Ciasto marchewkowe – zdrowa alternatywa

Przepis na marchewkowe specjały już się kiedyś na blogu pojawił. Marchewkowymi muffinkami zajada się Mati od małego. KLIK

Tym razem coś dla nas, dorosłych lub dla starszych dzieciaków (mój trzylatek wcinał, aż mu się uszy trzęsły).

Zdrowa wersja ciasta marchewkowego. Smaczna i prosta w przygotowaniu. Proporcje na oko (serio, tu nie ma co zepsuć, ciasto i tak nie wyrasta, więc o zakalec martwić się nie musimy).

 

Potrzebujemy:

– około kilograma marchewek (trzemy na drobnym oczku lub puszczamy przez wyciskarkę- wtedy bierzemy tylko „odpad” a sok pijemy na zdrowie)

– 2-3 szklanki płatków owsianych (dałam błyskawiczne, ale można i górskie)

– 4 jajka

– szczypta soli, 1,5 łyżeczki przyprawy do piernika

– 3- 4 łyżki miodu (dałam wielokwiatowy)

– łyżeczka sody oczyszczonej

– 2 garście orzechów (włoskich, ale można zrobić miks np z laskowymi, nerkowca, migdałami- wszystko drobno siekamy, można w blenderze)

– 2-3 łyżki oleju kokosowego (nierafinowanego! ma pachnieć:) )

Do posmarowania serek naturalny (np Mocarz (świetny skład!), Prsident, Philadelphia itp)

 

DSC_0158

Marchewkę obieramy, trzemy na najdrobniejszym oczku. Odciskamy sok. Ja użyłam wyciskarki, więc wióry były suche. W takim przypadku potrzeba mniej płatków owsianych. Płatki mielimy w blenderze na mąkę – zwykle około 20 sekund. Ma wyjść mąka. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę ze szczyptą soli. Dodajemy żółtka i delikatnie mieszamy. Następnie dodajemy startą marchew partiami. Mieszamy. Znów dodajemy mąkę z płatków i wszystkie przyprawy, 2 łyżki miodu i orzechy. Mieszamy oczywiście. Na koniec dodajemy 2 łyżki oleju kokosowego. Zgadnijcie co robimy? Podpowiem- mieszamy 😉

Małą blaszkę smarujemy pozostałą 1 łyżką oleju kokosowego. Ciasto wykładamy. Równamy i wkładamy do nagrzanego na 175 stopni piekarnika. Pieczemy około godziny (trzeba zaglądać- im niższe ciasto z uwagi na wielkość blaszki, tym krócej pieczone).

Po wystygnięciu wierz możemy posmarować delikatnym, kremowym serkiem z domieszką miodu lub soku cytrynowego.

Ciasto jest ciężkie, mokrawe.

W kuchni malucha – kompot z czereśni

Lubicie kompoty? Ja uwielbiam. Jak nic innego kojarzą mi się z dziecięcymi latami. Spiżarka babci zawsze pełna była słoików, w których zamknięto dary ciepłego lata. Piło się je litrami, bo w sklepach nie było tak jak obecnie ogromnego wyboru soków i innych kolorowych napoi. Jedynie oranżada w torebce, której wyjątkowy smak pamiętam do dziś i woda z syfonu.

Obecnie królują świeżo wyciskane soki i wcale się nie dziwię. To najzdrowsza alternatywa dla zwykłej wody. Ale czasem po prostu chce się czegoś innego, czegoś „swojego”. Z pomocą przychodzą odchodzące w zapomnienie kompoty.

DSC_0692

W tym roku postanowiłam sobie o nich przypomnieć. Zwłaszcza patrząc na smakowite czereśnie. Owoce, które tak krótko cieszą me oczy, a które mogłabym pochłaniać bez końca. Zimą wyjątkowo brakuje tego smaku. Dlatego na jesienną chandrę i zimowe wieczory pozamykałam ogromne bordowe owoce i ich różaną odmianę w szklane słoje. Już widzę jak szybko znikają 🙂

Jeśli macie ochotę, spróbujcie. To już ostatni dzwonek na czereśniowe przetwory.

Mój przepis, bardzo na oko. Za to nie wymagający wiele pracy.

