Mój sposób na naturalną odporność

Z sentymentem przeglądam stare posty. Od czasu do czasu. Zwłaszcza te z samego początku blogowania. Odkrywam perełki, śmieję się często sama z siebie, wspominam. Jakiś czas temu grzebiąc w archiwum natrafiłam na wpis o wzmacnianiu naturalnej odporności u dzieci. Wpis obrazujący same oczywistości doskonale każdemu znane.  Jako początkująca mama nie wiedziałam zbyt wiele.  Nie oznacza to oczywiście, że obecnie jako mama dwójki wiem znacznie więcej. Bogatsza jednak w doświadczenia chorobowe doszłam do pewnej prawdy oczywistej, którą chciałabym się z Wami podzielić. U nas sprawdza się super. Może i Wam się przyda podobna wiedza, bo w dzisiejszym pędzie po prostu Wam ta oczywistość umknęła.

 

Czytałam kiedyś wpis, ale zabijcie mnie nie pamiętam u kogo, w którym mama radziła, by do przedszkola puszczać dziecko z katarem i kaszlem. Bo w ten sposób nabiera naturalnej odporności na choroby. Gdy Mati zaczynał swoją przygodę z przedszkolem widziałam w tym wpisie sporo racji.  Nie miałam wtedy kompletnie żadnego doświadczenia jeśli chodzi o choroby, bo do 3 roku życia Mateusz chorował raz na trzydniówkę i jeden raz na bostonkę. Wydawało mi się, że owszem lekki katar i pokasływanie to nie powód, by trzymać dziecko w domu. Życie zrewidowało trochę mój pogląd gdy posłaliśmy go do przedszkola. Przyznaję, trzymał się świetnie przez pierwszy miesiąc. Potem chwycił drobną infekcję, którą spędził w domu, bo i tak w tym czasie na świecie pojawił się Antoś i bałam się żeby z przedszkola osłabiony infekcją nie przyniósł czegoś innego. Niestety od stycznia do maja mieliśmy w domu istny maraton chorobowy, gdzie głównym objawami właśnie był kaszel i katar. Wystarczyło, że puściłam Mateusza z lekkim katarem do przedszkola, po kilku h wracał z mega kaszlem. To nauczyło mnie nie bagatelizować u niego kataru i reagować od razu.

 

A reaguję w ten sposób, że jak tylko widzę katar i lekkie pokasływanie to Mati zostaje w domu. Zwykle w takim przypadku po 2-3 dniach w domu i nebulizacji samą solą potencjalna infekcja ucieka. Puszczam go do przedszkola dopiero jak całkowicie ustaną wszelkie objawy i nic mnie nie niepokoi. Dzięki temu nie ma ryzyka nadkażenia osłabionego dziecka. Stosuję się do tego w tym roku przedszkolnym i naprawdę działa. Ubiegły rok przeminął nam pod znakiem leku na literkę N do inhalacji, który zapisywał nam każdy jeden lekarz. Pomagał szybko, fakt. Mati po tygodniu był na nowo w przedszkolu. Co z tego, skoro już po kilku dniach zaczynało się na nowo choróbsko. Po kilku takich sesjach ręce mi opadły. Gdy kolejna lekarka wynalazła u niego astmę, zwątpiłam. Wpakowałam dziecko do auta, stos recept wrzuciłam do torebki i pojechałam do znajomego, który jest lekarzem. Jak się to skończyło możecie się domyślać. Recepty wylądowały w koszu, a ja dostałam w prezencie 3 słoiki własnoręcznie przez znajomego zebranego miodu. Z przykazem, by popijać z wodą jak najczęściej. Do inhalacji lekiem na literkę już nie wróciliśmy.

 

Pewnie przyczyną kaszlu było również powietrze jakim oddychaliśmy w Krakowie. Tu na wsi powrót do zdrowia jest znacznie szybszy i łatwiejszy. Ale… Przyznaję, poszłam też po rozum do głowy. Zaraz Wam o tym opowiem. Jak do tej pory mieliśmy jedną dłuższą przygodę chorobową w czasach gdzie cała Polska zmagała się z grypą. Obyło się bez wizyty u lekarza, bo Mati miał tylko katar i kaszel, który wyleczyliśmy inhalacjami z soli. Nie dostał żadnego chemicznego leku, bazowałam na ziołowych syropach. Tych przygotowanych przeze mnie (z lipy z dodatkiem ogólnie dostępnych ziół) i jednego aptecznego – prawoślazowego. Ale trzymałam się swojej zasady-  tzn jak tylko zobaczyłam katar Mati został w domu. I pozostał w domu blisko dwa tygodnie, mimo że już po tygodniu nie miał żadnych chorobowych objawów. Ta sama zasada obowiązuje nas dorosłych.Jeśli czuję, że mnie coś bierze siedzę w domu. Nie jeżdżę na zakupy, nie wychodzę do ludzi. Profilaktycznie robię sobie inhalację z soli, smaruje klatkę piersiową maścią na bazie ziół. Zwiększam ilość wypijanych ciepłych płynów, głównie soku z czarnego bzu. Następnym razem podam Wam przepis na taki domowej roboty, który Wy i maluchy możecie popijać codziennie zamiast herbaty. U nas idzie jak woda i działa cuda. Już na drugi dzień jestem w pełni sił. Odpukać cały sezon trzymam się dzielnie, a epidemia grypy ominęła nas szerokim łukiem.

