku minutach z elektronicznym pilnikiem. Wystarczy wieczorem przed wieczornym prysznicem poświęcić 2-3 minuty i potraktować nim stopy. Raz w tygodniu poświęcić także 20 minut na wymoczenie stóp i użycie zwykłej tarki. Wierzcie mi, Wasze stopy odwdzięczą Wam się pięknem i delikatnością, którego na pewno nie zapewni samo używanie pumeksu.

Ja dodatkowo wspomagam się kremem, który miałam w zestawie z pilnikiem. Jest super wydajny. Używam go od 5 miesięcy i wciąż coś na dnie się znajdzie (ale już kombinuję gdzie go samego dostanę). Czemu kombinuję? Bo jest to produkt niemiecki, dołączony do pilnika. Dlatego jeśli ktoś ma możliwość zakupu zestawu Scholl Velvet Smooth to właśnie ten zestaw polecam. Krem nakładam dopiero po prysznicu, na dobrze osuszone stopy. Wchłania się błyskawicznie, pozostawiając na skórze aksamitną powłokę. Serio jest rewelacyjny!

Raz w tygodniu moczę też stopy w wodzie z dodatkiem ręcznie robionej kulki musującej do kąpieli. Przepis na nie poznałam podczas warsztatów z Zielonym Zagonkiem. Do ich zrobienia wystarczy soda oczyszczona, kwasek cytrynowy, mąka ziemniaczana, oliwa z oliwek oraz suszone kwiaty – np rumianek, lawenda. Ich zrobienie zajmie kilka minut, a mnóstwo przepisów znajdziecie w internecie. Stopy po takim zabiegu są fantastycznie miękkie, odświeżone.

DSC_0829

I to właściwie całość rytuałów związanych z pielęgnacją skóry stóp. Stosując je sumiennie nie muszę się martwić, że lato mnie zaskoczy i nie będę mogła włożyć nowych sandałków, gdy tylko temperatura na to pozwoli. Do tego ulubiony lakier do paznokci i voila. Gotowe 🙂

Ps. Czytałam w necie opinie, że bateria w pilniku szybko się rozładowuje. Że lepszym rozwiązaniem byłby akumulatorek. Chyba dostał mi się wyjątkowo mocny egzemplarz, bo przez 5 miesięcy praktycznie codziennego użytkowania bateria wciąż daje radę! 😉 Jedynie do wymiany poszła rolka, ale też nie jest to wymiana co chwilę jak niektórzy sugerują (no chyba, że pilnika używa się do naprawdę zapuszczonych stóp).

 

Obuwie sportowe dla dziecka. Gdzie taniej kupić?

Uwielbiam sportowe obuwie. Lekkie i wygodne. Dużo bliżej mi do trampek niż szpilek, choć te drugie przez kilka lat życia praktycznie dzień w dzień ubierałam z racji wykonywanego zawodu. Dlatego naturalnie, niczym pies Pawłowa wybierając buty dla Matiego sięgam po wersję sportową, a nie elegantsze mokasynki.

I choć wybór na rynku naprawdę spory, to różnią się jak ogień i woda. Jakością, wykonaniem, a przede wszystkim ceną. O ile na zimowego buta czy też porządnego ze skóry nie skąpię kasy, o tyle za trampki, adidaski czy inne szmaciaki wydanie kilku stów odczuwam jako bolesne. Nawet jeśli konkretny but mega mi się podoba. Całe szczęście są jeszcze miejsca, gdzie fajne, markowe (!), dobrze wykonane buty dla malucha możemy kupić w rozsądnej cenie. Zaraz Wam zdradzę, gdzie sama poluję na okazje obuwnicze 🙂

Wybierając buty dla Matiego na wiosnę miałam przede wszystkim jeden cel – mają być lekkie! Po zimowych butach trekkingowych z Reserved, które owszem świetnie pasowały do wszystkiego, były nie do zdarcia i chyba raczej wygodne, jednak mimo wszystko mega ciężkie jak na dziecięcą stópkę, postanowiłam poszukać czegoś odchudzonego. Chciałam buta z materiału, najlepiej na piankowej podeszwie i na rzep. Wiązanie kilometrowych sznurówek w zimowych butach doprowadzało mnie do szewskiej pasji. A sama myśl, że rosnący brzuch będzie mi dodatkową przeszkodą tym bardziej uświadczył mnie w moim wyborze.

