Warsztaty fotografii dziecięcej

Kto zagląda do nas na insta ten wie, że wczoraj byliśmy na warsztatach fotografii dziecięcej. Nie będę się zbytnio rozpisywać, bo przecież nie chodzi o powielanie wiedzy, którą i tak można wyczytać w podręcznikach. Powiem tylko tyle- było super!
Sporo wiedziałam, sporo nowego się dowiedziałam. A poza tym spędziłam miły czas w towarzystwie fajnych osób.
Warsztaty były prowadzone przez Dianę i Rafała z DR5000 Photography. Kto nie zna (ja nie znałam), niech zajrzy i się pozachwyca. Poza tym, że są zawodowcami, bo fotografią zajmują się zawodowo to są również mega sympatycznymi ludźmi. I rodzeństwem.
Rafał natomiast to tato Leny i Kuby (blog chyba doskonale znany większości), więc tym bardziej fajnie było poznać. Od razu znikła gdzieś ta bariera, która tworzy się pomiędzy wykładowcą a uczniem, wiedząc że przed Tobą stoi ojciec i w dodatku w pewnym sensie bloger.
Warsztaty były zorganizowane przy współpracy Olympus i to na ich sprzędzie przyszło nam pracować. Aparaty są super, małe i lekkie, ale to obiektyw, którym miałam przyjemność robić zdjęcia skradł moje serce. 75mm, czyli odpowiednik 150mm u Nikona. Wow. Sprzęt warty kupę kasy, którym pewnie nigdy więcej już nie będę miała okazji pstrykać. (no chyba, że napadnę na bank albo wygram w totka).

Co się dowiedziałam to moje. Mam nadzieję, że nowo nabytą wiedzę uda mi się przełożyć na praktykę i będziecie mogli na moich zdjęciach zobaczyć jakieś postępy.
A na razie, póki co polecam tego typu warsztaty każdemu kto będzie miał możliwość w nich uczestniczyć. Serio, warto- choćby dla atmosfery. No chyba, że nasza grupa była taka wyjątkowa 😉
Kilka fotek z tego spotkania poniżej 🙂
Wbijam sobie mocno do głowy, że mam nie ucinać części ciała. Od następnego razu 😉
Poszukiwany 😉
Kto nie zna ten gapa 😛
Do powyższych zdjęć można by dopisać całkiem wesołą historię. Macie jakiś pomysł? 😉

Mother Power, czyli w Matkach moc!

Ale ten czas ucieka! Już tydzień ponad odkąd rozjechałyśmy się, każda w swoją stronę po niedzielnym spotkaniu Mother Power. A dopiero co pisałyśmy jedna do drugiej i planowałyśmy wszystko krok po kroku.
Co tam pewne niedociągnięcia- nadrobimy następnym razem. A tak poza tym to było cudnie. Cudnie i już.
Mogliście już u uczestniczek spotkania przeczytać ich relacje.
Najwyższa pora, abym i ja podzieliła się z Wami moimi wspomnieniami i podziękowała tym, którym moje podziękowania się należą.
Wydawało mi się, że bardzo na luzie podeszłam do organizacji tego eventu, jednak dopiero teraz widzę, że jakiś stres ze mnie zszedł. Los nam w większości sprzyjał. Bez problemu znalazłyśmy miejsce, w którym zamarzyło nam się zorganizować warsztaty. Potem dogadałyśmy wszystkie szczegóły z Karmczą Rohatyna, której właściciel dał nam wolną rękę na wszystko co tylko chciałyśmy. (swoją drogą polecam zarówno Karczmę, jak i Chatę Kryspinów jeśli kiedykolwiek będziecie szukać w okolicach Krakowa miejscówki na jakąś imprezę).