 

Jak się tak nad tym głębiej zastanowić to dojdziecie do wniosku, że sami jesteśmy sobie winni. Wiecie, teraz panuje taka presja. Że do pracy chodzimy chorzy. Bo wyścig szczurów, bo co powie szef, bo to tylko lekkie przeziębienie (no bez jaj! z katarem mam siedzieć w domu! nic mi nie jest!). Odwiedzamy pobliską aptekę wychodząc z całą siatką cudownych specyfików. Nałykamy się leków maskujących objawy choroby i zmierzamy do pracy zamiast do lekarza. Zamiast na L4 to do biura.  Zarażamy innych, zupełnie o tym nie myśląc. Posyłamy na wpół chore dzieci do przedszkola, bo szef wymaga od nas dyspozycyjności. Nasze dzieci sprzedają wirusy innym maluchom, z którymi muszą w domu zostać ich rodzice. A gdy sami zachorują, złapawszy coś od dzieciaków oczywiście idą do pracy. I podają dalej. Osłabionym wcześniejszą chorobą, niedoleczonym. Takie błędne koło. Wiem, to wina obecnego systemu. Ludzie pilnują pracy, bo z czego mają żyć? Szefowie też wymagają, bo Firma musi działać. Ale jesteśmy tylko ludźmi, a zdrowie mamy jedno. Nie kupimy go za żadne pieniądze. Niestety.

 

Nie mamy czasu na chorowanie. Nie mamy czasu na leczenie. Konsekwencje są takie, że nasze dzieci nie mają jak naturalnie nabierać odporności, bo presja czasu powoduje, że każdy chce żeby szybko były zdrowe. Maluch musi wrócić do przedszkola a my do pracy. Naciskamy na lekarza, by wypisał receptę na coś mocniejszego. Bo jak to sama witamina C i odpoczynek, skoro jutro trzeba dla szefa sprawozdanie za cały miesiąc przygotować. Że ta lekarka to chyba oszalała skoro mojemu kaszlącemu dziecku tylko inhalacje z soli zleca, a ja widzę, że mu to od razu nie pomaga. Rozmawiałam ze znajomą lekarką i potwierdziła moje spostrzeżenia. Często zganiamy winę na lekarzy, że źle leczą, a tymczasem sami w gabinecie bawimy się w doktorów sugerując przepisanie mocniejszego leku. Z drugiej strony lekarze często postępują odruchowo, nie diagnozują należycie. Sami jesteśmy sobie winni. Przykre jest to co napiszę, ale mamy na własne życzenie to co mamy. Chcemy być szybko w formie. A organizm to niestety nie jest maszyna, w której wystarczy szybko wymienić jakiś trybik. Często latami pracujemy na swoje dolegliwości, a oczekujemy cudów. Że jedną pastylką załatwimy lata naszych wybryków. Podobnie postępujemy z dziećmi.

 

Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, moje dzieci chorują zupełnie inaczej. Tak, chorują. Muszą chorować, by ich organizmy uczyły się jak z chorobą walczyć. Ale mają czas na pełne wyzdrowienie, dzięki czemu nabierają naturalnej odporności. I to jest wg mnie właśnie recepta na to jak wspomóc naturalną odporność dziecka. Dorosłych też. Oczywiście dobrze wszystkim znane sposoby jak hartowanie, dieta, zdrowy tryb życia także.  Pozwólmy jednak dziecku zachorować.I spokojnie dojść do siebie. Dajmy się organizmowi zregenerować, wrócić do sił. A potem cieszmy się zdrowiem 🙂

 

Ps. Na koniec mały gratis. Najbardziej naturalny w świecie sposób na kaszel i katar. Potrzebujemy drewno sosnowe, najlepiej pocięte na plastry. Musi pachnieć. Gotowe kawałki rozkładamy/ rozwieszamy w sypialni. Olejki eteryczne wydobywające się z drewna działają na nasze drogi oddechowe w sposób kojący. Inhalujemy się na zdrowie 🙂

 

Atopowe zapalenie skóry u dziecka czy skaza białkowa

Wiedziałam, że istnieje. Wiecie, na zasadzie „dzwoni, ale nie wiadomo, w którym kościele”. Z Matim niemowlakiem życie pod tym względem było proste. Zero problemów skórnych, wzdętych brzuszków, kolek, nieprzespanych nocy. Trzymałam się diety matki karmiącej (nie będąc do końca przekonaną o micie tego zjawiska), dzięki czemu pierwsze miesiące upłynęły w błogim spokoju.

Z Antosiem sprawa się posypała. Od początku był wrażliwszy. Pewnie dlatego, że i ja od początku pozwalałam sobie na wszystko. Jadłam nabiał, cytrusy, czekoladę. Już dwa dni po wyjściu ze szpitala wysypało go na buzi i szyjce. Lekarka zdiagnozowała trądzik niemowlęcy. Intuicja podpowiadała mi, że winowajcą jest cytryna w herbacie. Nie pomyliłam się. Jak tylko odstawiłam wszystko zeszło i nie wróciło więcej.

Generalnie Antek od początku miał tzw sapkę niemowlęcą. Mi to brzmiało jak zatkany nosek. Ulewał do tego często. Dostał syropek na refluks i jakoś daliśmy radę przetrwać. A potem trafiłam na usg bioderek i lekarza, który przy okazji badania rzucił pytaniem czy karmiąc jem nabiał. Bo dziecko ma suchą skórę. I brzuszek zagazowany. Wiecie co ja wtedy pomyślałam? Co tam się FACET może znać na karmieniu piersią. Lekarz od usg.

