Życie wciąż uczy nas jak żyć

Jedna z najmądrzejszych bajek mojego dzieciństwa. Klasyka Alberta Barillé. Będąc dzieckiem każdy odcinek oglądałam z wypiekami na buzi. Dziś mnie wzrusza po stokroć bardziej niż blisko trzydzieści lat temu. Oglądam razem z Matim, zachodząc w głowę dlaczego nie wróciłam do niej będąc w szkole podstawowej, później średniej, zakuwając do kolejnej klasówki z biologii. Wiedza podana w tak przystępny i zabawny sposób była na wyciągnięcie, a człowiek się męczył czytając podręczniki, dukał przy tablicy odpowiedzi na pytania czym są leukocyty, co to jest mitoza lub jaką funkcję pełni układ nerwowy. Ahh życie, wciąż uczysz nas jak żyć…

 

Ci z Was, którzy pamiętają serię „Było sobie życie” na pewno teraz się uśmiechną do siebie. Może nawet zanucą pod nosem jakże znane i wpadające w ucho słowa „Ody do życia” Michel Legrand rozpoczynającej bajkę …. My, wychowani w latach 80, 90 doskonale znamy „Było sobie życie”. Być może część z Was wciąż do niej wraca, pokazuje swoim dzieciom. Ja przyznaję, gdzieś przez te wszystkie lata trochę o niej zapomniałam.  Dobrze się jednak złożyło, bo podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie miałam możliwość poznać osoby odpowiedzialne za obecność bajki w Polsce. Ucieszyła mnie wiadomość, że seria obchodzi swoją 30 rocznicę i w związku z tym Firma Hippocampus postanowiła wydać „Było sobie życie” w wersji HD. To okazja sięgnięcia do przeszłości w zupełnie nowym wydaniu. Oczywiście odcinki pozostają bez zmian, w dalszym ciągu cała seria liczy ich 26. Poprawiona jednak została kolorystyka. Jest dużo żywsza, kreska jest mocniejsza. Do tego w pełni polska wersja językowa.  Kadr jest pełny. Ogląda się bardzo przyjemnie! Pokazałam Matiemu starą wersję, dostępna na youtube i stwierdził, że woli nową.

 

 

Miałam też możliwość wysłuchania kilku ciekawostek na temat samego Alberta Barillé. Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie np fakt, że mówił po polsku;)

 

„Sprawić, by dzieci chciały wiedzieć, obudzić w nich ciekawość. Uwierzyć, że rozumieją więcej, niż wydaje się dorosłym…”

to motto przyświecało Albertowi Barillé.

 

Ktoś kto zadbał o to, by w tak prosty i ciekawy sposób przekazać dzieciom wiedzę musiał być wyjątkowym człowiekiem. Wielka szkoda, że nie ma go już z nami, bo myślę, że usłyszałby mnóstwo miłych słów od każdego kto ponownie sięgnął po jego dzieło. Fajnie, że Hippocampus zadbał o to, by „Było sobie życie” ujrzało znów światło dzienne.

 

W serii Wydawnictwa znajdują się także gry i zabawy edukacyjne nawiązujące do bajki. (swoją drogą mam problem nazywać serię bajką, bo to tak naprawdę bardziej serial animowany). Sięgniemy po nie z pewnością.

 

 

O tym, że dla mnie będzie to swoisty powrót do przeszłości wiedziałam. Nie miałam jednak pojęcia, że bajka zafascynuje mojego Mateuszka. Jak to dziecko, lubi bajki, ale on jest nią tak zauroczony, że po pierwszym odcinku nie mógł przestać zadawać pytań. Wprawiło nas to w ogromne zdumienie i serio ucieszyło. Myślałam, że będzie zdecydowanie niezrozumiała dla czterolatka. Ja jednak byłam troszkę starsza jak zaczęłam przygodę z „Było sobie życie”. Oczywiście jest sporo kwestii dla niego niezrozumiałych, jednak z czystym sumieniem mogę polecić każdemu czterolatkowi.

 

Niesamowite z jakim przejęciem można odbierać animacje. Ile musi się w tej małej główce dziać, ile może się rodzić pytań. „Mamusiu kichnąłem! A co teraz robią moje białe krwinki?”. „Tato, a pamiętasz jak miałem dziurkę w głowie. Czy wtedy bakterie też chciały być w moim brzuszku?”.  To wspaniała lekcja życia. Sporo tych lekcji jeszcze przed nami, bo mamy zasadę, że maksymalnie jeden odcinek na dzień, by mieć czas na przemyślenie i rozmowę.