Troszkę trwało zanim udało nam się zebrać komplet mam, tłumaczyłyśmy sobie jednak ten fakt tym, że nasza inicjatywa jako nowa jest mało znana wśród mam, a sam facebook nie ułatwiał nam zadania ograniczając zasięg. Tym samym nie dotarłyśmy pewnie do wszystkich zainteresowanych. Z każdym dniem jednak chętnych mam (i nie tylko) na udział w warsztatch przybywało i w ten oto sposób całą ekipą spotkałyśmy się w podkrakowskim Kryspinowie.
Nawet pogoda, która dość kapryśny tydzień nam zafundowała, na sam koniec postanowiła się poprawić. Do tego stopnia, że słonko opuściło nas dopiero, gdy same już po warsztatach wsiadałyśmy do samochodów i żegnałyśmy się z Chatą Kryspinów.
Przed oczami natomiast mam Kasię, wchodzącą do Chaty z wiklinowym koszem pełnym paków kaliny obsypanych białym kwieciem oraz pieknymi irysami wśród długich, zielonych liści. Mother Power pachniało też konwaliami, które zastąpiły nam bez. Kto pamięta mój pierwszy wpis o warsztatach ten wie, że chciałyśmy aby to bez właśnie stroił stoły podczas spotkania. Niestety- zbyt szybko przekwitł.
Lekkość i delikatność bzu natomiast oddały pompony od Pomponove oraz od Emilki z E for Event. Ileż miałyśmy radości z dekoracji sali tak pięknymi rzeczami. Doceniły to dzieciaki, które nisko zwisające pompony zachęcały do zabaw. Podskokom i radościom nie było końca, co możecie zobaczyć na filmiku, specjalnie dla Was przygotowanym przez Dominika.
Było z nami także Karo Deco, dzięki któremu papierowe rurki dodawały spotkaniu wyjątkowego charakteru.
Klimat całego spotkania tworzyłyście Wy nasze kochane uczestniczki, ze swoimi rodzinami, za co jeszcze raz gorąco pragnę Wam podziękować. Bardzo się cieszę, że humory Wam dopisywały, kiełbaski smakowały i miło spędziłyście czas.

Szczególne podziękowania należą się także wszystkim Firmom, które wsparły nas w naszych działach. Pozwólcie, więc że przedstawię Wam tych, dzięki którym nie tylko torby pełne były cudownych podarunków, ale którzy mocno trzymali za nas kciuki i kibicowali, by wszystko dobrze wypadło.

Zacznę może od Firm, które odwiedziły nas osobiście. Artyzan wraz z Kreatywnymi Maluchami przygotował dla dzieciaków nie tylko warsztaty, dzięki którym mogły zapoznać się z Play Mais, ruchomym piaskiem i masami plastycznymi jakie są w ofercie Firmy, ale także podarowała małym uczestnikom torby z upominkami.

Na spotkaniu obecna była także przedstawicielka Firmy Palmer’s, która opowiedziała troszkę dziewczynom o kosmetykach.

Miałyśmy możliwość zapoznania się z produktami, powąchania ich i wypróbowania. Każda z dziewczyn otrzymała od Firmy podarunek – kosmetyk wcześniej przez siebie wybrany. Mam nadzieję, że mamusie są zadowolone, bo mi mój balsam Q10 bardzo przypadł do gustu 🙂

Była też z nami właścicielka Hug & Play. Koszulki edukacyjne z aplikacjami wzbudziły spore zainteresowanie, a trzy mamy obecne na spotkaniu, oczekujące dziecka zostały obdarowane upominkami od Firmy.

O wyjątkowe upominki dla naszych uczestniczek i ich maluchów zadbały:

Attipas, z których bucików będą się cieszyć Maja i Wojtuś.

Cottonovelove – Agnieszka specjalnie na spotkanie podarowała zestaw bajecznych Cotton Ball Lights. Kule rozwieszone w Chacie mogła podziwiać każda z mam. Ciekawa jestem ile z nich skusi się na zakup 🙂

Szczęśliwą mamą, której udało zgarnąć się kule okazała się Marta (kule otrzymała jednak dopiero jak nacieszyły oczy wszystkich mam- czyli na zakończenie spotkania)

Wielką radość na buzi Ani wywołał prezent od Firmy Mit-Fin  mającej w swojej ofercie produkty muurla MOOMIN.

Ania na naszym fanpage Mother Power zdradziła, że jej ulubioną bajką z dzieciństwa były Muminki, a bohaterką- nikt inny jak Panna Mi. Nie miałyśmy wątpliwości do kogo powinien trafić kubeczek 🙂

Zobaczcie jaką radość sprawił prezent- dla takich momentów warto było się postarać o wyjątkowe wsparcie 🙂

Wszystkie mamy tęsknie spoglądające na kubeczek z Panną Mi z pewnością rozchmurzyły się nieco znajdując w swoich torbach upominek od Salvequick.

