Adwent

Wierzę w Boga. Nie wstydzę się tego, bo nie uważam, by wiara była jakimkolwiek powodem do wstydu. Podobnie jak nie wstydzę się swojej rodziny. Być może nie jestem przykładną katoliczką. Sama sobie mam sporo do zarzucenia. Wiem, że któregoś dnia to Bóg oceni najlepiej. A nie drugi człowiek.

Nie o wierze w Boga jednak dziś będzie, lecz o wierze w własne przekonania. A także o ocenianiu. Bo tak się składa, że my ludzie dajemy sobie wyjątkowe prawo do oceniania innych. Ich postępowania, decyzji jakie podejmują, drogi którą kroczą. Bardzo łatwo przychodzi nam ocena, a zarazem krytyka gdy patrzymy na kogoś lub czyjeś zachowania z boku. Niestety znacznie ciężej przychodzi nam ocena samych siebie. Jesteśmy przekonani, że robimy coś dobrze, bo tak nam podpowiada nasza intuicja. Bo tak nam kiedyś dawno powiedziano. Bo do czegoś jesteśmy przyzwyczajeni, czegoś jesteśmy nauczeni. Mamy prawo nie zgadzać się z czyimś odmiennym zdaniem, ale nie mamy prawa go oceniać i krytykować.

Czasem przeczytam coś, co wyjątkowo podniesie mi ciśnienie. Jakaś informacja ze świata polityki, wpis na forum, kogoś wyjątkowo brzydkie zachowanie. I aż ciśnie się pod palce ochota,by ukrócić nosa tej drugiej stronie, by napisać wielkimi literami, wyładować frustrację. Pokazać, że JA mam rację, że MOJE jest na wierzchu. A ta druga strona bzdury plecie, nie ma racji, jest głupia i w ogóle. I wtedy przypominam sobie, że kij ma dwa końce. Zawsze. I że był kiedyś taki dzień gdy ja sama oceniłam. Że zrobiłam coś nie fair. Że być może w złości skrzywdziłam kogoś i ktoś do tej pory ma mi to za złe. I że kurde to niefajnie być po tej drugiej stronie. Bo przecież sama nie chciałabym po tej stronie być. Wielu wyrządzonych krzywd, wielu zranień i pretensji nie jesteśmy w stanie cofnąć. Nie wszystko da się naprawić słowem przepraszam, uśmiechem.

Jesteśmy natomiast w stanie zatrzymać się nad tym, zreflektować. Zanim otworzymy buzię, zanim napiszemy cokolwiek pomyślmy. Zamieńmy się rolami. Zastanówmy czy mamy monopol na nieomylność. Nauczmy się szanować wybory innych, a jeśli tak bardzo nam one przeszkadzają spróbujmy chociaż poznać ich historię, motywy działania. Bez kategorycznego oceniania. W sytuacji, w której nie możemy zboleć zwyczajnie zapomnijmy o sprawie.

Każdy z nas pada ocenie innych, w każdej życiowej sytuacji. Co jest zupełnie logiczne. Oceniamy ogródek sąsiadki, nową bluzkę czy fryzurę koleżanki, smak potrawy w restauracji. Zarówno my oceniamy jak i oceniają nas. Jednym się podoba, innym nie. Patrząc z perspektywy gustu jest to rzecz normalna. Nie wszystko musi nam się podobać. Podobnie jest z czyimś zachowaniem.  Nie wszystko musi być akceptowalne, coś może budzić nasz sprzeciw. Czasem cichy, a czasem głośny. Jest w tym wszystkim jednak cienka granica, którą łatwo przekroczyć. Granica czyjejś prywatności, granica kultury.

Wiem, że ten post brzmi trochę moralizatorsko, ale wierzcie mi wcale nie o to mi chodzi. To tak naprawdę moja próba wyrzucenia z siebie niesprawiedliwości na jaką ostatnio trafiam. Braku chęci zrozumienia wśród otaczających mnie osób. Braku zrozumienia nie tylko w kierunku mojej osoby, ale głównie w kierunku otaczających mnie osób. Zbliżają się Święta. Dla mnie to wyjątkowy czas. Czas nie tylko na ubieranie pięknej choinki, sprzątania, zakupów. Dla wielu z nas to czas przygotowania, otwarcia się na nowe. Na innych. Dla mnie także. I z każdym rokiem podchodzę do tego co raz bardziej serio. Być może starzeję się, być może mam możliwość więcej zobaczyć, stąd moje rozczarowanie ludźmi. I chcę o tym powiedzieć głośno, żeby myśli te nie zakłócały mi spokoju przygotowań do Świąt.