Reasumując, na wiosnę wybrałam buta: lekkiego i zapinanego na rzep. Wybrałam buty Adidas.

Ostatnio rozmawialiśmy z mężem, że pamiętamy doskonale te czasy, gdy w Krakowie otwarto pierwszy sklep Adasia. Kupno czegokolwiek w tym sklepie graniczyło z cudem, bo oznaczało, że trzeba by zostawić w nim całą wypłatę. A już na kupno adidasków dla dwulatka mogli sobie pozwolić chyba tylko najbogatsi (choć podejrzewam, że nawet dla nich była to swego rodzaju fanaberia). Ja swoje pierwsze oryginalne Adidasy dostałam w 7 klasie podstawówki, a i tak kupowane były podczas wizyty w Syrii. Potem czasy się zmieniły i gdzieś w 1 klasie LO było mnie stać na kupno plecaka w sklepie na Mariackiej.

Teraz, oryginalne buty Adidas, Nike, Reebok czy Puma nie są niczym ekstrawaganckim. Noszą je już najmniejsze dzieci. Nic dziwnego, skoro często można je kupić w cenie niewiele większej niż buty na pobliskim bazarku. Choć ogólnie buty dla dzieci z reguły są drogie, to o dziwo te markowe nie przyprawiają o ból głowy. Za adidaski Matiego dałam 129zł (ten konkretny model), ale były i w cenie od bodajże 70zł. Kupowałam w naszym krakowskim Factory Outlet, w sklepie Adidasa. Wybór ogromny, choć z każdego modelu nie było już pełnej rozmiarówki. Spędzając tam chwilę, spokojnie można było coś dla dziecka wybrać. A jak nie tam, to jeszcze w kilku innych sportowych sklepach. Sporo marek w atrakcyjnych cenach znajdziecie też na dziale dziecięcym w Deichmannie. Często dodatkowo przecenionych, więc spokojnie poniżej stówki można nabyć wygodnego butka dla malucha.

buty sportowe

Zostawmy sentymentalne marki i przejdźmy do tego co aktualnie kultowe i na topie. Ponoć nie może zabraknąć w szafie żadnej mamy i dziecka. Trampki marki Converse, tenisówki Chipie czy słynne gumowce (gumowe trampki) Native, w cenie zwykle koło 200zł. Ups boli, prawda? Nie wiem jak Ty, ale ja na bank 200zł za trampki dla dziecka nie dam. Sobie trampki marki Converse kupię, ale tylko dlatego, że mam świadomość, że pochodzę w nich kilka sezonów (markowe trampki wrzucam do pralki milion razy w ciągu lata i po wyjęciu wciąż wyglądają jak nowe). Ale dla malucha, który wyrośnie z nich szybciej niż ustawa przewiduje? No way!

Można oczywiście kupić trampki no name, nawet 3-4 pary na sezon. Ale co zrobić gdy chcemy akurat kultowe conversy? Wystarczy odwiedzić słynny portal aukcyjny i mieć odrobinę szczęścia. Nie jestem zwolennikiem używanych bucików i zawsze kupuję Matiemu nowe. W tym jednym przypadku robię wyjątek. Conversy w rozmiarach 21-25, sprzedawane przez inne mamy często można kupić nówki za grosze.Zwróćcie tylko uwagę na typowe ślady użytkowania jak wkładka czy napis na gumie na pięcie. Gołym okiem widać, że but był na nóżce dosłownie kilka razy lub dziecko jeździło w nich tylko wózkiem.

Inna opcja dla szczęściarzy to odwiedzenie TK Maxx. Jeśli tylko macie ten sklep u siebie, warto zaglądać. W moim, conversy można było kupić za 70zł. Podobnie jak crocsy, o które ponoć w ubiegłym roku w Lidlu walki odchodziły. W Tikeju wisi sobie ich cała masa. Do wyboru, do koloru, a nikt z nikim o parę się nie bije.