Wśród plasterków opatrunkowych dla maluchów (było też coś dla dorosłych) z motywem SpongeBoba, Hello Kitty znalazły się też i te z Muminkami. Ja się ogromnie ucieszyłam z takiego prezentu 🙂

Wydawnictwo Otwarte wsparło nasze uczestniczki wyjątkowymi książkami. Wśród upominków nie zabrakło dobrze znanej większości mam książki J. Kalyta „Położna” oraz Droga do Różan, Jackie czy Marilyn, Dotyk Motyla i Pewnego Dnia.
Vicks zadbał o noski naszych dzieciaczków ofiarując każdej mamie zestaw składający się z wody morskiej oraz cukierków.

Noski będą czyste także dzięki marce BabyCap, która poza sprayem dołączyła miły upominek w postaci kredek 🙂

Masę radości sprawiła także firma Soraya. Każda z uczestniczek wyszła z elegancką torebką pełną produktów dla całej rodziny 🙂

Sklep Pink or Blue podarował kilka uroczych zabawek do piasku, a każda z uczestniczek w swoich torbach znalazła kupony rabatowe.

Firma Batiste produkująca suche szampony do włosów dobrze wie, że mamy to dość zabiegany gatunek. Dlatego specjalnie na nasze spotkanie podarowała dla każdej z dziewczyn zestaw szamponów. Teraz już żadna sytuacja nas nie zaskoczy, prawda dziewczyny? 🙂

Dziewczyny otrzymały też spersonalizowany upominek od Hipp (mój znikł bardzo szybko w brzuchu Matiego- głodomorka) oraz w sam raz na nadchodzące lato – bidony z rurką od Akuku.

Oillan podarował wyjątkowe zestawy dla naszych dzieci ♥♥♥

Mamy karmiące oraz część dziewczyn otrzymało witaminy dla swoich maluchów od InFavit. Jestem szczególnie zadowolona bo jako mama karmiąca znalazłam produkt dla siebie – kapsułki Novovit duo. Nie zabrakło też miłych upominków w postaci kolorowanek, lizaków i naklejek 🙂

Dzień osłodziło nam CIUCIU – fabryka artystycznych cukierków. Kolorowe cuda na patyku otrzymał każdy maluch 🙂

 

O to, żeby naszym mamom w buziach nie zaschło od ploteczek zadbała Słoneczna Tłocznia. Gorąco polecam te soki – bez dodatku cukru, tłoczony, zachowujący świeżość do 14 dni dzięki pakowaniu w worek Bag-in-box.

Hocki-klocki dorzuciły do toreb korony dla każdego malucha, a Zakamarki nam podarowały torby, w które mogłyśmy zmieścić część prezentów 🙂 Także te podarowane przez Floractin i Dobrą Mamę.

O dodatkowe kosmetyczne rozpieszczenie naszych dziewczyn zadbał Elancyl oraz Bingo Spa. Mam nadzieje, że dziewczyny, które otrzymały kosmetyki są w pełni zadowolone i będą mogły powiedzieć Wam coś więcej.

Miałyśmy też dla maluszków troszkę ciuszków 😀

Osobiście miałam przyjemność poznać marki, których wcześniej nie znałam – Dejna, Pinokio, Escarabajo oraz Kominowo To i Owo. Mati stał się szczęśliwym posiadaczem czapki, a także koszulki od Escarabajo właśnie. Swoje ręcznie robione produkty dorzuciła również Eko kropka.

 

 

Czy kogoś na spotkaniu zabrakło? Powiecie pewnie- Mateuszka! A skądże, był! Tylko tak dobrze bawił się z dziadkami na placu zabaw, że na zdjęciach się nie załapał 😉

Dziękuję dziewczyny! Do zobaczenia, następnym razem! 😀

 

 