Chcę napisać, że każdy z nas ma prawo do podejmowania własnych decyzji. Bez względu na to czy są to decyzje mądre czy głupie. Chcę napisać, że nie jesteś lepszy/ lepsza bo wybrałeś inaczej i tym samym wydaje Ci się, że słuszniej. Chcę Ci napisać, że nie życzę sobie abyś nazywał mnie lub otaczających mnie ludzi zacofanymi. Ciemnogrodem. Idiotą. Złą matką, złym ojcem. Zabierającym dziecku dzieciństwo. Bo inaczej karmię, wychowuję, leczę, mam inne przekonania lub wierzę w coś czego Ty nie dopuszczasz. Tylko dlatego, że wydaje Ci jakoby Twoja wiedza w temacie była większa. Że wydaje Ci, że Ty masz słuszność. O tym, że tak jest lub nie przekonamy się być może w przyszłości. W tym momencie oboje jesteśmy na tej samej pozycji i żadne z nas nie ma stu procentowej pewności, że ma rację. Różnica pomiędzy nami jest tylko taka, że ja nie Cię nie obrażam. Ani nie obśmiewam. Jeżeli pytasz co sądzę na dany temat, jeżeli prosisz o moją opinię, jeżeli chcesz wiedzieć jak w danej sytuacji postępuję i otrzymujesz odpowiedź to uszanuj ją. Nawet jeśli usłyszysz coś co nie trafia w Twoje przekonania. Podejdź z kulturą i szacunkiem do osoby. Nie tylko na pokaz, prosto w oczy. Ale i później, bez obgadywania czy obśmiewania. Mnie czy ogółu ludzi którzy postępują odmiennie od Ciebie. Bo czy miło byłoby Ci się dowiedzieć, że Twoje przekonania są nic nie warte, a Ty sam jesteś osobą nieodpowiedzialną? Głupią. Albo śmieszną. Albo… (w kropki wstaw to czego nie chciałbyś o sobie usłyszeć).

Chciałabym, żeby każdy znalazł czas na chwilę refleksji w okresie Adwentu. Każdy, bo każdy z nas popełnia te błędy. Każdy z nas w jakiś sposób, często zupełnie nieświadomie rani kogoś innego. Czy to źle się o kimś wypowiadając, czy też wynosząc siebie ponad innych. Tymczasem, traktujmy się równo. Nie oceniajmy. Zostawmy ocenę Bogu, jeśli ktoś wierzy. Niech oceni nas czas. On też pokaże czy nasze wybory były słuszne czy zupełnie nietrafione. Zamiast tego zwyczajnie cieszmy się każdym dniem i tym co mamy. Przekonani o tym, że podejmujemy słuszne decyzje. I spokojnie przygotowujmy się do Świąt. Tego Wam i sobie życzę.

 

Dziennik budowy – rozpoczynamy budowę

Miesiąc minął odkąd sprowadziliśmy się na wieś. Nie próżnowaliśmy, choć pierwsza połowa upłynęła w oczekiwaniu na pozwolenie na budowę. Jakby ktoś miał wątpliwości, bo z różnymi głosami wśród znajomych (i fachowców) się spotykaliśmy. Przepisy znów się zmieniły i postawienie domu czy też budynku gospodarczego o powierzchni większej niż 30m2 ponownie wymaga pozwolenia na budowę. Nie ma, że na zgłoszenie się zrobi.

Mieliśmy szczęście. Czekaliśmy równy miesiąc, choć podobno zgodnie z prawem mogliśmy czekać dwa. Cała procedura poszła gładko, co w większości zawdzięczamy kierownikowi budowy, który poskładał za nas wszystko do kupy, a potem do urzędu. A także dzięki mojemu tacie, który wiedział gdzie z kim załatwić przyłącze wodne (i całą papierologię potrzebną do wniosku), elektryczne itd. Jak ktoś już miał do czynienia z tematem, to nie jest to taka czarna magia jak dla nas (choć teraz i mój mąż już pięknie włada budowlanymi terminami, co przyprawia mnie o zdumienie).

Zanim mogliśmy cokolwiek zrobić zaglądaliśmy na działkę i zastanawialiśmy się jak to wszystko będzie wyglądać. Dziś „bogatsza w doświadczenie ostatniego miesiąca” śmieje się z siebie samej, gdy przypomnę sobie jak kazałam mężowi kosić trawę i dosiewałam, żeby było równo i gęsto. Dziś w tym miejscu, w którym rozsiałam pół worka traw gazonowych jest pobojowisko zrobione przez koparkę i gruszkę. Nie ma najmniejszych szans, by moja trawa się tam uchowała. Mieliśmy też jeszcze jedną „roślinną” sytuację. Mam hopla na punkcie drzew. Ogromnie cieszy mnie, gdy coś rośnie samo z siebie, a najchętniej chciałabym mieć na działce piękny starodrzew. Muszę się jednak zadowolić dwoma dużymi brzozami na wjeździe i starą papierówką (a mówili mi, żeby wyciąć bo pewnie jest dzikiem..  teraz popijamy smaczny kompot z jej jabłek 😉 ). Ale do brzozy wróćmy. W miejscu, w którym miał stanąć budynek gospodarczy wyrosła brzózka. Sporawa, bo miała już jakieś 1,5m. Cieszyłam się bardzo, gdy kierownik budowy naniósł budynek na mapę i okazało się, że brzózka będzie tuż obok. W myślach już widziałam ławeczkę w jej cieniu. Jakie było moje rozczarowanie gdy przyjechał geodeta i po wytyczeniu fundamentów okazało się, że brzózka rośnie centralnie wewnątrz przyszłego budynku. Próbowaliśmy wykopać drzewko i przenieść w inną część działki. Niestety, podczas wyciągania całości z ziemi pękł główny korzeń. Kilka dni później drzewko uschło. Pocieszam się jednak, że podobnych samosiejek na działce mam sporo. Będzie miejsce na odpoczynek. Zarówno na ławeczce jak i na hamaku przewieszonym pomiędzy dwoma pniami. Tak fajnie nam się zasiały kilka metrów od tarasu domu – wręcz idealnie pod hamak 🙂