  • ok 5kg owoców
  • ok 0,5kg cukru
  • 12 słoików (ja miała 6×0,5l oraz 6x 0,75l)
  • woda najlepiej przefiltrowana, zimna

Pierwsza i najważniejsza rzecz – słoiki i wieczka dokładnie myjemy. Ja swoje słoiki wsadziłam do zmywarki na program 50 stopni. Po umyciu dodatkowo na 5 minut zamknęłam je w piekarniku nagrzanym do 150 stopni. Wieczka już nie, ale bardzo dokładnie wytarłam je od środka, by ani kropla wody na nich nie została. Czyste i suche są gwarancją prawidłowego domknięcia i tego, że dotrwają do zimy.

Owoce po prostu umyłam i oderwałam ogonki. Nie drylowałam, nie sprawdzałam czy są robaczywe. Nie dlatego, że lubię dodatkowe białeczko, ale zjadłam wcześniej jakieś 0,5kg i na nic nie trafiałam (chyba). Zakładam, że reszta również była zdrowa. Oczywiście drylować możecie. Odrzucamy też wszelkie nadgnite, popsute owoce.

Jak już mamy słoiki umyte i wyparzone to do wysokości około 2/3 nakładamy owoców. Możecie zrobić osobno słoiki z różnymi odmianami (jeśli macie) czereśni. Możecie też je wymieszać. Możecie dodać innych owoców, np truskawek. Ja zrobiłam również takie i połączenie smaków jest bardzo fajne.

Słoiki z owocami zasypujemy cukrem. Wsypujemy tyle ile chcemy, tzn jeśli wolimy bardziej słodki kompot, który po prostu rozcieńczymy wodą dajemy cukru więcej. Taki idealny do picia po otwarciu to niecałe 2 łyżki cukru na słoik 0,5l. Ważne też jest oczywiście czy same owoce są słodkie. Moje były, więc 2 łyżki wystarczyły. Możecie też użyć większych słoików, zwłaszcza jeśli w domu znajduje się więcej amatorów letnich przetworów. Na słoik 0,7l dałam około 3 łyżek. Na litrowy analogicznie dałabym 4.

Następnie całość zalewamy wodą. Ja dodałam wodę z dzbanka, przefiltrowaną i oczywiście zimną, w ilości takiej by równo przykryć owoce. Następnie przetarłam ręcznikiem papierowym zewnętrzną część słoików (gwintową- przy wieczku). Sprawdziłam raz jeszcze wieczka (ach ta przezorność!), dokręciłam i voila! Możecie dodać laseczkę wanilii (lub kawałek) zwłaszcza gdy trafią Wam się mało słodkie owoce.

Do dużego gara wsadziłam starą ścierkę,następnie słoiki i zalałam całość wodą do 3/4 wysokości słoików. Od momentu zagotowania pasteryzowałam 25 minut. Wyciągając słoiki kładłam je do góry dnem, aby dobrze się domknęły. Oczywiście wszystkie 12 słoików nie zmieściło się na raz do gara, więc pasteryzowałam partiami. Przed włożeniem każdej nowej partii odlewałam trochę gorącej wody, zastępując ją zimną. Daje to pewność, że słoiki nie popękają przy kontakcie z gorącą wodą. Zwróćcie też uwagę, aby nie dotykały ścianek garnka.

Koniec, więcej pracy nie ma. Można się rozkoszować smakiem. Nawet na ciepło, choć radziłabym zostawić coś na jesienną chandrę 🙂

DSC_0683

Udanych przetworów i smacznego!

Jak gotować bez kostek rosołowych, zup i sosów w proszku, czym zastąpić vegetę i na co uważać podczas zakupów

Naszym babkom i prababkom, gotującym niedzielny rosół przez głowę by nie przeszło, by dorzucić do niego sztuczną kostkę. Pewnie dlatego, że tego typu wynalazki po prostu były poza ich zasięgiem. Wszystko się zmieniło wraz z postępem cywilizacji i tempem zapełniania sklepowych regałów. Nie mam pojęcia kiedy dokładnie ten „dobrobyt” spłynął na nasze stoły, jednak ja jestem pokoleniem, które jeszcze pamięta dzieciństwo bez smaku bulionu w kostce.

