Podróżowanie z dzieckiem – Etno Jura – Żarki

Pamiętacie jak będąc dzieckiem jeździliście na wycieczki szkolne? U nas, w czasach podstawówki było ich całkiem sporo. Z racji, że mieszkaliśmy w południowej części Polski miałam przyjemność zwiedzić okoliczne atrakcje. Zamek w Czorsztynie, Muzem Soli w Bochni, Wieliczce, Zamek w Tenczynku, Łańcut czy Pieskową Skałę. To tylko kilka miejsc, które teraz przychodzą mi do głowy, ale oczywiście wycieczek było znacznie więcej. Okres szkolny to taki czas, kiedy dzieci chłoną otaczające informacje, widoki jak gąbka. Jest to też czas kiedy jest możliwość wyjazdu, bo im później tym chyba co raz mniej atrakcji. Przynajmniej u nas tak było, że w czasach LO niewiele mieliśmy wyjazdów. O studiach nie wspomnę.

W przedszkolu Mateusza tradycją są dwa czy trzy wypady w roku. Wspominałam już przy okazji postu o wizycie w Fabryce Bombek w Miechowie, że jak tylko mam możliwość wybieram się na taką wycieczkę. Dla mnie to fajna okazja zobaczenia czegoś nowego (a zwiedzać lubię), a Mati póki co nie protestuje. Więc korzystam.

Tym razem wybraliśmy się w nasze okolice, a konkretnie do Żarek. Celem była Etno Jura i warsztaty ręcznie robionych zabawek z drewna. Lubię te klimaty, więc pewnie obiektywna nie będę. Praca w drewnie, kolorowe ozdoby, farby, natura to coś co przyciąga mnie jak magnes.

W warsztatach uczestniczyły zarówno dzieciaki jak i dorośli. Każdy dostał kilka klocków, z których po sklejeniu powstała świnka. A także wyciętego w drewnie Steve’a, czyli ludzika. Wszystko należało pomalować wedle uznania i własnych upodobań. Poziom trudności zdecydowanie dostosowany do możliwości przedszkolaków. Ale i dorośli mieli ubaw przy wymyślaniu kreacji dla Steave’a. Mój w efekcie końcowym skończył jako Spiderman 😉 Oczywiście wykonane zabawki zabieramy ze sobą. Miałam chłopaków dzieci temu z głowy w domu przez dłuższy czas. Pomalowane ludziki okazały się świetną zabawką.

Na wycieczkę załapał się również Antoś. To jego przedszkolny debiut. Od września idzie w ślady brata i skoro nadarzyła się okazja postanowiłam skorzystać i oswoić go troszkę z sytuacją. Zdecydowanie mu się podobało 🙂

Będąc w okolicy warto wpaść. Jeśli nie na warsztaty to choćby pooglądać czy kupić pamiątkę w postaci wianka z drewnianych plasterków czy słomianego króliczka. Miejsce fantastycznie zatrzymane w czasie. Jest bardzo przytulnie i spokojnie. W sam raz na wypad z rodzinką 🙂

 

Podróżowanie z dzieckiem – Tatralandia zimą

Czy tylko mi zima się ciągnie wyjątkowo długo w tym roku? Mam wrażenie jakby była z nami zdecydowanie dłużej niż jej „ustawowo” przysługuje.  Marzy mi się ciepło, słońce, zieleń. Do tego stopnia, że gdy pojawiła się możliwość wygrzania czterech liter, przełamaliśmy niechęć do tego typu miejsc i ruszyliśmy w drogę. Kierunek –> Słowacja.  Dokładnie Tatralandia. Każdy z Was pewnie kojarzy, chociażby z nazwy. Nam również nie była obca, chociaż do tej pory nie odwiedziliśmy. Zawsze wybieraliśmy morze jeśli chcieliśmy jechać nad wodę. Jak miało być ciepło to wygrywały chorwackie plaże. Za basenami nie przepadamy, na rozrywki typu zjeżdżalnie dzieci za małe, więc nigdy nie było nam po drodze.

