Ludzie ludziom zgotowali ten los

Przestaje lubić ludzi. Patrzę na to wszystko co się dzieje dookoła z ogromną odrazą. Jak zwierzęta, jak hieny. Wygłodniałe.Tyle jadu. Okropnych słów. Agresywnych zachowań. Gróźb, wyzwisk i szantażu. Wolność słowa, brak kultury. Chamstwo. Nie lubię Was ludzie. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to Medaliony Nałkowskiej. „Ludzie, ludziom zgotowali ten los…”

Każdego dnia co raz więcej tego typu absurdalnych zachowań. Są niczym lawina. Nie włączam odbiornika TV to jad wylewa się z facebookowego walla.

Myślałam, że temat przycichnie, jak każda inna medialna sensacja. Ale nie. To wydaje się być specjalnie nakręcane. Na czyjeś zlecenie. Tylko głupiec tego nie pojmie. Nie ma znaczenia czy szczepisz, czy nie szczepisz. Stań chwilę i pomyśl. Zobacz co się dzieje dookoła. Nie przypomina Ci to czegoś?

W jaki sposób najprościej sprawować nad kimś kontrolę? Wywołując w nim strach. Metoda stara jak świat. Straszyło się ludzi od wieków. Gniewem Bożym, klęskami, epidemiami, końcem świata, wojną. Nic nie działa na człowieka wyobraźnię jak strach. Zwłaszcza przed nieznanym. Całkiem niedawno z ust moich znajomych nie schodził temat Ukrainy. Niektórzy nawet zapasy robili. Cukier, mąka, warzywa w puszkach. Bo przecież wojna będzie, ruskie wejdą. Pomordują.

Teraz mordujemy się sami. Linczujemy. Na razie medialnie, choć groźby zaczynają pojawiać się wśród znajomych. Rasizm w pełnej okazałości.

Jeden z krakowskich radnych proponuje, by dzieci nie szczepione nie miały wstępu do publicznych przedszkoli i żłobków. Nie ma znaczenia czy dziecko nie zostało zaszczepione, bo jest ciężko chore, bo przeszło poszczepiennego NOPa czy po prostu rodzic z obawy odmawia szczepienia. Zbliżają się wybory, temat mocno kontrowersyjny. Społeczeństwo w większości popierające to, co nam tłuką od pokoleń do głów na temat szczepień, więc można wypłynąć. Nie chodzi przecież o dobro dzieci. Szczepionych czy nie szczepionych. Chodzi o to,by wygrać wybory. A żeby to zrobić można posunąć się do różnych rzeczy. Zapisać do grupy rodziców, których historia ze szczepieniami skończyła się tragicznie. Wywiązać dyskusję, sprowokować, a potem bez pardonu print screeny umieścić na swoim profilu. I cieszyć się jak dziecko, które właśnie zabawiło się w detektywa. Szantaż słowny. Że usunie „dowody” po przywróceniu do grupy. Nie wydaje Wam się to śmieszne? Dziecinne zagrywki poniżej pasa w wykonaniu dorosłego człowieka? Reprezentującego naród, a przynajmniej mieszkańców jednej z dzielnic Krakowa? Takich ludzi wybieramy, takim ludziom dajemy przyzwolenie na decydowanie o tym jak mamy żyć.

Polityczne afery. Młyn na wodę. Co się stało z frankowiczami? Dlaczego nagle zrobiło się o nich cicho? Przecież temat wciąż istnieje. Ludzie kredytów nie pospłacali. A może żeby zagłuszyć głos zbuntowanego narodu trzeba dać krzyczeć innym. A może powiecie, że Państwo już im pomaga, dlatego jest cicho? Na prawdę w to wierzycie? Zupełnym przypadkiem byłam świadkiem jak UOKiK potraktował wszystkich zainteresowanych odsyłając „masową” odpowiedź. Wraz z danymi adresowymi. Ponad 600 nazwisk i adresów. Tak poważnie traktuje się obywatela i jego problemy.

Ktoś z Was jeszcze pamięta, że całkiem niedawno, zanim wybuchła ta cała afera odrowa, prezydent podpisał ustawę o GMO? Czemu o tym nie mówicie? Nie przeszkadza Wam to? Boicie się dziecka sąsiadki, bo nie było zaszczepione na odrę, a ani trochę nie rusza Was fakt, że już do końca życia Wy i Wasze dzieci będziecie zajadać coś, co wcześniej zostało specjalnie zmodyfikowane. Już teraz idąc na zakupy ciężko wśród produktów na półkach znaleźć coś, co byłoby po prostu jedzeniem. Bez chemii, konserwantów, polepszaczy i innych dodatków. Zastanowiłeś się kiedy przyjdzie dzień, że takich produktów nie będzie wcale?