Chipie. Przyznaję, że ani trochę nie robiły na mnie wrażenia. Dopóki nie odwiedziłam w ubiegły weekend Warszawy i nie weszłam do sklepu z butami, gdzie akurat zalegały na jednej z półek. Pierwsze co rzuca się w oczy, to wykonanie. Serio. Są tak niedorobione, że aż wkurzają. Guma nachodzi na materiał i jednym słowem jakie określiłabym te buty to kicz.(chyba, że tak ma być?) No i wygląd, trochę klaunowaty. Ale… potem je powąchałam. Guma balonowa z dzieciństwa. Turbo? I cholera zachciałam takich.  Nie dla Matiego, ale dla siebie, bo wąż w kieszeni syczy niestety. No chyba, że znów trafi się okazja i na showroomprive będzie można nabyć dla dzieciaków za 40-kilka złotych. Tak, tak.. Wtedy nawet mi estetyka wykonania nie będzie przeszkadzać. Dla gumy balonowej zrobię wyjątek 😉 Podobne wizualnie i tańsze są butki Citrouille-et-Compagnie (to te z grafiki, ostatnie). Poniżej stówki spokojnie znajdziecie je np na Spartoo

Na koniec zostawiam sieciówki. Różne są opinie co do butów z tego typu sklepów. W ubiegłym roku Mati śmigał w czerwonych trampkach Zary. Chyba je lubił, bo sam często po nie sięgał. Dałam pewnie coś koło 50zł. W tym roku podoba mi się to co oferuje H&M (ah te printy!). Szkoda tylko, że niedostępne w PL. Ale u nas to tak zawsze, nawet jak sklep online otwarli.

To tyle podpowiedzi ode mnie. Jeśli macie jakieś miejsca gdzie warto zajrzeć po okazje cenowe, dzielcie się śmiało.

 

Organizacja dziecięcej przestrzeni w małej łazience

Miało być o organizacji przestrzeni w mieszkaniu. Wiecie, całkiem ogólnie o moich sposobach na przechowywanie różnych przedmiotów. A, że chomikiem jestem okropnym to tych przedmiotów mam całą masę. Mniej lub bardziej przydatnych. Odkąd jest z nami Mati, mieszkanie zaczęło się kurczyć w zastraszającym tempie. Gdziekolwiek nie spojrzę, wszędzie znajdę coś należącego do synka.

Miało być o całym mieszkaniu, ale będzie dziś tylko o łazience. Bo pogoda kapryśna, słońce do domu zajrzeć nie chce i zdjęcia wychodzą nie ładne. Ciemne i ponure. Dzielę więc temat na dwa wpisy i dziś słów kilka o łazience, bo tak się składa, że coś fajnego, ułatwiającego nam życie ostatnio w niej zamieszkało.

Continue Reading

Zimowe buty dziecięce

Nowy Rok otwieramy przeglądem zimowych butów dziecięcych. Oczywiście nie wszystkich dostępnych na rynku, a tych które posiadamy w domu. Utarło się już, że o butach dla maluchów wspominam praktycznie co sezon, więc i tym razem słów kilka.
Jako, że zima, zwłaszcza ta w białej odsłonie nie zagościła u nas jeszcze na dobre i tak naprawdę wszystko pewnie jeszcze przed nami, myślę, że dla tych, którzy z zakupem czekali na ostatnią chwilę (lub na wyprzedaże) post nasz okaże się przydatny.

Pod lupę bierzemy dziś trzy pary butków zimowych, takich firm jak Bobux, Crocs i Reserved. Różnią się mnóstwem szczegółów, ceną, sposobem wykonania. I przeznaczeniem.

Typowy test okraszony zdjęciami.
Pod uwagę wzięłam materiał oraz jakość wykonania, parametry cieplne, przemakalność, podeszwę, wagę bucika oraz łatwość ubierania.. Kolejność alfabetyczna 😉

Blizzard Boot Navy – BOBUX

Buciki z serii I-walk, które zaprojektowano specjalnie z myślą o dzieciach, potrafiących już dobrze chodzić. Czyli takich jak mój Mati. Jednak w ofercie firmy znajdziemy również ten sam model stworzony dla maluchów dopiero stawiających swoje pierwsze kroki (szukajcie ich w dziale step up- Storm Boot Navy). 
Firmie Bobux zaufałam już rok temu, dlatego nie miałam wątpliwości, czy ten but będzie odpowiedni dla mojego synka. Zdrowy rozwój stopy dziecka – to nie tylko motto towarzyszące Bobux- to rzeczywistość.Uformowane tak, by zapewnić optymalne ułożenie i utrzymanie stopy w naturalnej pozycji.