Jedyne co kusiło to termy. Tzn mnie. Byłam w Szaflarach zimą i zdecydowanie uważam, że ma to swój urok. Chciałam, by i mąż się o tym przekonał. A żeby i dzieciaki skorzystały, padło na Tatralandię. Czy warto było? Zaraz się przekonacie. Na początek kilka wskazówek praktycznych, których musieliśmy szukać w sieci, a które wcale nie łatwo było znaleźć.

 

TERMIN ma znaczenie

Na Słowację wybraliśmy się pod koniec marca. Czyli już nie zima, ale jeszcze nie ciepła wiosna. Miało to dla nas spore znaczenie. Chciałam trochę wygrzać kości, a dzieciakom zafundować odskocznię. Tak też się stało. Część kompleksu zwana Tropikalnym Rajem, to baseny zadaszone. Przenika przez nie światło słoneczne, co sprawia, że na miejscu jest cieplutko. Można się ponoć nawet opalić. Tego nie potwierdzam, bo niestety przy maluchach nie było możliwości wyłożenia się na leżakach 😉 Potwierdzam jednak, że było ciepło. Temperatura wody oscylowała wokół 31-32 stopni. Taka sama temperatura była wokół, co sprawiało, że po wyjściu z wody nie trzęśliśmy się jak galareta 😉

Czytając opinie w internecie, co rusz napotykałam te dotyczące dzikich tłumów i kolejek. Nie należymy do zbyt cierpliwych osób, zwłaszcza mając u boku marudzące maluchy, którym ciężko zrozumieć, że trzeba poczekać na swoją kolej. Z tego powodu odpadały też miesiące wakacyjne czy okres ferii zimowych. Wybraliśmy względnie niski sezon i nie mogliśmy narzekać. Ludzi było sporo, ale nie były to dzikie tłumy. Przewaga Polaków, Słowaków. Trochę Niemców i Austriaków. Generalnie pełna kultura, zero chamstwa i przepychanek, czy kradzieży którymi straszono w różnych wpisach w sieci. Nie było problemów ze znalezieniem wolnych szafek, z dostępem do suszarek czy pryszniców. W wodzie też każdy bez problemu znalazł wolne miejsce przy biczach czy fotelach masujących. Nie było kolejek do baru w basenie, gdzie można było zamówić drinki i napoje. Pani obsługiwała na bieżąco. W restauracji też kolejek nie było. Max 1-2 osoby, szło szybko mimo, że na jedzenie się czekało, ale o tym za chwilę.

Nie mam porównania do innych terminów, ale biorąc pod uwagę opinie w sieci i nasze odczucia z pobytu, stwierdzam, że w tym terminie warto jechać.

 

DROGA czy jest droga?

Jestem typem człowieka, któremu wystarczy powiedzieć, że jedziemy, a ja już jestem spakowana i czekam. Mój mąż natomiast wszystko skrupulatnie planuje. Wszystko tzn drogę, przejazdy, opłaty itp Przyznaję, kompletnie nie pomyślałam, że będziemy podróżując przez Słowację będziemy potrzebowali winiety. Niby nie jest to wielki problem, takową w prosty i szybki sposób można zamówić w sieci. Ale jest to dość droga inwestycja, zwłaszcza jadąc na jeden dzień. Musimy liczyć się z wydatkiem ok 80zł. Lepiej tą kasę przeznaczyć na dobre jedzonko czy atrakcje jakie czekają nas na miejscu – np masaż. A drogę wybrać inną. Bo jak się okazało jest taka możliwość. My granicę przekraczaliśmy w Chochołowie. Mimo, że na Słowację podróżowaliśmy wiele razy wcześniej nie mieliśmy pojęcia o istnieniu przejścia w tym miejscu. Mąż szukając informacji o dojeździe bez wykupywania winiety wyczytał, że ta droga nie jest polecana w okresie zimowym. W pełni zrozumiałe. Jest to droga przez wysokie góry. A zimą wiadomo 😉 Swego czasu mój mąż sporo jeździł w warunkach zimowych na Słowację, wiedział więc z czym możemy mieć do czynienia. Słowacy dość mocno dbają o to, by stan ich dróg był przejezdny nawet zimą. Są posypane drobnym żwirkiem. Na poboczach wbijane są paliki, tak by pomimo dużej ilości śniegu wiadomo było, że poza palik już zjeżdżać (np przy mijaniu się z kierowcą na przeciwko) nie wolno. W górach początek wiosny może wyglądać zupełnie inaczej niż na równinach, warto wziąć pod uwagę, że może być różnie. Nam się udało przejechać bez problemu. Drogi były suche, jechało się bardzo fajnie. No i te widoki! Jedynie spustoszenia w okolicy Oravic jakie dokonała wichura były smutnym widokiem. Takiej ilości połamanych drzew nie widzieliśmy nigdy w życiu.