Żyliśmy dalej. Jakoś na początku roku Mati przyniósł z przedszkola zapalenie krtani. Chwilę potem zaczął pokasływać Antoś. Nie minęło kilka dni jak trafiliśmy do szpitala. Lekarze nie do końca byli w stanie postawić diagnozę. Był katar, spory kaszel. Rtg nic nie wykazało. CRP bliskie zeru. Mimo to podano antybiotyk. Z jednej strony pluję sobie teraz w brodę, że go podano, z drugiej po 2 dniach dziecko zaczęło w końcu normalnie oddychać.

Dwa tygodnie po wyjściu ze szpitala zaczął kasłać ponownie. Co kilka dni jak pielgrzymi zmierzaliśmy do placówki medycznej na osłuchanie. Poznaliśmy wszystkich pediatrów Lux Med w Krakowie. Kaszel trwał z przerwami ponad 2 miesiące. Oprócz niego na zgięciach łokci pojawiły się suche, czerwone placki. Klasyczne AZS. Klasyczne AZS pojawiające się w okolicy 4-5 miesiąca życia dziecka.

Milion razy zadawałam sobie pytanie „SKĄD?”

Któregoś wieczoru Mati zażyczył sobie na kolację kakao. Patrząc jak pije pociekła mi ślinka. Wypiłam cały kubek. To była ciężka noc. Nieprzespana. Rano Antoś kilka razy chlusnął mlekiem. Byłam pewna, że przyplątała się jakaś jelitówka. W pieluszce znalazłam malutkie pasemko krwi, które lekarz skwitował jako efekt pękniętego naczynka podczas wysiłku przy wypróżnianiu. Suche placki zaczęły się powiększać. A ja zaczęłam się co raz bardziej upewniać w przekonaniu, że COŚ jest na rzeczy z nabiałem. Przypomniałam sobie rozmowę z lekarzem od usg. Rozmowę, którą sama zamiotłam w daleki kąt pytając jeszcze innych pediatrów czy kaszel może mieć związek z tym co sama jem.

Na bilans półroczniaka zaczęłam drążyć temat. Bo akurat trafiłam na dość wygadaną lekarkę (to niestety rzadkość). Obejrzała rączki, stwierdziła, że winne jest kakao. Że gdyby nabiał to dziecko miałoby krew w kale. Żarówka w głowie oświetliłaby całą ziemię. BINGO! I wtedy przypomniało mi się jeszcze jak zaraz po porodzie zjadłam drożdżówkę z serem. I płacz Antosia w nocy. I malutkie pasemko krwi w pieluszce rano, o które oskarżyłam witaminę K podaną mu wieczorem.

Rozmowa z lekarzem była długa. Początkowo diagnozowane AZS okazało się klasyczną skazą białkową. Całkowicie odstawiłam mleko krowie i jego pochodne. Całkowicie odstawiłam czekoladę. Przerzuciłam się na mleka roślinne. Kozie sery. Antoś kaszlał co raz mniej. Suche, czerwone placki zaczęły blednąć, aż zniknęły całkowicie po około 2-3 tygodniach. Skóra na rączkach i boczkach zrobiła się gładka i mięciutka. Kaszel ustał.

U tak małego dziecka poza dietą eliminacyjną matki (prowadzoną pod okiem lekarza – pamiętajcie!) warto również zrobić ogólne badanie kału. Zwłaszcza gdy zawartość pieluszki ma często charakter śluzowy. Wyniki pokażą czy obecne są ciała redukujące świadczące o nietolerancji laktozy. Ich brak jednak wcale nie oznacza, że skaza nie występuje. Mylnie określa się skazę jako białkową, może mieć ona jednak podłoże w innym rodzaju produktów. Np w kakao, orzechach, cytrusach itp.

W tym czasie przerobiłam sporo kosmetyków do pielęgnacji skóry maluszka. Choć moim faworytem pozostaje balsam z LRP, który pokochałam już przy Matim, to miałam okazję również przetestować kosmetyki marki DEMSA.

IMG_4020

 

Kosmetyki otrzymaliśmy do testów dużo wcześniej, więc mogliśmy wypróbować całą rodziną. Akurat trwała zima. Suche powietrze, mróz. Mąż ma w tym czasie spore problemy z przesuszoną skórą twarzy. Używał w tym czasie kremu, który ma lekką i dobrze wchłaniającą się konsystencję. Zapach ma neutralny, bardzo apteczny. Zima się skończyła, a wraz z nią opakowanie kremu.

Moją bolączką zimą są natomiast suche, swędzące dłonie. Istny koszmar. Choć staram się nie zapominać o rękawiczkach to dłonie i tak obrywają najbardziej. Ratowałam się w tym czasie balsamem na suchą i swędzącą skórę. Muszę przyznać, że działał rewelacyjnie. Dobrze nawilżał, co sprawiło, że skóra nie łuszczyła się i nie była czerwona. Zużyłam całe opakowanie i z czystym sumieniem mogę Wam ten balsam polecić.