Wyniki testu:

materiał i podeszwa: 100% miękka naturalna skóra, wewnątrz wyścielana kożuszkiem, gumowa podeszwa z rowkami – nie są śliskie
jakość wykonania: bez zarzutu – z butów nie wystają nitki, przeszycia są równe, nie znać śladów kleju
parametry cieplne i przemakalność: w całości (również wkładka) ocieplane kożuszkiem, nożka po 1h spacerze przy temperaturze -6 stopni w śniegu wciąż pozostała ciepła i sucha
waga: bardzo lekkie
łatwość ubierania: buty posiadają od wewnątrz zamek, dzięki któremu łatwo wsunąć nóżkę do środka. Dodatkowo zapięcie na zewnętrznej stronie.

Wychodząc na spacer najczęściej Mati sięga właśnie po te buciki, obstawiam więc, że muszą być wygodne. Pasują przy tym do większości strojów, zarówno typowo sportowych jak i tych bardziej eleganckich.


Kids’ Crocband™ II.5 Gust Boot

Dłuższy czas szukałam śniegowców, które spodobają mi się z wyglądu i będą przy tym pełniły swoją funkcję. Większość, które obejrzałam już na pierwszy rzut oka była ciężka i jakaś taka toporna.W efekcie zadowolona z letnich zakupów postanowiłam i zimą zaufać marce Crocs.

 

 

Wyniki testu:

materiał i podeszwa: w większości wykonane z gumy oraz wodoodpornego materiału, wnętrze pokryte materiałem. Gumowa podeszła z rowkami
jakość wykonania: bez zarzutu -nie znać śladów kleju, czego najbardziej można obawiać się przy tego typu butach
parametry cieplne i przemakalność: ocieplana jest tylko cholewka,co sprawia że buty nie są najcieplejsze, ale idealnie spisują się na mokrym śniegu. Nie przemakają. Wystarczy założyć dodatkową skarpetkę. Są na tyle wysokie, że śnieg nie wpada do środka
waga: bardzo lekkie
łatwość ubierania: buty zapinane na rzep, bardzo łatwo się ubiera

 

 

Sznurowane buty trekkingowe Reserved

Wybrałam je jeszcze jesienią, bo po prostu wpadły mi w oko. Już z działu dla starszych chłopców, w najmniejszym rozmiarze 24. Choć Mati nosi obecnie 23 to są na niego dobre, czyli z rozmiarówką jest coś pokićkane. Choć nie są to typowe buty na śnieg, w chłodne dni sprawdzają się idealnie.

 Wyniki testu:

materiał i podeszwa: w całości wykonane ze skóry/zamszu. Podeszwa piankowa z domieszką gumy, z wyraźnymi rowkami jak to przy butach trekkingowych. Przód wzmacniany
jakość wykonania: bez zarzutu -nie znać śladów kleju, wystających nitek, złych przeszyć
parametry cieplne i przemakalność: ocieplane wewnątrz miłym futerkiem, wkładka nieocieplana
waga: lekkie
łatwość ubierania: buty sznurowane, łatwo się zakłada na stopę

Zupełnie szczerze i bez ściemniania polecam Wam każde z tych butów. Jestem zadowolona z każdej jednej pary. Różnią się od siebie, dzięki czemu uzupełniają idealnie. Zapewne trzy pary obuwia to nie jest standard na jeden sezon, ale patrząc na przekrój czasowy (od października, mam nadzieję, że do marca-kwietnia) Mati na pewno będzie miał w czym chodzić. 

 

 

Hity 2014 roku u tere fere kuku

Pamiętacie naszą ubiegłoroczną listę hitów? Kolejny rok minął niepostrzeżenie, więc czas najwyższy i tym razem podsumować co szczególnie przypadło nam do gustu.
Lecimy. Zaczynając z listą hitów Mateuszkowych. Dość szeroka tematycznie. Produkty, które nasz synek specjalnie sobie upodobał oraz takie, które nam jako rodzicom okazały się przydatne w związku z opieką nad Młodym.