 

Na pewno też będziemy wracać do odcinków, bo już teraz widzę, że coś np dużo bardziej mu się spodobało i prosi o ponowne włączenie. Zadbam też o to, by na wyciągnięcie ręki miał wszystkie odcinki kiedy przyjdzie mu zmierzyć się z niezrozumiałą wiedzą przed klasówką z biologii 😉

 

 

Myślę, że do „Było sobie życie” nie ma co przekonywać. Każdy z Was doskonale wie o czym mówię.

Jeśli chcecie odbyć tę sentymentalną podróż, macie teraz świetną okazję. Złota kolekcja Alberta Barille jest już od 15 marca dostępna na 6 płytach DVD.

Znajdziecie w wielu miejscach, w naprawdę fajnej cenie poniżej 100zł za całość. Super pomysł na prezent. Nie tylko dla siebie.

Polecam gorąco!

 

Jak dobrze trafić z prezentem? Nasze hity prezentowe roku 2016

Z prezentami jest jak z obiadem. Dobrze jest dobrze zjeść, gdy nie trzeba gotować. I wymyślać, bo to dla mnie zawsze największy problem. Gdy z ust męża pada pytanie „co na obiad?” odechciewa mi się wszystkiego. I z prezentami jest podobnie. Gdy wiem, że ktoś o czymś marzy to ograniczać mnie może jedynie budżet. Gorzej gdy trafiamy na kogoś, kto już wszystko ma, nic mu nie jest potrzebne, niczym specjalnym się nie interesuje. Można oczywiście obdarować taką osobę mniej wymyślnym (czyt. oklepanym) prezentem, ale ja zawsze staram się, aby mój dar sprawił drugiej stronie przyjemność. Tylko, że zazwyczaj dylemat co dać sprawia, że długi czas zastanawiam się, jeszcze dłuższy szukam i zdecydowanie nie jest to co misie lubią najbardziej.

Z dzieciakami w sumie nie ma większego problemu. One zawsze czymś się fascynują, coś jest na topie. I marzą. O nowych klockach, nowym wozie strażackim, parowozie czy domku dla lalek. Rodzice doskonale widzą czym zauroczona aktualnie jest ich pociecha. Tylko co zrobić gdy maluch ma już pokaźną kolekcję figurek z ulubionej bajki, a nic poza tym go szczególnie nie interesuje? Gdy pół domu zawalone jest zabawkami, a dziecko chce kolejną? No cóż,  w naszym przypadku doskonale sprawdza się… perswazja 😉 Już Wam tłumaczę o co chodzi. Mati jest ogromnym fanem pociągów. Od dwóch lat. Właściwie na każdą okazję mógłby dostawać ciuchcię. Znacie to? No, ale ile można? Gdzie to wszystko trzymać? Ciuchcie z duplo, drewniane kolejki, zestaw z Tomka, Stacyjkowa,pojedyncze egzemplarze wynalezione na sklepowych półkach, straganach. I do tego elektryczna, profesjonalna kolejka dla hobbystów. Przygody Tomka, Ekspres polarny obejrzane milion razy. Do tego wycieczki do muzeum parowozów, na przegląd makiet. O ile mamy taką możliwość i jest okazja. Fajnie, że dziecko ma hobby, swoje zainteresowanie…ale może już czas żeby zafascynować go czymś jeszcze? 😉 Nie chodzi o to, by porzucał dotychczasowe hobby, ale by otworzył się także na nowe. By w sytuacji, w której babcia, dziadek, ciocia czy ktoś inny pyta co kupić dziecku Ty będziesz mieć problem z odpowiedzią. A nie machinalnie odpowiesz „ciuchcię!”.