Gdy zaczęły się problemy Antosia miał niewiele ponad 4 miesiące. Kosmetyki DEMSA mimo, że nie zawierają sterydów i parabenów, przeznaczone są dla dzieci od 6 miesiąca życia. Balsamu do pielęgnacji wypróbowaliśmy gdy Antoś miał już dość poważnie zaostrzone objawy- w okolicy 7 miesiąca. W tym czasie też wprowadziłam Antosiowi pierwszy warzywny posiłek. I niestety Antoś dostał wysypki po kilku dniach. Najpewniej miało to związek z nowym posiłkiem, problemami związanymi z nabiałem, jednak nie odważyłam się posmarować balsamem kolejny raz. Balsamem smaruje się Mati 🙂

DSC_0109

Wypróbowaliśmy natomiast płyn do mycia i kąpieli. Zarówno przy Antosiu jak i Matim. Płyn pieni się bardzo delikatnie, co jest bardzo dużym plusem przy niemowlaku. Bardzo dobrze nawilża, skóra jest miękka i gładka. Przy czym ma równie delikatny zapach. W tym przypadku u Antosia nie wystąpiła żadna reakcja alergiczna 🙂

DSC_0102

DSC_0117DSC_0144

Na koniec mam dla Was małą NIESPODZIANKĘ.

Do rozdania mam aż 3 zestawy emolientów DEMSA. Napiszcie w komentarzu dlaczego akurat do Was mają one trafić. W związku z tym, że producent chce aby kosmetyki wypróbowało jako najwięcej osób, prosimy aby osoby które wygrały zestaw na innym blogu dały szansę innym 🙂 Udział w konkursie oznacza akceptację regulaminu.

Na Wasze przekonujące komentarze czekam przez najbliższy tydzień, tj. do końca dnia 12 czerwca. Trzynasty przyniesie szczęście trzem osobom 🙂

DEMSA_grafika_blog_znaczkijakrobaczki

 

Jeśli nie wierzycie w swoje szczęście lub chcielibyście wypróbować kosmetyki już teraz, możecie je zakupić w nowo- otwartym sklepie DEMSA.

Demsa sklep 01WYNIKI KONKURSU:

Po nagrody zapraszamy Kamilę, Justynę Pindral oraz Magdalena Świtała 🙂

Podajcie namiary gdzie mamy wysłać zestawy kosmetyków (mail w zakładce kontakt).

 

Medycyna przyszłości – domowe KTG

Bicie serduszka dziecka. To najpiękniejsze ciążowe wspomnienie jakie pozostanie ze mną do końca życia. Nie kopniaczki, nie widok 2 kresek na teście ciążowym, a odgłos bicia serca mojego dziecka. Zarejestrowany na domowym KTG. Nagrany przeze mnie w domu. Filmik, do którego będę często wracać. Filmik, który teraz, gdy tulę Antka w ramionach wzrusza mnie niezmiernie. Filmik, którego by nie było, gdyby nie cudowne zrządzenie losu.

Mam w życiu szczęście. Los stawia na mojej drodze wspaniałych ludzi. Daje mi możliwości, o których nawet bym nie pomyślała. Otwiera drzwi, o których istnieniu nie miałam świadomości.

Końcówka ciąży, 37 tydzień. Mail, a potem telefon od Pana Jacka z firmy Medicanet.pl Z propozycją przetestowania ich najnowszej usługi. Jako jedna z pierwszych mam otrzymać urządzenie do domowego KTG. Zaintrygowana godzę się. Nie świadoma, że właśnie zaczynam przygodę, którą będę wspominać przez długi, długi czas.

Nie świadoma, bo KTG do tamtej chwili kojarzyło mi się tylko z porodem. Urządzeniem do monitorowania skurczy i akcji serca dziecka. Nie podchodziłam do tego uczuciowo. Nie chodziłam na badanie przed rozwiązaniem bo Mati urodził się w terminie i lekarka nie widziała potrzeby. Jedyne doświadczenie z urządzeniem miałam gdy zaczęła się akcja porodowa. Nie świadoma, bo do tej pory nie miało to dla mnie większego wymiaru. Ale o tym za chwileczkę.

Kilka dni później trafiam do Centrum Medycznego iMed24, gdzie Pani Justyna, bardzo sympatyczna położna przekazuje w moje ręce urządzenie. Tłumaczy wcześniej zasadę działania, pokazuje w jaki sposób podpiąć peloty (te dwa „grzybki” rejestrujące tętno i stopień napinania się mięśnia macicy). Słyszę szybkie bicie serca Antka. Tego dźwięku mam szukać w domu.

zdjęcie 4

Przyznaję, miałam obawy. Że nie będę w stanie „wyszukać dziecka”. Że pojawią się fałszywe alarmy. Podobne wątpliwości miała Ewa, koleżanka prowadząca moją ciążę.

„Podsłuchiwałam” mój skarb przez cały tydzień, bo tyle dokładnie upłynęło czasu, nim Anti postanowił pojawić się na świecie. Ani raz nie zdarzyło się, bym miała problem z wychwyceniem jego tętna. Wątpliwości prysły już po pierwszym użyciu w domu.

tele ktg

Wygodnie rozłożyłam się na łóżku. Do badania można leżeć na lewym boku lub na wznak. Ja wybierałam tę drugą pozycję, bo wtedy najlepiej słyszałam Małego.

Całe badanie trwa 30 minut, podczas którego kliknięciem przycisku rejestrujemy każdy ruch dziecka. Zbliżający się ruch maluszka łatwo wychwycić. Antkowi przyspieszało wtedy tętno.

Na wyświetlaczu mamy też informację o procentowym natężeniu czynności skurczowej macicy. Pani Justyna wytłumaczyła mi, że napięcie podstawowe macicy wynosi zwykle około 20%. Wzrost napięcia o kilka- kilkanaście procent to zwykle efekt występowania skurczy przepowiadających, czyli po prostu trenowania macicy do porodu. Wszystko się zgadzało. Wyraźnie czułam momenty, w których brzuch mi się napinał i twardniał, a urządzenie pokazywało wartość około 40%. Skurcze porodowe to te w okolicy 70%. Ważne aby były regularne. Wcale nie muszą boleć, o czym doskonale się przekonałam sama.