Odra. Temat rzeka. Dosłownie. Już kilka osób napisało do mnie w tej sprawie, wiedząc, że Mati nie dostał tego szczepienia. Mam sporo znajomych, którzy szczepią. Szanuję ich zdanie i to, że szanują zdanie moje. Nie atakują. Z troski pytają. Czy się nie boję. Bo epidemia.

Boję się. Ludzi się boję i tego, że robią im wodę z mózgu. Że nie mam pewności czy któregoś dnia jakiś wariat się na mnie nie rzuci, bo moje dziecko zagrożeniem dla niego będzie. Potencjalnym. Boję się, że przez moją decyzję (którą podejmowałam bardzo długi i czas i nie był to impuls pod wpływem mody dyktowanej przez antyszczepionkowców) będzie cierpieć moje dziecko. Bo uderzy w niego rasizm. Zakaz wstępu do przedszkola, do szerszej społeczności. Odmowa praw zagwarantowanych w konstytucji. Nienawiść. Doskonale rozumiem jak muszą się czuć wszyscy, którzy w pewien sposób należą do odmiennych. Ze względu na rasę, przekonania religijne, orientację seksualną. Wszyscy jesteście zajebiście tolerancyjni. Pod warunkiem, że nie dotyczy to Was bezpośrednio.

Dlaczego ja, matka dziecka nie szczepionego na odrę, nie boję się tej choroby, a boją się jej wszyscy, którzy zaszczepili swoje pociechy? Przecież jesteście chronieni. Wasze dzieci wedle wiedzy przekazywanej Wam przez lekarzy nie zachorują.Dlaczego moje dziecko jest zagrożeniem dla Twojego? Bo nie szczepione? A kiedy Ty ostatnio się szczepiłeś? 20 lat temu? Wiesz jakim zagrożeniem jesteś Ty dla mojego dziecka? Wiesz jakim zagrożeniem jest Twoje dziecko dla mojego? To Twoje dziecko nosi w sobie żywy wirus tej choroby. Nie moje.

A skoro tak bardzo władze boją się tej „epidemii” to dlaczego nie wprowadzą szczepionki przeciwko samej odrze? Bo nie opłacalna prawda? Lepiej 3 w 1. Przecież świnka i różyczka jest równie zabójcza. O ludzie. Choroby wieku dziecięcego, kiedyś przechodzone przez każdego z nas. Miałam świnkę. Cieszyłam się, bo przez tydzień nie musiałam iść do szkoły. Było to w połowie podstawówki. Końcem roku Matiego obsypało na buzi i na rączkach. Kilkudniowa wysypka bez większych dolegliwości. Lekka gorączka na początku. Myślałam, że może drugi raz trzydniówka, ale nie do końca mi pasowało. Stwierdziłam, że alergia. Ostatnio przy okazji badań zrobiłam sobie przeciwciała na różyczkę. Bardzo wysokie IgG wskazało, że miałam kontakt z osobą chorą na różyczkę. Pojawiła się sugestia, że Mati wtedy przeszedł ta chorobę. Nie mam pewności. To tylko podejrzenie. Ale uzmysłowiło mi, że chyba jednak lepiej aby dziecko samo nabrało odporności. Zwłaszcza na choroby wieku dziecięcego. Bo przechodzi je lekko. Dużo ciężej bywa gdy się jest dorosłym.

Choroby wieku dziecięcego nie są groźne, gdy prawidłowo odżywiamy swoje dzieci. Gdy dbamy o odpowiednią dawkę ruchu. Odra też nie jest groźna, a powikłania po niej występują w przypadku organizmów słabych, niedożywionych, żyjących w brudzie. Gdy wprowadzi się nieodpowiednie leczenie. Antybiotyk nie jest lekiem na odrę, a najczęściej to on jest wprowadzany jako pierwszy. Zresztą o częstotliwości nieuzasadnionego przepisywania antybiotyków wśród lekarzy co niektórzy też mogliby sporo napisać.

Wszędzie manipulacje. Czytacie artykuł, że dziecko w Niemczech zmarło na odrę. A doczytaliście oficjalne stanowisko szpitala, że było ciężko chore na serce i sama odra nie była przyczyną zgonu? Doczytaliście, że chłopiec BYŁ szczepiony na odrę? Słyszeliście o dziewczynce z Wrocławia, która znalazła się w szpitalu z podejrzeniem odry? Obiła Wam się o uszy informacja, że to dziecko pochodzenia romskiego, gdzie dzieci na choroby zakaźne nie szczepi się wcale? Czytacie i słuchacie to, co chcą Wam przekazać. Cała ważna reszta jest przemilczana. Tak jak w przypadku chłopca, u którego po kilku latach pojawiły się powikłania po odrze. Odrze poszczepiennej. Ale o tym nikt nie wspomina.

W sieci pojawił się kolejny tendencyjny artykuł. List młodej lekarki, kierowany do rodziców dzieci nie szczepionych. Pięknie działa na emocje, zwłaszcza jego końcówka. Daję sobie rękę uciąć, że pisany na zlecenie koncernu. Nie wierzycie, że tak to działa? Nawet na moją skrzynkę mailową przyszło swego czasu kilka zapytań o artykuł sponsorowany w tym temacie. Miała być afera z pneumokokami. Chyba nie wyszło. Nie było chętnych. Nawet za kasę. Wcale nie małą.

Ale wracając do listu. Noworodek, który zaraża się od dziecka nie szczepionego. Zbiorowość odpowiedzialna jednostki. A ja się pytam kto weźmie odpowiedzialność za zdrowie mojego dziecka gdy stanie się coś złego? Lekarz nie.Bardzo wątpię. Gdy Mati przestał głużyć po szczepieniu zostałam z tym sama. Lekarka spanikowała, ale do bazy nie zgłosiła. Bo wyszczepialność.

Więc może Ty? Serio? Co zrobiłeś dla wszystkich tych rodziców, których dzieci przeszły krzk mózgowy, drgawki, encefalopatię, małopłytkowość, porażenie? Które zostały pozbawione szansy na normalne życie? Nic. Nic nie zrobiłeś. W zamian za to wykrzykujesz agresywne hasła w ich stronę. Ludzie, ludziom…

Nie ma człowieczeństwa. Nie ma empatii. Pozabijamy się w imię..no właśnie. W imię czego? Interesów firm produkujących szczepionki? W imię interesów polityków? Pieniędzy, o które chodzi. Pieniędzy zarobionych kosztem zdrowia Twoich i moich dzieci. Na prawdę o to Ci chodzi? By być ofiarą ludzi pokroju Mengele?

 

 

Zanim zaszczepisz – Kwalifikacja do szczepienia

Jakiś czas temu poruszyłam na blogu temat szczepienia MMR. Szczepienia jak się okazało dość kontrowersyjnego z punktu widzenia ewentualnych powikłań. Odezwały się różne mamy, pojawiły się różne komentarze. Jedne pisane przez zwolenników szczepień, inne przez przeciwników. (polecam lekturę komentarzy).

Mateusz jest dokładnie w wieku, w którym powinien zostać zaszczepiony szczepionką MMR 1.
Ma skończone 14 miesięcy.
Decyzji jednak jeszcze nie podjęłam.

Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie drążyła tematu. Nie wspomnę, że przeczytałam masę przeróżnych publikacji, opinii na forach, wypowiedzi mam zarówno tych szczepiących jak i nie szczepiących.

Zasięgnęłam również opinii lekarzy, w tym znajomego lekarza, który wiem, że dla zasady nie powie „szczep”, „nie szczep” i niech się dzieje co chce.

Dziś jesteśmy po wizycie u naszej doktor. Poszłam w innym celu, ale jak wiadomo. Jeden rzut oka w kartę i stwierdzenie, że mamy przed sobą szczepienie.

Nie należę do osób, które kręcą i krętaczą. Powiedziałam Pani doktor wprost, że chciałabym odłożyć szczepienie do 2 roku życia, bo się boję. Powiedziałam o moich obawach dotyczących powikłań, o tym co przeczytałam. Przypomniałam o tym co wydarzyło się po drugiej dawce szczepienia 5w1.
Jak na razie bez problemu szczepienie zostało odroczone do marca- kwietnia, kiedy okres infekcji będzie mniejszy, a ząbki mam nadzieję dadzą nam odpocząć. Co będzie dalej, czas pokaże.

Ale nie o tym dziś chciałam.Dzisiejszy post nie odpowie Wam na pytanie szczepić czy nie. Nie podejmę za Was tej decyzji, bo jest to kwestia indywidualna. Nie mam wiedzy dostatecznej, by podyktować Wam konkretnie co robić. Sama się przecież miotam.

Chcę Was jednak poprzez ten wpis uczulić, że zanim zdecydujecie się na którąś z opcji, to warto zrobić w temacie wszystko co możliwe (nie ma znaczenia czy decyzja będzie na tak lub nie). Nadmiar wiedzy jeszcze nikomu nie zaszkodził. A właśnie tą wiedzą chciałam się dziś z Wami podzielić.
Chciałam o świadomości, której wiele mam nie ma. Już pomijam, że spory odsetek mam wcale nie orientuje się, że poza gorączką istnieją jakiekolwiek inne niepożądane odczyny szczepienne (NOP).
Możecie o nich poczytać na wielu stronach w internecie, możecie przeczytać na ulotce preparatu, którym będziecie szczepić.
Ale przede wszystkim o zagrożeniach powinien poinformować Was lekarz podczas tzw kwalifikacji do szczepienia.
Ja ucięłam sobie dziś z Panią doktor pogawędkę. Nie odnośnie tego, co złego może się wydarzyć, bo wiedzę w temacie zgłębiłam. Porozmawiałyśmy o tym, co zrobić żeby uniknąć złego. Czyli jak maksymalnie ograniczyć ryzyko wystąpienia NOP przy założeniu, że zdecyduję się dziecko zaszczepić.
Przyznaję, moja lekarka pod tym względem jest ok. Wiem jednak, że wielu lekarzy machnie ręką i powie „bez przesady, nie dajmy się zwariować! zaszczepiłem tysiące dzieci i nigdy żadnemu nic nie było”. Jeśli usłyszycie coś takiego, nie dajcie się zbyć drogie mamy. Lekarz jest po to by rozwiać Wasze wątpliwości i dokonać najbardziej dokładnej kwalifikacji. Bo to Wy podpisujecie zgodę na szczepienie i Wy bierzecie na siebie konsekwencje powikłań. Nie, on nie robi łaski odpowiadając na Wasze pytania. Taka jest jego praca i za to między innymi bierze pieniądze.
Jak powiedziała moja lekarka „To mama troszczy się o swoje dziecko i ma prawo wymagać od lekarza rozwiania bądź potwierdzenia jej obaw „.

Co zrobiła moja lekarka?

Wystawiła nam skierowanie do neurologa na ocenę neurologiczną przed szczepieniem.

Jak wiadomo sporo zarzutów kierowanych w stronę szczepienia MMR to te powiązane z autyzmem oraz właśnie z zaburzeniami neurologicznymi.

Wspominałam w komentarzach pod postem o szczepieniach, że w przypadku szczepienia 5w1 zaobserwowałam u Mateusza wyciszenie się w głużeniu na okres około 2 tygodni, co zgłaszałam mojej lekarce.
Byłabym niepoważna, gdybym teraz nie miała tego na uwadze. Dlatego niech neurolog przed ewentualnym szczepieniem orzeknie czy syn się do niego kwalifikuje. Jeżeli się nie kwalifikuje dostaniemy pieczątkę, że szczepić nie możemy.
Jeżeli wszystko będzie ok to ja mam z tej strony czyste sumienie i będę spokojniejsza, jeśli zdecyduję się zaszczepić.
Tego typu wizytę powinno odbyć każde dziecko przed szczepieniem. Na tym między innymi powinna polegać kwalifikacja lekarska. 
Co najważniejsze macie prawo wymagać wydania skierowania. A jeśli lekarz uzasadnia, że nie ma podstaw i żadne próby nazwijmy to „wyłudzenia” skierowania nie działają, po prostu wybierzcie się na własną rękę. Wiem, że jest to koszt prywatnej wizyty, ale z drugiej strony czy nie lepiej wyłożyć te pieniążki i sprawdzić, że wszystko jest w porządku?
Na tym jednak nie koniec.
Jeżeli neurolog orzeknie, że nie widzi przeciwwskazań do szczepienia i da nam wolną drogę to nie biegniemy hurrraaaa szczepić. Powoli.
Lekarz powinien (z naciskiem na powinien, ale niestety wiemy jaka jest rzeczywistość w naszym kraju) skierować dziecko na badania krwi. Robimy pełną morfologię z rozmazem, koniecznie poziom CRP oraz w wynikach mamy mieć informację czy dziecko nie cierpi na alergię. To ważne, bo większość szczepionek jako nośnik ma białko kurze.
Dla świętego spokoju robimy również badanie moczu.
Jeśli wszystkie wyniki są dobre, nic nie odbiega od normy, lekarz jeszcze ocenia stan dziecka wizualnie. Wiadomo gardełko, osłuchowo, stan skóry. Jak wszystko jest w porządku, za oknem ładna pogoda, okres niskiej zachorowalności, dziecko nie ząbkuje a Wy jesteście skłonni je zaszczepić – to zrobiliście dużo, by ograniczyć ryzyko wystąpienia NOP. Decyzja o zaszczepieniu należy do Was.

Wiedzcie jednak, że macie prawo odmówić zaszczepienia i nikt Was za to nie ma prawa pociągnąć do odpowiedzialności karnej (pomimo, że szczepienia w naszym kraju należą do obowiązkowych).


To Wy musicie rozważyć wszystkie za i przeciw.

Na pewno na dłuższy czas przed szczepieniem nie zaszkodzi podawać dziecku probiotyki i witaminę C.
Takie mam informacje. I tak na pewno zrobię jeśli zdecyduję o szczepieniu po otrzymaniu zielonego światła na wizycie u neurologa.
Jakąkolwiek decyzję nie podejmiecie, pamiętajcie o tym, że macie do niej prawo. Macie też prawo wymagać otrzymania odpowiedzi na wszystkie nurtujące Was pytania.
Czasem musicie zrobić coś na własną rękę, ale jest to nic w porównaniu z tym, że w ten sposób możecie uniknąć różnych tragedii.
Wiedza przede wszystkim. Bądźcie świadomymi mamami.
A teraz pytanie do Was, głównie do mam z Krakowa.
Czy możecie polecić dobrego lekarza neurologa w tym mieście?
Najlepiej na NFZ, ale nie pogardzę też namiarami na kogoś przyjmującego prywatnie. Byleby był sprawdzony i przykładający się do pacjentów. Brzydko mówiąc „konowałom” dziękujemy 😉

 

MMR szczepionka

Ostatnio na forum dziewczyny dyskutowały na temat szczepienia dzieci przeciwko odrze, śwince i różyczce. Przyznaję temat mnie zainteresował z dwóch istotnych powodów. Przede wszystkim dlatego, że za 2,3 miesiące kwestia będzie dotyczyć nas osobiście. Drugi powód to fakt, że dyskusja całkiem nieźle przybliżyłam mi problem NOP (niepożądane odczyny poszczepienne).
Wiadomo, że tam gdzie spotykają się mamy, są też różne poglądy. Abstrahując już całkowicie od zwolenników i przeciwników szczepień (dla jasności nie należą ani do jednej ani do drugiej grupy i przyznaję bez bicia bierze się to z braku wystarczającej wiedzy w temacie) dyskusja zmierzyła na tor, w którym dziewczyny opisały sytuacje NOP, które przytrafiły się im osobiście, bądź wśród bliskich znajomych. Cała rozmowa sprawiła, że to co przytrafiło się Mateuszowi po jednym ze szczepień 5w1 wróciło do mnie i nie daje mi spać.
Dla jasności. W przykładach nie chodziło o obrzęk szczepionego miejsca czy wystąpienie temperatury. Nie chcę tu dokładnie przytaczać wypowiedzi, bo rozmowa miała miejsce na forum prywatnym, jednak to co przeczytałam wstrząsnęło mną niemało. Temat chodzi mi po głowie i stale w myślach do niego wracam.
Porażenie kończyn dolnych, wstrząs, zapaść..
Efekt jest taki, że się boję tego szczepienia. Rozmawiałam z moja mamą. Sama byłam szczepiona tylko przeciwko odrze, gdy byłam dzieckiem. Świnkę przechodziłam w podstawówce. Na różyczkę szczepili bodajże w liceum. Teraz nie ma takiej opcji. Szczepienie jest w pakiecie. A może jest jakiś sposób inny? Np. szczepionka jest sprowadzana z zagranicy. (dla przykładu po szczepieniach 5w1 okazało się, że można iść indywidualnym trybem szczepień o czym wcześniej nie wiedziałam).

Szczepienie przypada nam na sam środek zimy.
Dziewczyny sugerują odłożenie do wiosny. Inne odwleczenie terminu jak najdłużej. Czy to oznacza, że starsze dziecko lżej znosi szczepienie?
Żeby nalegać na zrobienie morfologii tuż przed samym szczepieniem, która wykluczy ewentualną właśnie rozwijającą się infekcje (niewidoczną w pierwszej fazie przez lekarza, a mogącą wpłynąć na objawy niepożądane).
Muszę porozmawiać z naszą pediatrą i zobaczyć, co ona na to.
A jakie Wy macie doświadczenia w temacie?