Blog mojego roku

Lubię być dobra w tym co robię. Mowa oczywiście o rzeczach, które sprawiają mi radość. Tego typu przyjemnościom mogę poświęcić się bez reszty.
Pisanie bloga o ile jeszcze nie weszło w fazę totalnego uzależnienia (co poniektórzy w rodzinie twierdzą, że jednak już przepadłam), jest z pewnością tego rodzaju uciechom.
Czytam sporo blogów i jedno stwierdzam- nie ja jedna podchodzę do swojego bloga w podobny sposób. Blogowanie to sposób na życie, pasja, poświęcenie wolnych chwil by myśli mogły spłynąć przez palce. Śmiem twierdzić, że dla większości z nas blog jest niczym dziecko. Pielęgnujemy, codziennie doglądamy, obchodzimy się z nim należycie.
I niczym matki puchnące z dumy w piaskownicy, gdy dziecko samo buduje swój pierwszy zamek z piasku obrastamy w skrzydełka, gdy ktoś stojący z boku komplementuje nasze dzieło. Nic w tym dziwnego. Każda blogerka, niczym matka łasa jest na przychylny komentarz.
Chwila docenienia sprawia, że z uśmiechem na twarzy mija nam kolejny dzień. Słońce jaśniej świeci, dziecko jakby grzeczniejsze. Nie ma rzeczy niemożliwych, nie ma siły, który przegnałaby dobry nastrój. Chciałoby się rzec, chwilo trwaj. Doceniono nasz trud! Czy istnieje coś co bardziej może potwierdzić nasz wkład i zaangażowanie?
Ale tak samo jak euforyczny nastrój pojawiają się i chmury. Nagle bowiem okazuje się, że w piaskownicy brakuje miejsca na budowlę naszego dziecka, bo wewnątrz znajdują się potężne zamki zbudowane przez innych. Jest ich kilka, wyróżniają się na tle całości. Rosną w siłę, w miarę upływu czasu. Czy zabierają miejsce i materiał, z którego są zbudowane tym mniejszym? Czy może tylko przesłaniają widok na malutkie, aczkolwiek równie piękne wieżyczki małego pałacyku?
Przechodzący nieopodal ludzie zwracają uwagę ma piękno i majestat doniosłych baszt, okien i mostów. Chwalą, przytakują. Są niczym turyści wracający rok po roku w to samo, ukochane miejsce.
Bez reszty oddani nie są w stanie dostrzec, że tuż za murem wspaniałej budowli znajduje się równie piękny, tylko malutki i przez mało kogo odkryty dworek. Ogromny zamek rzuca cień na jego fasadę, ale wprawne oko dojrzy wspaniałej urody szczegóły.
Bo siła i piękno tkwi w szczególe. Nie w wielkości i pierwszym, jakże imponującym wrażeniu.
Matka każdy ten szczegół zna na pamięć. Z zamkniętymi oczami jest w stanie wskazać pieprzyk na policzku dziecka, pierwszy loczek pojawiający się na czubku maleńkiej główki i kolor tęczówki, gdy pada na nie promyki słońca.
Wszystko to dla niej jest piękne i wyjątkowe.
Dlatego czasem trudno pogodzić się matce, że owego zachwytu nie podzielają przypadkowi przechodnie. Nie doceniają szczegółów, nie skupiają się na wnętrzu. Oceniają przez pryzmat wielkości tego co  znajduje się na pierwszym planie.
Czemu zamęczam Was takimi porównaniami? Skąd ten, poniekąd smętny ton?
Bowiem wokół tej ogromnej piaskownicy zwanej blogosferą, pełnej niezliczonych budowli zaczyna się szum i zainteresowanie. Przechodzący obok przypadkowo, a także Ci zapraszani do odwiedzenia wydadzą sąd. Wskażą, która z budowli swym majestatem przyćmiła wszystkie pozostałe.
Również i Ty możesz stać się jednym z tych, którzy będą mieć możliwość ocenienia.
Pytanie tylko czy wysilisz wzrok bardziej i spróbujesz dostrzec to co kryje się w cieniu majestatu.
Czy zgodnie ze słowami, że „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Dobrze patrzy się tylko sercem”niczym Mały Książę odnajdziesz swoje miejsce w tej piaskownicy?
Przyglądam się tym wszystkim zamkom i zameczkom. Jedne są mi znane bardziej, drugie mniej. Jeszcze innych nie znam wcale. Szukam swoich faworytów i chyba ich nie widzę.
A może znajdę nowy obiekt westchnień?Może mi podpowiecie?
Macie swoich faworytów w Blog Roku 2013?