Q5

Po 30 minutach badania odpinamy peloty i podłączamy ładowarkę. Dzięki temu, nasze badanie jest automatycznie przesyłane falami radiowymi do Centrum Medycznego, gdzie specjaliści i położne czuwają nad wynikiem. Samo wysłanie badania trwa około 20-30 minut, a po kolejnych 10 minutach na telefon otrzymujemy wiadomość zwrotną z wynikiem.

Gdy wszystko jest dobrze, przychodzi sms o treści ” Wynik badania prawidłowy. Dziękujemy za przeprowadzenie badania”.

 

zdjęcie 5

Gdyby się okazało, że podczas badania coś poszło nie tak – np podłączyliśmy peloty nie w tych miejscach co trzeba, zostaniemy poinformowani o konieczności powtórzenia badania. Położna dzwoni wtedy do pacjentki z prośbą o powtórzenie badania. Zapis uznany za nietypowy jest wskazaniem do jego powtórzenia po 1h. Trzy w ciągu 24h zapisy KTG uznane za nietypowe są wskazaniem do kontroli lekarskiej (lekarz prowadzący, ambulatorium szpitalne). Mi się coś podobnego nie przytrafiło.

Jest też opcja, że wynik będzie zły, tzn z dzieckiem coś się będzie działo, wtedy również zostaniemy poinformowani. Położna kontaktuje się z pacjentką telefonicznie z prośbą o udanie się do ambulatorium szpitalnego. Cudownie mieć taką świadomość. Całość usługi jest objęta merytorycznym nadzorem przez profesora UJ dr hab. med. Huberta Hurasa  – Małopolskiego Konsultanta w Dziedzinie Położnictwa i Ginekologii.

Z domowego KTG nie mogą skorzystać kobiety spodziewające się więcej niż jednego dziecka. Dyktowane jest to problemem z wyłapaniem tętna (urządzenie posiada tylko 1 pelotę).

12046995_962745920463104_8266062429454497104_n

Badanie najlepiej wykonywać rano, chociaż ja testowałam je o różnych porach dnia. Warto przed przystąpieniem do badania zjeść coś dobrego, by pobudzić naszego maluszka, inaczej może spać i ruchów nie naliczymy zbyt wiele. Inny warunek to ten, że przed badaniem najlepiej nie wykonywać wymagających wysiłku czynności przez okres około 30 minut.

Urządzenie możemy oczywiście podpiąć kiedy tylko chcemy, a wyniku wcale nie musimy przesyłać. Ja podpinałam KTG za każdym razem gdy miałam po prostu ochotę posłuchać serduszka Antiego lub gdy zrobił się niepokojąco cichy (w dniu porodu). To zapewniało mi spokój i poczucie bezpieczeństwa.

Tak jak wspomniałam, testowałam KTG cały tydzień, podczas którego poza zdjęciami zrobionymi na potrzeby tego wpisu nagrałam film. Wtedy o tym nie myślałam, ale dziś ma dla mnie sentymentalną wartość i będzie cudowną pamiątką w przyszłości. Myślę, że warto coś takiego zarejestrować i jest to na pewno wartość dodana samego urządzenia. Dźwięk bicia serduszka mojego dziecka pozostanie we mnie na zawsze.

ktg2

Urządzenie jednak jest profesjonalnym sprzętem medycznym i jego głównym zadaniem jest pomiar. Sprawa wykonywania KTG wśród ciężarnych różnie wygląda w naszym kraju. Rozmawiałam na ten temat z moją ginekolog i zalecenia w każdej części Polski wyglądają inaczej. Są miasta, gdzie KTG jest obowiązkowe od 37tc aż do rozwiązania, przynajmniej co drugi dzień. W innych miastach lekarze podchodzą mniej restrykcyjnie. I tak np. w Krakowie w pierwszej ciąży nie chodziłam na KTG wcale. Zwykle też jeśli kobieta jest pod prywatną opieką ginekologiczną i na każdej z wizyt lekarz robi badanie przepływów, może nie być konieczności wykonywania KTG. Bardzo dużo jednak kobiet badanie to wykonuje w warunkach szpitalnych i to właśnie do nich kierowana jest oferta wypożyczenia tele-KTG.

To rozwiązanie zdecydowanie wygodne. Nie trzeba wychodzić z domu, by dokonać pomiaru. Nie musimy martwić się szpitalną kolejką do badania, warunkami atmosferycznymi na zewnątrz, okresem wzmożonych zachorowań, tym że nie mamy z kim zostawić drugiej pociechy czy naszym samopoczuciem. Przede wszystkim możemy też wykonać badanie, w każdym momencie, w którym coś na zaniepokoi ( np brak ruchów dziecka lub wręcz odwrotnie – wzmożone i niespokojne ruchy, różnego rodzaju dolegliwości bólowe). Jest to też na pewno polecane rozwiązanie dla wszystkich kobiet z zagrożoną ciążą.

Urządzenie wypożyczamy na okres tygodnia, dwóch, trzech- w zależności od potrzeby. Nie wcześniej niż przed 36tc i nie później niż do 42tc. Podpisujemy umowę, w której zawarte będą warunki wypożyczenia oraz zwrotu tele-KTG. Poza dowodem osobistym i kartą ciąży nic więcej nie będzie nam potrzebne.