Dzieci są wzrokowcami, w mig łapią czym interesują się ich rówieśnicy. I my to trochę wykorzystaliśmy. Gdy mieszkaliśmy w Krakowie Mati niespecjalnie interesował się jazdą na rowerze. Pomimo rowerostrady tuż pod blokiem nie załapał, że jazda może być frajdą. Do czasu, aż przeprowadziliśmy się na wieś i zakumplował się z Mikołajem. Rówieśnikiem, który pewnego dnia dostał rowerek z pedałami. O rowerze zamarzył i Mati. Baliśmy się jednak, że może to być chwilowa fascynacja i zupełnie przypadkiem zastosowaliśmy mechanizm perswazji. Zaczęliśmy go nakręcać na ten rowerek, mówiąc, że dostanie go na urodziny. Termin dość odległy, bo Mati jest z listopada, a rzecz się działa pod koniec lipca. Gdy widzieliśmy, że co raz chętniej sięga po swoją biegówkę, że wspomina o rowerze z pedałami kupiliśmy… skarbonkę. I uzgodniliśmy, że będziemy wrzucać tam wszystkie pieniążki, które uda nam się zaoszczędzić nie kupując tanich, przypadkowo napotkanych podczas spożywczych zakupów zabawek (do tej pory to była plaga – w koszu wylądowała cała sterta zepsutych po 1 dniu zabawek).  Im cięższa robiła się skarbonka tym większe było wyczekiwanie prezentu, a tym samym i zainteresowanie rowerem . Aż któregoś dnia doszliśmy do wniosku, że to już czas i rowerek kupimy. Dużo przed urodzinami, bo byliśmy pewni, że prezent go naprawdę ucieszy, a chcieliśmy by z niego skorzystał przed zimą.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że to jest dobry sposób by zainteresować malucha czymś jeszcze i wykorzystać to przy okazji innych zbliżających się okazji. By prezenty, które wybierze nie wylądowały w kącie po kilku minutach zabawy. Gdy zbliżały się Mikołajki poprosiłam Matiego, abyśmy usiedli i napisali list do Świętego. Nie byłam zdziwiona, gdy parowóz pojawił się jako jedna pozycja z wielu. Wiedziałam, że się pojawi, bo w dalszym ciągu jest to zainteresowanie nr 1. Ale pojawiły się też pozycje, które podłapał z zabaw w przedszkolu czy z naszych sugestii. Słuchamy gdy o czymś mówi i staramy się to wyłapywać. Mój mąż pod tym względem jest mistrzem. Gdy jest to coś czego jeszcze nie ma, coś co fajnie wpłynie na jego rozwój, staramy się podsycać zainteresowanie. Jeśli mu szybko nie minie istnieje szansa, że prezent zajmie go na dłużej. Oczywiście nie zawsze sprawdza się to w 100%, ale zazwyczaj odnosimy sukces.

Poniżej prezenty, które były hitem w roku 2016. Może zainspirują Was – do małej perswazji jeśli macie dość strażaków/ciuchć/czegokolwiek.

dziecko-prezenty

 

  1. Wspomniany rowerek. Ale równie dobrze może to być cokolwiek innego wymagającego ruchu na świeżym powietrzu. Hulajnoga, trampolina, piłka do skakania. Nasz rowerek to KidsBike. Dostępny w sklepach BMW.
  2. Płyta z nową bajką. Wiem, wiem trochę mało pedagogiczne. Ale są takie dni, kiedy pogoda za oknem nie sprzyja, dziecko nie w przedszkolu, a Ty musisz posprzątać/ ugotować obiad/ popracować. Ps. nie ograniczaj się do klasycznych wyborów. I nie sugeruj aktualnymi zainteresowaniami. U nas hitem okazała się Kraina Lodu, choć w życiu nie podejrzewałabym Matiego o zainteresowanie tą bajką.
  3. Ale czasem nawiąż do zainteresowań. My połączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Nigdy nie mieliśmy problemów z higieną jamy ustnej, ale odkąd Tomek dba o odpowiedni czas mycia ząbków Mati mógłby je myć non stop. Tomek to zestaw dr Fresh. Znajdziecie w wielu sklepach internetowych.
  4. Czasem coś co nam się podoba, nie koniecznie będzie podobało się dziecku. I na odwrót. Lampka Miffy znalazła się u nas jako rekwizyt do zdjęć. Przysłużyła się jednak odganiając nocne lęki i to Mati zadecydował, że z nami zostanie.
  5. Klocki. U nas akurat duplo. To jedyna zabawka przed której kupnem nie oponuję. Wiem, że będzie się bawił dziś, jutro, za miesiąc i rok. Mamy naprawdę ogromną kolekcję poupychaną w pudełkach i nie ma dnia, by to wszystko nie było w użyciu. Nie ma znaczenia jaki zestaw kupię/ kupi ktoś bliski. Zawsze jest trafiony i sprawi radość.
  6. Domek garaż także był pomysłem Mateuszka. Potrzebowaliśmy czegoś do przechowywania pokaźnej kolekcji autek. W pierwszej kolejności powstała ciuchcia. To był jednak mój błąd, bo pokoik zrobił się monotematyczny (wszędzie te ciuchcie!). A chodziło mi przecież o małe odwrócenie zainteresowań. Dlatego gdy padło hasło garażu powstał domek. Dziś na ścianie wisi ich kilka i codzienne parkowanie całego dobytku pochłania sporo czasu, a przy tym sprawia sporo frajdy.
  7. i 8. Puzzle i gry. U nas królują od dłuższego czasu, zmienia się tylko ich ilość i poziom trudności w układaniu. To całkiem prosty i przyjemny sposób na zainteresowanie malucha danym tematem. Wystarczy wybrać te z motywem, który nas interesuje. Jeśli chodzi o jakość to my najchętniej sięgamy po te z Czuczu i Trefl.

 

Z młodszym dzieckiem powyższe dylematy jeszcze nie są aktualne. Ale gdybyście nie wiedzieli co podarować okruszkowi to pokazuję co sprawdziło się u nas odkąd w domu pojawił się Antoś 🙂 Możecie też podesłać babciom, ciociom, wujkom, znajomym, którzy chcą wpaść z prezentem.

