Budowa domu z bali

O małym, drewnianym domu marzyłam odkąd pamiętam. Większość moich wyobrażeń pochodzi z lektury książek, które przez wiele lat pochłaniałam namiętnie. Przygody dzieciaków z Bulerbyn kojarzyły mi z moimi wiejskimi wakacjami, podobnie zresztą jak perypetie ulubienicy Ani z Zielonego Wzgórza.  Dla mnie zawsze bohaterowie mieszkali w małych, drewnianych domach. Pewnie dlatego, że w czasach mojego dzieciństwa wieś składała się głównie z takich małych, w większości drewnianych chat. Podczas letnich wakacji w czasach liceum przeczytałam jedną z książek Whartona – „Opowieści z Moulin du Bruit„. I choć domy na francuskich prowincjach okazują się być domami z kamienia (na prawdę pięknymi) to opis remontu młyna i użytych do niego drewnianych bali osadził w mojej wyobraźni właśnie drewniany dom. Zresztą tak to już z książkami jest, czytając wyobrażamy sobie coś po swojemu. Jakże odmienny od mych wyobrażeń okazał się młyn na żywo gdy podczas jednych z wakacji we Francji uprosiłam męża byśmy odnaleźli malutką miejscowość w Burgundii i powieściowy młyn.

Moje wyobrażenie domu jednak nie słabło. O ile w czasach szkolnych i studenckich nie myślałam o budowie domu poważnie, to gdy poszłam do pracy myśl ta wracała do mnie dość często. Zwłaszcza, że w tym czasie dość często wybieraliśmy się z mężem poszwendać po górskich szlakach Tatr czy Gorców. Nie jeden raz siedzieliśmy przy stole licząc czy ze sprzedaży mieszkania będzie nas stać na mały domek i działeczkę pod Krakowem. Zawsze dość szybko sprowadzano mnie na ziemię. Wzdychałam gdy kolejna z koleżanek  stawiała swoje cztery ściany, wierząc że któregoś dnia i mi uda się spełnić to marzenie.

 

Wakacje roku 2014 jednak zmieniły sporo. To wtedy zupełnym przypadkiem skręciliśmy w lesie nie w tę drogę co zwykle i wyszliśmy na pobliską wioskę z innej strony. Na skraju lasu stał piękny modrzewiowy domek z tarasem. To była jak to mówią „miłość od pierwszego wejrzenia”, choć miałam wrażenie jakbym ten dom miała w głowie od zawsze. Tak mi siedział w serduchu, że o niczym innym myśleć nie mogłam przez kilka dni. Do tego stopnia, że któregoś dnia wróciłam i uprzejma starsza Pani zaprosiła mnie do środka. Wtedy to przepadłam na całego. Bardzo intensywnie zaczęłam szukać działki. Tym oto sposobem jakieś dwa miesiące później staliśmy się właścicielami 10 arów w podkrakowskiej wiosce. Byłam o jeden krok bliżej ku spełnieniu swoich marzeń. Tego samego lata powstały pierwsze produkty Bambooko, którym zawdzięczam to gdzie obecnie jestem. Czasem mam wrażenie, że to właśnie ogromna siła moich marzeń sprawiła, że wszystko ułożyło się jak się ułożyło.

Ci z Was, którzy czytają mojego bloga wiedzą, że ostatecznie jednak nasz dom stawiamy w wiosce moich dziadków. Losy naszej Firmy potoczyły się w tym kierunku, zabierając nas ze sobą. Stawiam dom w miejscu, które znam od dziecka. Miejscu z którym czuję więź. Lecz co równie ważne stawiam drewniany dom, jaki zawsze był w mojej głowie. O naszej decyzji opuszczenia miasta na rzecz wsi przeczytacie w TYM wpisie.

 

Do budowy domu z bali wracam, bo dostałam od Was dużo zapytań w tej kwestii.

Najczęściej pytacie o to kiedy mamy zamiar się wprowadzić. Chciałabym Wam odpowiedzieć, że za miesiąc czy dwa. Przecież to oczywiste, że każdy budujący chce jak najszybciej. Technologia budowy domu z drewna zresztą jakby wymusza takie myślenie. Sporo się czyta i słyszy o systemach kanadyjskich, szkieletowych, dzięki którym od rozpoczęcia budowy do wprowadzenia mija 6 miesięcy.

My jednak budujemy starą tradycją ciesielską, co oznacza, że na parapetówkę przyjdzie nam trochę poczekać. Gdybyśmy zdecydowali się na bale suszone komorowo dalsze etapy budowy mogłyby następować po sobie bez przerw. Tymczasem budujemy z drewna o wilgotności ok 20%, które po prostu musi swoje doschnąć. Jakieś pół roku. Czyli po zakończeniu pierwszego etapu- stanu surowego otwartego, pomiędzy naszymi balami będzie sobie najpierw hulał wiatr, a później mróz (najlepiej jakby zima była mroźna mocno). To sprawi, że dom osiądzie jeszcze kilka centymetrów zanim będziemy go uszczelniać. Na zdjęciach widać przerwy pomiędzy balami. Trochę się zmniejszą, a potem pomiędzy nie będziemy dawać wypełnienie w postaci wełny i liny. Dawniej utykano takie domy mchem czyli „mszono”. Obecnie jest to praktyka zakazana u nas z powodu objęcia mchu ochroną. Jeszcze słowo odnośnie wilgotności drzewa. Nasze było ścinane zimą, czekało na budowę ok 8 miesięcy, więc swoje już odleżało. Tak na prawdę im dłużej pozwolimy drzewu naturalnie schnąć tym lepiej. Bale w trakcie takiego procesu pękają naturalnie i mniej. Chociaż spękane i tak są, co moim zdaniem dodaje im uroku 🙂

Każdy bal jest też ręcznie ciosany tu na miejscu, więc jego przygotowanie trochę trwa. W przypadku bali suszonych komorowo zazwyczaj dom przygotowuje się w „fabryce”, rozkłada go i przewozi do Inwestora, gdzie na miejscu składa ponownie w ciągu 3-4 dni. Czasem szybciej.

Budowa stanu otwartego potrwa u nas w sumie jakieś 3-4 tygodnie. Dwa już za nami. Jak widać na zdjęciach powoli zbliżamy się do połowy. Na garażu i kotłowni mamy już założone tragarze, czyli grube belki wzdłuż podtrzymujące pułap. Zdecydowałam się na proste cięcia, chociaż bardzo często tragarze są wymyślnie rzeźbione. To jednak w typowo góralskim stylu, a nie na naszych nizinach 🙂

Zdecydowaliśmy się na bale o grubości 24cm. Ściany wewnętrzne to bal o grubości 16cm, a ściany garażu mają 18cm. Jak widzicie na fotkach bal prostokątny czyli tzw płaz. Dom nie będzie ocieplany z żadnej ze stron. Zostają czyste bale i głęboko wierzę, że będzie to dom ciepły. Tak przynajmniej wnioskuję po rozmowach z kilkoma posiadaczami takich domów.

Nasze bale są jodłowo- świerkowe. W pierwszym odruchu chciałam modrzew, jednak rozmowa z wykonawcą sprawiła, że zmieniłam zdanie. Modrzew często płacze żywicą i bardzo ciemnieje, co zresztą potwierdziło się w domu, o którym wspomniałam na początku. Nie wiem jeszcze czy zdecyduję się na jakiś kolor jeśli chodzi o elewację. Najpewniej jednak chciałabym go trochę wybielić czyli wyługować. Z modrzewiem byłaby to syzyfowa praca.

Pytacie też o wykonawcę. Wysłałam mnóstwo zapytań odnośnie wyceny domu. Firmy oferowały różne rzeczy. Ostatecznie zdecydowałam się na ekipę polecaną przez koleżankę poznaną na IG (@mamaludinka macham do Ciebie). Wybudowali dom z ekipą i szczerze ich polecała. Mam nadzieję, że i ja wkrótce będę mogła i Wam polecić. Jak na razie współpraca przebiega wzorowo i jesteśmy bardzo zadowoleni (tfu tfu).

Acha, fundament robiliśmy we własnym zakresie. Zresztą większość Firm, które przysłały nam wycenę nie oferowało ich wykonania. Wszelkie wylewki, instalacje będą robione przez Firmy zewnętrzne jednak pod okiem ekipy cieśli. Zdecydowaliśmy też, że cały nasz dom oddajemy w ich ręce, czyli zrobią nam go aż do stanu tzw pod klucz. Dlaczego? Ponieważ mają doświadczenie w takim budownictwie, wiedzą jak dom pracuje i jak zachowują się bale. Boimy się, że ktoś kto wejdzie do tego typu domu po raz pierwszy i zabierze się do pracy metodą tradycyjną może narobić więcej szkód niż pożytku. Oczywiście niektóre rzeczy w miarę możliwości zrobimy sami. Ale to tak odległy temat, że jeszcze trochę wody upłynie. Póki co czekamy na zakończenie pierwszego etapu i mamy pół roku przerwy.

 

Ps. Ci z Was, którzy nas śledzą na instagramie mogą pod tagiem #takatyciabudowa wyłapać wszystkie fotki z budowy. Tych z Was, którzy nie używają IG zapraszam do oglądnięcia kilku zdjęć 🙂

 

Dzień 1 – rozładunek i podwalina.

 

Dzień 2położyliśmy pierwsze węgła. Stara tradycja mówi, by pod pierwsze węgło wrzucić pieniądze wybite w roku budowy. Mają przynieść dobrobyt domostwu. Pan, który nam stawia dom rozbierał starą austriacką chałupę i znalazł monety z 1800- któregoś roku pamiętające czasy cesarza Franciszka. Jak widzicie my też rzuciliśmy. Dość skromnie. Wcale nie ze skąpstwa ale ciężko nam było znaleźć monety o większym nominale z 2017 roku. Rozbiliśmy nawet skarbonkę Matiego, afera była na całego;)

 

Przy budowie domu z bali nie korzysta się z metalowych gwoździ. Wszystkie kołki strugane są ręcznie.

 

 

Mali pomocnicy. Mati przyszedł wyposażony zawodowo 😉

 

 

Dzień 3- jest zarys pierwszych pomieszczeń. Mam kuchnię, w której zamiast okna znalazły miejsce drzwi z wyjściem na ogród. Marzą mi się takie w stylu Dutch Door. Czy ktoś może użytkuje i mógłby powiedzieć coś więcej o ich funkcjonalności?:)

Dzień 4 – mąż dorobił się garażu i kotłowni. Zrobiliśmy też pierwsze „przymiarki” naszą Plamką 😉

Dzień 5 – dumam nad wyspą w kuchni. Chciałam jakiś akcent z cegły, w planie była jedna ściana. Ale okazało się, że ta którą sobie wybrałam na ścianę z cegły musi być z bala. Usunęłam też kawałek ściany, w związku z czym kuchnia będzie całkiem otwarta na salon. Wyspa będzie na bank, ale zastanawiam się czy nie zrobić jej np z cegły. Grzebię po sieci w poszukiwaniu inspiracji i nic specjalnego mi się w oczy nie rzuciło 🙁

Zdjęcie z sieci (klik do źródła)

 

Dzień 6 – pogoda kapryśna. Ale Panom udało się pociągnąć w górę kawałek salonu. Trwały dyskusje nad rozmiarem okna, bo w projekcie miałam kwadratowe, a ja koniecznie chce prostokątne trójdzielne. I skrzynkowe!  Szelma upodobała sobie budowę, siedzi tam całymi dniami. Panowie rzucają jej patyka, więc jest w swoim żywiole. No chyba, że sobie już lokum bookuje 😉

 

 

Dzień 7 – Prace idą do przodu. A ja zachwycam się jakie piękne drzewne kwiaty podarowała mi natura- będą ozdobą domu;)

 

 

Dzień 8- mamy prawie połowę. Oczywiście patrząc na bryłę budynku. Z zewnątrz wszystko ma jakieś gigantyczne proporcje. Ale mam już okna tarasowe przez które możemy wyglądać na otaczające nas łąki i lasy 🙂 Na budowę wkroczył mój mąż i tato. Przygotowali wylewkę pod słupy podtrzymujące dach nad tarasem i gankiem.

Dzień 9- założyliśmy pierwsze tragarze. To oznacza, że ściany garażu i kotłowni w pełni gotowe. Wystarczy na nie założyć dach. Trzy dni chodziłam i zastanawiałam się czy zrobić tragarze w prostym stylu czy nawiązać do ozdobnego góralskiego. Ostatecznie postawiłam na prostotę. Chociaż do Gór Świętokrzyskich mamy rzut beretem, jednak to nie te klimaty 😉

Następnym razem pewnie ciąg dalszy relacji. Póki co Panowie pojechali do siebie odpocząć troszkę 🙂

 

 

Życie na wsi kontra życie w mieście

Osiem miesięcy życia na wsi minęło nie wiadomo kiedy. Czas leci nieubłaganie szybko. Mam wrażenie, że jeszcze bardziej niż w mieście, w którym przecież zgodnie z opinią czas mija szybciej. Jak przez palce przelatują mi dni. Jednego dnia jest poniedziałkowy poranek, drugiego sobotnie popołudnie. Nie wiem kiedy Antek z pełzającego maluszka przemienił się w biegającego malucha. Nie ma czasu na nudę i lenistwo. Ma to związek z pracą, która w naszym przypadku trwa 7 dni w tygodniu, praktycznie cały czas kiedy nie śpimy. Takie już uroki „bycia na swoim”. Ale nie narzekam. Choć wolnego czasu często mi brak. Na dobrą książkę, na dłuższy spacer.

Ale wróćmy do życia na wsi. Wyprowadziliśmy się z Krakowa, miasta tętniącego życiem. Pełnego ludzi, których najbardziej mi brak.  Brakuje mi moich koleżanek, rozmów z nimi. Tu na wsi, mimo że jest to wieś, na którą przyjeżdżałam od narodzin najbardziej brakuje mi właśnie bratniej duszy. Koleżanki. Do pogadania, podzielenia radości i smutku także.  Wypadu na kawę, do kina nie wiążącego się z kilkugodzinnym wyjściem z domu. Kiedyś mogłam wyjść na kawę do koleżanki i wrócić po godzinie. Teraz od naszego dawnego życia dzieli mnie 100km. 1,5h jazdy samochodem. 3h jazdy w dwie strony. Każdorazowy wypad do Krakowa to całodzienna wycieczka. Wyjeżdżam rano, wracam wieczorem. Gdybym była samotna, gdybym nie miała dzieci to pewnie nie stanowiłoby dla mnie tak dużego problemu logistycznego.

Żałuję, że nie mam nikogo tu na miejscu. Może kiedyś, gdzieś w sąsiedniej wsi. Może uda się nawiązać nić porozumienia. A póki co czuje się trochę jak outsider. Trochę dziwnie na mnie patrzą jak wyjadę poza granice mojej wioski. Bo na mojej wsi to jestem u siebie. Wychowałam się tu, przyjeżdżałam na każde wakacje, weekendy. Ale wystarczy, że wybiorę się do pobliskiego miasteczka. I już jest inaczej. Inaczej ludzie podchodzą. Zwłaszcza Ci, którzy wiedzą,że przyjechaliśmy z miasta. Matki kolegów i koleżanek z przedszkola Matiego dziwią się. Pamiętam ich wyraz twarzy po pierwszym spotkaniu w przedszkolu, gdy kilka z nich dowiedziało się, że my z Krakowa na naszą wioskę się wynieśliśmy. One chętnie, ale w drugą stronę. Traktują mnie trochę jak „obcego”. Przecież nie jestem stąd. Tu wszyscy się znają. Chodzili ze sobą do przedszkola, szkoły. Zaliczali wspólne imprezy. Wiedzą co w trawie piszczy. A ja nie wiem nic. Panują tu zupełnie inne zwyczaje, o których dowiaduje się zwykle po fakcie. Kiedy już człowiek walnie swoje faux pas. Czasem nie potrafię się w tym świecie odnaleźć. Mimo, że się staram.  Oni też się starają, są przecież mili i uprzejmi.  Ale mimo wszystko trzymają dystans, który jest odczuwalny.

Brak bratniej duszy w podobnym do mojego wieku to minus. Największy mojego życia tutaj. I chyba jedyny przeszkadzający mi.

Odległość od wielkiego miasta ma tylko znaczenie w przypadku krótkich wypadów. Gdy chce jechać na dłużej, bo taką mam potrzebę to od czasu do czasu mogę to przecież zorganizować tak, że dzieciaki nie ucierpią. Zwłaszcza, że mam cudowną mamę, która zajmuje się nimi bez mrugnięcia okiem. Gdy wyjeżdżamy razem z mężem coś załatwić to i mój tata chętnie pomaga. Odbierze Matiego z przedszkola, weźmie Antka na spacer. Pod tym względem mam komfort nieporównywalny do życia w Krakowie. Tam albo musiałam wyjść sama bez męża, albo wychodziliśmy w trójkę, a potem po narodzinach Antosia w czwórkę.

Na wsi jednak nie rozmyślam zbytnio o tych wyjściach. Choć w promieniu 20km znajdzie się dobra pizza, dobra kawa, kino z najnowszymi produkcjami. Mamy basen, pyszne lody (a tak było mi żal krakowskich Argasińskich). Mamy też przewagę nad miastem – mnóstwo lasów, by pójść na spacer i pooddychać świeżym powietrzem. A to właśnie jakość powietrza jest niezaprzeczalnym plusem życia na wsi. To naprawdę czuć. Nie śmierdzi. Ba, powietrze pachnie. Oddycham pełną piersią. Dzieci nie chorują (tfu tfu). Mieszkamy w wiosce, otoczonej z dwóch stron lasem, choć powoli i trzecia strona zaczyna zarastać. Razem z nami żyje mnóstwo dzikich zwierząt. Jest pełno saren, jeleni, lisów, zajęcy. Są bobry. Każdego dnia słychać żurawie zamieszkałe tuż obok. Nasza działka jest na samym kraju wsi, przy drodze do lasu. Widok  z sypialnianego okna będziemy mieć na sosny kołyszące się na wietrze. Z tarasu będziemy oglądać stado jeleni. Przychodzą każdego dnia do nas. Kilkanaście sztuk. Zwykle 14. Mniejsze i duże. Taka gromadka robi wrażenie. Lubią naszą działkę. Mają gdzie się schować, bo na jej końcu znajduje się brzozowy lasek.

Uwielbiam ten aspekt wiejskiego życia. Możliwość obcowania z naturą. Z jej mieszkańcami. W mieście to było niemożliwe.

Staram się wygospodarować choć małą chwilę i korzystać z tej możliwości ile mogę. Doceniam dar.  W tym roku zakładam swój własny ogródek. Z warzywami, które już posiałam i pięknie wzeszły. Chciałabym pracą własnych rąk wyhodować pożywienie dla siebie i swojej rodziny. Wolne od chemii. Mam taką możliwość, czego nie mogłam zrobić mieszkając w Krakowie. To kolejny ogromny plus życia na wsi.

Mogę być sobą. Nie muszę się martwić sąsiadami. Każdy kto mieszka lub mieszkał w bloku wie o co chodzi. Chociaż w Krakowie mieliśmy naprawdę super sąsiadów, którzy nigdy nie narzekali na hałasy dobiegające spod „piątki”  to mimo wszystko zawsze miałam obawę, że Pani Marysia mieszkająca pod nami ma dość Matiego jeżdżacego na plasma car czy Szelmy szczękającej na balkonie (choć robiła to jak to labrador raz na ruski rok). Dziecko moje wracające z placu zabaw nie jeden raz było słychać na 9 piętrze, wiem bo kilka razy wspominała o tym mieszkająca tam koleżanka. Zawsze gdy kłóciłam się z mężem, a my z tych co kłócą się głośno i intensywnie miałam wrażenie, że cały blok nasłuchuje przez ściany i zwyczajnie potem było mi głupio. A ściany mieliśmy grube, bo mieszkaliśmy w bloku z wielkiej płyty. Nie te cieniutkie kartonowe jak we wszystkich nowych blokach. Na wsi nie muszę się o to martwić. Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami jest sprawą mieszkańców domu. Nikt nic nie słyszy. Mam ochotę poskakać na skakance, robię to. Nawet o 12 w nocy. Zrobić grilla na balkonie. A proszę bardzo.Chociaż w krk też robiliśmy elektrycznego i nikt nigdy nie zgłaszał obiekcji. Dziecko wyje na cały regulator wczuwając się w Elzę? A niech ma tę moc!

Kiedyś spotkałam się z zarzutem, że na wsi nie można być anonimowym. Że w mieście wychodzisz, nikt Cię nie zna. Robisz co chcesz, nikt nie ocenia. Pewnie sporo w tym racji. Ale czy to aby na pewno jest plus? Nasza wieś jest malutka, mamy ok 20 domów. Niektóre samotne, bo właściciele pomarli. Każdy każdego zna. Wie o innych sporo. Jesteśmy jak rodzina i jest w tym sporo prawdy, bo praktycznie w co drugim domu jakoś się więzy krwi splatają. Ale nie wiem czy sąsiadka spogląda przez firankę, gdy idę z chłopakami na plac zabaw i czy myśli sobie „oho! znowu nie ubrała im czapeczek”. Nie wiem, bo nie mam zwyczaju gapienia się w cudze okna. Ale nawet jeśli to szczerze mówiąc równie dobrze mogłaby robić to sąsiadka w mieście. To nie kwestia tego gdzie ktoś mieszka, a charakteru po prostu. Nie odczułam przez te 8 miesięcy, by ktoś z naszej wioski mnie oceniał. Mnie, moje dzieci, moją rodzinę. Owszem, czasem ktoś zagadnie, z ciekawości zapyta o nasze plany. Przez to, że jest tu dom rodzinny mojej mamy, a ja sama się tu praktycznie wychowałam nie czuję skrępowania. Mogę zostawić Matiego na placu zabaw i poprosić Pana Zenka mieszkającego tuż obok, by miał na niego oko przez płot, gdy ja na chwilę wyskoczę do domu po zapomnianą zabawkę. W Krakowie w życiu nie zostawiłabym Mateusza samego na placu zabaw. Tu sam wsiada na rowerek i jedzie do swojego kumpla  z przedszkola dwa domy dalej, jeśli akurat jest u dziadków. Bartek też przychodzi do nas i nikt się nie krępuje. Serio, nie ma skrepowania i sztywności. Listonosz wchodzi do domu, czasem zapuka, a czasem nie. Jak nas nie ma w pobliżu to list czy paczkę zostawi na ganku. Albo u babci. Nie wypisuje awiza i każe jechać 3km na pocztę. Ludzie się znają, ufają sobie. Jeden drugiemu życia nie utrudnia. Nie wiem czy podobny luz czułabym gdybyśmy zamieszkali na działce, którą kupiliśmy pod Krakowem. Pewnie nie.

Nikt nie komentuje mojego sposobu wychowania i podejścia do życia. Ja się trochę wyłamuje z utartych tu schematów. Nikt nie czyta dogłębnie internetów, nie studiuje najnowszych zaleceń. Dzieci jedzą słodycze, jeżdżą na poddupnikach, oglądają telewizję, ale są szczęśliwe. Ich mamy także. I co ważniejsze nie w głowie im przekonywanie mnie, że skoro robię inaczej to nie mam racji. I choć często boli mnie serce na słodkie napoje w przedszkolu to słowem się na głos nie odzywam. Bo Mati ma najcudowniejszą Panią jaką tylko mógł mieć. Pokazuje im świat w każdej odsłonie. Głównie w tej kolorowej. Pozwala się bawić, bo dzieciństwo jest czasem zabawy, a na naukę przyjdzie swój czas. Mati uwielbia chodzić do przedszkola. A jak przyjeżdżam po niego to widzę jak szaleje z kolegami, cały w wypiekach na buzi z zadowolenia. Nikt nie stawia do kąta za to, że jest się dzieckiem z masą energii. Pani Ula znajduje sposób na to, by tą energię dobrze rozładować. Czuję, że jest przywiązana do każdego dziecka w swojej grupie. Nie czułam tego w Krakowie, chociaż Panią Alicję również bardzo miło wspominamy.

Jest jednak jeszcze coś co mi przeszkadza. W Krakowie gdy chciałam zrobić coś co wymagało pomocy fachowca, wystarczyło, że wybrałam numer a za godzinę słyszałam dzwonek do drzwi. Zasada ja płacę, więc oczekuję, że traktujemy się po partnersku. I ktoś szanuje mój czas. Tu spotykam się z trochę innym podejściem. Umawiam się z gościem, że w poniedziałek przywiezie mi ziemię. Mija poniedziałek, wtorek, czwartek. Pana nie ma. Nie dzwoni i nie mówi, że coś mu wypadło. To ja muszę zadzwonić i dowiedzieć się dlaczego nie przyjechał. Nie ma zbyt wielu usługodawców, więc nie ma konkurencji.Jesteś zdany na usługi konkretnej osoby, więc czekasz. Obecnie mi to przeszkadza. Może za kilka lat wsiąknę w system i będę zachowywać się podobnie?

Na koniec wrócę jeszcze do odległości, bo przyszło mi na myśl, że na ten tekst trafią osoby zainteresowane przeprowadzką z miasta na wieś. Charakter naszej pracy sprawia, że pracujemy u siebie. Ne wiąże się to z dojazdami do pracy i czasem, który musielibyśmy poświęcić na ten dojazd. Gdybym musiała każdego dnia wstawać godzinę lub dwie wcześniej, stać potem w korku to pewnie miałabym dylemat. Chociaż swego czasu kupiliśmy działkę pod Krakowem oddaloną o 20km i to było takie maksimum, które zgodziliśmy się wtedy pokonywać w drodze do pracy. Tu dojazdy wiążą się tylko z dowozem Matiego do przedszkola. Mamy do niego 3km. Wozimy syna autem, chociaż jeździ autobus. Przy okazji rano zaopatrujemy się w świeże pieczywo, a popołudniami mąż i tak przeważnie wraca skądś i go zgarnia. Póki co nie mamy z tym problemu. Być może pojawi się jak chłopaki będą starsze, gdy pójdą do szkoły średniej, a potem może na studia. Jednak wiele dzieci wychowanych na naszej wiosce świetnie sobie w życiu dało radę, jestem pozytywnej myśli, że moi chłopcy też podołają 🙂

Dla mnie obecne życie tu jest lepszym wyborem niż miasto. Plusy zdecydowanie przeważają nad minusami. Każdy jednak patrzy ze swojej perspektywy. Mam już swoje lata (oho! jak to zabrzmiało) i doceniam spokój, który mnie otacza. Będąc nastolatką czy nawet zaraz po ślubie, zanim na świecie pojawiły się dzieci nie myślałam tymi kategoriami. Teraz jest zupełnie inaczej. Jak się tu przeprowadziliśmy miałam wrażenie, że zrobiliśmy to z myślą o dzieciach. Dziś wiem, że zrobiliśmy to również dla siebie.

 

Zima na budowie

Jeszcze trzy miesiące. Około. Tyle musimy czekać, aż wióry zaczną lecieć, a nasz dom zacznie nabierać kształtu. Jesteśmy umówieni na maj.Wtedy przyjedzie ekipa i ruszą prace. Oczywiście wszystko będzie zależało od pogody, więc mam szczerą nadzieję, że wiosna w tym roku nie okaże się kapryśną Panią. W każdym bądź razie drzewo już od jesieni zimuje i czeka na budowę. A ja razem z nim. Choć cierpliwość nie jest moją najmocniejszą cechą charakteru, muszę przyznać, że oczekiwanie ma swoje plusy. Mam więcej czasu na zastanowienie się czego tak naprawdę chcę, na naniesienie pewnych małych drobnych poprawek. Mam czas by jeszcze dopytać o coś, o czym wcześniej nie pomyślałam.

 

Ja bardzo często robię wszystko na hura, wiedziona impulsem. Potem trochę żałuję. Tak było jak remontowaliśmy nasze mieszkanie przed ślubem. Pamiętam jak u stolarza zamawiałam kuchnię w kolorze wenge. Przez mój pośpiech przy okazji zamówiłam meble do salonu, sypialni i przedpokoju. W kolorze wenge oczywiście. Dobrze, że brakło nam kasy na łazienkę, bo i tam musiałabym przez kolejne lata oglądać ten kolor. I płakać nad własną głupotą. Dlatego cieszę się, że z musu zostałam przystopowana w realizacji swoich planów.

 

Zima na budowie to dobry czas, by poplanować, przyjrzeć się temu co sobie założyliśmy. Niewiele się dzieje, bo pogoda na to nie pozwala. Mróz ściął wszystko na kość. Korzystając z chwilowego ocieplenia nadganialiśmy prace, które mogliśmy. Tym samym udało nam się wstawić okna do budynku gospodarczego. Okna, które miały być gotowe już w październiku. Ale tak to jest, gdy człowiek sobie wymyśli coś, co nie jest ogólnie dostępne w sklepach. Czas przygotowania się wydłużył, potem trochę czekaliśmy na szyby. W każdym bądź razie już są. Takie jak chciałam. W wiejskim stylu, rozwierane na pół, dzielone na górze. Zamykane na haczyki, jak dawniej u mojej babci. W budynku jest takie jedno, pozostałe trzy są w klasycznym kształcie.

Takie same okna będą w całym domu. Choć w planie projektant naniósł zupełnie inne, kwadratowe. Nowoczesne. Któregoś dnia jak grom z jasnego nieba spadła na mnie myśl, że przecież będą się różnić. Że wcale a wcale nie pomyślałam o ich kształcie. Skupiłam się na ilości, na tym, że mają być skrzynkowe. A zapomniałam o tym, że chce wyższe. Chce nawiązać do wiejskiego stylu. W końcu budujemy się na wsi. Typowej wsi ze swoimi wszystkimi urokami.

Poza oknami udało nam się też zrobić podbicie w budynku. Mamy piękny, drewniany sufit. Boguś wyłożył też wełnę. Miało zrobić się cieplej, ale nie jestem pewna czy to dużo dało. Bez całkowitego ocieplenia budynku możemy tylko pomarzyć o tym, że temperatura wewnątrz podczas mroźnych zim będzie znośna pomimo ogrzewania. Oczywiście ocieplenie jest w planie, ale dopiero jesienią. Budynek będzie biały z dodatkami drewnianymi. Na wzór starych, wiejskich chat. Myślę, że będzie pasował do naszego drewnianego domu. Planujemy w nim zrobić część stolarni.

Zimą testujemy naszą piwniczkę. Niestety pomimo wstawienia drzwi okazało się, że nie jest pokryta wystarczającą warstwą ziemi. Wnętrze pokryło się lodem i utrzymywała się temperatura ok -1 . Oznacza to, że wiosną będziemy musieli dowieźć ziemi i dodatkowo ją obsypać. Choć i tak było to w planie, może nie w takiej ilości. Planuję posadzić na niej bluszcze, by całkowicie pokryły jej wierzch swoimi liśćmi. Tej zimy Mati korzysta i służy mu jako górka, z której może zjeżdżać na sankach.

I to byłoby na tyle prac związanych z budową. Pozostałe to plany. Na wiosnę. Lista rzeczy, które musimy zrobić zanim na działkę wjedzie ekipa budowlana. Musimy uporać się z rozłożeniem instalacji wodnej, zalać fundament do końca. To już w marcu, jak tylko trochę się ociepli. W budynku gospodarczym czeka nas rozciągnięcie instalacji wodnej, postawienie ścianek działowych.

Moja głowa zaprzątnięta jest też planowanym ogrodzeniem. Jak się domyślacie będzie po wiejsku, więc płot typowo ze sztachet. Drewniany. Popuściłam trochę fantazji i zrobię je zdobione. Ten sam motyw zdobienia chciałabym powtórzyć na domu i wykończeniu budynku. Pokażę Wam w następnym poście dotyczącym budowy, bo pierwsze sztachety mamy zamiar zamawiać już niebawem.

Rozmyślam też o wiośnie z myślą o założeniu ogródka. Nakupiłam całą masę nasion. Mam zamiar zrobić warzywniak, będzie miejsce na kwiaty. Chciałabym wyhodować coś swojego, zdrowego. By mieć co włożyć zimą do piwniczki : ) Pomysł mam, plan także. Czeka mnie tylko sporo pracy, bo wymyśliłam uprawę metodą Back to Eden Garden, której przyglądam się od długiego czasu i jestem nią zafascynowana. Jeśli ktoś z Wam ma doświadczenie będę wdzięczna za podzielenie się radami 🙂 A jeżeli jesteście ciekawi metody chętnie podzielę się z Wami swoją wiedzą i tym jak zabieram się do pracy. Dajcie tylko znać, że temat Was interesuje 🙂

Jesień na budowie

Uwielbiam ten okres. Ferie barw mieniących się w słońcu, odbijających w kałużach liści. Każdego roku witam jesień z podobną nostalgią. Czekam kiedy będę mogła w pełni cieszyć się tym okresem, na spokojnie, z poszanowaniem. Póki co czas ucieka mi przez palce, a ja jakby przypadkiem rejestruje, że jednego dnia ogromna topola przy drodze do lasu szeleści listkami, by drugiego dnia pokazać mi gołe konary. Zaglądam na budowę, bo jeszcze tu jesień nie chce ustąpić zimie. Modrzewie jak w strojnych sukniach, każdy podobnej, ale jednak innej szykuje się na zimowy bal. Ah, jakie one są piękne w tej szacie. Napatrzeć się nie mogę. I cieszę ogromnie, że strzegą naszej granicy. I pomyśleć, że dawniej to drzewo, rosnące przed moim oknem w Krakowie było mi zupełnie obojętne. A tu na wsi zachwycam się za każdym razem gdy zachodzę na budowę.

A zaglądam dość często, choćby popatrzeć. Bo prace budowlane powoli zamykamy na ten rok. Plan wykonany. Nie do końca jak sobie założyliśmy, ale dziękujemy Bogu, że udało się i tyle. Bo z drugiej strony ruszyliśmy z pracami dotyczącymi domu. A te cieszą jeszcze bardziej, gdy się wie, że jesteśmy o krok bliżej do realizacji marzeń. Moje marzenia nigdy nie były tak bardzo realne jak teraz. Podwaliny domu, w którym mam nadzieje, w szczęściu przyjdzie nam dożyć starości cieszą nasze oczy. Drzewo na dom też już jest. Czeka na maj, na który i ja czekam z utęsknieniem. Odliczam miesiące i pierwszy raz tak bardzo chcę, by czas płynął jeszcze szybciej. Chcę już słyszeć odgłos ciosania drzewa, poczuć jego zapach, dotknąć gładkich bali. Stanąć w swoim salonie, zobaczyć widok za oknem. Poczuć namacalnie, zobaczyć to co teraz sobie tylko wyobrażam.

Tak jak w przypadku budynku gospodarczego. Dziś, gdy robiłam zdjęcia, obiektyw skierowałam przez jedną z bram. I dotarło do mnie, że w pewnym sensie ten widok będzie niezmienny. Owszem ulegnie przeobrażeniom krajobraz, otoczenie. Ale perspektywa pozostanie ta sama. Brama będzie tam, gdzie jest w tej chwili. Bo przecież budynku nie przesunę. I z tej bramy będę widzieć dom. Dom, którego jeszcze nie ma, ale już go prawie widzę, bo fundament dokładnie pokazuje mi, że tu jest wejście, tu zaczyna się kuchnia. A tam mąż będzie bramę uchylać,by wyciągnąć kosiarkę. Aż mi się śmiać samej do siebie zachciało, bo zobaczyłam go jak pod nosem marudzi, że znów musi kosić.

Wyobrażenia. Marzenia. Jak to będzie. Co to będzie. Snuję wizje leżąc w łóżku, gdy nie mogę zasnąć. Rozmyślam spacerując. Aż mnie boli w środku na myśl o pierwszych wspólnych świętach, ogromnej po sufit choince, moich chłopakach przy kominku. Boli pozytywnie, tak ściska w dołku, bo chciałoby się już. Tu i teraz. Ale czekam cierpliwie. Bo już mam dużo i trzeba dziękować za to co się ma.

Dziękuję, więc. Za mury. Za dach, przez którego spać po nocach nie mogłam. Bo kto to widział, żeby oferować na rynku tyle rodzajów pokryć dachowych. W tylu kolorach. Za komin z krzywo wmurowaną cegłą, której nigdy w życiu bym nie kazała poprawić. Bo to też część naszej historii. Za dodatkowe okno dziękuję. Dwoje drzwi, choć na ten czas powinny być i bramy. I okna. Za wymurowaną piwniczkę, która kością niezgody w naszym małżeństwie się okazała, a i Pana Stanisława, który choć spełniał moje pomysły to i jemu praca przy murowaniu nerwy szargała. Kiedyś będziemy wspominać. Oby z uśmiechem na ustach. A i mąż nie jeden raz z tej mojej małej fanaberii skorzysta. Powiadają, że jeśli małżeństwo dzieci odchowie, budowę przetrwa, to nic straszne im nie będzie. Więc jak kolejna sprzeczka za nami, a mimo to do łóżka bez gniewu się kładziemy to spokojna jestem o naszą przyszłość. Pobudujemy, przetrwamy. I wspominać będziemy.

Za drzewa dziękuję. Że udało mi się znaleźć miejsce, gdzie tradycyjne odmiany, na silnie rosnących podkładach dostałam, dzięki czemu kolejną wizję mogę spełniać. O dużym sadzie, pełnym owoców z mojego dzieciństwa. Antonówek, papierówek, malinówek. Szarych renet, które będę obierała i kroiła na szarlotkę dla moich wnucząt. Wiśni, czereśni, śliw i grusz, z których zrobię przetwory i schowam jak skarb, na zimę, w naszej ziemnej piwniczce. Za wszystkie szpadle przez męża mego połamane.  Za malutkie świerki ocalone. Coby przyjęły się i swoją historię pisały. Tak jak te kwiaty co wiosną zakwitną, a babcia mi je zasadzić pomogła. I nadziwić się potem nie mogłam, że blisko 80 lat, a jak nastolatka, pełna energii. Bo czy mi tak dane będzie za 50 lat?

I za przyziemne rzeczy wypada podziękować. A więc dziękuję. Że życzliwie ktoś podpowie co się sprawdzi, że na takiej ziemi jak nasza to pewne rozwiązania nie bardzo. Bo gliny pełno kupiliśmy i garnki lepić możemy. Że skoro staw będzie to oczyszczalnia biologiczna być musi, bo inaczej to mężowe ryby długo nie przetrwają. Że kamienia trochę podsypać pod drzewa to wichury im potem straszne nie będą. A jak już o tym kamieniu mowa to i za podjazd dziękuję. Że w błocie po kolana nie grzęznę, bo słowo daję choć działkę piękną mamy to po deszczu zmienia się okrutnie. A te kamień choć ani trochę mi się nie podoba to na słowo mężowi wierzę, że posypiemy i zrobimy po mojemu. Żeby dzieci kolan nie zdzierały.

Za ostatnie miesiące dziękuję, wypatrując tego co przyszłość przyniesie. Wypatruje, by móc się radować, ale i radością podzielić z Wami troszeczkę. Bo szczęście najwięcej radości daje, gdy możemy się nim podzielić z innymi 🙂

 

dsc_0263dsc_0283dsc_0257dsc_0286dsc_0266dsc_0290dsc_0291dsc_0292dsc_0295dsc_0300dsc_0298dsc_0312dsc_0304dsc_0319dsc_0274dsc_0279dsc_0270dsc_0309dsc_0254

Więcej niż tysiąc słów.. cz.1

Tyle się dzieje dookoła. Tyle ważnych spraw, życiowych decyzji, momentów. Aż się proszą by ubrać w słowa, zostawić ku pamięci. Tylko czasu wciąż brak. I znacznie prościej za aparat chwycić, pstryknąć i wolniejszej chwili przejrzeć. Obraz więcej zatrzyma. Więcej odda. Więcej niż tysiąc słów.

Zostawiam Was ze zdjęciami. Naszych pierwszych dni wiejskiego życia z obietnicą, że wrócę również ze słowami.

lipafoliafitoterapiapuszczanie latawcahunterDSC_0069DSC_0246DSC_0106DSC_0536_SnapseedDSC_0304_Snapseed

345DSC_0433_SnapseedDSC_0275_Snapseed8679zdjęcie 4(4)_Snapseed