Co mi daje blogowanie

Założyłam bloga pod wpływem impulsu. Pomysł na nazwę przyszedł równie spontanicznie. O czym będę pisać wiedziałałam doskonale, bo najważniejszy temat, wokół którego moje myśli krążyły non stop pływał w moich brzuszku.
Zakładałam bloga z myślą, że zajęcie czymś myśli i rąk skróci okres oczekiwania na jego narodziny. Wypełni czas, masę wolnego czasu jaki miałam, gdy przestałam pracować.
Pamiętam, że długo zastanawiałam się czy blog ma mieć charakter otwarty dla ludzi z zewnątrz czy uczynić go całkowicie prywatnym. Postawiłam na to pierwsze i dziś wiem, że była to najlepsza decyzja jaką podjęłam.

Wiem, że czyta mnie mnóstwo znajomych, rodzina. I może nie zawsze mam ochotę, by pewne sprawy, które poruszam na blogu trafiły do ich wiadomości to po jakimś czasie przestało mnie to męczyć. Wręcz odwrotnie. Mam wrażenie, że za pośrednictwem bloga mogę przekazać coś, czego normalnie twarzą w twarz bym nie powiedziała, bo brak mi pewności siebie, brak asertywności.
Zdałam sobie też sprawę, że pisząc szczerze i nie ukrywając pewnych uczuć daje siebie lepiej poznać. Nie tylko obcym osobom, ale także bliskim. Nie zawsze mówiąc coś przekazujemy to co byśmy chcieli. Słowo pisane ma to do siebie, ze możemy sie dokładnie zastanowić jak dobrać słowa, wyrazić wszystko bez przeszkód, bez przerywania nam.
Gdy mam pewien punkt widzenia na sprawę, po prostu to piszę. Potem wpis czyta mój mąż, przyjaciółka czy też rodzice i wiem, że mnie zrozumieli. Gdybym to powiedziała chyba nie dotarłoby tak jak tego oczekuje.
Mam problem z wyrażeniem siebie w słowie mówionym. Tysiąc myśli sprawia, ze chciałabym je wszystkie na raz wypowiedzieć. Czasem mam wrażenie, ze wychodzi z tego bełkot, przynudzam i słuchacz już dawno mnie olał.
W towarzystwie cieżko dojść mi do słowa. W pracy dla przykładu zawsze wolałam być tym, kto słucha, bo po prostu miałam kiepską siłę przebicia. Dlatego odnalazłam się w słowie pisanym. Dlatego blogowanie jest dla mnie, bo tu nie ma znaczenia nadmiar myśli. Tu nadmiar wiąże się z tym, że słowa leciutko uciekają spod palców.
Uwielbiam to. Biorę do ręki klawiaturę i odpływam. Słowa niczym patyk na wodzie puszczony, spływają w dół wraz z nurtem rzeki.
Po blisko półtorej roku pisania wiem, że znalazłam sposób na wyrażenie siebie. Chyba całkiem niezły, bo nagle okazało sie, że to co piszę ktoś czyta.
Gdyby ktoś dziś spytał mnie o moje hobby, bez wahania odpowiedziałabym, że jest to blogowanie.
Bo jak inaczej nazwać coś co każdego dnia od tylu dni pochłania mnie bez reszty? Coś co robię z pasją, bez przymusu? Znalazłam coś co lubię robić.
A dzięki tej pasji znalazłam Was. Pojawiacie się w moim życiu i ubarwiacie je. Jedni przychodzą i są. Inni odchodzą. Ci, którzy są, w większości są tymi, którzy dla mnie bardzo dużo znaczą. Pisałam nie raz o tym jak fantastyczne mamy poznałam dzięki blogowaniu. Ale tu, na moim kawałku blogowej przestrzeni są też osoby, które nie piszą własnego dziennika. Przychodzą do mnie, czasem zostawią ślad w postaci komentarza, czasem w postaci maila. Czasem są to długie zdania pełne ciepła, w których przedstawiacie mi siebie i swoje dzieci, pozdrawiacie z drugiego końca Polski czy odległych krain poza granicami. A czasem jest to tylko słowo „dziękuję”, które ma dla mnie ogromne znaczenie.
Na którymś z blogów wyczytałam ostatnio, że każdy bloger to egoista. Pomijając kontekst w jakim było słowo to użyte, nie mogę się z tym stwierdzeniem zgodzić. Nie każdy bloger.
Znam masę wspaniałych i oddanych swoim czytelnikom Blogerek. Sama też nie czuję, bym podchodziła do tego co robię z tego typu pobudkami. Wręcz przeciwnie. Większość postów, którymi się z Wami dzielę pisze z myślą o Was. Chce poznać Wasze zdanie w danym temacie, chce zasięgnąć opinii, pokazać Wam coś co mnie poruszyło, zainspirować Was, a nawet usłyszeć, że nie tędy droga.
I choć nie znam każdego z Was osobiście, nie wszystkich nawet znam po imieniu to szanuję Was. I jesteście dla mnie ważni.
Nie jesteście dla mnie sposobem na osiągnięcie celu. Jesteście celem samym w sobie. Dziękuję, że jesteście.
Ps. Dostałam dziś dwa wzruszające maile od moich czytelniczek, za które ogromnie dziękuje. Odwiedziła mnie też dziś jedna z mam Blogerek ze swoim synkiem, z którymi spędziłam bardzo miło czas. Dziś wiara, że to co robię ma sens jest tak ogromna, że mogłaby przenosić góry. Dziękuję!