 

niemowle-prezenty

 

  1. Mata wielofunkcyjna do zabawy. Miałam przy Matim, kupiłam też dla Antosia. Postawiłam na markę Ebulobo, bo zdecydowanie przemawia do mnie ich wzornictwo. Bardzo dobre wykonanie, żywe, intensywne kolory (dzieci to lubią), super jakość. Warte każdej wydanej złotówki.
  2. Słyszałam, że nie na wszystkie dzieci działa szum Misia (doprawdy nie wiem jak to możliwe? 😉 ). Ale nawet jeśli nie to miś na bank będzie super pamiątką, gdy na jednej z nóżek można poprosić o wyhaftowanie dowolnego napisu 🙂
  3. Każdy dzidziuś pewnego dnia przestaje być małym dzidziusiem i poza mlekiem zaczyna interesować się innymi pokarmami. Talerzyk, miseczka, a nawet cały zestaw na bank będzie super przydatnym prezentem. Na zdjęciu nasz wybór od Jour de Paris- z serii Farma.
  4. Suchy basen jest u nas hiciorem. Nie ma dnia bez wygłupów w piłkach. Bawią się oboje. Mati ogląda w nim bajki, czyta książeczki. Nie wyobrażam sobie, żeby go już w domu miało nie być. Doskonale wpływa na rozwój dziecka (ruch, stymulacja). Zakopujemy w piłkach różne rzeczy i bawimy się w ich wyszukiwanie. Rozkładamy na podłodze pudełka i z basenu rzucamy piłkami starając się trafić do pudełek.  Nawet sprzątanie porozrzucanych piłeczek nie jest takie straszne gdy robimy to wspólnie.
  5. Attipasy to świetny pomysł na pierwsze buciki dla malucha. Pisałam o nich już przy okazji pierwszych kroków Matiego. Nie zmieniłam zdania przez 3 lata. Dalej je uwielbiam i dalej polecam. Te w świątecznym wzorze są cudne i na prezent idealne.
  6. Który maluch nie lubi się bujać? Znacie takiego? Jeśli nie mamy miejsca na domową huśtawkę (ubolewam, my teraz nie mamy gdzie jej zawiesić) to możemy w pokoju zameldować np Wilka 🙂 Mati miał konika, ale zasada bujania ta sama. Marka ta sama co maty, więc nie muszę dodatkowo zachwalać 🙂
  7. Każdy maluch pewnego dnia dostaje gryzaczek. Ja wiem, że nieprzerwalnie króluje żyrafa Sophie, ale gryzaczki z literkami są dla niej mega konkurencją. Są równie fajną pamiątką, bo spersonalizowaną. Do tego mają tasiemki, które przyciągają malucha jak magnes. Gryzak towarzyszył nam od samego początku. Najpierw wisiał i przyciągał Antosia wzrok, potem zaczął łapać za tasiemki, by w końcu ulżyć dziąsełkom. Teraz spoczął w moim pudełku z pamiątkami. Kiedyś pokażę wnukom 🙂
  8. Pod pierwszym zdjęciem wspomniałam o prezentach, które wydają nam się zupełnie abstrakcyjne jeśli chodzi o dane dziecko. A jednak się sprawdzają. Drewniany tort wbrew moim przewidywaniom okazał się super dla rocznego Antosia. Frajda ze składania elementów bardzo duża. Bawi się z bratem, ale najczęściej sam. Chociaż zdecydowanie małe elementy dekoracyjne musiałam pochować. Torcik trafił do nas podczas spotkania w Warszawie, tam też poznałam sklep PATATOY. Istne pogotowie prezentowe. Znajdziecie w sklepie ABSOLUTNIE wszystko, ABSOLUTNIE dla każdego.To jedno z takich miejsc, w którym kupicie prezent dla niemowlaka, przedszkolaka i starszaka. Na blogu sklepowym dodatkowo znajdziecie więcej ciekawych pomysłów 🙂 A jeśli sami nie dacie rady wybrać, wyślijcie alert, podając budżet, wiek dziecka i płeć. Dziewczyny, tfu! Elfy Świętego Mikołaja szybciutko pomogą Wam się na coś zdecydować 🙂

 

Mam też małą ściągę dla Panów – tzn dla kobietek i ich Mikołajów 😉

 

kobieta-prezenty

 

