Szorstkie stopy po zimie? Mam na nie sposób!

Zima nie służy stopom. Suche powietrze, skarpety, ciepłe buty. A przy tym szczerze mówiąc i mniej uwagi w stosunku do tej, jaką poświęcamy o wygląd tej części naszego ciała latem. Bo zimą jakoś mniej istotny robi się ładny lakier na paznokciach stóp.

Z wiekiem mam co raz bardziej suchą skórę. Brzmi jak gadanie stetryczałego człowieka, ale tak jest w rzeczywistości. Oprócz nowych wiosen na plusie, z pewnością powodem jest też ciąża, po to właśnie po porodzie zauważyłam, że kondycja stóp i dłoni nie jest tak dobra jak bym tego oczekiwała po zabiegach, którymi je traktuję. Owszem, są miękkie i delikatne, gdy wieczorem wymoczę je w wodzie z dodatkiem soli morskiej, a następnie potraktuję pumeksem lub peelingiem. Ale powiedzmy sobie szczerze, kto przy małym dziecku ma na takie przyjemności codziennie czas? Ja nie mam.

Dlatego strzałem w dziesiątkę okazał się elektroniczny pilnik do stóp Scholl Velvet Smooth Express. Od razu uprzedzę – nie spodziewałam się cudu, więc pewnie dlatego uniknęłam rozczarowania, o którym można wyczytać na różnego rodzaju forach. Choć stopy mam mega suche, to nigdy nie dopuszczam do tego, by naskórek rogowaciał. Dlatego przynajmniej raz w tygodniu lecę po nich zwykłą tarką. Ktoś powie w takim razie po co mi elektroniczny pilnik? Otóż jest świetnym dodatkiem, bo nic tak dobrze nie wygładza skóry jak on.

DSC_0835

Kojarzycie miękkość stópek dziecka? Takie właśnie w dotyku są stopy po kilku minutach z elektronicznym pilnikiem. Wystarczy wieczorem przed wieczornym prysznicem poświęcić 2-3 minuty i potraktować nim stopy. Raz w tygodniu poświęcić także 20 minut na wymoczenie stóp i użycie zwykłej tarki. Wierzcie mi, Wasze stopy odwdzięczą Wam się pięknem i delikatnością, którego na pewno nie zapewni samo używanie pumeksu.

Ja dodatkowo wspomagam się kremem, który miałam w zestawie z pilnikiem. Jest super wydajny. Używam go od 5 miesięcy i wciąż coś na dnie się znajdzie (ale już kombinuję gdzie go samego dostanę). Czemu kombinuję? Bo jest to produkt niemiecki, dołączony do pilnika. Dlatego jeśli ktoś ma możliwość zakupu zestawu Scholl Velvet Smooth to właśnie ten zestaw polecam. Krem nakładam dopiero po prysznicu, na dobrze osuszone stopy. Wchłania się błyskawicznie, pozostawiając na skórze aksamitną powłokę. Serio jest rewelacyjny!

Raz w tygodniu moczę też stopy w wodzie z dodatkiem ręcznie robionej kulki musującej do kąpieli. Przepis na nie poznałam podczas warsztatów z Zielonym Zagonkiem. Do ich zrobienia wystarczy soda oczyszczona, kwasek cytrynowy, mąka ziemniaczana, oliwa z oliwek oraz suszone kwiaty – np rumianek, lawenda. Ich zrobienie zajmie kilka minut, a mnóstwo przepisów znajdziecie w internecie. Stopy po takim zabiegu są fantastycznie miękkie, odświeżone.

DSC_0829

I to właściwie całość rytuałów związanych z pielęgnacją skóry stóp. Stosując je sumiennie nie muszę się martwić, że lato mnie zaskoczy i nie będę mogła włożyć nowych sandałków, gdy tylko temperatura na to pozwoli. Do tego ulubiony lakier do paznokci i voila. Gotowe 🙂

Ps. Czytałam w necie opinie, że bateria w pilniku szybko się rozładowuje. Że lepszym rozwiązaniem byłby akumulatorek. Chyba dostał mi się wyjątkowo mocny egzemplarz, bo przez 5 miesięcy praktycznie codziennego użytkowania bateria wciąż daje radę! 😉 Jedynie do wymiany poszła rolka, ale też nie jest to wymiana co chwilę jak niektórzy sugerują (no chyba, że pilnika używa się do naprawdę zapuszczonych stóp).

