Jesień na budowie

Uwielbiam ten okres. Ferie barw mieniących się w słońcu, odbijających w kałużach liści. Każdego roku witam jesień z podobną nostalgią. Czekam kiedy będę mogła w pełni cieszyć się tym okresem, na spokojnie, z poszanowaniem. Póki co czas ucieka mi przez palce, a ja jakby przypadkiem rejestruje, że jednego dnia ogromna topola przy drodze do lasu szeleści listkami, by drugiego dnia pokazać mi gołe konary. Zaglądam na budowę, bo jeszcze tu jesień nie chce ustąpić zimie. Modrzewie jak w strojnych sukniach, każdy podobnej, ale jednak innej szykuje się na zimowy bal. Ah, jakie one są piękne w tej szacie. Napatrzeć się nie mogę. I cieszę ogromnie, że strzegą naszej granicy. I pomyśleć, że dawniej to drzewo, rosnące przed moim oknem w Krakowie było mi zupełnie obojętne. A tu na wsi zachwycam się za każdym razem gdy zachodzę na budowę.

A zaglądam dość często, choćby popatrzeć. Bo prace budowlane powoli zamykamy na ten rok. Plan wykonany. Nie do końca jak sobie założyliśmy, ale dziękujemy Bogu, że udało się i tyle. Bo z drugiej strony ruszyliśmy z pracami dotyczącymi domu. A te cieszą jeszcze bardziej, gdy się wie, że jesteśmy o krok bliżej do realizacji marzeń. Moje marzenia nigdy nie były tak bardzo realne jak teraz. Podwaliny domu, w którym mam nadzieje, w szczęściu przyjdzie nam dożyć starości cieszą nasze oczy. Drzewo na dom też już jest. Czeka na maj, na który i ja czekam z utęsknieniem. Odliczam miesiące i pierwszy raz tak bardzo chcę, by czas płynął jeszcze szybciej. Chcę już słyszeć odgłos ciosania drzewa, poczuć jego zapach, dotknąć gładkich bali. Stanąć w swoim salonie, zobaczyć widok za oknem. Poczuć namacalnie, zobaczyć to co teraz sobie tylko wyobrażam.

Tak jak w przypadku budynku gospodarczego. Dziś, gdy robiłam zdjęcia, obiektyw skierowałam przez jedną z bram. I dotarło do mnie, że w pewnym sensie ten widok będzie niezmienny. Owszem ulegnie przeobrażeniom krajobraz, otoczenie. Ale perspektywa pozostanie ta sama. Brama będzie tam, gdzie jest w tej chwili. Bo przecież budynku nie przesunę. I z tej bramy będę widzieć dom. Dom, którego jeszcze nie ma, ale już go prawie widzę, bo fundament dokładnie pokazuje mi, że tu jest wejście, tu zaczyna się kuchnia. A tam mąż będzie bramę uchylać,by wyciągnąć kosiarkę. Aż mi się śmiać samej do siebie zachciało, bo zobaczyłam go jak pod nosem marudzi, że znów musi kosić.

Wyobrażenia. Marzenia. Jak to będzie. Co to będzie. Snuję wizje leżąc w łóżku, gdy nie mogę zasnąć. Rozmyślam spacerując. Aż mnie boli w środku na myśl o pierwszych wspólnych świętach, ogromnej po sufit choince, moich chłopakach przy kominku. Boli pozytywnie, tak ściska w dołku, bo chciałoby się już. Tu i teraz. Ale czekam cierpliwie. Bo już mam dużo i trzeba dziękować za to co się ma.

Dziękuję, więc. Za mury. Za dach, przez którego spać po nocach nie mogłam. Bo kto to widział, żeby oferować na rynku tyle rodzajów pokryć dachowych. W tylu kolorach. Za komin z krzywo wmurowaną cegłą, której nigdy w życiu bym nie kazała poprawić. Bo to też część naszej historii. Za dodatkowe okno dziękuję. Dwoje drzwi, choć na ten czas powinny być i bramy. I okna. Za wymurowaną piwniczkę, która kością niezgody w naszym małżeństwie się okazała, a i Pana Stanisława, który choć spełniał moje pomysły to i jemu praca przy murowaniu nerwy szargała. Kiedyś będziemy wspominać. Oby z uśmiechem na ustach. A i mąż nie jeden raz z tej mojej małej fanaberii skorzysta. Powiadają, że jeśli małżeństwo dzieci odchowie, budowę przetrwa, to nic straszne im nie będzie. Więc jak kolejna sprzeczka za nami, a mimo to do łóżka bez gniewu się kładziemy to spokojna jestem o naszą przyszłość. Pobudujemy, przetrwamy. I wspominać będziemy.

Za drzewa dziękuję. Że udało mi się znaleźć miejsce, gdzie tradycyjne odmiany, na silnie rosnących podkładach dostałam, dzięki czemu kolejną wizję mogę spełniać. O dużym sadzie, pełnym owoców z mojego dzieciństwa. Antonówek, papierówek, malinówek. Szarych renet, które będę obierała i kroiła na szarlotkę dla moich wnucząt. Wiśni, czereśni, śliw i grusz, z których zrobię przetwory i schowam jak skarb, na zimę, w naszej ziemnej piwniczce. Za wszystkie szpadle przez męża mego połamane.  Za malutkie świerki ocalone. Coby przyjęły się i swoją historię pisały. Tak jak te kwiaty co wiosną zakwitną, a babcia mi je zasadzić pomogła. I nadziwić się potem nie mogłam, że blisko 80 lat, a jak nastolatka, pełna energii. Bo czy mi tak dane będzie za 50 lat?