Gdy już wiedzieliśmy, że prawnie możemy działać, do pracy przystąpił geodeta, który wytyczył nam fundamenty. Fundamenty na dwa budynki, bo poza domem stawiamy również budynek gospodarczy. A właściwie to od niego zaczynamy. Mimo, że fundamenty wytyczyliśmy także nam dom, to na jego budowę przyjdzie mi jeszcze chwilkę poczekać. Niestety wstrzymuje nas sprzedaż mieszkania oraz termin u wykonawcy. Drewno na dom z bala, bo taki będzie stał u nas ścinane jest tylko zimą. Na pewno, więc nim w tym roku nie zrobimy. Póki co jednak rozgardiasz na budowie zapanował.

Zaczęło się od podłączenia wody (to jeszcze w czerwcu), następnie prądu. Na koniec ruszyły roboty ziemne.

Fundamenty wykopane. Zalane. Mury pną się do góry. Mamy nadzieję, że do końca sierpnia uda nam się budynek przykryć. Zarys budynku już widać. Choć wydaje się malutki na tle całej działki to ma więcej metrów niż nasze mieszkanie w Krakowie. A ja już planuję jak budynek zaaranżować z zewnątrz, by pasował do mojego drewnianego domu. Okna, drzwi i bramy garażowe już się robią. Wszystko będzie z drewna, w całości nawiązywało do wiejskiego klimatu. Okna skrzynkowe, dwuskrzydłowe. Z okiennicami oraz skrzyniami na kwiaty. Drzwi oraz bramy garażowe zachowane w stylu amerykańskich „barn doors”. Dach pokryty będzie gontem w odcieniu szarości, a elewacja będzie w białym przecieranym kolorze. Ma wyglądać jak dawne stare chaty. Żeby ładnie wtapiał się w całość, budynek obsadzę dookoła wiejskimi kwiatami.

Takimi jak u sąsiadki – Pani Zosi. Jej ogródek mam po drodze, gdy idę do siebie. Tak pięknie tam kwitną cynie i kosmosy, że skrętu szyi dostawałam za każdym razem. Ja to dzik trochę jestem do ludzi, więc sama bym nie zagadnęła, ale razu pewnego babcia szła ze mną. A to przecież koleżanki. I tak się zgadało, że nasiona mi zbierze. I że zaprasza na włości, mogę zdjęcia porobić. To porobiłam, żeby Wam pokazać jak mi się marzy 🙂

Ale to wizja przyszłości. Póki co na działce jedno wielkie pobojowisko. U nas ziemia to glina i piach. Po wykopach gdy popadało lekko nie jest. Wszystko pływa 😉

Zostawiam Was ze zdjęciami naszej budowy, mając nadzieję, że sierpień podsumuję już bardziej zabudowany 🙂

IMG_1691

zdjęcie 4-1

Boguś pomaga w zabijaniu ławicy. Na zdjęciu na górze widać zarys naszego drewniaka 🙂 Taras będzie z widokiem na drzewa na końcu działki 🙂 Dolne zdjęcie przedstawia zarys budynku gospodarczego. Skrzynka wewnątrz to kranik z wodą. Twórczość męża i mojego taty. Przybijcie im brawo, byli z siebie bardzo dumni 😉

IMG_1688zdjęcie 2-3

Przyjechała kopara. Wtedy się zaczęło. Mati podekscytowany. Ale to już nie te czasy gdy godzinami siedział i wpatrywał się w pracujące maszyny. Mieliśmy małego zonka, bo chłopak przyjechał kopać, a tu tylko pozabijane, nic nie zaznaczone. Na nasze szczęście był bardzo rozgarnięty i zamiast zawrócić kazał podjechać po sznurek i wapno. Sam sobie wytyczył wszystko. Uff 😉

zdjęcie 4

Po wykopaniu trzeba było wszystko ładnie uzbroić. Jak widzicie na zdjęciu gospodarczo. Mali pomocnicy też ciężko pracowali. Mati podrzucał kamienie pod zbrojenie, a Antek dowodził całością ze swojego powozu 😉

zdjęcie 3-2

Zanim przyjechała gruszka z betonem, która zalała całość modliliśmy się, żeby burza nas oszczędziła. Przy tym podłożu wszystko mogłoby się pozarywać. Na szczęście nasze modlitwy zostały wysłuchane i poranek przyniósł słonko.