Blogowa dyplomacja

Czy wiecie co to takiego dyplomacja?
W skrócie to taka forma kontaktów pomiędzy stronami rządzącymi, a samego dyplomatę cechuje pewna ważna umiejętność- zjednuje sobie ludzi. Instrument ten wspaniale znajduje odzwierciedlenie w naszej blogowej rzeczywistości, a każdy prowadzący bloga w pewien sposób powinien być dyplomatą. Każdy, kto dba o swoje interesy na zewnątrz.

Pisząc na zewnątrz, nie mam na myśli tylko i wyłącznie świata, do którego docierają nasze treści. Nie chodzi tylko o naszych czytelników, ale przede wszystkim o innych autorów blogów. W przenośni nazwijmy ich członkami stosunków między-blogowych.

Mamy blogerki, blogerki kulinarne, modowe, lifestylowe- każde z nas tworzą pewną, unikalną grupę. Są właśnie owymi członkami. Znamy się w swoim światku, chcąc czy nie chcąc. Są przyjaźnie, są antypatie. Wymieniamy opiniami, rozmawiamy prywatnie. Plotkujemy. Jak to baby. Ale… każda plota ma granice swojego zuchwalstwa, nie wykraczające poza dobre zwyczaje dyplomacji. Prosto ujmując- nie sra się do własnego gniazda. Dla mnie takim gniazdem jest ta część blogosfery rodzicielskiej.
Nie trzeba wszystkich lubić, wyrażać się w samych superlatywach. Można pozostać naturalnym, ba w przypływie gorszego dnia można szepnąć uszczypliwe słowo. Ale są i tacy, którzy za filozofię ustanowili sobie mieszanie, obgadywanie, wykorzystywanie innych. I potwierdza się, że na szczyt szybko wspinasz się nieuczciwością. Ci, co ciężko pracują na sukces odniosą go, ale minie trochę więcej czasu.
W każdej sferze życia wskazane są dobre praktyki,moralne postępowanie, kierowanie się zasadami. Nie omija to blogosfery. Tu też jesteśmy wciąż ludźmi, tyle że zasiadającymi za ekranami naszych narzędzi pracy. Jako blogerki mamy do czynienia z innymi autorkami/ autorami, swoimi czytelnikami. I tylko głupiec nie szanuje drugiej strony.
Śmiać mi się chce w tym momencie, bo na fali ostatniej książki Tomka Tomczyka widzę w sieci zdjęcia blogerek, trzymających w rękach książkę z podobizną Kominka. Sama posiadam, broń Boże nie naśmiewam się z tych, którzy pozycję zakupili. Naśmiewam się z faktu, że samo kupno nie uczyni z Ciebie blogera popularnego, dobrze zarabiającego. Nawet samo przeczytanie, tego nie sprawi. O ile dokładnie nie zrozumiesz co chciano w niej przekazać.
Dlaczego nawiązuję do Kominka?
Ponieważ w pierwszej jego książce, którą przeczytałam zanim założyłam bloga jest taki rozdział, który traktuje właśnie o nie sraniu do własnego gniazda (polecam Mój przyjaciel wróg- jak egzystować wśród innych blogerów)*.
Dwie czy trzy strony na tak oczywisty temat jak egzystować w środowisku innych ludzi. Pewnej społeczności. Ktoś, kto w tak małej, hermetycznej społeczności na każdym kroku robi sobie wrogów daleko nie zajedzie. Być może, wyniesie się na wyżyny popularności na moment, ale wierzę, że lądowanie będzie szybkie. I bolesne.
Tak jak wspomniałam, my blogerki znamy się między sobą, zakładamy różne grupy na których często dochodzi do konfrontacji poglądów. Jeśli jesteś nieszczery bardzo szybko to wychodzi. Jeśli intrygujesz, knujesz, udajesz, mieszasz to jeszcze szybciej. Nie ma siły, żeby ktoś nie zauważył jak jest naprawdę. To nie blog, na którym ważymy słowa przed publikacją.  Tu jesteśmy dyplomatami.
Albo posprzątasz to co nabrudziłeś, albo jesteś spalony. Nie wysyłaj anonimowych maili z pogróżkami, nie bruźdź innym, nie ślij oszczerstw pod adresem innych blogerów do Firm. Dla mnie to żenada i świadczy tylko o Twojej głupocie, braku kultury i niedojrzałości. I nie ma znaczenia skąd się to bierze- czy z zazdrości, chęci przypodobania się w innych kręgach czy z paskudnego charakteru. Nic nie tłumaczy takiego zachowania.
Jak w każdej wspólnocie, warto mieć dobre układy, bo one często procentują na przyszłość. Zwłaszcza jeśli Twoja pasja pisania bloga zaczyna łączyć się z pożytecznym. Czyli wtedy, kiedy chcesz coś na blogu zarobić.
Ano właśnie… pozwólcie, że raz jeszcze przytoczę Kominkowego Blogera i odeślę Was do oddziału nt. współpracy z agencjami marketingowymi. Jest tam taki słuszny punkt zatytułowany „Uważaj co mówisz i komu mówisz”.*
Oczywiste, prawda?
Dlatego tak bardzo zdziwiła mnie informacja, że niektóre Firmy wręcz boją się pewnych blogerek. Głównie te małe Firemki. Boją się swojej reputacji, tego że stracą w oczach innych, gdy jedna blogerka z drugą napiszą coś niepochlebnego na ich temat na facebookowym wallu. Dlatego dostając maila z propozycją współpracy, godzą się, wbrew sobie. Ze strachu. Bo blogerka ma w kręgach wyrobioną opinię tej co to suchej nitki na Tobie nie pozostawi jeśli nie dasz.
Rozumiecie to? Jakaś abstrakcja. Firmy nie boją się niepochlebnej opinii nt ich produktu, ale obawiają się złego słowa o nich samych. Dla mnie to jest zastraszanie, nic innego.
Tylko jak daleko na tym wózku można zajechać?
Limit małych firm zostanie wyczerpany, przekonanie o własnej zajebistości wzrośnie, a wraz z nim aspiracje na uderzenie w gigantów? Chyba nic innego nie pozostaje życzyć komuś takiemu, bo wtedy rzeczywistość uderzy o ziemię. O ile mała lokalna firma nie zatrudnia sztabu specjalistów od PR, tak w przypadku ogromnych firm jest zdecydowanie odwrotnie…
Podsumowując.
W blogosferze każdy ma swój kawałek podłogi, który reprezentuje na zewnątrz. Warto dbać, by był czysty i nie pozwalać, by ktoś właził na niego w uwalonych błotem butach. I choć pudrowy róż ostatnio bardzo w modzie, to nie zmienia faktu, że jest to wciąż róż. Tylko brudny. Czy warto nim kolorować swoją rzeczywistość? Siłą koloryzować nie mając argumentów na swoją słuszność?
„Siła argumentów, a nie argument siły- oto kwintesencja dyplomacji” **
Tej blogowej również.Edit. Czytam w komentarzach, nie lubię niedomówień. I niejasnych sytuacji. Czuję, że jestem winna pewne wyjaśnienia, zwłaszcza osobom nie mającym pojęcia o temacie. 
Nie będzie nazwisk, ale tekst mój kieruję do osoby, która ma do mnie ogromny żal i pretensje. Nie wiem o co, pozostaje mi się jednak domyślać z wypowiedzi kierowanych publicznie. Wypowiedzi kierowanych nie bezpośrednio do mnie, a do postronnych osób, chociaż wyjaśnienia mi się należą, bo we mnie uderzyła niesprawiedliwość. Post jest, więc apelem o odwagę cywilną i przedstawienie mi powodów dla, których zostałam potraktowana w ten, a nie inny sposób. 

* Bloger- poradnik dla blogerów Tomek Tomczyk
** Wikipedia