 

Mały Marsylczyk, który zabrał mnie do Prowansji

Kto czyta bloga od dłuższego czasu ten wie. Wie, że my z mężem oboje, na punkcie podróży do Francji bzika mamy totalnego. Że rok w rok kierujemy się na Zachód, przemierzając długaśne kilometry niemieckiej autostrady, by spędzić chwil kilka tam gdzie ciągnie nas niezmiernie.
Tak było przed nadrodzinami Mateuszka, tak było i rok temu, kiedy to naszego 9 miesięcznego szkraba zabraliśmy na wakacje do Normandii.

Nie trudno się domyślić, że i w tym roku marzy nam się podróż. I choć na chwilę obecną nasze finanse nie pozwalają na zaplanowanie takiego wyjazdu, to po cichu wierzę, że jak za każdym razem dobry los sprawi, że decyzja zostanie podjęta z dnia na dzień.

W tym roku marzę o ponownym zobaczeniu Prowansji. Tęskno mi do ciepła, długich letnich wieczorów, odgłosu cykad. I oczywiście zapachu lawendy, w której rozkochałam się jeszcze na długo, długo przed naszą pierwszą podróżą.

Prowansja pachnie cała. Nie tylko fioletowym kwieciem. Przypomniał mi o tym pewien Mały Marsylczyk, który zawitał do mojego domu tuż przed długim weekendem. Wraz z paczką, którą otrzymałam wróciły ciepłe wspomnienia, a serce gdyby mogło niczym ptak wyfrunęłoby z piersi do tych dawnych chwil spędzonych właśnie tam.

Mały Marsylczyk, czyli Le Petit Marseillais to kosmetyki doskonale mi znane z naszych podróży. Za każdym razem wracamy do domu obładowani po dach w francuskie dobra, między innymi w mydło marsylskie. Możecie o tym przeczytać w notce „Podaruj mi trochę słońca„, którą napisałam dla Was w ubiegłym roku.

Dlatego bardzo miło zrobiło mi się, gdy napisała do mnie Pani Anna, że ma dla mnie niespodziankę od Małego Marsylczyka. Wiedziałam, że to będzie coś pachnącego i takiego, co każda kobieta lubi. Nie pomyliłam się.
Bardzo chciałam wypróbować żel do mycia i kąpieli z kwiatem Tilii oraz oliwą z oliwek. Kwiat Tilii to odmiana lipy ( o czym dowiedziałam się z fanpage LRP) , a ja wprost uwielbiam jej zapach. Ten kosmetyk zdecydowanie należy do mnie. Łączy w sobie to, co jest bliskie memu sercu – miłość do Francji i uwielbienie do zapachu lipy. O ważnym miejscu, jakie zajmuje to pachnące drzewo w moim życiu możecie przeczytać TU.
Żel wspaniale się pieni. A jako, że zawiera w składzie mydło marsylskie ma ten charakterystyczny „śliski dotyk”, który uwielbiam. Nakładanie go na ciało jest dla mnie zawsze przyjemnością. No i zapach. Delikatny, a zarazem obłędny. Uwielbiam go. Jest faworytem w mojej łazience, mimo że żeli pod prysznic mam sporo. Gdy Mati trochę podrośnie będziemy mogli używać go wspólnie, bowiem kosmetyk przeznaczony jest również dla dzieci od 3 roku życia.
W ofercie Le Petit Marseillais znajdują się również inne kompozycje zapachowe.Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie i będzie mógł zrelaksować się w kąpieli.

Kolejny kosmetyk, którego zapach koniecznie muszę wypróbować to połączenie miodu i lawendy. Jeśli pachnie równie dobrze jak smakuje miód lawendowy to będę jego wierną fanką.