IMG_1700IMG_1699

Zaczęło się na całego! Jedno ciężko pracują, a drudzy… tylko podglądają 😉

IMG_1702 IMG_1701

A potem to już dla nas najprzyjemniejszy widok. Serce rośnie wraz z murami, proporcjonalnie do tego jak maleją środki na koncie 😛

zdjęcie 2-2zdjęcie 1-2IMG_1689IMG_1692

Powyższe zdjęcie prezentuje stan na dziś 🙂

A na koniec – ogródek Pani Zosi 🙂

DSC_0987IMG_1709DSC_0985 DSC_0983

Do następnego!

Z miasta na wieś

Myśl ta dojrzewała we mnie, w nas długi czas. Choć we mnie to najpewniej tęsknota. Całe swoje dzieciństwo spędziłam na wsi. Mieszkałam tam przez pierwsze lata swojego życia, wracałam na długie letnie miesiące, na każde ferie zimowe. Oczywistym, że wieś jest mi więc bliska. Miasto pomimo wielu plusów sprawia, że się duszę. Brakuje mi przestrzeni, zieleni, kawałka swojej „ziemi”.

Dlatego dwa lata temu zapadła decyzja. Kupujemy działkę. W miarę blisko Krakowa. By móc ogarnąć jakoś logistycznie pracę, dzieci, dom. Sami wiecie. Jarałam się, że wreszcie mamy ten swój kawałek ziemi. Sadziłam drzewka, rozmyślałam. A im więcej rozmyślałam tym częściej pojawiała się myśl, że czuję się tam obco. Nie czuję tej „chemii”, swojsko, przytulnie. Jakbym nie była u siebie. Musiałam to chyba powiedzieć na głos. Czarę goryczy przelała kradzież śliwki. Ciężko mi w to uwierzyć, ale ktoś najzwyczajniej w świecie wykopał z działki drzewko. Drzewko o wartości 15zł. Dosadziliśmy nowe, ale kiedy przy kolejnej wizycie okazało się, że ktoś złamał mu czubek coś we mnie pękło. Nie chcę mieć takich sąsiadów. Choćby mieszkali na drugim końcu wsi. Zwyczajnie ciężko zaufać drugiemu człowiekowi. Zawsze tliła by się podejrzliwość czy to aby nie ten co mi to drzewko buchnął. Czy aby źle mi nie życzy.

I co raz częściej pojawiała się myśl, że w tej mojej rodzinnej wsi to takie coś nigdy miejsca by nie miało. Że ludzie nawet jeśli skłóceni, bo przecież różnie w życiu się układa, to świń sobie nie podkładają. Przechodzą obok, dzień dobry co najwyżej nie powiedzą, ręki nie podadzą, ale człowiek człowiekowi nie jest wilkiem.

I myśl ta raz po raz wracała, a wraz z nią tęsknota.

Dziś tak sobie dumam, że gdyby nie te ciepłe myśli to może i życie by nam się inaczej potoczyło, los scenariusz zupełnie inny napisał. Nie pakowałabym w kartonowe pudła swoich książek, pieczołowicie kolekcjonowanych przez ostatnie lata.

Tymczasem…Jedziemy na wieś. Przeprowadzamy się. Tak na stałe, zupełnie.Jeszcze miesiąc z hakiem, do czasu aż Mateuszek skończy przedszkole urzędujemy w Krakowie, a potem wywracamy życie do góry nogami.

Marzenia o małym, drewnianym domku zaczynają się spełniać. Mamy już projekt, mamy wykonawcę. Jesteśmy w trakcie uzyskiwania pozwolenia na budowę. Szaleństwo. Mamy też wielką kupę piachu i ponad 1000sztuk pustaków, z których powstanie budynek gospodarczy. Czekamy tylko na załatwienie formalności i ruszamy. Jeszcze latem.

