Śniadanie u Matiego

Rozczula mnie niezmiernie widok Mateusza opiekującego się Antkiem. Łapię się często na tym, że patrzę jak zahipnotyzowana. Bo mimo, że tak mali to widać już tę braterską więź. I Mati zaskakuje z dnia na dzień co raz bardziej swoim zachowaniem. Wydaje się taki mądry, dojrzały, gdy woła „mamo, Antoś jest troszkę smutny. Musisz go przytulić”.

Tym razem postanowił zadbać o inną stronę zadowolenia brata. Zaprosił go na śniadanie, jednak wcześniej nastąpiła część kabaretowa. Następnie przygotowywał kanapki z wielką uwagą, komentując co aktualnie robi. Kanapki musiały być kolorowe, bo tylko takie dzieci lubią. Warzywa są zdrowe, a młodszy braciszek koniecznie musi je zjeść. Wychodzi na to, że etap rozszerzania diety u Antka postępuje błyskawicznie 😉

 

DSC_0171DSC_0179DSC_0211DSC_0206DSC_01832

1DSC_0226DSC_0229DSC_0245DSC_0263DSC_0253DSC_0255DSC_0252

DSC_0289DSC_0291DSC_0296DSC_0300DSC_0314DSC_0321

 

ROBACZKI POLECAJĄ:

Drewniane art. spożywcze VILAC

Lampka Pabobo Mr Men

Dywan z drogą Adventure Rug OYOY

Taboret Panda oczywiście Bambooko 😉

Stolik

Regał na książeczki Domek

Bluzeczka i piżamka Matiego – No Sweet

Nasze ulubione krzesełka Tripp Trapp – Stokke

 

Uwaga pirat drogowy!

Jest z nami od roku i nawet nie zauważyłam kiedy Mateusz tak bardzo się z nim zakolegował. A co najważniejsze, nie wiem kiedy się stało, że mój syn tak świetnie opanował sztukę poruszania się na nim. Mowa oczywiście o Plasma Car, który być może jeszcze niektórzy z Was pamiętają z naszego mikołajkowego konkursu ubiegłej zimy.
Producent podaje, że jest to jeździk dla trzylatka, jednak mój blisko dwulatek już od jakiegoś czasu śmiga po domu z prędkością światła. Ściany, o dziwo jeszcze nie ucierpiały, pomimo naprawdę licznych stłuczek.
Jakby to powiedział Mateusz „kraksa” i „bam” w jednym.
Jeździk jest extra i definitywnie bije na głowę nawet nasz ostatni super nabytek- hulajnogę mini micro. Wszystko za sprawą łatwości w poruszaniu się i manewrowaniu. Zwłaszcza skręty są dużo prostsze w stosunku do mini micro i to wydaje się, że przeważyło o zwycięstwie Plasma Car.
W każdym bądź razie w domu Mati szaleje na jeździku grawitacyjnym, a na zewnątrz bierzemy hulajnogę. Taki wypas.
Plasma ma jeszcze jedną wyjątkową zaletę- mogą na niej jeździć także dorośli. Ten fakt dość często wykorzystujemy w naszych zabawach, a Mati naprawdę lubi gdy śmigamy po domu we dwójkę. Jak za dawnych lat! (ależ mi się napisało!). Ale prawda jest taka, że właśnie od wspólnej jazdy zaczęła się nasza przygoda z jeździkiem. Już rok temu przyzwyczajaliśmy Matiego do jeździka.

Zresztą co ja Wam tu będę zachwalać, zobaczcie sami ten błysk w oku Matiego.
 Przegląd podwozia 😉

Niedługo Mikołajki, jeśli nie macie pomysłu na prezent to z czystego serca polecam.
Plasma Car znajdziecie w sklepie Przygoda.