Na moją skrzynkę trafiło kilka pytań odnośnie kostek rosołowych i przerzucenia się na „normalne” jedzenie. Pytań tych zupełnie się nie spodziewałam, zapoczątkował je wpis na fb dotyczący rezygnacji z chemicznych środków czystości.

Wszystkie brzmiały podobnie, a mianowicie chodziło o to jak ugotować zupę bez kostki by smakowała jak zupa. No cóż, nic prostszego. Pod jednym ważnym warunkiem! Musimy zapamiętać, że zupa bez kostki smakuje zupełnie inaczej i po prostu musimy przejść „odwyk kostkowy„. Smak, od którego po prostu większość ludzi jest uzależniona jest efektem zastosowania w kostkach bulionowych różnego rodzaju wspomagaczy smaku, glutaminianu sodu. Specjalnie piszę o odwyku, bo mało kto zdaje sobie sprawę, że glutaminian może uzależniać podobnie jak papierosy czy narkotyki. Tak, tak. Owszem, nie wywołuje żadnych sensacji, ani nie wpływa na nasz poziom nastroju, jednak wywołuje tzw. sztuczny apetyt zakłócając funkcjonowanie rdzenia mózgowego. Dlatego po jakimś czasie stosowania tego związku aminokwasów (bo glutaminian jest niczym innym niż jednym z 20 aminokwasów tworzących białka) nasz mózg smakując potrawę bez jego dodatku czuje się oszukany, a potrawa mdła, niewyrazista i po prostu bez smaku. Glutaminian znajdziecie praktycznie wszędzie, najczęściej jednak w tzw. śmieciowym jedzeniu typu fast food. Chodzi po prostu o to, by wzbogacić smak czegoś, co naturalnie byłoby po prostu nie do zjedzenia. Weźcie chipsy, pasztety, wędliny. Bleh, wszędzie to siedzi. Nawet jeśli na opakowaniu nie znajdziecie informacji, że w składzie znajduje się glutaminian popatrzcie uważnie czy aby na pewno nie ukrył się on pod nazwą: E621, ekstrakt drożdżowy, autolizowane drożdże (wydawałoby się że takie niewinne, co?), hydrolizowane białka roślinne.

Chemia, chemia sama chemia. Minie trochę czasu zanim organizm przejdzie odwyk i normalne jedzenie bez dodatku glutaminianu zacznie smakować dobrze. Ciężko powiedzieć jak długo, u jednych kilka tygodni, u innych miesięcy. Z mojego domu kostki i wszelkie produkty, które na pierwszy rzut oka zawierają ten syf zniknęły kilka lat temu na dobre. Owszem, są sytuacje kiedy sięgamy po paczkę chipsów lub hamburgera na mieście. Mam jednak zasadę, że posiłki, które przyrządzam w domu są bez dodatku chemii. Bo o ile w szybkiej przekąsce lub obiedzie na mieście nie mam pewności co do składu, o tyle do tej domowej dodaję tylko to,co rzeczywiście powinno się tam znaleźć. I nie ma pod tym względem wyjątków. Dzięki temu jedzenie, które zawiera glutaminian wyczuwam bez najmniejszego problemu. Zwykle jest ono po prostu za słone i szczypie w język oraz podniebienie.

No dobra, ale pytaliście jak gotować bez tego dodatku, by jedzenie smakowało dobrze. Aby wspomóc się w walce z nałogiem, a na przyszłość nabrać dobrych zwyczajów przygotowałam dla Was ściągawkę, wg której postępuję ja sama i która w moim domu sprawdziła się doskonale. Nie tylko na glutaminian, ale i na kilka innych równie uzależniających substancji w produktach.


KOSTKI ROSOŁOWE – czym zastąpić?


Niczym innym jak włoszczyzną i ziołami. W ogromnej ilości. Serio. Do gara z wodą wrzucamy ile tylko możemy marchwi, korzenia pietruszki, selera, pora, osmażonej na ogniu cebulki, naci pietruszki. Gotujemy bulion dodając do smaku sól i ponownie dużą ilość ziół. U mnie to zawsze jest liść laurowy, ziele angielskie (zwykle kilka ziaren), pieprz ziarnisty, lubczyk (zimą suszony, ale latem warto wyhodować nawet na balkonie w donicy – tylko uwaga kawał „krzaka” z niego rośnie). Do każdego bulionu, bez względu na to czy ma on wkładkę w postaci mięsa czy nie, dodaję ok. łyżki oliwy z oliwek.