Mamy też zupełnie nową działkę. Ogromną, piękną. Z wysokimi brzozami na wjeździe. Na końcu wsi, tam gdzie asfalt ustępuje miejsca polnej drodze do lasu. Cisza i spokój. Słychać śpiew ptaków i liście brzóz powiewające na wietrze. Kawałek od drogi, tuż na górce stanie nasz dom. Z tarasem skierowanym na południe, widokiem na brzozowy gaik na samym końcu. Tam hen za rowem jeszcze. W rowie stoi woda, bo nieopodal bobry zrobiły sobie żeremie. Przez rów przerzucę drewniany mostek, a wzdłuż obsadzę niezapominajkami. Z mostku będzie się schodzić nad staw. Staw, który w głowie nam siedzi, ale realnego kształtu nabierze, gdy chłopaki podrosną. Co bym nie osiwiała zbyt wcześnie. Będzie też sad ogromny. I ogródek przy domu. Pełen malw, naparstnic, ostróżek, jeżówki, łubinu, floksów i piwonii. Wertuję książki, babcię wypytuję o szczegóły, bo pamięta jeszcze czasy, gdy w wiejskich ogródkach zamiast równo przyciętej trawy królowało morze kwiatów.

Mam posadzoną jeszcze jesienią lipę, opiekunkę naszego przyszłego domostwa. O lipie pisałam nie jeden raz na blogu. Drzewo to uwielbiam ponad wszystkie. Nie mogło jej zabraknąć. Ale są też klony, dwa jesiony, które same się zasiały w ubiegłym roku na moim balkonie, a które „na pamiątkę miastowego życia” przywieźliśmy na wieś. Posadziliśmy też kasztany, niestety zrobiliśmy to zbyt wcześnie i wiosenne przymrozki dały im radę.Mamy modrzewie, które są nawiązaniem do tych, które rosną wzdłuż działki, ale już po stronie sąsiada. I mnóstwo sosen, wtapiających się w wiejski krajobraz.

Zamiast równego trawnika za domem będzie łąka kwietna. Zupełnie naturalna. Z makami, chabrami, maciejką, rumiankiem. Tak mi się wymarzyło, że pół wsi na nogi przez tą moją łąkę postawione. Każdy duma jak zrobić żeby było dobrze. Każdy chętny do pomocy. Płot tymczasowy  z żerdzi zbija. Siewnik do traktora mocuje, nawozem podsypuje, walcuje, ręcznie trawę zarzuca. A ja na tym traktorze na siewniku jadę, wiatr we włosach, ciepłe słońce na ramieniu czuję. I znów mam kilka lat. I pamiętam jak z dziadkiem na łąkę po siano jechałam. Na wozie, w kierunku lasu. Tuż obok tej mojej działki. I tylko smutno, że on tego zobaczyć nie może. Ale wiem, że uśmiecha się tam z góry na to moje nieszkodliwe szaleństwo.

Z sercem do sprawy podchodzę. Choć i obawy są. Najbardziej o męża mojego, jak on się odnajdzie w tej nowej rzeczywistości. To mieszczuch z krwi i kości. Tym bardziej doceniam, że podjął taką decyzję. Że dla mnie, dla naszych dzieci. Całe swoje dotychczasowe przyzwyczajenia zmienia. Życie, kolegów, wszystko zostawia. Choć w obecnych czasach, w dobie internetu, samochodów to chyba nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Ufnie patrzę w przyszłość, wierząc że będzie dobrze. Nie może być inaczej 🙂

zdjęcie 5zdjęcie 3-4zdjęcie 1-4zdjęcie-3 zdjęcie 1-3zdjęcie 2-3

 

 

Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Kto płaci za pobyt matki?

Jak to się mówi, „wszystko dobrze, kiedy jest zdrowie”. Natomiast kiedy zaczyna go brakować na jaw wychodzą różne, często niespodziewane okoliczności.

Pamiętam jak kilka tygodni po narodzinach Mateuszka spanikowani pojechaliśmy na nocny dyżur. W domu kaszlący dziadek, zakatarzona babcia i rozkładający się ojciec. Do tego Święta Bożego Narodzenia i ja, świeżo upieczona, zielona mama 6 tygodniowego noworodka. Nie do końca pewna stanu jego zdrowia, bo nie wiedziałam czy ma katar czy po prostu oddycha tak dziwnie sam z siebie.

Lekarka, która nas przyjęła, chyba nie do końca pewna słuszności swojej diagnozy, postanowiła nie ryzykować. Późny wieczór, do szpitala około 20km. Wystawiła skierowanie na oddział. Na miejscu horror, bo trzeba dziecku pobrać krew, a mimo największej delikatności siostry oddziałowej płacz niesie się po całym korytarzu. W tym wszystkim pada pytanie czy mogę zostać z dzieckiem. Bo przecież jestem jego mamą i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Bo przecież karmię go piersią i będzie mnie potrzebował. Bo przecież on jest taki malutki i MUSI ktoś przy nim być 24/24h.

Oddycham z ulgą słysząc, że tak oczywiście, zostanę z synkiem. Choć chyba nawet przez moment nie zakładałam, że mogłoby być inaczej. Słyszę jeszcze, że doba będzie kosztować mnie 15zł. Mąż ze zdziwieniem pyta, skąd ta opłata. Dowiadujemy się, że to indywidualna cena ustalona przez szpital. Mamy szczęście. Bo w cenie 15zł, mogę spać z dzieckiem na jednym łóżku. Inne mamy nie mają tak dobrze. Nie w tym konkretnym szpitalu, ale gdzieś indziej.