Dziecięce domki ogrodowe w skandynawskim stylu

Uwielbiam skandynawską architekturę. Kolorowe, drewniane domy z białymi okiennicami, położone w pięknych okolicznościach przyrody na myśl przywodzą mi te z opowieści o Bosse, Lasse i Olle. Bardzo chciałabym kiedyś mieszkać w podobnym, drewnianym domu.
Skandynawski styl, przestrzeń i światło uwielbiam również we wnętrzach. Pewnie dlatego tak często zaglądam do szwedzkiej Ikei.
Od dłuższego czasu przyglądam się domkom ogrodowym wykonanym właśnie w tym stylu. I choć sama nie mam ogrodu, w którym taka „baza” dla Mateuszka mogłaby stanąć, to u dziadków miejsca jest aż nadto.
Gdy byłam dzieckiem marzyłam o takim domku- kryjówce. Pamiętam jak mój dziadziuś zbił mi z desek, tuż za szopą namiastkę mojego marzenia. Nie jedne wakacje w nim spędziłam.
Frajdę miałam, bo z domku można było wejść bezpośrednio na dach szopy. Oczywiście takie rozwiązanie przez dziadzia nie było celowe, ale pomysłowość dziecka nie zna granic. Tych bezpieczeństwa również.
Wiem, że przyjdzie taki dzień, w którym i Mati zainteresuje się podobnymi kryjówkami. Być może zamarzy mu się domek na drzewie, w którym wraz z kolegami będą mogli opowiadać sobie historie o duchach? Albo grać w planszówki czy staczać bitwy plastikowymi żołnierzykami?
Chciałabym mu kiedyś podobną radość ofiarować. Cudownie byłoby, gdyby tego typu domek pasował do mojego poczucia estetyki. Do otoczenia i samego domu moich rodziców pasowałby idealnie.
Zdjęcia domków od 1-3 zaczerpnęłam z ogłoszeń firmy pochodzącej z Wrocławia, zajmującej się ich produkcją. Niestety, nigdzie nie odnalazłam namiarów na firmę w postaci strony www.
Domki są piękne, zwłaszcza jedynka mocno mnie urzekła. Oczami wyobraźni widzę go jakimś sposobem zamontowanego na ogromnym, starym drzewie. Trójka również piękna, mimo że klasyka. Ze zjeżdżalnią i piaskownicą pod spodem.
Domek pod numerem 4 to tak naprawdę sauna. Widziałam ją na żywo, wracając ostatnim razem z Warszawy. Pierwsza moja myśl była taka – domek Muminków! Tylko kolor inny. Kawałek serca zostawiłam w Raszynie, bo tam ma siedzibę firma produkująca to cudo. Źródło zdjęcia TU.

Na koniec zostawiam Was z kilkoma inspiracjami na magiczne miejsca w ogrodzie.

Boski 

Jak u Pippi Pończoszanki?

Awwww 

I jeszcze taki dla ptaszków.

Wpadło Wam coś w oko? A może macie taki domek u siebie? 🙂

Leśni przyjaciele

Jak już sobie mama coś upatrzy to nie ma zmiłuj, nie popuści. Dobrze wiecie, że motywy zwierząt leśnych chodziły za mną już w tamtym roku, jeszcze gdy Mat był w brzuchu.
Moje sfiksowanie ostygło na moment przez wiosnę i lato, ale wraz z pojawieniem się jesieni odżyło. Taki czas. A oni w tych sklepach doskonale wiedzą, że pora roku idealna nastała na sprzedaż wszystkiego co się tak hmm swojsko kojarzy 😉

Tym razem nie oparłam się pokusie i mali, leśni przyjaciele zagościli w naszym domu.

Wszystko za sprawą odrobiny szczęścia, gdyż otrzymałam bon prezentowy do sklepu

i to właśnie tam mym oczom (ponownie!) ukazał się leśny zwierzyniec od Sebry.Mam słabość do produktów tej firmy. Widać moje wzdychanie gdzieś na górze zostało wysłuchane 🙂

Firma ma w swojej ofercie różne produkty z leśnym motywem, więc przyznaje trochę ciężko mi się było zdecydować. W efekcie jednak postawiłam na kartonowe klocki oraz talerzyk do nauki jedzenia.