  1. Taki gadżet, ale dość uroczy. Lusterko w sam raz do torebki. Ale gdy je wyciągam to zawsze wzbudza uśmiech, nie tylko mój 🙂
  2. Na ten obiektyw chorowałam dłuższy czas. No dobra, nie na ten konkretny, bo miałam ogromny dylemat wybierają szeroki kąt. Dlatego gdyby ktoś poszukiwał to szczerze polecam -Sigma 10-20mm od pół roku ze mną. Zaprzyjaźniliśmy się całkiem dobrze i co raz bardziej jestem zadowolona ze swoich zdjęć 🙂
  3. Nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie w tym roku. Ubolewam bardzo, jednak kilka pozycji udało mi się przeczytać, a Sekretne życie drzew zostało głęboko w moim serduchu. To książka zdecydowanie dla takich sentymentalnych babek jak ja 😉
  4. Lubicie świąteczny czas? Tę piękną, kolorową otoczkę? Bo ja bardzo. Dla gadżeciarzy mojego pokroju powstała drewniana choinka półka.
  5. Odkąd mieszkamy na wsi zmieniłam sporo swoich starych przyzwyczajeń. Życie tu samo narzuca by było zdrowiej, lepiej, naturalniej. A odkąd poznałam kosmetyki Phenome praktycznie nie sięgam po inne. A już na pewno nie kupuję nic ogólnie dostępnego w pobliskiej drogerii. O moich naturalnych wyborach bez chemii (nie tylko kosmetycznej) opowiem Wam następnym razem.
  6. Nowy telefon to była mała (!) fanaberia z mojej strony. Przyznaję. Mój stary iphone cieszył się dobrym zdrowiem, mimo że był ze mną od 3 lat. Wiedziałam, że jeśli kiedyś będę wymieniać na inny to tylko na tę samą markę. Nowy telefon to zawsze dobry prezent. Ale pisząc list do Mikołaja nie spodziewałam się, że byłam aż taką grzeczną dziewczynkom. Chociaż podobno trochę zołzowatą.
  7. O biżuterii z mleka pisałam Wam już w jednym z postów. Powtarzam się, wiem. Ale serio to bardzo fajny pomysł na prezent. Będziecie zadowolone! 🙂

 

A dla Pana mężczyzny? No cóż, mój mąż jest typem z początkowego opisu. Listów do Mikołaja nie pisze,  nic mu nie jest potrzebne, wszystko ma. A jedyna rzecz o jakiej aktualnie marzy to powrót do pewnego, dawnego hobby, które aktualnie jest poza moim zasięgiem finansowym (pkt 1). Ale jak każdy coś chciałby dostać.

mezczyzna-prezent

Dlatego chyba będzie musiał się zadowolić bardziej oklepanym (choć moim zdaniem wciąż wyjątkowym!) prezentem w postaci np  skarpetek od Jemsushi (2) 😉 Albo klasycznym porfelem spod lady (3). A jako, że ulubione określenie mojego męża na wszystko co mu podstawiam pod oczy podczas zakupów ciuchowym to „DZIADOSTWO”  jest więc spora szansa, że i taka koszulka trafi pod choinkę (5) 😛 Ewentualnie powrócę do pomysłu sprzed lat i otrzyma kolekcję płyt ze swoim ulubionym serialem (4) 🙂

 

 

Mleczna droga

Cztery lata. Blisko 1500 dni. Tysiące godzin, miliony sekund. Tyle trwa moja mleczna droga. Droga, którą gdybym chciała narysować przypominałaby drzewo. Z lekko skręconym pniem, który symbolizowałby jej początek. Drzewo, z dwoma grubymi konarami. Jeden z nich, ten większy to starszy syn- Mateusz. Drugi to Antoś. Drobne gałązki byłyby wspomnieniem naszych historii. Naszej mlecznej przygody. Drogi. Czasem krętej, doprowadzającej nas na rozstaje, drogi która w końcu kiedyś będzie mieć swój kres. Do jednego końca już dotarliśmy.

Początkowo zakładałam. Rok, półtora. Dwa.Może trochę więcej. Granica przesuwała się wraz z wiekiem Mateuszka. Myśl o odstawieniu pojawiała się równie często jak myśl o tym, że nie jest jeszcze gotowy. Nie martwiłam się, że to nigdy nie nastąpi. Wiedziałam, że przyjdzie taki dzień. I przyszedł oczywiście, a ja nawet nie wiem kiedy to dokładnie się stało. Dojrzał do tej decyzji. Nie musiałam uciekać się do żadnych sposobów. Tłumaczyć, wyjeżdżać, smarować piersi specyfikami. Po prostu, któregoś dnia nie poprosił o pierś. Nie zrobił tego kolejnego dnia, i następnego. Przez tydzień, dwa, miesiąc. Ja skupiona na Antosiu nawet nie wiem kiedy dokładnie był ten ostatni dzień. Wiem, że był czerwiec i mieszkaliśmy jeszcze w Krakowie. Choć zdecydowanie bliżej lipca.

Wtedy też napisała do mnie Sofi. To chyba było takie trochę przeznaczenie. Ukartowane przez los. Jestem ogromnie sentymentalną osobą, a Sofi sprawia, że cudowne wspomnienia nabierają kształtu. Sprawia, że możemy je przywołać w każdej chwili. Możemy dotknąć, poczuć. I choć na co dzień nie noszę biżuterii, wręcz jej nie lubię, poprosiłam ją o wykonanie dla nas pamiątki. W pierwszej kolejności pomyślałam o obrączce, żeby mieć ją zawsze przy sobie. Otrzymaliśmy jednak dwie kule. W obu znajduje się moje mleko. Jeszcze z czasów, kiedy karmiłam obu synów, więc mają dla mnie również symboliczną wartość.  Kule zawierają też ich włoski oraz pierwsze litery ich imion. Któregoś dnia je dostaną. Może będą dla nich wyjątkową pamiątką. A może i czymś więcej, o ile odziedziczą sentymentalny charakter po mamie 🙂

Milky way. Tak nazywa się firma Sofe, która zajmuje się tworzeniem biżuterii z mleka kobiecego. Choć oczywiście biżuterię można sobie zamówić z dodatkiem włosków, pępowiny, tkanin czy płatków kwiatów. Do wyboru są zawieszki, przepiękne obrączki, bransoletki, kolczyki. Sofi znajdziecie TU. Nie powiem Wam w jaki sposób przygotowywana jest biżuteria, bo jest to patent firmy opracowany przez grono chemików. Dzięki niemu istnieje możliwość zabezpieczenia mleka, które nie zmienia koloru po jakimś czasie, ale także i kształtu. Pamiątka będzie cieszyć przez długie lata. Milky way jest też pierwszym polskim producentem tego typu pamiątek.

Cały proces zamówienia biżuterii nie jest wcale taki skomplikowany na jaki wygląda (mnie na początku wydawał się nie do ogranięcia 😉 ). Wystarczy tylko zastosować się do instrukcji przesłanych przez Sofi, by jakiś czas później cieszyć się już swoją pamiątką. Serdecznie polecam wszystkim sentymentalnym mamom. Zajrzyjcie koniecznie do galerii prac, na pewno każdy znajdzie coś dla siebie : GALERIA

Ode mnie też kilka zdjęć. Niestety nie oddają piękna kul, ale chciałam Wam je pokazać już teraz, bo przed nami dobry czas na sprawienie sobie podobnej pamiątki 🙂

dsc_0145dsc_0174 dsc_0150dsc_0153dsc_0194dsc_0166

Nowe przedszkole

Wielkimi krokami nadchodzi wrzesień. Smutno, że wakacje dobiegają końca, a wraz z nimi długie, ciepłe i słoneczne dni. Choć bardzo lubię jesień i każdego roku wyglądam jej z utęsknieniem (mimo, że doskonale przecież wiem, że po niej nastąpi wlekąca się niemiłosiernie zima), w tym roku odczuwam jednak smutek. A może obawę?

Moje odczucia mają związek z naszą nową sytuacją. Mateusz idzie do przedszkola. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, przecież już mamy za sobą jeden rok uczęszczania do placówki. Problem w tym, że Mateuszek idzie do nowego przedszkola, a ja boję się jak sobie z tym faktem poradzi. Całe wakacje tłumaczymy mu, że będzie miał nową Panią, nowych kolegów. Nie wiem czy do niego dociera ta informacja tak jak powinna.

Jest mi żal przedszkola, w którym spędził ostatni rok. Mieliśmy wielkie szczęście. Udało nam się go wtedy zapisać do nowo-powstałego przedszkola tuż obok naszego bloku. Dwie, kameralne grupy- Krokodylki, do której uczęszczał Mati i młodsza- Rybki. Panie ciepłe, zawsze wszystko nam tłumaczące. Z podejściem do dziecka takim jakie mam ja sama.Przedszkole anglojęzyczne, czego efekty doskonale widzę. Zdrowy jadłospis, bez cukru, słodyczy. Przedszkole pełne dodatkowych, na prawdę ciekawych zajęć. To, że Mati poszedł do przedszkola w wieku 3 lat było najlepszą decyzją jaką podjęliśmy. A wahałam się do samego końca (zapisaliśmy w ostatniej chwili- we wrześniu). Gdyby nie to, że byłam już w 9 miesiącu ciąży i zwyczajnie brakowało mi sił na wspólne zabawy, pewnie bym się nie zdecydowała.

zdjęcie 4(6)zdjęcie 2(9)