Dowiaduję się o tym jakiś czas później, gdy już uda mi się zapomnieć, że odbyliśmy tą szpitalną przygodę. Słowa, które padają z ust innych matek są jak wiadro zimnej wody. Jako matka nie masz żadnych praw. Pacjentem jest Twoje dziecko, a o tym czy możesz zostać z nim na oddziale decyduje personel szpitala. Także o tym w jakich warunkach przyjdzie Ci spędzić kilka dni.

Czytam o matkach, które za 20zł/ dobę dostają krzesło, na którym mogą „czuwać” przy swojej pociesze. O matkach, które muszą sobie organizować materac, by móc się zdrzemnąć przy łóżeczku dziecka. O matkach karmiących piersią kilkutygodniowe maleństwa zmuszone zostawić je w obcym miejscu, bo regulamin szpitala zabrania na pozostawanie w sali po godzinie 22. O kobietach po porodzie, które wychodzą do domu zostawiając w szpitalu kilkudniowe dzieci, bo nie ma dla nich miejsca.

Nawet jeśli płacą, to najczęściej właśnie za możliwość bycia z dzieckiem. Nie za miejsce do spania, nie za posiłek. Posiłek jest dla pacjenta, a skoro Twoje dziecko dostaje mleko (najlepiej Twoje) to o czym mowa? W cenę wliczona jest woda w kranie i w ubikacji. Może papier toaletowy. Tyle. Aż tyle.

Przecieram oczy ze zdumieniem. Miałam szczęście. Dostaliśmy w miarę wygodne łóżko w dwuosobowym pokoju. Mogłam skorzystać z toalety. Prysznica nie było, ale kto by wtedy myślał o relaksie w kąpieli. Jedzenie dowoził mi mąż. Ale mogłam być z dzieckiem. A to było dla mnie najważniejsze.

Wciąż jednak czytając tego wpisy na forach czuję wewnętrzny sprzeciw. Jak to? Czy nam, opiekunom prawnym naszych dzieci kompletnie nic się nie należy? Opiekujemy się przecież pacjentami, w pewnym sensie wyręczając personel szpitala. Karminy, przewijamy, czuwamy. Grzebię po internecie w poszukiwaniu jakiejś ustawy, rozporządzenia. Do cholery, przecież to nie może tak być?

  • Co się okazuje?

Narodowy Fundusz Zdrowia w ramach ubezpieczenia pokrywa  koszty świadczeń zdrowotnych udzielonych pacjentowi, czyli dziecku. Wyjątek stanowi jedynie przedłużona hospitalizacja matek karmiących piersią od 5 doby po porodzie. Oznacza to, że jeśli zajdzie konieczność pozostawienia dziecka w szpitalu ze względów zdrowotnych, prawem matki karmiącej jest obecność przy dziecku. Hospitalizacja ta jest opłacana przez NFZ w wysokości 102zł/ dobę. Całkiem bogata doba hotelowa. I nie ma tłumaczenia, że NIE MA miejsc. Nie mają prawa wypisać matki ze szpitala, zostawiając dziecka.

Sytuacja ta nie dotyczy niestety kobiet karmiących piersią, które trafiają do szpitala z dzieckiem już po wypisie poporodowym. Nie tylko zresztą kobiet karmiących piersią. Każdego jednego opiekuna.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia oraz Rzecznika Prawa Pacjenta, każdy pacjent ma prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej (art. 34 Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta*). Zgodnie z art. 35 tejże ustawy koszty tej opieki ponosi pacjent jeżeli realizacja tej opieki skutkuje kosztami poniesionymi przez zakład zdrowotny. Czyli jednym słowem, każdemu pacjentowi przysługuje w szpitalu opieka zdrowotna i ta jest finansowana przez NFZ, a poza tym ma prawo do opieki pielęgnacyjnej na swój koszt. Czyli jeśli matka zostaje z dzieckiem i przejmuje opiekę pielęgnacyjną jest ona na jej koszt. Za co płaci? Za koszty, które generuje dla szpitala, czyt. wodę, prąd, środki czystości.

Opłata jest ustalana indywidualnie przez każdą placówkę (uwzględniając rzeczywiste koszty realizacji praw), ale zgodnie z ustawą musi ona być podana do jawnej wiadomości i udostępniona na terenie placówki.

Podsumowując. Zgodnie z obowiązującym prawem każda położnica ma prawo do bezpłatnego pobytu na terenie szpitala ze swoim dzieckiem, ze względów zdrowotnych.

Natomiast każda matka lub opiekun ma prawo do przebywania z dzieckiem i sprawowania nad nim opieki w placówce. Pobierana jest jednak opłata ustalana indywidualnie przez placówkę. Nie jest niestety odgórnie ustalone co w ramach tej opłaty szpital ma zagwarantować matce.