Mały Marsylczyk to nie tylko żele pod prysznic i do kąpieli. Firma ma dużo bogatszy asortyment. Do Polski zawitała całkiem niedawno, ale wierzę, że będzie nam dane poznać osobiście każdy z produktów.

Ja, poza żelem mam również przyjemność używania balsamu, który wspaniale dba o moją skórę. Połączenie masła shea, aloesu i wosku pszczelego jest idealne. Skóra jest nawilżona i pięknie pachnie.

Kolejnym, który na pewno wypróbuję jest ten z dodatkiem oleju arganowego. Zwłaszcza, że już od 09 maja będzie on w Rossmannie w promocyjnej cenie 13,49zł. Swoją drogą żel z kwiatem Tilii również w promocji. (przez te rossmannowe promocje zbankrutuję kiedyś, słowo daję).

Ogromnie dziękuję Le Petit Marseillais za tą miłą niespodziankę i za podróż wspomnień do ukochanej Prowansji.

Mimo, że do tej pory byliśmy z mężem fanami głównie mydeł LPM w kostce i przez myśl nam nie przeszło, żeby z podróży przywozić np. ich żele pod prysznic, tak teraz całkowicie zmieniliśmy zdanie.
Dlatego bardzo cieszy fakt, że bez problemu dostaniemy kosmetyki Le Petit Marseillais w pobliskim Rossmannie czy Carrefourze.

Polecamy!

https://www.facebook.com/LePetitMarseillaisPolska?fref=ts
Ps. Wszystkie zdjęcia we wpisie są autorstwa Le Petit Marseillais Polska i zostały użyte za zgodą. Moje zdjęcia zdecydowanie nie umywają się do piękna tych, które zamieściłam, więc darowałam sobie ich publikację 😉 Gwarantuję jednak, że posiadam w domu kosmetyki, o których wspominam w poście 😛
Ps. 2 Zachwyt nad kosmetykami nie jest powodowany faktem otrzymania ich w prezencie. Fanami LPM byliśmy już wcześniej 😉

Sucha skóra stóp i dłoni po ciąży i porodzie – na pomoc!

Sucha skóra – moja zmora odkąd urodził się Mateuszek. Zimą oczywiście dolegliwości się nasilają, więc czekam na lato jak na wybawienie. Największy problem dotyczy stóp, a zaraz potem dłoni. Reszta ciała znośna, aczkolwiek gdybym zostawiła ją samą sobie to zrzuciłabym pancerz. Złuszczyłabym się niczym wąż.
Masakra.
Wiem, że to kwestia gospodarki hormonalnej. Karmiąc synka nie mam większych szans na jej wyregulowanie, więc staram się jak mogę walczyć z efektem. Jeśli nie mogę z przyczyną.
Skoro idzie lato i zrzucę skarpetki, jest nadzieja, że moje stopy chociaż trochę odetchną.
Przed ciążą moje stopy wymagały ode mnie pedicure raz na jakiś czas. Pumeks w tamtych czasach mógł nie istnieć. Skóra była gładka i miękka. Jedynie kolor na paznokciach zmieniałam co po chwila, bo latem lubię jak się coś dzieje.
Teraz istna rozpacz. Pumeks, peeling, maseczka, krem do stóp. Czego jeszcze nie mam, a co wynaleziono? Mimo licznych i częstych zabiegów moje stopy nie wyglądają jak dawniej. Owszem, zaraz po pielęgnacji są gładkie, ale wystarczy, że minie kilka godzin i wracają do stanu wyjściowego.
Sytuacji nie polepsza fakt nałogowego podkurczania nóg przy siedzeniu. W efekcie siadam pośladkiem na stopie i w miejscu gdzie jest kostka skóra zrobiła się twarda i przesuszona. Za nic nie mogę sobie z tym poradzić, a stale zapominam się i oczywiście siadam nieprawidłowo.

Mimo wszystko walczę z wrogiem na dwa fronty.
Pierwszy- z pomocą przychodzą kosmetyki i codzienne zabiegi
Moczenie stóp w wodzie z dodatkiem soli morskiej.
Następnie drobnoziarnisty pumeks.
Na koniec smaruje stopy masłem shea i zakładam skarpety bawełniane.
Na codzień krem do stóp. W ogromnych ilościach.
Drugi sposób- odpowiednia dieta
Surowe warzywa i owoce. Poprawiają jędrność i elastyczność skóry. Chwała Panie już niedługo nastąpi ich wysyp, będę więc zajadać codziennie. Podobno warto zwrócić uwagę na produkty zawierające wit A, E i D. A także nisko nasycone kwasy tłuszczowe. Kłaniają się ryby, orzechy, sery, jajka, mleko, morele.
Na liście rzeczy do kupienia mam olej z wiesiołka. Zażywałam go jeszcze przed ciążą, więc doskonale pamiętam o jego właściwościach i dobroczynnych skutkach na mój organizm.
A do tego wszystkiego siemię lniane i produkty z lnu. Los mi cudownie sprzyja. Jedna z moich czytelniczek już jakiś czas temu przesłała mi paczkę pełną zdrowych, lnianych produktów od Instytutu Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich. Część z nich podkradła mi mama, wielka maniaczka siemienia.

A może Wy macie jakiś patent? Cud sposób, który pozwala zapomnieć o suchych stopach i dłoniach?

Elancyl, czyli wiosenne nowości na półce i mega Konkurs!

Często żałuję, że nie mieszkam w Warszawie. Zwłaszcza kiedy dostaję zaproszenie na jakiś ciekawy event lub spotkanie blogujących kobietek. Tak się złożyło, że to akurat w stolicy i w rejonach tamtej strony Polski mieszka najwięcej dziewczyn, z którymi mam świetny kontakt.
Tak było i tym razem. W połowie lutego moja skrzynka zasygnalizowała mi, że mam nową wiadomość. Czekało na mnie zaproszenie na spotkanie dla blogujących kobiet i mam organizowane przez markę Elancyl oraz Fundację Rodzić po Ludzku. Pierwsza moja myśl była taka, że na bank jadę! Niestety potem zobaczyłam datę- spotkanie zostało wyznaczone na środek tygodnia- i moja radość prysła. Jak zwykle nie dam rady… Nici z fajnego spotkania z innymi dziewczynami. Nici z poznania kosmetycznej nowości.
Nie smuciłam się jednak długo, bo Pani Magda pisząca do mnie w sprawie spotkania, postanowiła osłodzić mój zawód. Tak oto w moje ręce trafiły kosmetyki francuskiej firmy Pierre Fabre Dermo- Cosmetique  ze swoją apteczną marką ELANCYL.
Mimo, że na codzień używam właśnie typowo aptecznych dermokosmetyków, tych z marki Elancyl nigdy nie stosowałam. Tym bardziej się cieszę z otrzymanego daru.
Mam nadzieję, że cieszyć będziecie się również i Wy, bowiem mam do rozdania aż 5 zestawów kosmetyków! Ale o tym za chwilkę. Najpierw zapoznajcie się z nowościami od ELANCYL.
Wśród nowości jest coś, co z pewnością przyda się każdej kobiecie. Nie tylko tej, która ciążę ma za sobą.
Jednym z kosmetyków, który otrzymałam jest Elancyl Cellu Slim Noc, czyli intensywna pielęgnacja wyszczuplająca na noc.
Krem jest w fajnym, poręcznym słoiczku o pojemności 250ml. Nie wiem na ile jest wydajny, bo dopiero zaczynam testowanie. Wchłania się jednak szybko, nie pozostawia tłustego filtru, wręcz wrażenie zmatowienia skóry. Pachnie fajnie, podoba mi się.
Producent zapewnia, że krem wygładza nierówności i wyszczupla już po 14 dniach. Przekonamy się, mam zamiar nakładać go na brzuch i uda.
Aby jednak odnieść sukces, podczas stosowania kremu wieczorem należy go nakładać metodą masażu opracowaną na potrzeby Elancyl. Jak to robić mamy w instrukcji zamieszczonej wewnątrz opakowania.
Właściwie to nie mam cellulitu, ale zawsze miałam kompleks masywnych ud. Żartuje nieraz, że natura obdarzyła mnie murzyńskimi udami i wiele bym dała, żeby były dużo smuklejsze. Nie oczekuje cudów po kremie, bo żaden kosmetyk genetyki nie zmieni, ale nie pogardzę napiętą skórą w tej okolicy oraz na brzuchu.