Listę otwierają klocki lego. I choć są hitem dopiero od jakiś 4 miesięcy to z całą stanowczością mogę stwierdzić, że opanowały ten rok. Najwięcej mamy duplo, ale wcale nie muszą być tylko tej marki. Doskonale sprawdzają się również podróbki np Unico, których mega wielkie opakowanie klocków podstawowych upolowaliśmy w Aldim za niecałe 40zł. Chociaż zestawy duplo, zwłaszcza te zawierające zwierzęta i pojazdy, a już na pewno pociąg są hitem nad hitami.
Pozycja nr 2 to jeździk grawitacyjny plasma car. O zaletach plasma car mogliście przeczytać już jakiś czas temu. Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Wciąż go uwielbiamy całą rodziną.
Trójka (choć tu kolejność jest przypadkowa) to chusteczki Fitti i pieluchomajtki Pampers. O pantsach też już pisałam. Fitti natomiast to biedronkowy hit za niecałe 10zł/3 opakowania. Sprawdzają się dobrze, a ponoć i skład jest przyzwoity.
Fotelik rowerowy mimo, że model Kross Snug nie do końca nam spasował (okazał się za niski do roweru taty) znajduje się na liście hitów. Dlaczego? Bo przejechaliśmy z nim mnóstwo kilometrów (podejrzewam, że setki) i wciąż wygląda jak nowy. Mati zwykle nie narzekał podczas jazdy (chyba, że znudziły mu się widoki), a wsiadał do niego z chęcią. Wierzę, że i w roku 2015 będzie hitem.
Bamy, czyli kopary rządziły przez większą część roku, co zaowocowało nawet przyjęciem urodzinowym w tym klimacie.  Co prawda teraz zastąpiły je Pruty (czyli pociągi), ale wciąż na widok kopary i innych sprzętów budowlanych Mati wydaje okrzyk radości.
Książka „Na wsi 1001 drobiazgów” pobiła wszystkie inne na łopatki. Mimo, że pisałam Wam o niej jeszcze w wakacje, do tej pory jest najczęściej wybieraną przez Mateuszka.
Masza i niedźwiedź” to bajka, którą kochamy całą rodziną. Nie znam osoby, która nie wciągnęłaby się w przygody małej dziewczynki i leśnego przyjaciela. Nie przeszkadza nam nawet fakt, że oglądamy ją po rosyjsku. „Świat małego Ludwiczka” natomiast uratował nam niejedną podróż i Mati również bardzo ją lubi.
 