Podsumowując: droga Chochołów–>Oravice–>Zuberec–> Liptovski Mikulasz jest bezpłatna. Nie obowiązuje na nich winieta. Widokowo jest piękna, ale trzeba wziąć pod uwagę warunki atmosferyczne.

 

Z noclegiem czy bez?

My wybraliśmy opcję z noclegiem. Mieszkamy obecnie bardziej w głąb kraju i do Tatralandii mamy ok 260km. Niby nie wiele, ale i nie mało. Gdybym do przejechania miała połowę tego możliwe, że brałabym pod uwagę powrót. Warto jednak zostać na dłużej i bez martwienia się o drogę powrotną korzystać z oferty kompleksu.

Nocowaliśmy w Holiday Tatralandia Village. To miasteczko domków znajdujące się tuż przy samym wejściu do Tatralandii. Goście mają nawet osobne, tylne wejście na baseny. Odpada, więc ewentualne stanie w kolejkach. Plusem jest też fakt, że nocując tam masz możliwość nielimitowanego korzystania z basenów. Możesz wchodzić i wychodzić tyle razy ile chcesz. Przykładowo rano korzystasz z basenu, po południu wychodzisz pozwiedzać okolicę/ odpocząć w domku, wieczorem wracasz zrealaksować się w termach. Z atrakcji korzystasz do woli, bilet jest open.

Zakwaterowanie w domu jest od godz. 16. Jest możliwość wcześniejszego zakwaterowania od godz 12 za dopłatą. My byliśmy koło 13 i bez problemu dano nam klucze od domku wcześniej. Nic nie musieliśmy dopłacać, więc podejrzewam, że gdy mają już domek gotowy to jest to praktyka normalnie stosowana. Oczywiście jeśli przyjedziemy do kompleksu wcześniej to dostaniemy zegarki umożliwiające wstęp na baseny wcześniej 🙂 Dzięki temu, że dostaliśmy klucze od domku od razu mogliśmy zostawić rzeczy w środku, przebrać się w kąpielówki, zarzucić coś na siebie i bez „bagażu” iść na basen. Do każdego domku przydzielone jest bezpłatne miejsce parkingowe, także nie musieliśmy się martwić o pozostawienie auta. Nie wiem jak wygląda sprawa miejsc parkingowych w przypadku przyjazdu  na godziny. Ale biorąc pod uwagę te dzikie tłumy latem, pewnie kto pierwszy ten lepszy. I potem pewnie taszczy się bagaże ze sobą. Także możliwość wynajmu noclegu na miejscu jest bardzo na plus.

Nasz domek był tuż przy wejściu. Mieliśmy do bramki ok 150m. Od bramek przez kompleks trzeba było przejść do szatni ok 250-300m. Mały spacerek, ale latem można spokojnie w samym stroju/szlafroczku. Domek z salonem, kuchnią i łazienką na dole, częścią sypialnianą na górze. Na wyposażeniu wszystko co potrzebne na pobyt. Sztućce, naczynia, kuchenka, lodówka, mikrofalówka, ręczniki. Także TV z polskimi kanałami. Wygodne, duże łóżka. Przed domkiem miejsce  na wieczorny odpoczynek – ławka ze stołem. Czysto, ciepło. Zarówno w domkach jak i całym kompleksie tabliczki z informacjami w 3 językach, w tym po polsku.

 

Całość rozliczana jest w recepcji tuż przy wejściu. To tam odbywa się zameldowanie, podczas którego każdy dostaje swoje zegarki- opaski.

W trakcie meldunku dzieciaki mają możliwość zabawy w hotelowej sali pełnej zabawek. Zostawiliśmy kaucję w wysokości 100€, którą rozliczaliśmy na koniec. Na basenach za dodatkowe atrakcje, posiłki i napoje płaci się zegarkami. Wymeldowując się nasze wydatki potrącają z kaucji, ewentualnie dopłacamy jeśli przekroczyliśmy to 100€.  Obsługa bardzo miła, w języku polskim. Gdzieś w opiniach wyczytałam o dystansie Słowaków do Polaków. Nic takiego nie odczuliśmy. Wszyscy z uśmiechem na buzi, życzono nam udanego pobytu. Zegarkami także otwiera się i zamyka szafki w szatniach, także nikt inny nie ma do nich dostępu.

Doba noclegowa trwa do godz.10. Na koniec śniadanie w hotelowej restauracji. W formie szwedzkiego stołu, wybór ogromny. Zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Cena noclegu w pakiecie ze wstępem do Tatralandii to w zależności od domku i ilości osób ok 120-150€.

 

Atrakcje Tatralandii zimą

Zdaję sobie sprawę, że w okresie zimowym na turystę czeka mniej atrakcji. Zwłaszcza na małych turystów, takich jak nasze dzieciaki. Oferta skierowana do maluchów jest wg nas trochę okrojona. Bo tak naprawdę nasze dzieci miały do wyboru albo brodzik, na który Mateusz już jest za duży, a Antek szybko się w nim nudził albo normalne baseny o głębokości 110cm. Dla obu za głęboko, by mogli bezpiecznie korzystać. Nie było, więc mowy, że my dorośli na leżaczkach kątem oka obserwowaliśmy nasze pociechy tak jak robiliśmy to nad morzem. Musieliśmy z dzieciakami cały czas być w wodzie. Przyznaję, trochę upierdliwe. Liczyłam na mały wypoczynek (tak, wiem że przy dzieciach marzenie), a wyszłam lekko mówiąc wypruta 😉 Nie było szans, by nasze małe żywioły usiadły na dłużej, chyba że przy stole na jedzenie. Mati nastawił się na zjeżdżalnie, które oczywiście zimą nie są czynne. Jedyna czynna to ta, na której zjeżdża się z pontonem. Jest na nią za mały, musiał jeździć z tatą. Szkoda, że w zimowej ofercie zabrakło wodnych atrakcji dla dzieci w wieku 3-7 lat. Był basen z zatopionymi akwariami, w których pływały ryby morskie. Mati skorzystał, Antoś już nie bo jeszcze nie nurkuje.

Dla nas dorosłych natomiast raj. Basen z czystą, słodką wodą. Basen z wodą morską. Baseny termalne na zewnątrz z wodą o temperaturze 42 stopni. Genialne. Oczywiście wszelkie wodne bicze, masaże, łózka masujące. Dookoła palmy, pełno zieleni. I te zapachy olejków eterycznych dobiegające z salonów masażu tajskiego. W pomieszaniu z unoszącą się bryzą z morskiego basenu relaks pełną piersią. Uwielbiam aromaterapię, więc ten basen był moim ulubionym. Po zmroku baseny mieniły się wszystkimi kolorami. Światełka umieszczone pod wodą największe wrażenie robiły na maluchach. Antoś podekscytwany wykrzykiwał „mama, Hulkowa woda! Mama, spidermenowa woda!” widząc zielone i czerwone światła 🙂 Letni klimat podsycała muzyka wydobywająca się z głośników oraz drinki, które można było kosztować siedząc w wodzie. No raj! Niczym na karaibskiej wyspie. Nigdy nie byłam, ale tak to sobie zawsze wyobrażałam 😉 Mam tylko nadzieję, że każdy kto korzystał z tego relaksu pamiętał również o skorzystaniu z wc 😉

Z atrakcji dla starszych dzieciaków była jeszcze możliwość spróbowania swoich sił na desce surfingowej. Mati nie wykazał zainteresowania, Antoś nie łapał się wiekowo 🙂 Uprawialiśmy, więc surfing „na sucho” 🙂

 

Gdzie i co zjeść? I za ile?

Po dzikich tłumach, najwięcej negatywnych opinii dotyczyło cen żywności. Że drogo. Wiecie w euro. Fakt, przelicznik zawsze wyjdzie drożej. Czytałam opinie, że ludzie cichaczem wnoszą swoje jedzenie. Nie wiem jak głównym wejściem, ale w naszym przypadku nie byłoby z tym większego problemu. Nikt nie sprawdzał tego co wnosimy. Nic jednak nie wnosiliśmy, bo mieliśmy świadomość, że zawsze możemy wyjść do domku coś zjeść. Na miejscu jednak okazało się, że ceny znowu nie są aż takie z kosmosu. Obiad kosztował w granicy 6-10 euro, już z napojem. Przykładowo pyszna sałatka cezar 6,5€. Pene z pieczarkami i kurczakiem 7€. Napój max 2€. Piwo Zloty Bażant 0% o smaku lawendy i czarnej porzeczki ok 2€ . Dzieciaki chciały rosół. Miseczka 2€. Frytki coś koło 3€ o ile dobrze pamiętam. Stołowaliśmy się wewnątrz, skorzystaliśmy z drinków (spoko, były też bezalkoholowe dla rodziców 😉 ) w cenie ok 4€  i wydaliśmy niewiele ponad 50€ na 4 osoby. Warto sobie taką kwotę wkalkulować w koszt wyjazdu i nie martwić się co, kiedy i gdzie zjeść.

Odnośnie obiadów wspomnę jeszcze, że większość posiłków jest przygotowywana na naszych oczach. Zamawiając danie widzimy jak kucharz krok po kroku przygotowuje nasz obiadek. Nie wyciąga gotowca z mikrofalówki. Uff.

Można oczywiście wybrać się na zakupy do pobliskiego miasteczka. My pojechaliśmy z ciekawości przed przyjazdem. Na miejscu tuż przy głównej drodze LIDL, Billa i Kaufland. Także jest gdzie zaopatrzyć się w prowiant, gdyby ktoś nie chciał korzystać z oferty parku.

Śniadanie mieliśmy wliczone w cenę.

Dla dzieciaków jedzenie można przygotować w strefie ciszy. Swoją drogą fajnie, że znajduje się tam takie miejsce :_

 

Warto?

Weekendowy wypad do Tatralandii to ciekawa alternatywna spędzenia fajnie czasu dla rodzin z dziećmi. Najlepiej dla tych w wieku szkolnym, bo zdecydowanie więcej użyją. Koszt dla 4-osobowej rodziny to ok 180-200€. W tej cenie nocleg, nielimitowany wstęp do Tatralandii, pełne wyżywienie, drinki powitalne (my akurat nie skorzystaliśmy, bo sobie zapomnieliśmy). Pakiety można zamawiać na stronie Tatralandii, po stronie polskiej obsługuje całość biuro podróży Krakus, które dba o to by każdy był zadowolony 🙂 Chcąc wybrać się do Tatralandii na własną rękę za sam całodzienny wstęp plus wyżywienie na miejscu zapłacilibyśmy ok 120€. Mam nadzieję, że mój wpis pomoże podjąć decyzję tym, którzy zastanawiają się nad wypadem. My sami na pewno skorzystamy kiedyś z uroków ciepłych term, ale tym razem już po polskiej stronie. Tak dla porównania. I na pewno damy znać jak nasze wrażenia. Może polecicie fajne miejsca? 🙂

 

 

 

Zwiedzamy Fabrykę Bombek w Miechowie

fabryka bombek

Święta to taki magiczny czas, na który wyczekuję jak tylko aura za oknem zmusza do pozostania w domu. Już sama myśl o zbliżającym się Bożym Narodzeniu, pachnącej choince, dźwięku ulubionych kolęd nuconych pod nosem sprawia, że jest mi cieplej na sercu. Uwielbiam ten okres wyczekiwania. Na ubranie choinki, na pierwszą gwiazdkę na niebie, na Pasterkę. Święta przeżywam i chłonę. Pod względem religijnym, ale także pod względem komercyjnym. Ani trochę nie przeszkadzają mi ozdoby choinkowe w listopadzie czy rozmyślania co włożyć do kalendarza adwentowego już w październiku. Jeżeli komuś to sprawia radość, to dlaczego  mnie miałoby to denerwować? Święta to przecież czas radości, uśmiechu i wzajemnej życzliwości.

 

W tym roku trafiło się, że przedszkole Mateuszka zorganizowało wyjazd do Fabryki Bombek w Miechowie. Temat został poruszony już na pierwszym spotkaniu, jeszcze we wrześniu. Nie wiem kto był bardziej podekscytowany perspektywą wyjazdu, ja czy Mateusz. A gdy okazało się, że i ja mogę się zabrać z dzieciakami nie zastanawiałam się ani chwili.

Do Miechowa wyruszyliśmy na początku listopada, bo już wtedy przyjmują grupy zorganizowane. Wiadomo, że zwiedzanie w grupie zawsze ma swoje plusy. Do dyspozycji mamy przewodnika, który opowiada sporo o całym procesie tworzenia bombek. A jest to proces długotrwały i pracochłonny. Przestają dziwić ceny niektórych egzemplarzy gdy człowiek zda sobie sprawy ile pracy zostało włożone w wyprodukowanie i pomalowanie takiej bombki.

Na początek zwiedzania dowiadujemy się z czego robione są bombki i w jaki sposób są projektowane. Do tych o bardziej wymyślnych kształtach stosuje się specjalne żeliwne odlewy, do których następnie wkłada się podgrzaną do wysokiej temperatury szklaną rurkę. I dmucha aż do osiągnięcia oczekiwanej wielkości. Kolejna osoba srebrzy bombki, które potem trafiają do dekoratorni, gdzie Panie wprawnymi rękami nadają im wyjątkowej szaty. Jedna bombka to efekt pracy około 5 osób.

 

Zwiedzanie Fabryki przez dzieciaków to oprócz możliwości podejrzenia każdego etapu produkcji bombek to także możliwość własnoręcznego pomalowania bombek. Dzieci mają do dyspozycji farbki oraz kolorowe brokaty, którymi dekorują swoje dzieła. Chyba najbardziej stroniące od prac plastycznych dziecko ucieszy taka możliwość. Bo efekt końcowy oczywiście zabieramy do domu i zawieszamy na choince. Będzie z pewnością pamiątką zarówno dla malucha jak i rodziców.

Na koniec można odwiedzić sklepik i obkupić się w choinkowe różności. Zwłaszcza, że ceny na miejscu są mocno konkurencyjne w stosunku do tych w sklepach. My wróciliśmy z pełnymi rękoma. Mati postawił oczywiście na auta i tradycyjne Mikołaje, ja wyszukałam niesamowitą figurkę Matki Boskiej.

Czy nam się podobało? Niesamowicie! Czy polecamy? Oczywiście!

Strona miechowskiej Fabryki Bombek: http://ozdobydecora.pl/

 

Krakusie odpocznij od smogu. Odwiedź tężnię solankową.

Powinna być taka akcja promocyjna. Billboardy z hasłem „Krakusie odpocznij od smogu! Odwiedź naszą tężnie” „Zamiast smogu wdychaj sól” czy coś w ten deseń.

Dobra, poniosła mnie troszeczkę fantazja. Ale sądzę po prostu, że takie miejsca jak to powinny być bardziej reklamowane. A niestety nie są. Ja o tężni w Wieliczce dowiedziałam się przypadkiem od pediatry, która poleciła nam wybrać się tam w któryś dzień z dzieciakami. Dlatego polecam dalej, może jakiś Krakus lub zbłąkany turysta skorzysta. Zwłaszcza, że pod samą kopalnię aktualnie dojeżdża pociąg prostu z dworca PKP w Krakowie.

d

Na przybywających autem czeka parking w cenie 5zł/h. Żadne zdzierstwo. Wejście do tężni to wydatek 9zł dla osoby dorosłej. Dzieci do lat 4 wchodzą za free. W cenie biletu również wejście na taras widokowy. Warto pokonać te kilkadziesiąt (kilkaset?) schodów, bo wysiłek sprawi, że głębiej oddychamy.

c

A o to właśnie w tężni chodzi. Głęboko wdychać unoszące się w powietrzu drobinki soli. Inhalować na całego. Dzieciaki warto przegonić po wielkim placu tężni. Niech biegają na całego. Gwarantuję, że wieczorem padną do łóżek bez mrugnięcia okiem. I może jeszcze gdzieś katar zgubią po drodze. I kaszel.

Można też wziąć ze sobą rowerek lub hulajnogą. I po alejkach spacerowych w parku obok tężni pośmigać. Na plac zabaw uderzyć. Jest co robić z dzieckiem.

b

Fajne, zdrowe miejsce. Na kłopoty z katarem, zatokami, alergią, astmą, chorobami płuc itp. Na odpoczynek od codziennych spraw. Dla dużego i małego.

Tężnia działa od 2014 roku. Całkiem nowy projekt. Zachęcam Was gorąco do odwiedzenia. To był nasz pierwszy raz, ale na bank nie ostatni. Jeśli tylko będziemy mieć wolny weekend na pewno pojedziemy się inhalować.

a

Tu zaglądnijcie przed wizytą i poczytajcie coś więcej:

Tężnia solankowa w Wieliczce

Ps. Ubierzcie się ciepło. Wilgoć wewnątrz sprawia, że odczuwalność temperatury jest zupełnie inna.

 

Podróże z dzieckiem – Chabówka – Skansen

Stoi na stacji lokomotywa…

Czy jest ktoś kto nie zna wiersza Tuwima, a przynajmniej pierwszej jego zwrotki? Czy jest ktoś, kto jako dziecko nie jeździł wcale pociągiem? Wreszcie, czy jest mama chłopca, który przejdzie obojętnie koło ciuchci?

Mój nie przejdzie. Miłość do tych dużych maszyn trwa już dłuższy czas. Ewoluowała bardzo i obecnie mam wrażenie przechodzi apogeum. Mati uwielbia bajki : Tomka, Stacyjkowo. Ogląda też filmiki z Pendolino w akcji, ze starymi parowozami. W domu mamy kilka kolejek, począwszy od lego drewniane. Tych ostatnich mamy najwięcej. Są też u babć. Oczywiście mamy także bajeczki, książeczki z wyklejankami.

Jako dziecko uwielbiałam jazdę pociągiem. Tak się złożyło, że mieszkaliśmy daleko od domu dziadków. Podróżowanie koleją w latach 80′ było normą. Do tej pory mam sentyment. Zamykam oczy i słyszę monotonny stukot kół (swoją drogą teraz już tak nie stuka w pociągach, co odkryłam jadąc kilka miesięcy temu do Warszawy). Pamiętam też, że większość podróży (tych podczas ciepłych miesięcy letnich) spędzałam z głową wychyloną za oknem (pamiętacie napis – nie wychylać się?). Fanie było czuć pęd powietrza, aż dech zapierało w piersi i nie można było przełknąć śliny.

Mati mimo swojej miłości do „tutów” (potocznie nazywanych w domu pociągami) nie miał okazji jechać koleją. Tysiące razy jeździł z tatą lub z dziadkiem na stacje obserwować pociągi, jednak nigdy się nie złożyło, żeby jechał. Dlatego, gdy mąż rzucił hasło wycieczki do skansenu parowozów w Chabówce, gdzie po raz ostatni tego lata mieliśmy możliwość przejechania się retro pociągiem nie wahałam się ani moment. Mimo upalnego dnia, mojego zaawansowanego stanu, wiedziałam, że to będzie udany dzień. Na pewno dla naszego dziecka.

Nie pomyliłam się. Było cudownie. Wróciliśmy padnięci, za to Mati z głową pełną wrażeń. Ciuchcia śni mu się po nocach. Nie bawi się w domu niczym innym. A my dorośli… trochę powspominaliśmy. Chociaż większość maszyn, która stała pamięta raczej czasy naszych dziadków i rodziców 🙂

Zapraszam Was do obejrzenia kilku kadrów. I oczywiście gorąco zachęcam do odwiedzin Chabówki. A także do podróży koleją na trasie Chabówka- Kasina Wielka. Na miejscu można także skorzystać z wyciągu na Śnieżnicę. W tym roku już się nie załapiecie, ale na przyszły sezon wpiszcie sobie w swoje kalendarzyki 🙂

zdjęcie 4 zdjęcie 3zdjęcie 3zdjęcie 41 2 3zdjęcie 1 4 5 6 7 8 9