Kolejną nowością z serii jest Olejek przeciw rozstępom.

Pisałam Wam już kiedyś, że jestem ogromną szczęściarą jeśli chodzi o tę część genetyki. Mój sporych rozmiarów brzuch w ciąży nie nabawił się ani jednego rozstępu. I właściwie to niespecjalnie dbałam o to. Stosowałam co prawda jakiś krem zapobiegający się ich pojawianiu, ale nie mogę powiedzieć żebym była sumienna w tej czynności.

Mam jednak jeden mały rozstęp na lewej piersi, już praktycznie niewidoczny. I właśnie tym olejkiem mam zamiar go potraktować. Z uwagi, że sam olejek świetnie nadaje się do masażu, z pewnością dobroczynnie wpłynie na kondycję mojego biustu. Poza tym jest bezzapachowy i spokojnie mogę go stosować przy karmieniu Mateuszka.

Olejek łatwo się wchłania i przyznaję byłam w szoku. Zwykle nie przepadam za tłustą mazią na moim ciele, dlatego oliwki i inne olejki raczej nie dla mnie. Robię oczywiście wyjątki jak coś przypadnie mi do gustu, ale zazwyczaj podchodzę sceptycznie.

Jako, że olejek ma również zadanie wygładzające i ujędrniające głęboko wierzę, że sprawdzi się na mojej skórze. Co jak co, ale jędrność i elastyczność, a przy tym dostateczne nawilżenie skóry to problem, z którym nie borykam od narodzin synka.

Producent podaje, że olejek składa się w 99% z samych naturalnych składników.Olejek z wiesiołka, krokosza i lnicznika. Przyznaje, że znałam tylko ten pierwszy i z ciekawością zajrzałam do źródła czym są pozostałe składniki. Tym sposobem dowiedziałam się, że olej z krokosza używany był w Indiach do usuwania zbędnego owłosienia. Ooo, to może zacznę olejkiem smarować również nogi? 🙂
W każdym bądź razie olejek spokojnie można stosować zarówno w ciąży jak i podczas karmienia piersią. Nie tylko na nogi 😉
A teraz coś obiecanego dla Was!
Każdy kto w komentarzu poniżej opowie mi jak wiosną dba o stan swojego ciała i umysłu (no dobra, nie tylko wiosną, bo wierzę, że dbacie o siebie przez cały rok) będzie miał szansę zdobycia takiego zestawu dla siebie. A zestaw jak widzicie nie byle jaki, o wartości ok. 200zł.
Całkiem fajny prezent na wiosnę, prawda? 🙂
ZASADY:
  • Oczywiście zostawiamy komentarz z odpowiedzią na pytanie
  • Plakat udostępniamy u siebie na blogu lub na FB
  • Lubimy Znaczki jak Robaczki? (tylko wiecie tak szczerze, nie dla konkursu) KLIK KLIK
  • Lubicie Elancyl?:) KLIK KLIK
  • Zaciskacie kciuki i czekacie na wyniki konkursu 🙂

Aaa… bawimy się od dziś przez 2 tygodnie, czyli do 18 kwietnia.
Zajączek przyniesie Wam rozwiązanie konkursu.

Ps. Wysyłka nagród tylko na terenie PL.

Czego użyć do kąpieli niemowlaka?