Plac wodny Intex również udało nam się dorwać latem w Aldim. Gdyby nie fakt, że dziadkowie posiadają duży ogród, nawet nie wzięłabym zakupu pod uwagę. I wiele byśmy stracili. Cały gorący sezon taplaliśmy się w basenie, aż miło. Zjeżdżalnia i natrysk w postaci palemki szczególnie spasował Młodemu. Więcej zdjęć z harców w basenie znajdziecie w słonecznym, letnim poście 🙂
Pozycja z numeru 10 może wprawić niektórych w małe osłupienie. Cóż poradzić. Wózek, który posiada na swoim koncie już kilkanaście wiosen i został odziedziczony w spadku po kuzynce jest hitem każdego pobytu na wsi. Różowy stelaż wózka to znak rozpoznawczy Matiego 😛
Sok wyciskany z klementynek. Kupowałam dla siebie, a wypijał Mati. Nie ma szans, by ukryć przed nim obecność soku w domu. Dostępny w Auchan i ten smakuje mu najbardziej. Mi zresztą te. Co tu dużo pisać, jest naprawdę pyszny i często dziękuję w duchu, że mam gotowy pod ręką.
Attipasy to kapcioszki, które towarzyszyły nam przez cały rok. Serio nie wiem jakim cudem Mati dopiero teraz z nich wyrósł (nad czym ubolewam okrutnie, ale planuje już zakup kolejnych). Pomimo tego, że nóżka bez skarpetki pociła się i zapachem powalała jak u dorosłego to buciki są hitem nad hiciorami.
 Crocsy natomiast królowały w sezonie letnim i pewna jestem, że w 2015 r jako pierwszy zamówię dokładnie ten sam model.
A hity nasze, czyli moje i męża? Było kilka takich, choć szczerze mówiąc ciężko było nam skompletować listę tak, by być w 100% zgodnym i pewnym.
 Nie przesadzę jeśli napiszę, że posiadanie iPhona odmieniło moje życie. Jest ze mną blisko rok i szczerze, z ręką na sercu przyznaję, że nigdy wcześniej nie miałam lepszego telefonu. Nie zawiódł mnie ani razu. Nie zawiesił się ani razu. Robi piękne zdjęcia i kocham go równie mocno co męża. A tak szczerze to męża oczywiście kocham bardziej (bo mi go kupił :P). Podobno teraz mąż czeka na rewanż 😉
O obiektywie wspominałam już w ubiegłorocznej liście hitów. Prawda jednak jest taka, że cały ten rok robiłam zdjęcia (zarówno te na bloga jak i te na Bambooko– które swoją drogą nieskromnie mówiąc też okazało się hitem) i wiele razy pytaliście mnie o sprzęt, na którym pracuje pisząc, że zdjęcia bardzo Wam się podobają. Jest to dla mnie mega komplement, a zasługa zdjęć to nic innego jak obiektyw Nikkor 35mm f/1.8g.
Rower- holenderka. Długo szukałam tego jedynego. Koniecznie miał być miejski, koniecznie czarny z białymi oponami. Szczęście dopomogło, że na giełdzie staroci znalazłam swój wymarzony z pięknym skórzanym i stylowym siodełkiem Brooks w cenie. Hit zakupowy roku przysięgam. W dodatku mega wygodny, bo zarówno sam rower jak i siodełko to klasa sama w sobie. Jakiś czas później w tk maxx upolowałam piękny pleciony koszyk na skórzanych paskach pasujący jak ulał. Widać pisany był mi ten zestaw 🙂
Święcące kule Cotton ball lights, o których pisałam w jednym z postów. Koniecznie od Agnieszki z Cottonovelove, bo jest mistrzynią jeśli chodzi o fachowe doradztwo! No i nieskromnie mówiąc jest moją koleżanką 😉
Kule umilają nam wieczory od wiosny. Pięknie też prezentują się w towarzystwie naszego Bambooko.
O snapseed powiedziała mi Ania. Wiadomość ta odmieniła moje życie i jakość zdjęć na instagramie. Dziękuję Ci kochana, bez tych dwóch to nie byłoby to samo 😉
Świnoujście i Warszawa. Dwa miasta, które pokochaliśmy w tym roku z mężem równie mocno. Świnoujście będzie już na zawsze kojarzyć nam się z najlepszymi wakacjami spędzonymi w Polsce. Głęboko jestem przekonana, że nie z ostatnimi w tym miejscu.
Warszawa natomiast okazała się hitem, głównie dla mojego męża. Kto zna dobrze Krakusów ten wie, że z Warszawiakami nie najlepsze mają stosunki. A tu proszę, mąż mój, Krakus z krwi i kości Stolicą zauroczony na całego.
O Le Petit Marseillais pisałam Wam już kilka miesięcy temu. Żel z kwiatów lipy wciąż jest moim hitem. Zmieniło się tylko to, że dołączył do niego balsam z masłem shea, bez któego nie wyobrażam sobie wieczoru po kąpieli.
Jak burgery to tylko U Szwagra. Krakusy pewnie wiedzą o co chodzi. Przyjezdni niech koniecznie odwiedzą jeden z kilku punktów w Krakowie. Poleca mój mąż, ale i ja przytakuję smacznie 🙂
A jak smutas to tylko w McDonald. Zwłaszcza ten mango- ananas. Hit mojego lata.
Najpiękniejsza książka jaką czytałam w tym roku. Jedyna, która tak mocno siedzi w mojej głowie. Położna, kobieta anioł. Pisząc tamtego posta nie przypuszczałam, że kilka miesięcy później uścisnę na żywo dłoń Jeannette podczas przypadkowego spotkania na targach książki.
Za jakie grzechy, dobry Boże oraz Wkręceni to dwie komedie, na których zrywaliśmy boki w tym roku. Jeśli w 2015 roku uda nam się obejrzeć choć jeden równie śmieszny film, będzie super.
Ostatnie na liście perfumy z Zary. O tym, że zapach przypadł mi do gustu wiedziałam (inaczej bym nie wybrała). Obawiałam się trwałości- bardzo miłe zaskoczenie. Zapach wyczuwalny praktycznie przez cały dzień. Polecam.
Tyle z mojej strony. A może Wy dacie się wciągnąć do zabawy w tym roku? Nie zapraszam nikogo szczególnie, ale będzie mi miło jeśli się przyłączycie i podzielicie z nami swoją listą hitów 2014.