Kilka słów o talerzyku. Na początek minus. Niestety, brakuje mi w nim przyssawki, która sprawiłaby, że talerz nie wyląduje od razu z hukiem na podłodze. Taki szczegół, ale Mati akurat teraz jest wciąż na etapie, że to co w rączce za chwilę zostanie wyrzucone.
Mam nadzieję, że szybko mu to przejdzie i już wkrótce będziemy cieszyć się z nowego nabytku w 100%.
A teraz plusy. Ogromny, niepodważalny plus za wzór. Ok, jestem subiektywna, bo zaślepiona urodą zwierzaków, ale no sami powiedzcie, czyż nie są fajne?
Talerzyk jak widzicie ma 4 podziałki o różnej wielkości tak by znalazły się w nich różne rodzaje jedzenia osobno (kumacie- ziemniaczki, mięsko, surówka itd). Co jest fajne to to, że miejsce na jedzonko jest płytkie. W końcu to talerzyk na dziecięce jedzenie, a nie dla dorosłego.
Wydaje mi się, że dziecko ma radochę gdy wyjada jedzonko i może zobaczyć co się pod nim kryje. Możemy je zachęcić tym do jedzenia np. mówiąc „zobacz skarbie jaki zwierzaczek pomaga Ci zjeść marcheweczkę”… (tak dziś kreatywnie mi się składa :P).
A…piszę, że mi się wydaje, bo Mati jeszcze za mały, ale pamiętam jak sama byłam dzieckiem i podczas jedzenia zupy nie mogłam się doczekać kiedy zobaczę rysunek (mimo, że doskonale wiedziałam jaki będzie, bo przecież mama nie miała 365 osobnych talerzy na każdy dzień roku :P). Pamiętam też takie głębokie talerze z 3 paskami. Jedząc czekałam aż pojawi się pierwszy pasek, bo to oznaczało, że już niewiele zupy mi zostało. To tak na marginesie 😉
Oczywiście talerzyk wykonany jest z melaminy, więc nie muszę się martwić o ewentualne stłuczenie. Choć coś co dla mnie oczywiste (fakt, że wykonany z melaminy) dla innych czasem niekoniecznie. Byłam np. ostatnio w Aldim, a tam piękny zestaw dla dzieci do jedzenia. Talerzyk, miseczka, kubeczek. Kupiłabym, bo akurat chodził mi po głowie pomysł sprawienia Matiemu zastawy. Tylko jeden feler- zestaw był porcelanowy. No, cóż..
Klocki. Fajne są. Kartonowe, zalaminowane (czy coś w ten deseń). Różne opinie nt tych i podobnych w internecie krążą, że są wytrzymałe. Hmm. No nie wiem. Papier to papier. Ja się boję, że niektóre obrazki mogą się odkleić. Ale może się mylę.
U nas jak wiadomo etap wkładania wszystkiego do buzi, więc stąd moje obawy. Ale producent podaje, że klocki są dla dzieci od 12 m-ca życia. Może wtedy już dzieci nie biorą nagminnie wszystkiego do buzi?
Jako, że klocki zrobione są z kartonu, są więc lekkie. Nie muszę obawiać się, że Młody sobie nim przywali w głowę i go zaboli. (wciąż jednak wzdycham do drewnianych zabawek- wiem, że któregoś dnia Mati skoordynuje jak należy pracę rąk i dokonam zakupu np drewnianych klocków).
Dzięki temu, że klocki mają formę pudełek wkładanych jedno w drugie nie sprawia problemu chwycenie ich przez małe rączki.
Mati bez problemu wyciąga pudełka gdy są schowane.
Bardzo też interesuje go, że mają różne wielkości. Na początku chwycił dwa pudełka i bacznie im się przyglądał, jakby badając dlaczego są różnej wielkości.
A następnie zaczął wkładać jedno w drugie. Podobnie bawimy się z kubeczkami z Ikei, więc doskonale wiedział o co chodzi.
Rysunki zwierzątek są wg mnie urocze, a przy tym nie jakoś specjalnie przerysowane. Kiedyś jedna z Was zwróciła uwagę a propo zwierzątek w książeczkach, że np świnka świnki nie przypomina. To samo stwierdził ostatnio mój mąż, gdy czytali z Matim „Księgę dźwięków”. Kto posiada tą pozycję niechaj zajrzy do środka i zobaczy jak tam wygląda świnka 😉

Tu sarenka przypomina sarenkę. Lisek liska. Misio misia. Itd..

Przy tym obrazki nie są jakoś specjalnie infantylne. Trafiają w mój gust.

Każde pudełko to inne zwierzątko. Dodatkowo obrazki przedstawiające zwierzęta w formie liczbowej, co sprawia, że mogą być pomocą dydaktyczną przy nauce liczenia. Ten etap jeszcze długo przed nami, ale o ile klocki dotrwają na pewno skorzystamy.

Poza tym na klockach dziecko może pokazywać o zapytane przez nas zwierzęta, o to gdzie ma lisek ogonek, a sarenka oczko. Możemy sami opowiadać co znajduje się na obrazku, ale także może mówić dziecko. Rozwojowe. Wydaje mi się, że klocki będą rosły razem z Mateuszkiem.

No i jeszcze jedna funkcja. Specjalnie na sam koniec zostawiłam, choć sprawiła najwięcej radości.
Budowanie wieży z klocków.

A właściwie….

Burzenie tego, co mamie jakimś cudem uda się wybudować zanim dziecko dojrzy. Bo radocha największa w burzeniu właśnie. I jeszcze jak mama brawo zrobi po fakcie to mobilizacja do dalszego burzenia ogromna.

Podsumowując- polecam. I klocki, bo to naprawdę fajna zabawa. I talerzyk, jeśli ktoś szuka w tym wzorze.
Obie rzeczy do kupienia w sklepie Stylepit: klocki Sebratalerz z melaminy.

A pozostając w leśnych klimatach. Zgodnie z Waszymi radami zakupiłam dla Mateuszka książeczkę ze zwierzątkami. Nie macie wątpliwości jakie wybrałam? 😛

Oglądamy sobie, a potem w parku pokazuje synkowi wiewiórki. Ciekawa jestem czy dociera do niego fakt, że to co widzi na obrazku ma swoje przełożenie w rzeczywistości.

Uległam również pokusie i zakupiłam jeszcze jedną małą książeczkę z serii Bardzo Mądry Maluch (no dobra dwie, bo wzięłam Pierwsze Słowa i 1,2,3). Co prawda do nauki liczenia od 1 do 3, ale te rysunki…

Jakby ktoś był zainteresowany, to książeczka do kupienia m.in. TU.

Ps. Wraz z pojawieniem się w domu nowych mieszkańców, w buzi Mateuszka pojawił się kolejny ząbek. Mamy już ich razem 6! 🙂