Jeśli bulion ma stanowić bazę zupy o bardziej wyrazistym smaku, takiej jak kapuśniak, grochówka, żurek dodaję też obowiązkowo majeranek. Dużo majeranku, a także kminek (może być mielony).

Jeśli nie mamy czasu, aby tego typu bulion gotować do każdej zupy to wystarczy po prostu raz na jakiś czas ugotować więcej, przelać w pojemniczki na lód i zamrozić. Wyciągać w razie potrzeby. Świetnie nadają się do zup oraz wszelkiego rodzaju sosów. Podobnie można postąpić z resztkami niedzielnego rosołu, oczywiście gotowanego bez dodatku kostek. Chociaż u mnie to się nigdy nie sprawdza, bo poniedziałkowa pomidorowa przecież najlepsza jest na bazie niedzielnego rosołku 🙂

Oczywiście w eko sklepach znajdziecie sporo kostek bez dodatku glutaminianu. Uważam jednak, że nie ma co przepłacać na prawdę sporych pieniędzy skoro możemy sobie je sami przygotować w domu. Chyba, że ktoś potrzebuje na wczoraj, to wiadomo…


DOMOWA VEGETA – jak przygotować?


Znam sporo osób, które nie używają kostek bo to samo zło, ale vegetę lub inne kucharki czy potravki sypią na potęgę. Taka przyprawa to nic innego jak kostka rosołowa, tylko w formie sypkiej, nie utwardzonej. W jej składzie znajduje się również glutaminian a często także inne szkodliwe wzmacniacze smaku. Dzięki Bogu nie ma tu utwardzonego tłuszczu roślinnego, który najczęściej znajduje się w kostkach, ale nie zmienia to faktu, że jest to taki sam syf.

Co, więc mamy zrobić jeśli lubimy taką formę doprawiania?

domowa wegeta

Najprostszym sposobem jest kupno suszonej włoszczyzny w woreczku lub pojemniku i zmielenie jej za pomocą blendera lub młynka do konsystencji proszku. Tak otrzymany proszek mieszamy z solą (najlepiej himalajską- różową drobnomieloną) w proporcjach 2-3/1. Przesypujemy do ulubionego pojemniczka i oszukujemy nasze przyzwyczajenia 😉 Swoją drogą zobaczycie jaka różnica w cenie wyjdzie.


SOS Z TOREBKI – jak sprawić by domowy miał smak i konsystencję?


To, co teraz napiszę może nie jest pomysłem high level jeśli chodzi o zdrową półkę żywieniową. Ale na pewno jest milion razy bardziej zdrowszą formą niż sos z torebki. A na pewno dużo tańszą.

Otóż jak pewnie większość Was pamięta, jeszcze z czasów „sprzed” torebkowego żarcia, że sosy zwykle robi się na zasmażce. Banalna sprawa, bo mięso lub warzywa wystarczy podsmażyć na odpowiedniej ilości tłuszczu, następnie posypać odpowiednią ilością mąki, a następnie zalać przegotowaną wodą. W zależności jak długo podsmażymy produkt bazowy, otrzymamy sos ciemny lub jasny. W międzyczasie dodajemy różne dodatki takie jak zioła, przyprawy. Zasmażka do najzdrowszych nie należy, podobnie jak i sosy, ale zjadane z umiarem zwykle nie szkodzą. No chyba, że ktoś ma predyspozycje do zgagi i wzdęć po tego typu potrawach, wtedy powinien sosy zasmażkowe zamienić na te przygotowywane z dodatkiem jogurtu naturalnego lub ewentualnie (!) śmietany.


