Sielskie życie

Przeczytałam właśnie w jednym z komentarzy pod zdjęciem zamieszczonym na instagramie, że mamy piękne życie. Wieś, pszczółki, tylko pozazdrościć. Komentarz taki pozytywny. Jak to nasze życie, które pokazuję na blogu czy zdjęciach na instagramie. Sielskie życie, rzec by można.

Każdego dnia dziękuję Bogu, że tak właśnie nam się życie ułożyło. Choć dokonać tego wyboru wcale nie było łatwo. Ci z Was, którzy są tu po raz pierwszy nie wiedzą, że porzuciliśmy wygodne życie w mieście, nasze dotychczasowe zatrudnienie, znajomych. Zebraliśmy się na wieś, zostawiając wszystko za sobą. Mieszkamy tu już blisko dwa lata. Była i jest tęsknota. W dalszym ciągu, choć z każdym dniem jakby mniej. Nie zawsze jest łatwo. Czasem marudzę, czasem narzekam. Czasem głośno, ale nigdy nie w sieci. Bo złość czy smutek jest chwilowy, szybko mija. A w sieci ślad zostaje na zawsze. I wstyd by mi było potem, że o taką pierdołę… Poza tym kto chciałby dzielić przykre uczucia ze mną? Lepiej się nastrajać pozytywnie, prawda?

Gdy mi źle, narzekam. Do mojego męża. Do moich rodziców. Że na co mi to było. Wiedliśmy sobie spokojne życie, to przeprowadzki mi się zachciało. I z tatą się kłócę, bo charaktery nasze podobne. Walczymy czasem jak dwa uparte barany i za wygraną nie dajemy. O wtedy to mi dopiero wstyd! Ot taka babska natura. Do pomarudzenia. Mąż mój zęby zagryza i choć pewnie bywało mu ciężej niż mi to nigdy mi się nie żalił. Że dla nas wszystko rzucił. A to jemu ciężej. Bo były mieszczuch, taki wiecie na 120% od urodzenia. Te kapcie ciepłe po pracy rzucił. A tu na wsi i rąbanie drewna i ciężka fizyczna praca. Trzeba samemu dużo zrobić, zatroszczyć się. Bo nie wypadałoby, że ktoś za Ciebie robił. Nawet jeśli Cię stać. A on jeszcze mówi, że to lubi! Bo z teściami mieszkać musi on, a nie na odwrót. A wiadomo, że ze swoimi rodzicami to łatwiej jednak.

Miałam o zupełnie czymś innymi pisać, ale siedzę przed laptopem, patrzę jak za oknem ten mój osobisty walczy z wielką brzozą, żebyśmy ciepło zimą mieli. Patrzę jak kreuje naszą sielską rzeczywistość ciężką, fizyczną pracą. Każdego dnia.

I choć na zdjęciach nasze życie może i wygląda jak bajka, bo tak właśnie staram się je pokazać tym, którzy za wsią tęsknią to muszę niektórych rozczarować. Owszem życie na wsi różni się od tego w mieście. Ale manna z nieba nam nie spada, do kominka samo się nie dokłada, a dzień zaczynamy równie wcześnie jak w mieście. Kończymy za to nieporównywalnie bardziej zmęczeni. Ale i szczęśliwsi. Poza obowiązkami wokół domu mamy też naszą pracę. Pracę która zaczyna się o 6:30 rano i kończy po tym jak zaśniemy. Często jeszcze leżąc w łóżku odpisujemy na zaległe wiadomości od klientów. W mieście zostawialiśmy pracę za drzwiami budynku, w którym spędzaliśmy 8 godzin. Tu się tak nie da. Takie uroki na swoim. Nie narzekamy, bo daje nam to satysfakcję. I byt. A o to przecież chodzi.

Dopiero tu na wsi widzę, jak praca potrafi cieszyć. Jak się urobię przy chwastach po kokardę, nachodzę przy podlewaniu czy namacham szpadlem. Ale potem to wszystko pięknie rośnie i daje mi radość. Bo obcowanie z naturą daje mi radość. Nieporównywalnie ogromną. Tego najbardziej brakowało mi w mieście. I nawet najpiękniej ukwiecony balkon był tylko malutką namiastką tego do czego tęskniłam. Dlatego tak bardzo chcę Wam pokazać to piękno i moją radość. Chce by ktoś jeszcze tam po drugiej stronie poczuł to co ja. Być może wrócił do lat dzieciństwa, do jakiś pięknych chwil spędzonych na wsi. Lub popatrzył i się rozmarzył. Bo o tym, że marzyć warto nie jeden raz pisałam. Tym, którzy marzą, tym marzenia się spełniają. Podobno każdemu.

Któregoś dnia znalazłam w sieci ogłoszenie. Oddam w dobre ręce roślinki. Potrzebują nowego domu i kogoś kto je pokocha. Ogłoszenie dotyczyło wyłącznie mieszkańców Warszawy, bo w grę wchodził tylko odbiór osobisty. Nikt się nie zgłaszał. Roślinki z każdym dniem marniały co raz bardziej. Napisałam do dziewczyny, że ja chętnie te bidusie przygarnę, ale nie chciała wysłać. Chciała żebym odebrała osobiście. Mam do stolicy ponad 200km, nie miałam możliwości pojechać. Ale udało się. Dotarły do mnie takie pokrzywdzone przez życie, szybciutko wkopałam je do ziemi.

Większość roślin w moim ogródku przygarnęłam. Najwięcej przynosi mi moja babcia. Nie wiem kto ma więcej radości, ja że dostałam czy ona, bo mi coś podarowała. I moja mama mnie chętnie obdarowuje wszystkim co rośnie u niej, a to z zakupów jakiegoś kwiatuszki dla mnie przywiezie. Uwielbiam typowo wiejskie kwiaty, te które rosły w dawnych ogródkach. Jest u mnie wielki misz masz gatunków i kolorów. Ale to dopiero pokażę Wam jak wszystko zakwitnie.

Uwielbiam zbierać. I przetwarzać. Aż do jesieni mamy ku temu ogromne możliwości. Budziliśmy się do życia wraz z przyrodą pijąc brzozową wodę. Myślę, że mieszkając w mieście nie przyszłoby mi do głowy to robić. Mamy nastawione na soki i nalewki pędy sosny, kwiaty akacji, czarny bez już czeka.  Nie uwierzycie jak bardzo otwarły mi się oczy na to co koło mnie. Mieszkając w Krakowie nie zwracałam uwagi na tyle rzeczy! Tegoroczna wiosna, tak piękna pokazała na co stać matkę naturę. Poczułam zapach akacji, tak prawdziwie jak ostatnio czułam jako dziecko. Którejś nocy przebudził mnie śpiew ptaków. Tak, nocy. Było koło 2. Nie mogłam uwierzyć, że one koncertują przez całą noc. Gdy spotykam na swoje drodze rośliny, których nie znam- fotografuje. W domu sprawdzam w sieci, a gdy nie mogę znaleźć nazwy pytam na grupie zielarskiej. Dużo się dzięki temu nauczyłam. Chciałabym więcej. Kiedyś, w przyszłości. Kto wie.. Może będzie jak z tymi pszczołami. Nosiłam się z zamiarem długi czas. W ubiegłe lato zaczęliśmy budowę, więc automatycznie się to odsunęło. Ale tamtej wiosny zamieszkały z nami murarki. W domku dla owadów, w miejscu przeznaczonym dla motyli zamieszkał z nami ptaszek. Zniósł jajeczka, wylęgły się pisklątka. Dzieciaki bardzo przeżywają pojawienie się nowych stworzeń. Są zafascynowane równie mocno jak ja. Gdy mąż mnie spytał co chcę dostać w prezencie od Mikołaja powiedziałam, że ul. Dostałam też książkę, jak się małymi stworzeniami zająć. Bałam się, wciąż się boję, że zrobię im krzywdę. Czegoś nie dopilnuję, coś przeoczę. Dlatego gdy znalazł się ktoś, kto zaoferował swą pomoc, podzielenie się doświadczeniem z entuzjazmem podjęłam się nowego zajęcia.

Sukienki od Miszkomaszko. Jak ja lubię ich kroje, nie ma wygodniejszych do codziennego biegania. Kwiatowe wzory kradną moje serce przy każdej kolekcji. Chętnie bym wykupiła każdy jeden.

Podobnie jest z butami od Birkenstock. Mój mąż twierdzi, że wyglądają babcinie. Ale ja mam to gdzieś, bo serio nie ma wygodniejszych butów (i wiem, że któregoś dnia i on się da przekonać do kupna dla siebie). Przy tym praktycznie niezniszczalnych. Pasujących również do wszystkiego, czy to sukienki, spodni czy szortów. Przy ilości kilometrów jakie robię każdego dnia wygoda to podstawa. Sprawdziły się w ubiegłym sezonie, postawiłam na nie i tym razem. Pasują mi zarówno do wiejskiego życia jak i wypadów do miasta.

Tatuaż ze zdjęć to najnowsza propozycja od Mysiogonek. Choć nie ukrywam, że chętnie zrobiłabym sobie taki prawdziwy 😉

 

Zdjęcia z butami powstały przy współpracy ze sklepem Footway.pl Pozostałe to efekt współpracy moich bliskich i otoczenia. Pozowało pięknie 🙂 Zwierzęta z wpisu nie ucierpiały. Poza jaszczurkami, które na widok naszych kotów gubią ogony. Tak nam ich szkoda, że łapiemy i wynosimy poza działkę. Inaczej sierściuchy zamęczyłyby je na śmierć.

 

 

 

Zwiedzamy Fabrykę Bombek w Miechowie

fabryka bombek

Święta to taki magiczny czas, na który wyczekuję jak tylko aura za oknem zmusza do pozostania w domu. Już sama myśl o zbliżającym się Bożym Narodzeniu, pachnącej choince, dźwięku ulubionych kolęd nuconych pod nosem sprawia, że jest mi cieplej na sercu. Uwielbiam ten okres wyczekiwania. Na ubranie choinki, na pierwszą gwiazdkę na niebie, na Pasterkę. Święta przeżywam i chłonę. Pod względem religijnym, ale także pod względem komercyjnym. Ani trochę nie przeszkadzają mi ozdoby choinkowe w listopadzie czy rozmyślania co włożyć do kalendarza adwentowego już w październiku. Jeżeli komuś to sprawia radość, to dlaczego  mnie miałoby to denerwować? Święta to przecież czas radości, uśmiechu i wzajemnej życzliwości.

 

W tym roku trafiło się, że przedszkole Mateuszka zorganizowało wyjazd do Fabryki Bombek w Miechowie. Temat został poruszony już na pierwszym spotkaniu, jeszcze we wrześniu. Nie wiem kto był bardziej podekscytowany perspektywą wyjazdu, ja czy Mateusz. A gdy okazało się, że i ja mogę się zabrać z dzieciakami nie zastanawiałam się ani chwili.

Do Miechowa wyruszyliśmy na początku listopada, bo już wtedy przyjmują grupy zorganizowane. Wiadomo, że zwiedzanie w grupie zawsze ma swoje plusy. Do dyspozycji mamy przewodnika, który opowiada sporo o całym procesie tworzenia bombek. A jest to proces długotrwały i pracochłonny. Przestają dziwić ceny niektórych egzemplarzy gdy człowiek zda sobie sprawy ile pracy zostało włożone w wyprodukowanie i pomalowanie takiej bombki.

Na początek zwiedzania dowiadujemy się z czego robione są bombki i w jaki sposób są projektowane. Do tych o bardziej wymyślnych kształtach stosuje się specjalne żeliwne odlewy, do których następnie wkłada się podgrzaną do wysokiej temperatury szklaną rurkę. I dmucha aż do osiągnięcia oczekiwanej wielkości. Kolejna osoba srebrzy bombki, które potem trafiają do dekoratorni, gdzie Panie wprawnymi rękami nadają im wyjątkowej szaty. Jedna bombka to efekt pracy około 5 osób.

 

Zwiedzanie Fabryki przez dzieciaków to oprócz możliwości podejrzenia każdego etapu produkcji bombek to także możliwość własnoręcznego pomalowania bombek. Dzieci mają do dyspozycji farbki oraz kolorowe brokaty, którymi dekorują swoje dzieła. Chyba najbardziej stroniące od prac plastycznych dziecko ucieszy taka możliwość. Bo efekt końcowy oczywiście zabieramy do domu i zawieszamy na choince. Będzie z pewnością pamiątką zarówno dla malucha jak i rodziców.

Na koniec można odwiedzić sklepik i obkupić się w choinkowe różności. Zwłaszcza, że ceny na miejscu są mocno konkurencyjne w stosunku do tych w sklepach. My wróciliśmy z pełnymi rękoma. Mati postawił oczywiście na auta i tradycyjne Mikołaje, ja wyszukałam niesamowitą figurkę Matki Boskiej.

Czy nam się podobało? Niesamowicie! Czy polecamy? Oczywiście!

Strona miechowskiej Fabryki Bombek: http://ozdobydecora.pl/

 

Życie wciąż uczy nas jak żyć

Jedna z najmądrzejszych bajek mojego dzieciństwa. Klasyka Alberta Barillé. Będąc dzieckiem każdy odcinek oglądałam z wypiekami na buzi. Dziś mnie wzrusza po stokroć bardziej niż blisko trzydzieści lat temu. Oglądam razem z Matim, zachodząc w głowę dlaczego nie wróciłam do niej będąc w szkole podstawowej, później średniej, zakuwając do kolejnej klasówki z biologii. Wiedza podana w tak przystępny i zabawny sposób była na wyciągnięcie, a człowiek się męczył czytając podręczniki, dukał przy tablicy odpowiedzi na pytania czym są leukocyty, co to jest mitoza lub jaką funkcję pełni układ nerwowy. Ahh życie, wciąż uczysz nas jak żyć…

 

Ci z Was, którzy pamiętają serię „Było sobie życie” na pewno teraz się uśmiechną do siebie. Może nawet zanucą pod nosem jakże znane i wpadające w ucho słowa „Ody do życia” Michel Legrand rozpoczynającej bajkę …. My, wychowani w latach 80, 90 doskonale znamy „Było sobie życie”. Być może część z Was wciąż do niej wraca, pokazuje swoim dzieciom. Ja przyznaję, gdzieś przez te wszystkie lata trochę o niej zapomniałam.  Dobrze się jednak złożyło, bo podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie miałam możliwość poznać osoby odpowiedzialne za obecność bajki w Polsce. Ucieszyła mnie wiadomość, że seria obchodzi swoją 30 rocznicę i w związku z tym Firma Hippocampus postanowiła wydać „Było sobie życie” w wersji HD. To okazja sięgnięcia do przeszłości w zupełnie nowym wydaniu. Oczywiście odcinki pozostają bez zmian, w dalszym ciągu cała seria liczy ich 26. Poprawiona jednak została kolorystyka. Jest dużo żywsza, kreska jest mocniejsza. Do tego w pełni polska wersja językowa.  Kadr jest pełny. Ogląda się bardzo przyjemnie! Pokazałam Matiemu starą wersję, dostępna na youtube i stwierdził, że woli nową.

 

 

Miałam też możliwość wysłuchania kilku ciekawostek na temat samego Alberta Barillé. Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie np fakt, że mówił po polsku;)

 

„Sprawić, by dzieci chciały wiedzieć, obudzić w nich ciekawość. Uwierzyć, że rozumieją więcej, niż wydaje się dorosłym…”

to motto przyświecało Albertowi Barillé.

 

Ktoś kto zadbał o to, by w tak prosty i ciekawy sposób przekazać dzieciom wiedzę musiał być wyjątkowym człowiekiem. Wielka szkoda, że nie ma go już z nami, bo myślę, że usłyszałby mnóstwo miłych słów od każdego kto ponownie sięgnął po jego dzieło. Fajnie, że Hippocampus zadbał o to, by „Było sobie życie” ujrzało znów światło dzienne.

 

W serii Wydawnictwa znajdują się także gry i zabawy edukacyjne nawiązujące do bajki. (swoją drogą mam problem nazywać serię bajką, bo to tak naprawdę bardziej serial animowany). Sięgniemy po nie z pewnością.

 

 

O tym, że dla mnie będzie to swoisty powrót do przeszłości wiedziałam. Nie miałam jednak pojęcia, że bajka zafascynuje mojego Mateuszka. Jak to dziecko, lubi bajki, ale on jest nią tak zauroczony, że po pierwszym odcinku nie mógł przestać zadawać pytań. Wprawiło nas to w ogromne zdumienie i serio ucieszyło. Myślałam, że będzie zdecydowanie niezrozumiała dla czterolatka. Ja jednak byłam troszkę starsza jak zaczęłam przygodę z „Było sobie życie”. Oczywiście jest sporo kwestii dla niego niezrozumiałych, jednak z czystym sumieniem mogę polecić każdemu czterolatkowi.

 

Niesamowite z jakim przejęciem można odbierać animacje. Ile musi się w tej małej główce dziać, ile może się rodzić pytań. „Mamusiu kichnąłem! A co teraz robią moje białe krwinki?”. „Tato, a pamiętasz jak miałem dziurkę w głowie. Czy wtedy bakterie też chciały być w moim brzuszku?”.  To wspaniała lekcja życia. Sporo tych lekcji jeszcze przed nami, bo mamy zasadę, że maksymalnie jeden odcinek na dzień, by mieć czas na przemyślenie i rozmowę.

 

Na pewno też będziemy wracać do odcinków, bo już teraz widzę, że coś np dużo bardziej mu się spodobało i prosi o ponowne włączenie. Zadbam też o to, by na wyciągnięcie ręki miał wszystkie odcinki kiedy przyjdzie mu zmierzyć się z niezrozumiałą wiedzą przed klasówką z biologii 😉

 

 

Myślę, że do „Było sobie życie” nie ma co przekonywać. Każdy z Was doskonale wie o czym mówię.

Jeśli chcecie odbyć tę sentymentalną podróż, macie teraz świetną okazję. Złota kolekcja Alberta Barille jest już od 15 marca dostępna na 6 płytach DVD.

Znajdziecie w wielu miejscach, w naprawdę fajnej cenie poniżej 100zł za całość. Super pomysł na prezent. Nie tylko dla siebie.

Polecam gorąco!

 

Jak dobrze trafić z prezentem? Nasze hity prezentowe roku 2016

Z prezentami jest jak z obiadem. Dobrze jest dobrze zjeść, gdy nie trzeba gotować. I wymyślać, bo to dla mnie zawsze największy problem. Gdy z ust męża pada pytanie „co na obiad?” odechciewa mi się wszystkiego. I z prezentami jest podobnie. Gdy wiem, że ktoś o czymś marzy to ograniczać mnie może jedynie budżet. Gorzej gdy trafiamy na kogoś, kto już wszystko ma, nic mu nie jest potrzebne, niczym specjalnym się nie interesuje. Można oczywiście obdarować taką osobę mniej wymyślnym (czyt. oklepanym) prezentem, ale ja zawsze staram się, aby mój dar sprawił drugiej stronie przyjemność. Tylko, że zazwyczaj dylemat co dać sprawia, że długi czas zastanawiam się, jeszcze dłuższy szukam i zdecydowanie nie jest to co misie lubią najbardziej.

Z dzieciakami w sumie nie ma większego problemu. One zawsze czymś się fascynują, coś jest na topie. I marzą. O nowych klockach, nowym wozie strażackim, parowozie czy domku dla lalek. Rodzice doskonale widzą czym zauroczona aktualnie jest ich pociecha. Tylko co zrobić gdy maluch ma już pokaźną kolekcję figurek z ulubionej bajki, a nic poza tym go szczególnie nie interesuje? Gdy pół domu zawalone jest zabawkami, a dziecko chce kolejną? No cóż,  w naszym przypadku doskonale sprawdza się… perswazja 😉 Już Wam tłumaczę o co chodzi. Mati jest ogromnym fanem pociągów. Od dwóch lat. Właściwie na każdą okazję mógłby dostawać ciuchcię. Znacie to? No, ale ile można? Gdzie to wszystko trzymać? Ciuchcie z duplo, drewniane kolejki, zestaw z Tomka, Stacyjkowa,pojedyncze egzemplarze wynalezione na sklepowych półkach, straganach. I do tego elektryczna, profesjonalna kolejka dla hobbystów. Przygody Tomka, Ekspres polarny obejrzane milion razy. Do tego wycieczki do muzeum parowozów, na przegląd makiet. O ile mamy taką możliwość i jest okazja. Fajnie, że dziecko ma hobby, swoje zainteresowanie…ale może już czas żeby zafascynować go czymś jeszcze? 😉 Nie chodzi o to, by porzucał dotychczasowe hobby, ale by otworzył się także na nowe. By w sytuacji, w której babcia, dziadek, ciocia czy ktoś inny pyta co kupić dziecku Ty będziesz mieć problem z odpowiedzią. A nie machinalnie odpowiesz „ciuchcię!”.

Dzieci są wzrokowcami, w mig łapią czym interesują się ich rówieśnicy. I my to trochę wykorzystaliśmy. Gdy mieszkaliśmy w Krakowie Mati niespecjalnie interesował się jazdą na rowerze. Pomimo rowerostrady tuż pod blokiem nie załapał, że jazda może być frajdą. Do czasu, aż przeprowadziliśmy się na wieś i zakumplował się z Mikołajem. Rówieśnikiem, który pewnego dnia dostał rowerek z pedałami. O rowerze zamarzył i Mati. Baliśmy się jednak, że może to być chwilowa fascynacja i zupełnie przypadkiem zastosowaliśmy mechanizm perswazji. Zaczęliśmy go nakręcać na ten rowerek, mówiąc, że dostanie go na urodziny. Termin dość odległy, bo Mati jest z listopada, a rzecz się działa pod koniec lipca. Gdy widzieliśmy, że co raz chętniej sięga po swoją biegówkę, że wspomina o rowerze z pedałami kupiliśmy… skarbonkę. I uzgodniliśmy, że będziemy wrzucać tam wszystkie pieniążki, które uda nam się zaoszczędzić nie kupując tanich, przypadkowo napotkanych podczas spożywczych zakupów zabawek (do tej pory to była plaga – w koszu wylądowała cała sterta zepsutych po 1 dniu zabawek).  Im cięższa robiła się skarbonka tym większe było wyczekiwanie prezentu, a tym samym i zainteresowanie rowerem . Aż któregoś dnia doszliśmy do wniosku, że to już czas i rowerek kupimy. Dużo przed urodzinami, bo byliśmy pewni, że prezent go naprawdę ucieszy, a chcieliśmy by z niego skorzystał przed zimą.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że to jest dobry sposób by zainteresować malucha czymś jeszcze i wykorzystać to przy okazji innych zbliżających się okazji. By prezenty, które wybierze nie wylądowały w kącie po kilku minutach zabawy. Gdy zbliżały się Mikołajki poprosiłam Matiego, abyśmy usiedli i napisali list do Świętego. Nie byłam zdziwiona, gdy parowóz pojawił się jako jedna pozycja z wielu. Wiedziałam, że się pojawi, bo w dalszym ciągu jest to zainteresowanie nr 1. Ale pojawiły się też pozycje, które podłapał z zabaw w przedszkolu czy z naszych sugestii. Słuchamy gdy o czymś mówi i staramy się to wyłapywać. Mój mąż pod tym względem jest mistrzem. Gdy jest to coś czego jeszcze nie ma, coś co fajnie wpłynie na jego rozwój, staramy się podsycać zainteresowanie. Jeśli mu szybko nie minie istnieje szansa, że prezent zajmie go na dłużej. Oczywiście nie zawsze sprawdza się to w 100%, ale zazwyczaj odnosimy sukces.

Poniżej prezenty, które były hitem w roku 2016. Może zainspirują Was – do małej perswazji jeśli macie dość strażaków/ciuchć/czegokolwiek.

dziecko-prezenty

 

  1. Wspomniany rowerek. Ale równie dobrze może to być cokolwiek innego wymagającego ruchu na świeżym powietrzu. Hulajnoga, trampolina, piłka do skakania. Nasz rowerek to KidsBike. Dostępny w sklepach BMW.
  2. Płyta z nową bajką. Wiem, wiem trochę mało pedagogiczne. Ale są takie dni, kiedy pogoda za oknem nie sprzyja, dziecko nie w przedszkolu, a Ty musisz posprzątać/ ugotować obiad/ popracować. Ps. nie ograniczaj się do klasycznych wyborów. I nie sugeruj aktualnymi zainteresowaniami. U nas hitem okazała się Kraina Lodu, choć w życiu nie podejrzewałabym Matiego o zainteresowanie tą bajką.
  3. Ale czasem nawiąż do zainteresowań. My połączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Nigdy nie mieliśmy problemów z higieną jamy ustnej, ale odkąd Tomek dba o odpowiedni czas mycia ząbków Mati mógłby je myć non stop. Tomek to zestaw dr Fresh. Znajdziecie w wielu sklepach internetowych.
  4. Czasem coś co nam się podoba, nie koniecznie będzie podobało się dziecku. I na odwrót. Lampka Miffy znalazła się u nas jako rekwizyt do zdjęć. Przysłużyła się jednak odganiając nocne lęki i to Mati zadecydował, że z nami zostanie.
  5. Klocki. U nas akurat duplo. To jedyna zabawka przed której kupnem nie oponuję. Wiem, że będzie się bawił dziś, jutro, za miesiąc i rok. Mamy naprawdę ogromną kolekcję poupychaną w pudełkach i nie ma dnia, by to wszystko nie było w użyciu. Nie ma znaczenia jaki zestaw kupię/ kupi ktoś bliski. Zawsze jest trafiony i sprawi radość.
  6. Domek garaż także był pomysłem Mateuszka. Potrzebowaliśmy czegoś do przechowywania pokaźnej kolekcji autek. W pierwszej kolejności powstała ciuchcia. To był jednak mój błąd, bo pokoik zrobił się monotematyczny (wszędzie te ciuchcie!). A chodziło mi przecież o małe odwrócenie zainteresowań. Dlatego gdy padło hasło garażu powstał domek. Dziś na ścianie wisi ich kilka i codzienne parkowanie całego dobytku pochłania sporo czasu, a przy tym sprawia sporo frajdy.
  7. i 8. Puzzle i gry. U nas królują od dłuższego czasu, zmienia się tylko ich ilość i poziom trudności w układaniu. To całkiem prosty i przyjemny sposób na zainteresowanie malucha danym tematem. Wystarczy wybrać te z motywem, który nas interesuje. Jeśli chodzi o jakość to my najchętniej sięgamy po te z Czuczu i Trefl.

 

Z młodszym dzieckiem powyższe dylematy jeszcze nie są aktualne. Ale gdybyście nie wiedzieli co podarować okruszkowi to pokazuję co sprawdziło się u nas odkąd w domu pojawił się Antoś 🙂 Możecie też podesłać babciom, ciociom, wujkom, znajomym, którzy chcą wpaść z prezentem.

 

niemowle-prezenty

 

  1. Mata wielofunkcyjna do zabawy. Miałam przy Matim, kupiłam też dla Antosia. Postawiłam na markę Ebulobo, bo zdecydowanie przemawia do mnie ich wzornictwo. Bardzo dobre wykonanie, żywe, intensywne kolory (dzieci to lubią), super jakość. Warte każdej wydanej złotówki.
  2. Słyszałam, że nie na wszystkie dzieci działa szum Misia (doprawdy nie wiem jak to możliwe? 😉 ). Ale nawet jeśli nie to miś na bank będzie super pamiątką, gdy na jednej z nóżek można poprosić o wyhaftowanie dowolnego napisu 🙂
  3. Każdy dzidziuś pewnego dnia przestaje być małym dzidziusiem i poza mlekiem zaczyna interesować się innymi pokarmami. Talerzyk, miseczka, a nawet cały zestaw na bank będzie super przydatnym prezentem. Na zdjęciu nasz wybór od Jour de Paris- z serii Farma.
  4. Suchy basen jest u nas hiciorem. Nie ma dnia bez wygłupów w piłkach. Bawią się oboje. Mati ogląda w nim bajki, czyta książeczki. Nie wyobrażam sobie, żeby go już w domu miało nie być. Doskonale wpływa na rozwój dziecka (ruch, stymulacja). Zakopujemy w piłkach różne rzeczy i bawimy się w ich wyszukiwanie. Rozkładamy na podłodze pudełka i z basenu rzucamy piłkami starając się trafić do pudełek.  Nawet sprzątanie porozrzucanych piłeczek nie jest takie straszne gdy robimy to wspólnie.
  5. Attipasy to świetny pomysł na pierwsze buciki dla malucha. Pisałam o nich już przy okazji pierwszych kroków Matiego. Nie zmieniłam zdania przez 3 lata. Dalej je uwielbiam i dalej polecam. Te w świątecznym wzorze są cudne i na prezent idealne.
  6. Który maluch nie lubi się bujać? Znacie takiego? Jeśli nie mamy miejsca na domową huśtawkę (ubolewam, my teraz nie mamy gdzie jej zawiesić) to możemy w pokoju zameldować np Wilka 🙂 Mati miał konika, ale zasada bujania ta sama. Marka ta sama co maty, więc nie muszę dodatkowo zachwalać 🙂
  7. Każdy maluch pewnego dnia dostaje gryzaczek. Ja wiem, że nieprzerwalnie króluje żyrafa Sophie, ale gryzaczki z literkami są dla niej mega konkurencją. Są równie fajną pamiątką, bo spersonalizowaną. Do tego mają tasiemki, które przyciągają malucha jak magnes. Gryzak towarzyszył nam od samego początku. Najpierw wisiał i przyciągał Antosia wzrok, potem zaczął łapać za tasiemki, by w końcu ulżyć dziąsełkom. Teraz spoczął w moim pudełku z pamiątkami. Kiedyś pokażę wnukom 🙂
  8. Pod pierwszym zdjęciem wspomniałam o prezentach, które wydają nam się zupełnie abstrakcyjne jeśli chodzi o dane dziecko. A jednak się sprawdzają. Drewniany tort wbrew moim przewidywaniom okazał się super dla rocznego Antosia. Frajda ze składania elementów bardzo duża. Bawi się z bratem, ale najczęściej sam. Chociaż zdecydowanie małe elementy dekoracyjne musiałam pochować. Torcik trafił do nas podczas spotkania w Warszawie, tam też poznałam sklep PATATOY. Istne pogotowie prezentowe. Znajdziecie w sklepie ABSOLUTNIE wszystko, ABSOLUTNIE dla każdego.To jedno z takich miejsc, w którym kupicie prezent dla niemowlaka, przedszkolaka i starszaka. Na blogu sklepowym dodatkowo znajdziecie więcej ciekawych pomysłów 🙂 A jeśli sami nie dacie rady wybrać, wyślijcie alert, podając budżet, wiek dziecka i płeć. Dziewczyny, tfu! Elfy Świętego Mikołaja szybciutko pomogą Wam się na coś zdecydować 🙂

 

Mam też małą ściągę dla Panów – tzn dla kobietek i ich Mikołajów 😉

 

kobieta-prezenty

 

  1. Taki gadżet, ale dość uroczy. Lusterko w sam raz do torebki. Ale gdy je wyciągam to zawsze wzbudza uśmiech, nie tylko mój 🙂
  2. Na ten obiektyw chorowałam dłuższy czas. No dobra, nie na ten konkretny, bo miałam ogromny dylemat wybierają szeroki kąt. Dlatego gdyby ktoś poszukiwał to szczerze polecam -Sigma 10-20mm od pół roku ze mną. Zaprzyjaźniliśmy się całkiem dobrze i co raz bardziej jestem zadowolona ze swoich zdjęć 🙂
  3. Nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie w tym roku. Ubolewam bardzo, jednak kilka pozycji udało mi się przeczytać, a Sekretne życie drzew zostało głęboko w moim serduchu. To książka zdecydowanie dla takich sentymentalnych babek jak ja 😉
  4. Lubicie świąteczny czas? Tę piękną, kolorową otoczkę? Bo ja bardzo. Dla gadżeciarzy mojego pokroju powstała drewniana choinka półka.
  5. Odkąd mieszkamy na wsi zmieniłam sporo swoich starych przyzwyczajeń. Życie tu samo narzuca by było zdrowiej, lepiej, naturalniej. A odkąd poznałam kosmetyki Phenome praktycznie nie sięgam po inne. A już na pewno nie kupuję nic ogólnie dostępnego w pobliskiej drogerii. O moich naturalnych wyborach bez chemii (nie tylko kosmetycznej) opowiem Wam następnym razem.
  6. Nowy telefon to była mała (!) fanaberia z mojej strony. Przyznaję. Mój stary iphone cieszył się dobrym zdrowiem, mimo że był ze mną od 3 lat. Wiedziałam, że jeśli kiedyś będę wymieniać na inny to tylko na tę samą markę. Nowy telefon to zawsze dobry prezent. Ale pisząc list do Mikołaja nie spodziewałam się, że byłam aż taką grzeczną dziewczynkom. Chociaż podobno trochę zołzowatą.
  7. O biżuterii z mleka pisałam Wam już w jednym z postów. Powtarzam się, wiem. Ale serio to bardzo fajny pomysł na prezent. Będziecie zadowolone! 🙂

 

A dla Pana mężczyzny? No cóż, mój mąż jest typem z początkowego opisu. Listów do Mikołaja nie pisze,  nic mu nie jest potrzebne, wszystko ma. A jedyna rzecz o jakiej aktualnie marzy to powrót do pewnego, dawnego hobby, które aktualnie jest poza moim zasięgiem finansowym (pkt 1). Ale jak każdy coś chciałby dostać.

mezczyzna-prezent

Dlatego chyba będzie musiał się zadowolić bardziej oklepanym (choć moim zdaniem wciąż wyjątkowym!) prezentem w postaci np  skarpetek od Jemsushi (2) 😉 Albo klasycznym porfelem spod lady (3). A jako, że ulubione określenie mojego męża na wszystko co mu podstawiam pod oczy podczas zakupów ciuchowym to „DZIADOSTWO”  jest więc spora szansa, że i taka koszulka trafi pod choinkę (5) 😛 Ewentualnie powrócę do pomysłu sprzed lat i otrzyma kolekcję płyt ze swoim ulubionym serialem (4) 🙂

 

 

Mleczna droga

Cztery lata. Blisko 1500 dni. Tysiące godzin, miliony sekund. Tyle trwa moja mleczna droga. Droga, którą gdybym chciała narysować przypominałaby drzewo. Z lekko skręconym pniem, który symbolizowałby jej początek. Drzewo, z dwoma grubymi konarami. Jeden z nich, ten większy to starszy syn- Mateusz. Drugi to Antoś. Drobne gałązki byłyby wspomnieniem naszych historii. Naszej mlecznej przygody. Drogi. Czasem krętej, doprowadzającej nas na rozstaje, drogi która w końcu kiedyś będzie mieć swój kres. Do jednego końca już dotarliśmy.

Początkowo zakładałam. Rok, półtora. Dwa.Może trochę więcej. Granica przesuwała się wraz z wiekiem Mateuszka. Myśl o odstawieniu pojawiała się równie często jak myśl o tym, że nie jest jeszcze gotowy. Nie martwiłam się, że to nigdy nie nastąpi. Wiedziałam, że przyjdzie taki dzień. I przyszedł oczywiście, a ja nawet nie wiem kiedy to dokładnie się stało. Dojrzał do tej decyzji. Nie musiałam uciekać się do żadnych sposobów. Tłumaczyć, wyjeżdżać, smarować piersi specyfikami. Po prostu, któregoś dnia nie poprosił o pierś. Nie zrobił tego kolejnego dnia, i następnego. Przez tydzień, dwa, miesiąc. Ja skupiona na Antosiu nawet nie wiem kiedy dokładnie był ten ostatni dzień. Wiem, że był czerwiec i mieszkaliśmy jeszcze w Krakowie. Choć zdecydowanie bliżej lipca.

Wtedy też napisała do mnie Sofi. To chyba było takie trochę przeznaczenie. Ukartowane przez los. Jestem ogromnie sentymentalną osobą, a Sofi sprawia, że cudowne wspomnienia nabierają kształtu. Sprawia, że możemy je przywołać w każdej chwili. Możemy dotknąć, poczuć. I choć na co dzień nie noszę biżuterii, wręcz jej nie lubię, poprosiłam ją o wykonanie dla nas pamiątki. W pierwszej kolejności pomyślałam o obrączce, żeby mieć ją zawsze przy sobie. Otrzymaliśmy jednak dwie kule. W obu znajduje się moje mleko. Jeszcze z czasów, kiedy karmiłam obu synów, więc mają dla mnie również symboliczną wartość.  Kule zawierają też ich włoski oraz pierwsze litery ich imion. Któregoś dnia je dostaną. Może będą dla nich wyjątkową pamiątką. A może i czymś więcej, o ile odziedziczą sentymentalny charakter po mamie 🙂

Milky way. Tak nazywa się firma Sofe, która zajmuje się tworzeniem biżuterii z mleka kobiecego. Choć oczywiście biżuterię można sobie zamówić z dodatkiem włosków, pępowiny, tkanin czy płatków kwiatów. Do wyboru są zawieszki, przepiękne obrączki, bransoletki, kolczyki. Sofi znajdziecie TU. Nie powiem Wam w jaki sposób przygotowywana jest biżuteria, bo jest to patent firmy opracowany przez grono chemików. Dzięki niemu istnieje możliwość zabezpieczenia mleka, które nie zmienia koloru po jakimś czasie, ale także i kształtu. Pamiątka będzie cieszyć przez długie lata. Milky way jest też pierwszym polskim producentem tego typu pamiątek.

Cały proces zamówienia biżuterii nie jest wcale taki skomplikowany na jaki wygląda (mnie na początku wydawał się nie do ogranięcia 😉 ). Wystarczy tylko zastosować się do instrukcji przesłanych przez Sofi, by jakiś czas później cieszyć się już swoją pamiątką. Serdecznie polecam wszystkim sentymentalnym mamom. Zajrzyjcie koniecznie do galerii prac, na pewno każdy znajdzie coś dla siebie : GALERIA

Ode mnie też kilka zdjęć. Niestety nie oddają piękna kul, ale chciałam Wam je pokazać już teraz, bo przed nami dobry czas na sprawienie sobie podobnej pamiątki 🙂

dsc_0145dsc_0174 dsc_0150dsc_0153dsc_0194dsc_0166