Urządzenie można wypożyczyć poprzez stronę internetową MedicaNet.pl, która świadczy usługę na terenie całej Polski. Nie ma znaczenia gdzie mieszkasz, zawsze możesz skorzystać z domowego KTG. Wystarczy skontaktować się z Firmą. Osoby mieszkające w Krakowie mogą skorzystać również z oferty Centrum Medycznego iMed24 i wypożyczyć sprzęt na miejscu.

Na koniec jeszcze mała ciekawostka związana z urządzeniem. Spytałam Was na FB, jak myślicie czy urządzenie pokazało mi, że poród zbliża się wielkimi krokami. Oczywistym jest, że trudno przegapić „TEN” moment. Jednak często jest tak, że nic porodu nie wskazuje, bo nic się dzieje, a przynajmniej takie są nasze odczucia. Właśnie tak to wyglądało u mnie. O tym, że zaczął się poród nie wiedziałabym. Dopiero jak odeszły wody, co samo przez „się” jest oczywistością.

Jednak dzięki urządzeniu już w piątek widziałam, że coś zaczyna się dziać (urodziłam w niedzielę nad ranem). Przede wszystkim pojawiły się co 20 minut regularne skurcze na poziomie ok. 50%, których kompletnie nie czułam. W sobotę popołudniu te same skurcze pojawiały się na KTG już co 10 minut w natężeniu 50-60%. Również nie były bolesne. Odbierałam je jako stawianie się macicy, nic więcej.  Gdyby nie urządzenie nawet nie zwróciłabym na nie uwagi. Kiedy wieczorem położyłam się do łóżka, a ich częstotliwość wzrosła początkowo do 7 minut, a następnie do 5 – byłam pewna, że to lada moment. Pół h później skurcze (wciąż bezbolesne, odczuwane jako twardnienie macicy) pojawiały się co 3 minuty. Po kolejnych 10 minutach odeszły wody. Na KTG te bezbolesne skurcze miały natężenie maksymalnie 60%. Gdyby nie odejście wód i pomiar nie miałabym pojęcia, że rodzę przez najbliższe 3h. Dopiero po tym czasie pojawił się ból, od razu silny, a wraz z nim rozwarcie początkowo 8, potem 9-10 i skurcze parte, po których Antek był już na świecie. Ale o tym jak różnił się drugi poród opowiem Wam następnym razem.

Po doświadczeniach tej ciąży i porodu z czystym sumieniem polecam urządzenie. Wiem, że jeśli kiedykolwiek jeszcze dane mi będzie zostać ponownie mamą, na pewno sama skorzystam i wypożyczę tele- KTG. Nie tylko dla spokoju ducha, ale i dla tych chwil, dzięki którym mogłam być „jeszcze bliżej” z dzieckiem.

 

Ps. Wspomniany w poście film znajdziecie na naszym instagramie: https://instagram.com/p/8Lm7dYDKeU/?taken-by=takatycia

 

 

 

Żółtaczka związana z karmieniem piersią

To były ciężkie dni. Radość z narodzin drugiego synka, faktu, że wkrótce całą czwórką będziemy razem przesłoniła choroba.

O żółtaczce fizjologicznej noworodków słyszałam już wcześniej. Właściwie co druga rodząca koleżanka miała z nią styczność, nic dziwnego. Kilka/ kilkanaście godzin fototerapii i po sprawie. Wypis do domu i przykaz obserwacji.

Czasem jednak żółtaczka przedłuża się lub pomimo zastosowanej fototerapii jej poziom nie spada jak zakładają lekarze. Czas spędzony w szpitalu wydłuża się z 3 dni do 5,7,10. Masakra. Zwłaszcza dla mamy, która w domu zostawiła starsze dziecko (dzieci).

Dla mnie to była trauma. Bynajmniej, nie szafuję słowem. O tym, co przeżyłam w szpitalu napiszę Wam jak tylko myśli poukładam w głowie. Choć może i dam sobie spokój. W końcu ten koszmar mam już za sobą.

Wrócę jednak do żółtaczki, bo duży procent dzieci choruje, a większość mam jest wprowadzana w błąd.

Antkowi w drugiej dobie życia zażółciła się skóra. Lekarka kazała pobrać krew do badań. Wyszedł podwyższony poziom bilirubiny przy pozostałych parametrach krwi i moczu w normie. Klasyka, niektóre dzieci mają żółtaczkę fizjologiczną, która mija sama. U niektórych trzeba naświetlać. U nas zadecydowano o naświetlaniu. Zanim przejdę dalej- mała uwaga. Żółtaczka fizjologiczna noworodków absolutnie NIE MA nic wspólnego z żółtaczką typu B (WZW B). To dwie odrębne jednostki chorobowe.

Naświetlaliśmy przez całą dobę tzw płetwą. To taka mini lampa, którą wkłada się dziecku pod ubranko, na brzuszek. Różnie źródła mówią, jedni radzą nie okrywać dziecka ubraniami, inni nie widzą przeciwwskazań.