Będąc w ciąży dostawałam małpiego rozumu przy kompletowaniu wyprawki. To poniekąd zrozumiałe. Pierwsze dziecko, masa czasu na wynajdywanie różności, przeglądanie gazet, poradników, czytanie for i blogów. Instynkt i intuicja jeszcze niewiele podpowiadały, a zapewnienia koleżanek, że coś okaże się bezużyteczne jakoś do mnie nie docierały.
I właśnie na takim ogłupieniu ciążowym bazują producenci wszystkiego co związane z branżą dziecięcą. Nie ma się co dziwić i mieć im tego za złe, taki jest biznes.
Ale powracając do mojego ogłupienia. Jedną z zakładek w liście wyprawkowej stanowiły kosmetyki do pielęgnacji Mateuszka. Począwszy od gazików, patyczków, przez kremy na codzień, na deszcz i niepogodę, te z filtrem UV na lato, aż po całą batalię przeznaczoną do kąpieli.
I nie rozchodzi się wcale o to, że miałam w planach zakup mydełka, żelu do mycia, szamponu z osobna, bo od początku postawiłam sobie za cel kupno czegoś 2w1 do kąpieli dla Mateuszka.
Nie chodzi o mnogość produktów, a o ogromną ilość firm oferujących kosmetyki dla maluchów. Jest tego tyle, że zwariować można. I oczopląsu dostać.