UWAGA na SYROP GLUKOZOWO – FRUKTOZOWY


Odkąd mam świadomość jaką mam, wystrzegam się jak diabeł święconej wody. A pech chce, że najczęściej spotykam go w produktach przeznaczonych dla (uwaga!) dzieci! Dlatego szerokim łukiem omijam gotowe batony, soczki i innego równie „pyszne” i słodkie pożywienie. Wierzcie mi, można znaleźć bez problemu produkty bez jego dodatków, tylko trzeba uważnie przeczytać etykiety. Tylko nie zdziwcie się, gdy znajdziecie go w produktach, w których byście się najmniej spodziewali – ja np. ostatnio w jogurcie naturalnym. Na drugim miejscu :/

Z cukrem jest dodatkowo kłopot, bo jak wiadomo żaden nie jest zdrowy. Ja osobiście staram się kupować trzcinowy (uwaga na barwione podróbki). Nie używam w domu zamienników typu ksylitol, stewia (bo nigdy nie kupowałam), przejechałam się natomiast na syropie z agawy, który miał być najzdrowszy, a w rzeczywistości wcale taki nie jest. Wyczytałam natomiast ostatnio, że warto zainteresować się naturalnym syropem klonowym, bo (uwaga!) pomaga w walce z cukrzycą! 🙂


OLEJ SŁONECZNIKOWY, RZEPAKOWY, UNIWERSALNY CZY OLIWA? Na czym smażyć?


Przyznaję z ręką na sercu, że ostatnio legło w gruzach moje złudzenie o wyższości oleju rzepakowego nad słonecznikowym. Dowiedziałam się bowiem, że rzepak występujący w naturze posiada kwas erukowy, który jest szkodliwy dla zdrowia. Co prawda w Polsce od ponad 20 lat hoduje się już odmiany bezerukowe, jednak przemawiają do mnie słowa, że jeśli coś matka natura dała nam w takiej formie, a nie w innej to nie bez powodu. Skoro rzepak posiada ten kwas w naturze i żeby nasz organizm go przyswoił musimy go modyfikować, to może lepiej faktycznie poszukać czegoś „nieszkodliwego” z natury. I tym sposobem trafiłam na olej kokosowy. Można na nim smażyć bez obaw o zachodzące w trakcie podgrzewania rakotwórcze reakcje chemiczne. Fakt, tani nie jest, ale prawda taka, że smażonych potraw to akurat powinniśmy jeść jak najmniej.

e6be7505f2858097def6941c368cf194

UWAGA!


Tłuszcz palmowy (kokosowy rafinowany) to NIE to samo co olej kokosowy. Pod tymi dwoma bardzo podobnymi nazwami kryją się zupełnie inne produkty. Ten pierwszy jest najtańszym tłuszczem, bardzo nie zdrowym, który zawiera tłuszcze nasycone, który w dodatku przez sposób pozyskiwania jest zagrożeniem dla środowiska. Unikajmy jak ognia wszystkiego co zawiera utwardzony tłuszcz roślinny lub po prostu tłuszcz palmowy. Często spotkacie go pod nazwą tłuszcz roślinny, olej roślinny lub tłuszcz roślinny utwardzany. Wszystkie wstępnie podsmażane produkty (jak frytki, panierowane ryby, a nawet mrożone warzywa na patelnię) posiadają utwardzony tłuszcz. Podobnie sprawa ma się z różnymi kupnymi ciastami, paluszkami, przekąskami. Cały przemysł cukierniczy bazuje na tego typu produktach. To produkty cholernie niebezpieczne dla Waszych pukawek. A serducha macie tylko jedne i wierzę, że mają dla kogo bić.


 

Do wykorzystania na zimno natomiast bardzo dobre są oleje z pestek winogron czy też oliwa (z oliwek oczywiście), olej lniany.


CZEGO JESZCZE UNIKAĆ?


  • cukru wanilinowego – zamiast wanilii znajdziemy w nim wanilinę, czyli po prostu związek chemiczny. Swego czasu w sieci głośno było o Japończykach, którzy wanilinę pozyskali z krowich łajen. Tak, więc ten tego- smacznego 😉

Cukier waniliowy możemy zrobić sami. Wystarczy, że do słoika z cukrem wsadzimy dwie laski świeżej wanilii, której aromat przesiąknie do cukru.

  • oszukanych chlebów- naturalny chleb pieczony jest na zakwasie, mące, soli i wodzie. Czasem z dodatkiem drożdży. Wszelkie dodatki typu spulchniacze, polepszacze, dodatki barwiące w postaci słodu jęczmiennego lub karmelu (ten ostatni jest zakazany, ale różnie bywa). Najwięcej syfu dodaje się do pieczywa tostowego, także uważajcie.
  • oszukanej bułki tartej – podobnie jak w przypadku chleba trzeba zwracać uwagę na bułkę tartą, która często pozyskiwana jest z pieczywa naszpikowanego chemią jak tralala.
  • oszukanych przetworów mlecznych – znalezienie jogurtu naturalnego, który w składzie nie posiada mleka w proszku graniczy z cudem, a ostatnia afera dotycząca biedronkowego mleka w butelce daje do myślenia. Nie pozostaje Wam nic innego jak czytać składy, ale ten nawyk powinniście mieć wyrobiony nie tylko w przypadku nabiału.
  • produktów GMO- zwłaszcza kukurydza, soja i rzepak. O samym GMO napiszę Wam innym razem, bo jak się okazuje Polacy mają małą świadomość w tym temacie.
  • produktów pakowanych w opakowania PET- ostatnio jedna ze znajomych mnie uświadomiła w temacie, bo wcześniej nie do końca do mnie docierało. Oczywiście o szkodliwym BPA słyszał każdy rodzic, który stanął przed kupnem butelki, smoczka czy pojemników na żywność. Ale o szkodliwości zwykłej plastikowej butelki i jej wpływie np na wodę mineralną mało się mówi. Natomiast niemieccy naukowcy udowodnili, że woda mająca kontakt z plastikowym opakowaniem, stojąca często dłuższy czas, zawiera czynniki chemiczne o działaniu zbliżonym do estrogenów, zaburzając prawidłowy przebieg procesów fizjologicznych komórek mających kontakt z wodą. W skrócie oznacza to, że powinny jej unikać kobiety, zwłaszcza te mające problemy z tarczycą. Jaka jest alternatywa? Kupujmy wodę w szklanych butelkach.
  • mięs szprycowanych chemią, antybiotykami i hormonami – zwłaszcza należy uważać na drób (kurczaki). Jednak nie tylko mięso może być niebezpieczne. Także i jaja kurze powinny wzbudzić naszą czujność, gdyż to co zjada kura odkłada się nie tylko w jej ciele, ale i w jaju.

Na dziś tyle. Wiadomo, że w obecnych czasach ciężko całkowicie wyeliminować powyższe zagrożenia, ale mając ich świadomość będziemy ostrożniejsi. A przy zachowaniu środków ostrożności na pewno też zdrowsi, czego Wam z całego serca życzę! 🙂 A jeśli jest coś, o czym zapomniałam lub nie miałam pojęcia, bardzo proszę w komentarzach o podzielenie się wiedzą. Dla dobra pozostałych 🙂

 

 

 

 

 

Pikantna zupa krem z soczewicy

Zupa ta chodziła za mną od dawien dawna. Pierwszy raz spróbowałam jej podczas pobytu w Warszawie i już wtedy wiedziałam, że koniecznie zrobię taką samą w domu. Problem tkwił jednak w tym, że albo brakowało składników, albo chęci.

Smaki jednak zrobiły swoje, a przepis od jednej z dziewczyn na FB zmobilizował do działania. Nie byłabym sobą, gdybym oczywiście trochę nie zmodyfikowała. Zwłaszcza, że oryginał przewidywał dodatek ciecierzycy, którą owszem miałam, ale nie puszkowaną. Nie namoczyłam jej na noc, więc musiałam czymś zastąpić. I tak pomysł padł na ziemniaka. Efekt? Bardzo zadowalający

Składniki:

2 szklanki soczewicy czerwonej

1 duża papryka czerwona

1 puszka pomidorów krojonych (latem mogą być świeże)

2 ziemniaki

1 cebula

2 ząbki czosnku

2 litry wody

1 łyżka oleju

Przyprawy: łyżeczka- kurkumy, cynamonu, papryki mielonej słodkiej, mielonego imbiru i majeranku; ok. 1/2 łyżeczki pieprzu cayenne, 2 listki laurowe, szczypta kminku i sól do smaku

Sposób przygotowania:

Na początek dobrze płuczemy soczewicę, a następnie zalewamy ją 2 litrami wody. Dodajemy dwa ziemniaki pokrojone w drobną kostkę. Gotujemy na wolnym ogniu około 15- 20 minut. W międzyczasie paprykę oraz cebulę siekamy na drobne kawałki i podsmażamy na oleju z dodatkiem czosnku. Dodajemy pomidory i podsmażamy do czasu aż woda nie odparuje.