I za przyziemne rzeczy wypada podziękować. A więc dziękuję. Że życzliwie ktoś podpowie co się sprawdzi, że na takiej ziemi jak nasza to pewne rozwiązania nie bardzo. Bo gliny pełno kupiliśmy i garnki lepić możemy. Że skoro staw będzie to oczyszczalnia biologiczna być musi, bo inaczej to mężowe ryby długo nie przetrwają. Że kamienia trochę podsypać pod drzewa to wichury im potem straszne nie będą. A jak już o tym kamieniu mowa to i za podjazd dziękuję. Że w błocie po kolana nie grzęznę, bo słowo daję choć działkę piękną mamy to po deszczu zmienia się okrutnie. A te kamień choć ani trochę mi się nie podoba to na słowo mężowi wierzę, że posypiemy i zrobimy po mojemu. Żeby dzieci kolan nie zdzierały.

Za ostatnie miesiące dziękuję, wypatrując tego co przyszłość przyniesie. Wypatruje, by móc się radować, ale i radością podzielić z Wami troszeczkę. Bo szczęście najwięcej radości daje, gdy możemy się nim podzielić z innymi 🙂

 

dsc_0263dsc_0283dsc_0257dsc_0286dsc_0266dsc_0290dsc_0291dsc_0292dsc_0295dsc_0300dsc_0298dsc_0312dsc_0304dsc_0319dsc_0274dsc_0279dsc_0270dsc_0309dsc_0254

Gdzie ta jesień?

Wybraliśmy się wczoraj z mężem do parku.
Na spacer, na kasztany, poszurać nogami po liściach.
Mogłabym tak codzienne, bo kocham jesień ponad wszystkie pory roku.
Nie wiem skąd się to bierze, czy mam jakieś wspomnienie z dzieciństwa, które wywołuje we mnie tę nostalgię czy po prostu magia kolorów zamieszała mi w głowie.
Nawet kapiący deszcz o parapet ma swój urok.
Rozczula mnie widok jesiennych zdjęć.
Jest taki jeden obrazek, w którego mogłabym wpatrywać się godzinami.
I marzyć.
O takim domku na górce, wśród potężnych drzew, o wspólnym jesiennym grabieniu liści.
Marzę i aż mnie boli gdzieś w głębi serca.
Boli mnie ta nostalgia, tęsknota.
I wierzcie mi, na pewno nie jest to wpływ hormonów ciążowych.
Już wcześniej to miałam.
To marzenie.
O drewnianym domku wśród drzew.
Miało być o jesieni. I spacerze.
Muszę Wam jednak donieść, że do Krakowa prawdziwa jesień nie dotarła.
Zmierza dopiero małymi kroczkami.
Albo ktoś skrzętnie zaciera ślady jej bytności.
Zresztą, popatrzcie same.
Jedno jedyne złociste drzewo.
I jeden jedyny pod nim liść na alejce.
To sobie poszuraliśmy.
Kasztanów też nie było…wyzbierane.

Jesień, czuję jesień…

Ja wiem, że mamy jeszcze lipiec i pełnię lata. Wiem, że słonko przygrzewa, listki szumią na wietrze i w ogóle. Wakacje i te sprawy…
Ale nic nie poradzę na to, że dwa dni temu zakiełkowała w mojej głowie myśl, że nadchodzi jesień. Byłam na spacerze z psem. Niedaleko mojego domu jest miejsce porośnięte topolami, a tuż obok ławeczka.
Zasiadałam, zamknęłam oczy. Wiał delikatny wiatr, który poruszał liśćmi topoli, było w tej chwili coś takiego, że gęsia skórka wyszła mi na rękach. Mały chyba wyczuł emocje mamy i magiczny moment, bo od razu dał o sobie znać. I wtedy przyszło mi na myśl, że czuję jesień. A jesień kocham ponad wszystkie pory roku. Feeria barw, szelest liści pod nogami na ścieżce w parku, babie lato. W tym roku na jesień czekam z jeszcze większą tęsknotą, bo przecież przyjdzie na świat nasz syn.
Tak sobie siedząc i dumając na ławeczce pomyślałam jak to fajnie będzie móc spacerować wśród drzew, pchając wózek, a w nim ukochanego synka. Ja wiem, że takie niemowlę świata dookoła nie widzi, ale tak sobie marzyłam, że mu ten kolorowy krajobraz pokazuję i, że on taki malutki, w swoim serduszku zaczyna czuć to samo co mamusia.
Źródło: http://www.flickriver.com/photos/sameli/popular-interesting/
Chciałabym, aby moje dziecko poprzez wspomnienia z dzieciństwa pielęgnowało w sobie różne uczucia, które mam nadzieję uda mi się wpoić w niego gdy będzie jeszcze malutki.
Mam takie wspomnienie z tatą. Miałam około 3 lat, była jesień. Jeździliśmy do dziadków na wieś. Mój tato, zapalony grzybiarz zabrał mnie ze sobą do lasu. W ręku  dzierżyłam malutkie wiaderko, a w nim wodę, którą razem z tatą podlewaliśmy grzybki, zbyt małe by zabrać je do domu.
Myślę, że to wtedy ukształtował się we mnie zalążek pasji zbierania grzybów, miłość do natury i co oczywiste do jesieni. Jestem wdzięczna mojemu tacie, bo pokazał mi coś, czego sama w dorosłym życiu mogłabym nie dostrzec. I jak tak bliżej się nad tym wszystkim zastanowię to dochodzę do wniosku, że przecież na tym polega rola rodziców. Na pokazywaniu świata, na nauce życia.
Chciałabym, więc być dla mojego syna dobrą mamą- nauczycielką.
Źródło: http://fineartamerica.com/featured/autumn-fun-mary-ellen-mueller-legault.html