Warto jednak o tym rozmawiać głośno i nie dać się zbyć. Mamy całkiem sporą ilość szpitali w Polsce, a większość z nas ma już doświadczenie w pobycie na oddziale za sobą. Podzielicie się swoją wiedzą z innymi mamami? Może wspólnie uda się stworzyć mapę/ zbiór placówek, w których poza poszanowaniem podstawowych praw pacjenta, szanuje się także uczucia rodziców?

Pomożecie mi wspólnie stworzyć taką listę?


Wystarczy, że wypełnicie ankietę stworzoną specjalnie przeze mnie na potrzeby tego wpisu. Ankieta jest króciutka, zupełnie anonimowa, a jej wypełnienie zajmie Wam dosłownie kilka minut. Bardzo proszę też o podzielenie się linkiem ze swoimi znajomymi. Im więcej odpowiedzi, tym szerszy zasięg będzie mieć wygenerowana mapka.


 

Jak tylko zbiorę te informacje stworzę coś na zasadzie mapki i zamieszczę na blogu.

 

*Ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta

Mój Kraków – bezradnik przetrwania

Czasem mam ochotę być wredna i złośliwa. Tak jak facet z bloku obok, który widząc męża rzucającego naszemu psu piłkę na ogromnej łące nie uczęszczanej przez ludzi, dzwoni po straż miejską.

Czasem mam ochotę wziąć telefon i wykręcić numer 986 (swoją drogą nawet nie wiedziałam, że taki mają numer).

Jak większość czytelników dobrze wie, mieszkamy w Krakowie. Mieście pięknym turystycznie, mieście wielu możliwości dla studenta, ale kompletnie beznadziejnym do życia dla rodzin. Zwłaszcza z dziećmi. Uogólniam, generalizuję. Wiem dobrze, ale jako jednostka jednej z takich rodzin mam przecież prawo. Wypowiedzieć się w imieniu swojej rodziny. Ciężko się żyje, zwłaszcza w okresie zimowym. Późna jesień i wczesna wiosna również nie należą do najprzyjemniejszych, choć optymizm wywołany zmieniającą się na lepsze aurą potrafi przesłonić negatywy. Na co dzień jednak szarość dnia i gęste od zanieczyszczeń powietrze sunące pomiędzy blokowiskami dołuje. Dołuje, gdy patrząc na alarm smogowy kolejny raz boję się wyjść z synem na spacer.

Do czego zmierzam? Do tego, czego mi najbardziej brakuje, a  mianowicie świeżego powietrza. Już słyszę to chrząkanie i śmiechy na sali. Dobre sobie, chcesz świeżego to zamieszkaj gdzieś na odludziu, wsi dawno zapomnianej.

Wiem, że w mieście a na wsi powietrze różni się diametralnie i nie mam zamiaru nad tym się roztrząsać. Nie będę się też długo rozwodzić nad krakowskim smogiem, bo pewnie każdy z Was o nim słyszał. Kraków jest najbardziej zanieczyszczonym miastem w Europie (!). W dodatku położonym w dolinie  (niecce- zwał jak zwał), więc wszystko się kumuluje i osiada. Przy tym jest to duże miasto, z ogromną ilością samochodów, starych kamienic opalanych węglem, pojedynczych domków jednorodzinnych opalanych Bóg jeden wie czym oraz posiadające hutę. Ekologiem żadnym nie jestem, znawcą tak samo nie, ale już ja sobie swoje zdanie (być może nie słuszne) wyrobiłam na temat tego co nas w Krakowie truje. Bo wszyscy trąbią, że najbardziej winne to te kamienice, a na drugim miejscu huta. I że auta owszem. I jeden komin w hucie zamykać będą coby nam się lepiej oddychało. Fajnie, a nóż pomoże, ale czy aby na pewno. Przecież na kominie filtry specjalne pomontowane i nie wierzę, serio nie wierzę, by komin ten generował gorszy syf od domu jednorodzinnego tuż koło mojego bloku. Do tego domku jeszcze dojdziemy, bo to on jest powodem dzisiejszego wywodu i mojej chęci bycia wrednym.

Mówi się o ogromnej ilości samochodów. No zgodzę się, dużo tego. Ale problem smogu od kwietnia do października de facto nie istnieje, a auta jeżdżą dalej. Pozostaje, więc zwalić wszystko na mieszkańców kamienic. Ale czy tak można? Czy można zwalać winę na jedną tylko przyczynę nie bacząc, że czynników jest więcej i to właśnie one wszystkie kumulując się sprawiają, że oddychamy tym syfem? Śmiem twierdzić, że za obecny syf w dużym stopniu odpowiedzialny jest ktoś jeszcze…

Kiedyś pomiędzy moim blokiem, a blokiem obok hulał wiatr. Pizgało jak w Kieleckiem. Gdy szłam na przystanek tramwajowy chciało głowę urwać, choć kilkaset metrów dalej wiatr nie poruszył nawet listkiem. Wszystko dzięki infrastrukturze dookoła. Mieszkam przy dawnym pasie startowym. Sama nazwa powinna dać Wam wyobrażenie szerokiej przestrzeni. Idąc do szkoły przechodziłam przez ogromne ogródki działkowe. Dziś, zamiast ogródków stoi nowa (już nie taka nowa będąc sprawiedliwą) Galeria Handlowa, a na pasie startowym wyrosły bloki. Na pasie startowym!