Przyszła mama staje przed półką sklepową i zaczyna wybierać. Ogląda opakowanie, być może czyta składy, wącha zawartość, sprawdza czy może użyć produktu od pierwszych dni swojego dziecka.
Gdy już znajdzie to co jej zdaniem najlepiej pasuje, wkłada do koszyka, podchodzi do kasy i płaci.
Gdyby historia kończyła się w tym miejscu byłoby super. Ale z reguły ma ona swój ciąg dalszy. A to po powrocie do domu przyszła mama sprawdza (zakładam, że wcześniej jednak tego nie uczyniła) co sądzą w internecie na temat kosmetyku inne mamy. I o zgrozo, okazuje się, że skład jest fatalny.
Albo inna sytuacja- w rozmowie z przyjaciółką wychodzi, że jej dziecko dostało uczulenia po kosmetyku tej firmy. W skrzynce pocztowej znajduje bon zniżkowy na zakup kosmetyków do pielęgnacji firmy Y (swoją drogą czyż to nie zrządzenie losu?). Pojawiają się myśli, że może kupić coś jeszcze, na zapas, żeby mieć alternatywę. Koleżanka blogowa zachwala, że cudnie pachnie (ja się na to sama łapię najczęściej).Itd. Kołowrotek się kręci. Poczucie, że czegoś brakuje w wyprawce rośnie proporcjonalnie do pieniędzy, które uciekają z konta.
Jak w tym wszystkim nie zwariować i znaleźć złoty środek? 
Przyznaję, że nie wiem. Serio. Sama jestem typem konsumenta idealnego, który nabiera się na wszystkie sztuczki marketingowe. Na szczęście jak już coś wypróbuję i się przekonam to jestem wierna danej rzeczy. Jak się zrażę to potem niestety ciężko mi się przekonać.
Pod koniec ciąży sama zaczęłam rozglądać się za kosmetykami dla Mateuszka. Na jednym z blogów trafiłam na kosmetyki marki Sanoflore. Wystarczyło jedno zdanie nt. obłędnego porzeczkowego zapachu, a ja pobiegłam (na tyle szybko na ile pozwalał mi mój ówczesny stan) do sklepu i kupiłam żel do mycia. Przyznaję, żel bardzo przypadł mi do gustu i kupiłam go jeszcze ze dwa razy, jednak po pierwszym zakupie zorientowałam się, że…. przeznaczony jest dla dzieci od 1 miesiąca życia. Zonk!
Posłuchałam, więc będąc w aptece farmaceutki i nabyłam żel do mycia Mustella. Znów uwiódł mnie zapach. Nie tylko mnie, ale i mojego męża. To właśnie ten zapach kojarzy mi się z pierwszymi tygodniami po narodzinach Mateuszka. Z pierwszymi kąpielami. Uwielbiam go. Zapach. Żel już mniej, bo jakiś czas później wyczytałam, że skład to ma on nie najlepszy. Klapa!
Sugerując się opinią na temat składu zakupiłam Babydream. Ale nie podszedł mi. Śmierdział. A potem w paczce od Oli dostałam żel do mycia i włosów Pat&Rub. Widziałam je już wcześniej, jednak jeszcze w ciąży zraziłam się do balsamu dla mam tej firmy o czym pisałam zresztą na blogu. Strasznie nie podobał mi się jego zapach, do tego stopnia, że z góry skreśliłam całą markę. Do tego stopnia, że dopiero przy końcu opakowania żelu stwierdziłam, że nie jest on zły. Jednak nie przekonał mnie na tyle, by dokonać świadomego zakupu.
Aż tu, pewnej słonecznej soboty na spotkaniu Klubu Mam Ekspertek została mi wręczona torba z kosmetykami Pat&Rub z serii Sweet.
Zajrzałam do środka, patrzę oliwka. O rany! Tylko nie oliwka, przecież my nie używamy. Jednak w drodze do domu, w pociągu przeglądnęłam zawartość torby raz jeszcze. Poczytałam informacje o składnikach, zaczęłam wąchać (to taki mój fetysz) i stwierdziłam- dobra, tym razem postaram się nie skreślać produktu ze względu na dawne uprzedzenia.
Minął ponad tydzień. Do każdej kąpieli dodaję 2 dawki oliwki. Łokcie Matiego zrobiły się gładkie (wcześniej od czasu do czasu były trochę szorstkie). Nie muszę używać balsamu po kąpieli. Oliwka nie ma zapachu, więc jest dobrze. Choć tak naprawdę oliwka to po prostu mieszanina olejów.
Ok, przekonuje mnie to. Choć do ciała używać nie będę. Bo nie lubię tego tłustego efektu.
Duży plus oliwki to butelka z dozownikiem. Nic bardziej irytującego niż oliwka spływająca po butelce, przez co etykieta robi się mało estetyczna, a pod butelką tworzy się tłusta plama.
Czy kupię w przyszłości? Nie wiem. Tzn. jeśli będę rozważać kupno oliwki to pewnie w pierwszej kolejności sięgnę po Pat&Rub.
Żel pod prysznic i do włosów podobnie jak oliwka, nie posiada jakiegoś specjalnego zapachu. O ile w przypadku oliwki uważam to za plus, tak w przypadku żelu już niekoniecznie. A to dlatego, że ja lubię gdy dziecko pachnie tak po dziecinnemu. Z czasów mojego dzieciństwa kojarzy mi się zapach zasypki do pupy. Kojarzycie go? No właśnie. Teraz dzieci już nie pachną jak dawniej…
O ten brak zapachu, a właściwie jego małą intensywność mam żal, zwłaszcza dlatego, że nazwa serii to „Sweet”. Dlaczego, więc nie jest słodko?
Oczywiście, jak w przypadku pozostałych kosmetyków Pat&Rub skład jest bardzo dobry (choć ja tam ekspertem żadnym nie jestem, ale jak nie widzę Pegów i tych innych to jest chyba dobrze).
Butelka. Jest fajna, różni się od wszystkich dostępnych na rynku. Etykietka z rysunkami dzieciaków (na wszystkich z serii się one pojawiają) ma w sobie coś co przyciąga wzrok. Jest jednak jedno małe ale. Wg mnie nie nadaje się do użytku przy maluszkach takich, które kąpiemy na leżąco. Potwierdzić to może mój mąż, który kąpie Matiego na codzień. Pierwszą butelkę żelu przelaliśmy do takiej z dozownikiem, bo ciężko mu było zaaplikować żel na rękę, gdy drugą podtrzymywał synka pod pleckami.
Teraz to już nie problem, bo Mati siedzi w wanience, a my ręce mamy wolne.
Żel za to świetnie działa na włoski Mateusza. Po myciu są mięciutkie, ładnie się błyszczą. Oczywiście żel nie podrażnia, ale my nie mamy z tym większych problemów.
Powoli przekonuję się do serii, która niezaprzeczalnie ma swoje plusy patrząc na naturalne składniki, z których zostały wykonane kosmetyki. Jeszcze tylko muszę pokonać swoje zaparcie jeśli chodzi o ulubiony zapach.
No chyba, że Wy możecie polecić mi coś, co pachnie jak dzidziuś i składem nie odstrasza? 🙂