Świetnie się rozwinął, nabył całą masę nowych umiejętności, zaczął pięknie mówić. Nawiązał też pierwsze przyjaźnie. I to ich mi tak szkoda, bo pamiętam wszystkie nasze przeprowadzki, zmiany szkół i pożegnania z przyjaciółkami. Choć w nowych miejscach poznawałam wyjątkowych ludzi, to pamięć o dawnych koleżankach pozostała do tej pory. Mateuszek ma dopiero cztery lata, ale gdy poruszamy temat nowego przedszkola mówi, że tęskni na Filipem i Błażejem. Bo ich tam nie będzie. Tłumaczymy, że starzy koledzy też pewnie za nim tęsknią, ale Ci nowi będą równie fajni i na pewno będą się dobrze razem bawić. Wiem, że tak będzie, bo Mati łatwo nawiązuje relacje. Ale mimo tego boję się tego pierwszego dnia, tygodnia w nowym przedszkolu równie mocno jak bałam się rok temu. I ten strach jest taki sam. Boję się, że ta adaptacja, którą przeszedł w ubiegłym roku będzie musiała znów się odbywać. Zwyczajnie żal mi mojego dziecka. Chociaż troszkę pociesza fakt, że w dawnej grupie zaszły zmiany i np będzie nowa Pani. A Panią Alicję bardzo lubiliśmy, pomogła nam łagodnie przejść przez okres kiedy urodził się Antoś, a który dla Mateuszka nie był najłatwiejszym.

zdjęcie 1(10)zdjęcie 2(11)zdjęcie 4(5)zdjęcie 2(10)

Nie wiem jak będzie wyglądała codzienność w nowym przedszkolu. Nie wiem jakie panują w nim zasady. Nie wiem jakie są Panie. Jakie grupy, jakie dzieci. Nie wiem jeszcze nic. I chyba ta niewiadoma jest taka straszna. Czekam na spotkanie informacyjne, mając nadzieję, że rozwieje wszystkie moje wątpliwości.

Powoli kompletuję też wyprawkę mojego przedszkolaka. Wiem co się sprawdziło w ubiegłym roku, a co nie. Właściwie to nie mam wiele do kupna. Wiem, że największe zapotrzebowanie jest na spodnie dresowe, bo od zabaw na dywanie wszystkie są powycierane na kolanach. Sprawdzają się klasyczne, ciemne barwy. Szarości, grafity, granaty i czernie. Plamy po pisakach, farbach, obiedzie nie straszą na kilometr, nawet jeśli nie zejdą w praniu. I w tym roku postawiłam na dresiaki z h&m, bo za 80zł mam 3 pary spodni, których nie żal mi wyrzucić gdy przetrą się dziury na kolanach. Na chłodniejsze dni zainwestuję w grubsze dresy.

kolaż

 

A poza spodniami standardowo. Kapcie z decathlonu. Bo wygodne, niezniszczalne. Mam jeszcze z zeszłego roku, bo wzięłam dwie pary. Akurat te większe będą na teraz. Lekkie, podgumowane i łatwe do ubrania przez malucha. Na zmianę z crocsami, bo i te świetnie sprawdziły się w przedszkolu. Koszulki z dłuższym rękawem na chłodniejsze dni, z krótkim na te przypominające lato. Do tego bluzy na zamek, których tylko mi na ten moment brakuje.

Pasta, szczoteczka, kubek. I naklejki naprasowane żelazkiem, które zamówiłam w ilości hurtowej jeszcze w tamtym roku. Mam do dziś.

W starym przedszkolu Mati leżakował sporadycznie, a dzieci miały wybór czy chcą odpocząć czy się w tym czasie pobawić. Miał swój kocyk, podusię i kotka- przytulankę. Nie wiem jak to będzie wyglądało tutaj. W każdym bądź razie poza wymienionymi rzeczami nie potrzebowaliśmy do przedszkola piżamki. Myślę, że i tu będzie podobnie.

Tym oto sposobem podsumowałam sobie co jeszcze mnie czeka do kupna. Może i Was zainspiruję 🙂

 

*zdjęcia pochodzą ze strony przedszkola

 

 

 

 

Bracia

Jestem jedynaczką. Choć zdążyłam się już do faktu, że nie mam i nie będę mieć rodzeństwa przyzwyczaić, nie ukrywam, że chciałabym mieć kogoś bliskiego jak brat czy siostra. Gdy się jest dzieckiem nie przykłada się do tego chyba większej wagi. Choć były momenty, że chciałam mieć np młodszą siostrę, to nie przypominam sobie, żeby ta chęć była szczególnie mocna.

Dziś patrzę na sytuację z zupełnie innej perspektywy. Dziś, gdy pielęgnowane w latach szkolnych przyjaźnie gdzieś rozjechały się po świecie zwyczajnie brakuje bliskiej osoby, której powiesz co w duszy gra. Jako jedynaczka mam pewnie wyidealizowany obraz relacji pomiędzy rodzeństwem, jednak znam kilka przykładów gdzie siostry miedzy sobą czy nawet brat z siostrą nie żyją jak przysłowiowy pies z kotem. Znam takich, którzy są ze sobą na prawdę blisko i wiem, że jedno dla drugiego zrobiłoby wszystko. Znam też niestety takich, których los jest sobie obojętny. Nie chciałabym, aby moi synowie w przyszłości podchodzi do siebie w ten sposób.

Nie wiem czy jest skuteczny patent jak wychować dzieci, by nauczone były do siebie szacunku, by dawały sobie wzajemne wsparcie. Zewsząd tylko słyszę o etapie, że będą się bić, kłócić, a potem przyjdzie chwila, w której albo podadzą sobie ręce albo powiedzą cześć.

Póki co cieszę się ich braterską miłością. Sprawia nam, rodzicom, dużo radości. Czułość Mateuszka w stosunku do Antosia nie jeden raz wycisnęła ze mnie łzy wzruszenia. Był chwilowy moment zazdrości, który na szczęście minął niepostrzeżenie. Na chwilę obecną Mati sam, przez nikogo nieproszony dzieli się z Antosiem. Zabawkami, które są przecież teraz najcenniejsze. Mamą, którą miał do tej pory na każde zawołanie. Wie, że młodszy brat wymaga więcej uwagi i zaangażowania. Czasem ma chwilę słabości lub gorszy dzień, ale jestem z niego bardzo dumna. Że tak ładnie wziął na klatę bycie starszym bratem. Rekompensuje sobie ten stracony czas będąc u dziadków. Wtedy potrafi zagarnąć babcię tylko dla siebie. Ale wcale mu się nie dziwię. Któż z nas nie lubi, gdy dla drugiej osoby jesteśmy całym światem? 🙂

Bałam się o tę zazdrość okropnie. Że skrzywdzę go zabierając mu tę cząstkę mnie, która siłą rzeczy musiała być oddana młodszemu. Że czas, do tej pory należący w 100% do niego, będę musiała podzielić na obu. Że poczuje się niechciany, odtrącony. On natomiast poradził sobie doskonale. Nie napiszę, że przeszedł nad pojawieniem się Antka do porządku dziennego. Wcale tak nie było. Wiem, że mocno to przeżył. Był moment, że był smutny, wyciszony. W przedszkolu nie chciał bawić się z dziećmi, nie chciał malować. Te wszystkie rady o angażowaniu dziecka do pomocy przy młodszym są cudowne, ale nie sprawią, że rozwiążą problem jeśli się pojawi. U nas sprawa była prosta. Pierś. Mateuszek, który porzucał karmienie piersią, po narodzinach poczuł się o nią zazdrosny. Bał się, że młodszy brat wraz z piersią zabierze mu mamę. Tak sobie to utożsamiał. Pierś = mama. Zupełnie naturalne. Trwało to około 3-4 tygodni. Poszliśmy na pewien kompromis i się udało. Chciałam, żeby wiedział że jest równie ważny co wcześniej. Że kocham go równie mocno jak przed pojawieniem się brata, który w żaden sposób nie może mu zabrać mamy. Dziś jestem ja, a piersi może nie być.

Na nowo jest radosnym chłopcem. Trochę głośnym, zbyt szybkim, pełnym energii. Moim Mateuszkiem.

Jest też cudownym, opiekuńczym bratem. Pomaga ile może. Mamy nasze własne „pogotowie pieluszkowe” które na sygnale dowozi mamie wszystko niezbędne do przewinięcia brata. Często prosi, by sam mógł przebrać Antka. Rano zawsze przytula go, całując i mówiąc dzień dobry. Gdy przychodzimy po niego do przedszkola wita się słowami „przyszedł mój kochany braciszek”.

Wiem, że teraz jest cudownie. Kolekcjonuję te momenty w głowie. I na zdjęciach. Bo przecież kiedyś przyjdzie ten bunt, o którym wszyscy mówią. A może nie będzie tak źle? 🙂

DSC_0534DSC_0519DSC_0527DSC_0520DSC_0547DSC_0544DSC_0555

Dzięki Instabook mogłam zebrać te cudowne momenty w całość. Do moich rąk trafiła książka pełna fotek chłopców. Zwykle ciężko mi się zebrać, by wywołać nasze zdjęcia. Tu kliknięciem myszki przerzucam fotki do aplikacji i w zaledwie kilka minut mam gotową książkę. Książkę, która jest naprawdę fajna gatunkowo. Gruba, ze sztywnymi stronami. Pamiątka na lata. Nie tylko dla siebie, bo warto podarować komuś bliskiemu 🙂

Jeśli chcielibyście zrobić sobie taką książkę, to pod tym linkiem https://printu.pl/lp/instabook-znaczkijakrobaczki znajdziecie specjalną zniżkę prezencie od Instabook 🙂