Teraz pomiędzy moim blokiem, a tym obok też wieje. Ale nie ma porównania. Teraz ten wiatr jest kłopotliwy, bo… dojdziemy do tego na koniec.

Park, niedaleko mojego domku także w pewnej części został zlikwidowany. Powstała Arena. Ku uciesze miłośników sportu. Fajne miejsce, zgodzę się. Ale stop. Ani kroku dalej, zostawcie już ten park w spokoju. Deweloperzy jednak chcą więcej. Ogródki działkowe przy parku. Na co komu one? Postawmy nowe osiedle. Odkupmy kawałek parku, mieszkania będą szły jak świeże bułeczki.

A co się stało z korytarzem powietrznym w okolicy Zielonek i Toń (dla niewtajemniczonych to podkrakowskie miejscowości, choć równie dobrze można nazwać je już dzielnicami Krakowa). Mój mąż ma babcię w Toniach. Jako dziecko biegał po rozległych łąkach. Terenach zielonych wykluczonych wtedy z zabudowy. Teraz prawo nagina się wedle potrzeb, a jak jest potrzeba sprzedaży terenu to się to robi. Dlatego dziś na tych zielonych terenach jak grzyby po deszczu wyrosły domy jednorodzinne. Miasto z centrami handlowymi też już tam dotarło.

Nie jestem znawcą, podkreślam to mocno. Ale takie rzeczy dają do myślenia. Rządzący tym miastem głowią się i troją jak polepszyć powietrze w Krakowie, a jednocześnie wydają zgodę na zabudowę każdego centymetra kwadratowego. Jak ma być przewiew skoro wszędzie stoją budynki. Często takie, które dodatkowo generują w atmosferę największy syf.

Ostatnio jedna z koleżanek wrzuciła na FB zdjęcia domu sąsiada. Z komina wydostawała się ogromna chmura duszącego, gęstego dymu. Z podpisem brzmiącym mniej więcej „Przeprowadziliśmy się dla dzieci. To wszystko dla nich, ogródek, miejsce do biegania, świeższe powietrze. A sąsiad pali takim gównem, że w domu śmierdzi mimo zamkniętych okien. Załamana”.

My też kupiliśmy działkę. Z myślą o postawieniu domu. Z myślą o naszych dzieciach. Z myślą o przyszłym życiu. Czy tam jest świeże powietrze, w stu procentach wolne od zanieczyszczeń? Oczywiście, że nie. Ale jest lepsze niż tu. Pytanie tylko, czy przesuwająca się aglomeracja za kilka lat tam nie dotrze, a za sąsiada nie będę mieć osoby utylizującej w piecu wszystko jak leci..

Dotarłam do sedna, do powodu który sprawił, że siadłam przy porannej kawie i klecę tego posta. Wspomniałam, że tuż obok mojego bloku stoi dom jednorodzinny. Dom, który co wieczór pali takim właśnie syfem. Syfem, który dociera wraz z wiatrem do mojego mieszkania. Zawiewa pomiędzy dwa bloki i wpada bezpośrednio do sypialni. Nie ma mowy o przewietrzeniu sypialni przed snem. Nawet jeśli prognozy stacji dot. smogu są optymistyczne. Nie ma mowy, bo cały ten dym jest zawiewany do środka. A śmierdzi tak, że nos chce ukręcić i zbiera na wymioty. Głowa dzień w dzień pulsuje w godzinach wieczornych. Dlatego już kilka razy miałam myśli, by być wredną i jednak chwycić za telefon. Tylko zawsze myślę sobie, a co to da? Czy to nie jest jak kopanie się z koniem? Bo oni przyzwyczajeni pewnie przez lata długie, że paląc w piecu wrzucą trochę butelek, śmieci. Zwłaszcza teraz, kiedy segregacja i za wywóz trzeba trochę zapłacić. Przyjedzie straż, w najlepszym wypadku da mandat. I co dalej? Czy to kogoś oduczy? A skoro kiedyś ludziom to nie przeszkadzało?

No nie przeszkadzało. Bo wiatr wiał z taką siłą, że nie było szans, aby ten dym do nas przyleciał. Teraz jedynie go podwiewa i ułatwia dotarcie.. Dziś przeszkadza, ale za kilka lat być może się przyzwyczaję do smrodu. Bo przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić..