Adwent

Wierzę w Boga. Nie wstydzę się tego, bo nie uważam, by wiara była jakimkolwiek powodem do wstydu. Podobnie jak nie wstydzę się swojej rodziny. Być może nie jestem przykładną katoliczką. Sama sobie mam sporo do zarzucenia. Wiem, że któregoś dnia to Bóg oceni najlepiej. A nie drugi człowiek.

Nie o wierze w Boga jednak dziś będzie, lecz o wierze w własne przekonania. A także o ocenianiu. Bo tak się składa, że my ludzie dajemy sobie wyjątkowe prawo do oceniania innych. Ich postępowania, decyzji jakie podejmują, drogi którą kroczą. Bardzo łatwo przychodzi nam ocena, a zarazem krytyka gdy patrzymy na kogoś lub czyjeś zachowania z boku. Niestety znacznie ciężej przychodzi nam ocena samych siebie. Jesteśmy przekonani, że robimy coś dobrze, bo tak nam podpowiada nasza intuicja. Bo tak nam kiedyś dawno powiedziano. Bo do czegoś jesteśmy przyzwyczajeni, czegoś jesteśmy nauczeni. Mamy prawo nie zgadzać się z czyimś odmiennym zdaniem, ale nie mamy prawa go oceniać i krytykować.

Czasem przeczytam coś, co wyjątkowo podniesie mi ciśnienie. Jakaś informacja ze świata polityki, wpis na forum, kogoś wyjątkowo brzydkie zachowanie. I aż ciśnie się pod palce ochota,by ukrócić nosa tej drugiej stronie, by napisać wielkimi literami, wyładować frustrację. Pokazać, że JA mam rację, że MOJE jest na wierzchu. A ta druga strona bzdury plecie, nie ma racji, jest głupia i w ogóle. I wtedy przypominam sobie, że kij ma dwa końce. Zawsze. I że był kiedyś taki dzień gdy ja sama oceniłam. Że zrobiłam coś nie fair. Że być może w złości skrzywdziłam kogoś i ktoś do tej pory ma mi to za złe. I że kurde to niefajnie być po tej drugiej stronie. Bo przecież sama nie chciałabym po tej stronie być. Wielu wyrządzonych krzywd, wielu zranień i pretensji nie jesteśmy w stanie cofnąć. Nie wszystko da się naprawić słowem przepraszam, uśmiechem.

Jesteśmy natomiast w stanie zatrzymać się nad tym, zreflektować. Zanim otworzymy buzię, zanim napiszemy cokolwiek pomyślmy. Zamieńmy się rolami. Zastanówmy czy mamy monopol na nieomylność. Nauczmy się szanować wybory innych, a jeśli tak bardzo nam one przeszkadzają spróbujmy chociaż poznać ich historię, motywy działania. Bez kategorycznego oceniania. W sytuacji, w której nie możemy zboleć zwyczajnie zapomnijmy o sprawie.

Każdy z nas pada ocenie innych, w każdej życiowej sytuacji. Co jest zupełnie logiczne. Oceniamy ogródek sąsiadki, nową bluzkę czy fryzurę koleżanki, smak potrawy w restauracji. Zarówno my oceniamy jak i oceniają nas. Jednym się podoba, innym nie. Patrząc z perspektywy gustu jest to rzecz normalna. Nie wszystko musi nam się podobać. Podobnie jest z czyimś zachowaniem.  Nie wszystko musi być akceptowalne, coś może budzić nasz sprzeciw. Czasem cichy, a czasem głośny. Jest w tym wszystkim jednak cienka granica, którą łatwo przekroczyć. Granica czyjejś prywatności, granica kultury.

Wiem, że ten post brzmi trochę moralizatorsko, ale wierzcie mi wcale nie o to mi chodzi. To tak naprawdę moja próba wyrzucenia z siebie niesprawiedliwości na jaką ostatnio trafiam. Braku chęci zrozumienia wśród otaczających mnie osób. Braku zrozumienia nie tylko w kierunku mojej osoby, ale głównie w kierunku otaczających mnie osób. Zbliżają się Święta. Dla mnie to wyjątkowy czas. Czas nie tylko na ubieranie pięknej choinki, sprzątania, zakupów. Dla wielu z nas to czas przygotowania, otwarcia się na nowe. Na innych. Dla mnie także. I z każdym rokiem podchodzę do tego co raz bardziej serio. Być może starzeję się, być może mam możliwość więcej zobaczyć, stąd moje rozczarowanie ludźmi. I chcę o tym powiedzieć głośno, żeby myśli te nie zakłócały mi spokoju przygotowań do Świąt.

Chcę napisać, że każdy z nas ma prawo do podejmowania własnych decyzji. Bez względu na to czy są to decyzje mądre czy głupie. Chcę napisać, że nie jesteś lepszy/ lepsza bo wybrałeś inaczej i tym samym wydaje Ci się, że słuszniej. Chcę Ci napisać, że nie życzę sobie abyś nazywał mnie lub otaczających mnie ludzi zacofanymi. Ciemnogrodem. Idiotą. Złą matką, złym ojcem. Zabierającym dziecku dzieciństwo. Bo inaczej karmię, wychowuję, leczę, mam inne przekonania lub wierzę w coś czego Ty nie dopuszczasz. Tylko dlatego, że wydaje Ci jakoby Twoja wiedza w temacie była większa. Że wydaje Ci, że Ty masz słuszność. O tym, że tak jest lub nie przekonamy się być może w przyszłości. W tym momencie oboje jesteśmy na tej samej pozycji i żadne z nas nie ma stu procentowej pewności, że ma rację. Różnica pomiędzy nami jest tylko taka, że ja nie Cię nie obrażam. Ani nie obśmiewam. Jeżeli pytasz co sądzę na dany temat, jeżeli prosisz o moją opinię, jeżeli chcesz wiedzieć jak w danej sytuacji postępuję i otrzymujesz odpowiedź to uszanuj ją. Nawet jeśli usłyszysz coś co nie trafia w Twoje przekonania. Podejdź z kulturą i szacunkiem do osoby. Nie tylko na pokaz, prosto w oczy. Ale i później, bez obgadywania czy obśmiewania. Mnie czy ogółu ludzi którzy postępują odmiennie od Ciebie. Bo czy miło byłoby Ci się dowiedzieć, że Twoje przekonania są nic nie warte, a Ty sam jesteś osobą nieodpowiedzialną? Głupią. Albo śmieszną. Albo… (w kropki wstaw to czego nie chciałbyś o sobie usłyszeć).

Chciałabym, żeby każdy znalazł czas na chwilę refleksji w okresie Adwentu. Każdy, bo każdy z nas popełnia te błędy. Każdy z nas w jakiś sposób, często zupełnie nieświadomie rani kogoś innego. Czy to źle się o kimś wypowiadając, czy też wynosząc siebie ponad innych. Tymczasem, traktujmy się równo. Nie oceniajmy. Zostawmy ocenę Bogu, jeśli ktoś wierzy. Niech oceni nas czas. On też pokaże czy nasze wybory były słuszne czy zupełnie nietrafione. Zamiast tego zwyczajnie cieszmy się każdym dniem i tym co mamy. Przekonani o tym, że podejmujemy słuszne decyzje. I spokojnie przygotowujmy się do Świąt. Tego Wam i sobie życzę.

 

Tradycje Bożonarodzeniowe

Uwielbiam świąteczny czas. W moim domu każdego roku przestrzegano tradycji i zwyczajów związanych z tym szczególnym okresem. Przypomniałam sobie o tym wczoraj, kiedy po raz pierwszy spędzaliśmy Wigilię we troje, którą nota bene w większości przygotował mój mąż ze względu na choróbsko, które rozłożyło mnie totalnie.
Moja babcia mawiała „Jaka Wigilia taki cały rok”. Doskonale pamiętam jej słowa, gdyż jako dziecko budząc się rano starałam się robić wszystko tak jak bym chciała, żeby było przez najbliższe 365 dni.
Pamiętam napięcie, w jakim oczekiwałam pojawienia się pierwszej gwiazdki. Gdy na zewnątrz ciemniało, a ja wciąż przez okno nie mogłam jej dojrzeć, wychodziłam za drzwi by sprawdzić, czy aby na pewno niczego nie przegapiłam. Jej pojawienie oznaczało, że Wieczerzę czas zacząć.
Rozpoczynamy zawsze łamiąc się opłatkiem i składając sobie życzenia. Stół nakryty jest białym obrusem, pod którym babcia lub mama umieszczają sianko. Jest też dodatkowe nakrycie dla niespodziewanego gościa. Pamiętam, że będąc dzieckiem, każdego roku zastanawiałam się czy tym razem ktoś zapuka do drzwi i zechce skorzystać z pustego miejsca przy stole. W tle zawsze leciały kolędy.
Pamiętacie kolorowe opłatki? Tymi białymi łamaliśmy się między sobą, te kolorowe natomiast dziadziuś lub babcia zawsze brali i zanosili zwierzętom. Tradycja mówi, że w ten jeden wieczór w roku potrafią one przemówić ludzkim głosem. Zawsze byłam ogromnie ciekawa o czym na przykład rozmawiają krowy w oborze, jednak strach przed wyjściem w ciemną noc i przestrogi babci, że podsłuchanie zwierząt nie przynosi szczęścia, skutecznie mnie stopowały w zaspokajaniu swojej ciekawości.
O północy rodzice zawsze wybierali się na Pasterkę. Jako dziecko zostawałam w domu, bo odkąd sięgam pamięcią każdego roku było zimno. Poza tym dla brzdąców była zarezerwowana bożonarodzeniowa msza przy boku dziadków.
Pierwszy i drugi dzień Świąt to czas spędzany na odwiedzinach rodziny. Większość rodziny od strony mamy mieszka w jednej wiosce, więc na Święta wszyscy zjeżdżali się tłumnie. Pamiętam spotkania, gdy dorośli ledwo mieścili się przy stole, a my dzieciaki w innym pokoju bawiliśmy się w ciuciubabkę, mając na uwadze przestrogi, aby nie przewrócić choinki.
Okres świąteczny to również czas kolędowania. Takiego prawdziwego kolędowania. Oj pamiętam jak bardzo bałam się Turonia, kłapiącego szczęką i mazania węglem po buzi przez Diabła. Kolędnicy potrafili nastraszyć, wywinąć psikusa, ale było to przedstawienie, którego każdy w domu oczekiwał.
Ogromnej, podświetlonej gwiazdy na patyku wyglądało się przez okno, gdy tylko pies zaszczekał dając znać, że oto zbliżają się do domu goście.

Obecne kolędy nijak niestety mają się do tych z czasów mojego dzieciństwa. Dziś otwieram drzwi i moim oczom ukazuje się dwójka lub trójka dzieciaków, którzy z co najwyżej kartką bożonarodzeniową w ręce odśpiewają „Wśród nocnej ciszy” licząc na datek.
Tradycja jest, niby wciąż ta sama, a przecież tak różna. Modyfikujemy zwyczaje bożonarodzeniowe, żeby tylko było szybciej, żeby pasowały do naszych czasów. Obecny świat w pewien sposób wymusza na nas takie zachowania. Musimy się dostosowywać.
I gdy wczoraj łamiąc się z mężem opłatkiem, zasiadłam do stołu zdałam sobie sprawę, że jeśli nie podtrzymamy rodzinnych tradycji to one prędzej czy później zaginą, a mój syn nie pozna ich wcale.
W jaki sposób ma zwyczaje kultywować, skoro nie wyniesie ich z domu?
Wczoraj, pomiędzy uszkiem, a pierogiem obiecałam sobie, że zrobię wszystko, aby Mateusz nauczył się, że Święta to nie tylko czas wspólnego biesiadowania przy suto zastawionym stole. Że to przede wszystkim tradycja, zwyczaj, rytuał, który w przyszłości kultywowany mam nadzieje, przyniesie mu tyle samo radości co jego mamie.

Na tropie Rudolfa

Wielkie nieszczęście moi mili! Mikołajki za pasem, a Rudolf zaginął.
Tak, tak. Czerwononosy renifer prawdopodobnie znów wpadł w tarapaty.
Smuci się Mikołaj, Elfy też jakieś nieswoje. Co to będzie?
Trzeba poszukać Rudolfa koniecznie! Dzieciaki przecież listy napisały, czekają na swoje prezenty!
Z samego rana szybciutko wzięliśmy się za poszukiwania.
Na początek Mateuszek porozklejał plakaty z podobizną zaginionego Rudolfa.

Może ktoś go widział? Może ktoś cokolwiek wie?


Niestety, nikt nie widział Rudolfa. Postanowiliśmy, więc poszukać w naszych książeczkach. Może pomyliły mu się bajki i wskoczył przypadkiem gdzie indziej.

Już się ucieszyliśmy, bo naszym oczom ukazały się renifery. Niestety, żaden z nich nie miał czerwonego noska. Oh, Rudolfie gdzie jesteś??

Mateuszek postanowił jeszcze spytać swoich kumpli.  
Co robić koledzy, gdzie szukać?

A może Twój tatuś pomoże? Jest duży, na pewno go widział!

Tatuś niestety też Rudolfa nie spotkał, ale podpowiedział Mateuszkowi kto może mu pomóc. Gdy sam był małym chłopcem to bohaterom z jego bajek zawsze udało się wytropić ściganą postać.

Syneczku– powiedział tata- mieszkamy w Krakowie, najbliżej masz do Smoka Wawelskiego! 
On i Bartolini Bartłomiej herbu zielona pietruszka z pewnością Ci pomogą!

Od czego są bajkowi przyjaciele! Mateuszku, Ty nas jeszcze nie znasz, bo jesteś malutki, ale my Ci pomożemy! Jesteśmy fachowcami w swojej dziedzinie!– powiedział Inspektor Gadżet.

O tak! Ja Rudolfa złapię z pewnością! – rzekł Lucky Luke.

Brrrr, na pewno porwały go duchy– zaskomlał przestraszony Scooby.

Mateuszku, a może spróbujmy poszukać śladów! Każdy z nas je zostawia, a Rudolf ma cztery nóżki. Mogę pożyczyć Ci swojej lupy– zaproponował Reksio.

Ojej, tylko tu jest tyle śladów! Które należą do Rudolfa? – zmartwił się Mati.

Zaraz, zaraz zobaczcie! Tu są ślady i wszystkie prowadzą w jedno miejsce!

Koniecznie muszę tam zajrzeć!– pomyślał Mateuszek.

Mamo! Tam ktoś jest! 

Mamo, mamo! To chyba Rudolf, prawda? Ma czerwony nosek, widzę go 🙂

Już go wyciągam, tylko najpierw muszę przesunąć talerze. Oj, Rudolf! Jak Ty się tam znalazłeś?!

Co się okazało? 

Czerwononosy renifer pobrudził sobie kopytka w farbie, gdy jeden z Elfów malował sanie. Bardzo się tym faktem zasmucił, bo jak to tak? Z brudnymi kopytkami do dzieci poleci?
Usłyszał jak inne renifery rozmawiały ze sobą, że u Mateuszka w domku przed Świętami, mama będzie robić porządki. Będzie myć między innymi świąteczne talerze i kubeczki z podobiznami reniferów, z których całą rodziną będą korzystać w tym szczególnym okresie.

Pomyślał, że skoro inne reniferki będą się kąpać w zmywarce, to on szybciutko tam wskoczy i umyje sobie kopytka, tak aby były czyste kiedy wyruszy w podróż spełniającą dziecięce marzenia.

Niestety został zamknięty w zmywarce, a Mikołaj i reszta ekipy bardzo się o niego martwili.
Na szczęście, dzięki Mateuszkowi udało się go odnaleźć, a wszystkie grzeczne dzieci na pewno otrzymają wymarzone prezenty.

Wszystko szczęśliwie się skończyło, a Rudolf oraz Mateuszek nauczyli się, że do zmywarki nie wolno wchodzić, bo mama może nie zauważyć i zamknie drzwiczki.

Wkładamy tam tylko brudne naczynia, a i tak robią to tylko dorośli.

Ufff! Nam, a właściwie Mateuszkowi udało się odnaleźć Rudolfa. Mikołaj będzie szczęśliwy. 
Myślicie, że ta historia jest możliwa? Nie? To zapraszam Was do opowiedzenia własnej 🙂

Na autorów najciekawszych odpowiedzi czekają fantastyczne nagrody.
Szczegóły znajdziecie na blogu Zawód Kobieta.