Następnie całość dodajemy do gotującej się soczewicy z ziemniakami. Podgotowujemy przez około 3-4 minuty. Wyłączamy gaz i blendujemy wszystko na gładką masę. Po zmiksowaniu ponownie włączamy gaz i dodajemy przyprawy. W zależności od naszych upodobań dozujemy odpowiednią dawkę pieprzu cayenne. Sól dodajemy na samym końcu, by soczewica nie straciła swoich właściwości odżywczych.

Zupa ma mieć wyraźny smak, ma posiadać gładką konsystencję. Ja podaję z grzankami lub chrupiącą bagietką. Całość można posypać posiekaną natką pietruszki. Mati zajada się nią na równi z pomidorową.


 

Na koniec słów kilka o soczewicy, która ze względu na swoje właściwości odżywcze szczególnie polecana jest kobietom w ciąży oraz mamom karmiącym. Roślina ta zawiera dużą ilość kwasu foliowego (pokrywa 45% dziennego zapotrzebowania) i żelaza, dlatego powinny zajadać się nią zwłaszcza osoby cierpiące na anemię. Pamiętać należy jednak, aby solić ją już pod sam koniec gotowania, a sam proces obróbki cieplnej nie powinien trwać dłużej niż 25-30 minut. Soczewica czerwona nie wymaga namaczania.

 

Karnawałowe racuchy jabłkowe

Jednym ze smaków mojego dzieciństwa są racuchy. Pulchne, z chrupiącą skórką, złociste. Pokryte delikatną kołderką z cukru pudru. Jedzone na ciepło i popijane kakao.

Nie potrafię się im oprzeć nawet teraz, prawie 30 lat później. Ich smak przypomniała mi moja mama, a babcia Mateuszka. To już taka nasza tradycja w rodzinie, bo dla mnie racuchy również robiła babcia. Ta od strony mamy. Od strony taty babcia robiła mistrzowskie oponki. Niestety jej przepis się nie zachował. Podobnie jak ten na niedzielną zalewajkę.

Dziś, kiedy mama postawiła przed nami talerz pełen aromatycznych i złocistych racuszków pierwsze co pomyślałam to, że muszę ten smak zachować na później. Mam nadzieję, że kiedyś sama będę babcią. Więc cóż dam swojemu wnuczkowi jeśli nie pyszne, karnawałowe racuchy ?

Składniki na ok. 20 średniej wielkości racuchów:

2 szklanki mąki

1,5 szklanki mleka

4 łyżeczki cukru

0,5 łyżeczki cynamonu

pół opakowania drożdży

1-1,5kg jabłek (najlepiej Antonówek lub innych późnych jesiennych jabłek np. Malinówek)

 

Wykonanie:

Rozpuścić drożdże w ciepłym mleku (1/4 szklanki), szczypta cukru. Do miski wsypać mąkę, wyrobić środek, wlać mleko z drożdżami. Odstawić na 30 minut w ciepłe miejsce. Pozostałe mleko połączyć z cukrem. Po wyrośnięciu drożdży wymieszać wszystko razem, wlać mleko, dołożyć jabłka pokrojone w grube plastry. Wymieszać i odstawić w ciepłe miejsce na 30 minut.

Smażyć na głębokim oleju na złoty kolor. Po usmażeniu wyłożyć na ręczniku papierowym, a po odsączeniu przełożyć na talerzyk i posypać cukrem pudrem.

Wcinać, aż się uszy trzęsą. Można podać z ulubioną konfiturą, wtedy jest bardziej na słodko. Można urozmaicić i dodać do jabłek również banany.

Lubią dorośli, lubią dzieciaki. Mati woła na nie pizza 🙂