IMG_9843

IMG_9846

U nas po pierwszej dobie takich naświetleń poziom bilirubiny skoczył do wyniku około 14,5 (norma do 12). To spowodowało, że o wypisie w 3 dobie mogliśmy zapomnieć. Włączono naświetlania w cieplarce (które dla mojej laktacji były horrorem). Żeby fototerapia zadziałała dziecko musi być pod lampami jak najdłużej bez przerw. Przynajmniej 3h. O ile w ciągu dnia nie było większego problemu, bo odciągnięte mleko na moich oczach położna podała Antosiowi gdy był w środku, o tyle w nocy lekko nie było. Antoś ewidentnie chciał się przytulać. Ja nie mogłam go wyciągnąć, objąć, poczuć jego zapachu. Ba, nie mogłam być nawet w sali gdzie on się znajdował. Siedziałam sama w środku nocy na łóżku, próbując przywołać w pamięci jego widok, by pobudzić odruch oksytocynowy.. Zamiast mleka leciały mi łzy. Słyszałam kwilenie maluszków obok i serce mi pękało, że moje dziecko gdzieś na innej sali, beze mnie.  Po całej nieprzespanej nocy, gdzie ledwie odciągnęłam kilkanaście mililitrów położna oddała mi go do łóżka i na tym zakończyła się przygoda z cieplarką. Rano wynik był minimalnie niższy co oznaczało, że jednak spędzimy jeszcze trochę w szpitalu. Sytuacji nie poprawiała tęsknota za starszakiem, który czekał w domu i baby blues rozkręcony na całego.

To spowodowało, że wypisałam nas na żądanie do domu. Skrajnie wyczerpana psychicznie, bez sił do walki z systemem. Walki, bo na moje postanowienie o karmieniu piersią położne prychały pod nosem, aż ostatecznie zgłosiłam lekarce, że nie wyrażam zgody na dokarmianie z prośbą o przypilnowanie tego tematu. Sprawę żółtaczki natomiast skonsultowałam z dwoma lekarzami, w tym z neonatolog w szpitalu. Powiedziałam, że chcę dokończyć fototerapię w domu, bo wiem, że jest taka możliwość.

Szczęśliwie się złożyło, że znalazłam w Krakowie miejsce, które za opłatą wypożycza do domu lampę Bilibed marki Medela (lampę można pożyczyć w NZOZ Arka http://www.nzoz-arka.eu/inne-uslugi-medyczne – od razu zaznaczam, nie jest to żadna reklama. Chcę wskazać możliwość, z której ja skorzystałam).

IMG_9910134IMG_9882

Nie zastanawiałam się ani minuty. Zadzwoniłam zanim wypisałam się ze szpitala, zarezerwowałam lampę. Gdy dotarliśmy do domu, mąż przywiózł łóżeczko. To był piątek. Naświetlaliśmy Antosia do wtorku (na zmianę kładąc go to na brzuszku, to na pleckach z przerwami na karmienie). W sobotę ( po 1 dniu naświetlania) pojechaliśmy zbadać krew. Bilirubina spadała – powoli, ale spadała.

Wtedy usłyszałam o naparze ze znamion kukurydzy. Eliza- dzięki kochana! W Polsce nikt o tym nie mówi, a w Niemczech podobno same położne na wizytach dają pacjentce. Znamiona smakują obrzydliwie, ale skutecznie obniżają poziom bilirubiny. Oczywiście piłam ją ja i karmiłam piersią. Ważne żeby pić tego dużo! Równy tydzień po wyjściu ze szpitala powtórzyliśmy badania. Bilirubina była na poziomie około 10. Za radą lekarza daliśmy już sobie spokój z kontrolowaniem poziomu. Cieszyłam się macierzyństwem i starałam nadgonić stracone pierwsze chwile, przystawiając synka jak najczęściej. Jedynie w nocy musiałam pamiętać, by wybudzać go na karmienie co 2h. To ważne, bo nocne, tłuste mleko doskonale obniża poziom bilirubiny. Sprawie też, że dziecko częściej się wypróżnia co jest istotne przy tej chorobie.

Szukając jednak informacji o żółtaczce natrafiłam na różne porady. Jedna z nich mówi jakoby odstawić dziecko od piersi na jeden dzień i podać mm. Ewentualnie odciągnąć mleko i podgrzać do jakiejś tam temperatury. Szczerze mówiąc wydawało mi się to absurdalne, co potwierdziła lekarka. Jeżeli przedłużająca się żółtaczka jest powiązana z karmieniem piersią to należy karmić jak najczęściej, bo właśnie opóźnianie karmienia przyczynia się do wzrostu bilirubiny. Są oczywiście przypadki, gdzie żółtaczka utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie i niezbędne jest podanie leków, a nawet transfuzja. Nasz przypadek jednak dotyczył dość łagodnego poziomu.

Różne źródła podają, że za wczesną postać żółtaczki u dziecka odpowiada między innymi zbyt późne rozpoczęcie karmienia piersią (lub mało efektywne) oraz opóźniony pasaż smółki. Ani z jednym, ani z drugim nie było w naszym przypadku problemu. Antek pierś złapał leżąc jeszcze na moim brzuchu, zaraz po odcięciu pępowiny. Smółkę oddał jakieś 3 h później.

Podaje się jeszcze przyczyny związane ze słabo rozwiniętym układem pokarmowym dziecka. Nie jestem lekarzem, mogę tylko gdybać. Mogę się też zastanawiać czy na wystąpienie żółtaczki nie miało wpływu np podanie pierwszej dawki witaminy K, którą dostał w pierwszej dobie na noc. Dosłownie kilkanaście minut później zaczął mocno płakać i się prężyć.  Ewidentnie bolał go brzuszek, a rano pojawiła się krew w kale. W badaniach wyszedł wtedy podwyższony poziom bilirubiny. Gdybam,ale jeśli nie podano by mu tej witaminy może bilirubina nie wzrosłaby?

A może wpływ miał mój tragicznie niski poziom witaminy D3 w ciąży? Z niedoborem zmagałam się przecież całe 9 miesięcy.

Teraz już się tego nie dowiem.Mam jednak nadzieję, że mój post będzie pomocny tym mamom, które będą podobnie jak ja, martwić się o zdrowie swojego nowo narodzonego maluszka.

Jeśli macie jakieś pytania, np o samą lampę to piszcie w komenatarzach. Na pewno odpowiem.

 

„Czego się napijesz? Kawy, herbaty, a może wody?”

„Czego się napijesz? Kawy, herbaty, a może wody?” pytasz koleżankę wpadającą z wizytą. Te trzy propozycje większość z nas w domu ma, nawet jeśli sami na co dzień nie pijemy.

U nas zdecydowanie króluje woda. Zimą owszem, pojawia się herbata. Ale to bez wody nie wyobrażam sobie codziennego funkcjonowania. Butelka stoi w kuchni, druga zawsze przy łóżku. W czasach przed dziećmi kupowaliśmy lekko gazowaną. Taka smakowała nam najbardziej. Potem z uwagi na ciążę, karmienie, rozszerzanie diety Matiego przerzuciliśmy się na niegazowaną. I tak już zostało.

Jak wpada ta przysłowiowa koleżanka na przysłowiową kawę i prosi o wodę to czasem mi głupio. Bo tak wiecie, samą wodą człowieka częstować?  Nie chodzi o to, że jakieś ciastko wypada podać. Ale no woda. Nuda. U nas jakoś tak się przyjęło, że bardziej herbata czy kawa. Ale są tacy, co to kłopotu robić nie chcą i o wodę proszą. A potem zamoczą usta dwa razy. Bo może im nie smakuje?

Dlatego jak dostałam propozycję przetestowania urządzenia SodaStream to przyznaję bez bicia – dwie myśli przyszły mi do głowy. Uff, nie będę musiała kupować butelkowanej gazowanej, a zawsze będę mieć pod ręką na wypadek np jakiejś niezapowiedzianej wizyty. I dwa – zawsze będę mieć pod ręką do przyrządzania naleśników, które Mati pochłania w ilościach hurtowych. I sprawdziło się.

DSC_0215

Za wodą gazowaną nie przepadam. Jeszcze samą wypiję, natomiast w połączeniu z sokami owocowymi mi nie podchodzi. Co innego lekko gazowana. Wystarczy jedno naciśnięcie i mam optymalną ilość bąbelków. Dlatego taką robię najczęściej.

Urządzenie jest banalne w obsłudze. Wlewamy do dołączonej butelki wodę. Można kranówę (ja się nie odważyłam), można przefiltrowaną (już prędzej) lub wodę butelkowaną. Ten ostatni wybór co prawda nijak się ma do założeń idei SodaStream o ekologicznym użyciu wody, jednak woda w Krakowie mimo zapewnień wodociągów, zwyczajnie smakuje obrzydliwie. Co innego gdybym miała dostęp do czystej, dobrej wody (oby już niebawem!).

DSC_0225

Napełnioną butelkę wkładam do ekspresu, naciskam w dół aż do zaświecenia się lampek z kropelkami. W moim przypadku wystarczy jedna kropelka i mam bąbelków na lekko gazowaną wodę. Analogicznie 5 kropelek to woda bardzo gazowana. Jest jeszcze wersja pośrednia- średnio gazowana.

DSC_0226

I to tyle jeśli chodzi o obsługę.Banalne. Dziecko obsłuży bez problemu (mój 3 latek daje radę, a jaką ma frajdę!).

Wewnątrz urządzenia znajduje się nabój (do którego dołączony jest certyfikat, a bez którego nie napełnimy naboju ponownie). Wystarcza on na około 80l wody.

Pamiętacie syfony z naszych (moich na pewno) dziecięcych lat? Zasada działania podobna. Smak podobny, choć sama nie jestem pewna czy do końca go pamiętam. W każdym bądź razie idealizuję, bo teraz tak modnie – wszystko co w tamtych czasach przecież było super – nawet woda z brudnej musztardówki na łańcuchu 😉

Urządzonko jest wolnostojące, nie potrzebujemy prądu do jego obsługi. Mamy różne wersje do wyboru, mniej lub bardziej designerskie. Ja akurat posiadam białą wersję Source i uważam, że jest ona na tyle uniwersalna, a przy tym wyjątkowa, że wpasuje się do każdego wnętrza nadając mu charakteru. Nie zajmuje sporo miejsca. Niewiele więcej niż butelka z wodą.

DSC_0229Do urządzenia można kupić różne syropy smakowe. Można w domu zrobić swoją colę. Jak smakuje, nie wiem. Ale może ktoś z Was miał okazję pić i powie jak ma się smak do oryginalnej butelkowanej wersji? 🙂

DSC_0231

Stawiamy na minimalizm. Nam wystarczą listki mięty, trochę cytryny. Dla walorów smakowych można dodać plasterek imbiru (świetnie wpływa na przemianę materii, a jak wiecie sama woda, już daje dobre efekty).  Dla większego efektu wizualnego można przysłowiową koleżankę uraczyć bąbelkami z dodatkiem owoców. Np pomarańczy, kiwi, a nawet truskawek. Tak podana na pewno wzbudzi zainteresowanie i jest szansa, że koleżanka wypije trochę więcej niż dwa łyki. A my przy okazji poczujemy się dobrze, jak na prawdziwą Panią Domu przystało 😉

DSC_0238

* na zdjęciach woda o dużym nasyceniu gazem.