Baby blues czy depresja? Mnie to nie dotyczy. Czy aby na pewno?

Baby Blues, trochę o nim słyszałam. W pierwszej ciąży.

Teraz w ciąży z Antkiem głowy sobie nie zaprzątałam tematem. Bo i po co? Skoro za pierwszym razem było idealnie to i teraz nie mogło być inaczej.

Wszystko miałam zaplanowane, idealnie poukładane. Miało być naturalnie i po mojemu.

A potem odeszły mi wody… Zupełnie nie w porę, choć wiedziałam już wcześniej, że się zaczęło. Biegłam do salonu, a wody kapały na podłogę. Obudziłam mamę. Buziak w czółko Matiego, moja ręka na jego delikatnym ramionku i niema obietnica. Wrócę syneczku szybciutko. Przekraczam próg. Nie ma strachu. Jest tęsknota.

Środek nocy i taksówka, która nie chce przyjechać, mimo że miała być za 7 minut. Stoję przed blokiem, trzymając się pałąka bagażówki. Czuję parcie. Nie skurcze. I powiew zimnego powietrza na kostkach stóp, które doskonale studzi emocje. Mam na sobie szare legginsy do łydek i górę od pidżamy, w której położyłam się spać. Niebieskie chipie i parkę w kolorze khaki. To ważny szczegół, pewnie za 20 lat ze śmiechem będę wspominać fakt, że zapomniałam ciuchów, jadąc na porodówkę.

Jest położna. Bada mnie. Rozwarcie na 6 cm. Czuję lekkie skurcze. Piszą się na ktg. Może zaraz urodzę. Ekscytacja.  Trafiam na salę porodową, tę samą, w której na świat przyszedł Mateusz. Nie do domu narodzin, jak planowałam. Choć przecież wszystko jest prawidłowo. Przeszłam wstępną kwalifikację. Mówię o tym. Zwątpienie.

Przychodzi lekarka. Bada. Rozwarcie na 2 opuszki. Jak to? Godzinę temu było na 6 cm!

Okłamała mnie. Osoba, która miała przyjąć mój poród, powitać na świecie moje dziecko okłamała mnie…. Jak mam jej zaufać? Akcja porodowa hamuje. Siedzę na piłce, kołysząc biodrami, a łzy ciekną mi ciurkiem. Tęsknię za Mateuszkiem. Mam ochotę stąd uciec. Rezygnacja, dół.

Jesteś. Cudownie mięciutki z aksamitnymi w dotyku włoskami. Leżysz przy mnie, szukając mojej piersi. Euforia. Radość. Miłość. Niedowierzanie. Boże, synku jak ja Cię kocham.

Zabierają go, zawiniętego w rożek zrobiony z poszewki szpitalnej. Jest w niebieskim, wypłowiałym kolorze. Sięgam do torby po woreczek opisany „Witaj na świecie maluszku”, gdzie równo poukładałam ciuszki, które miał po raz pierwszy na siebie założyć. Woreczek opisany, by mąż nie miał problemu z odnalezieniem rzeczy w torbie. By nie zrobił wielkiego bałaganu. Trzymam w ręce woreczek, ale nie mam komu go dać. Położna wyszła, nie zwracając na mnie uwagi. Lęk.

Wraca po kilku minutach. Sadza mnie na wózku inwalidzkim, na nogach kładzie mi moją bagażówkę. Mija godzina. Cały czas czekam aż przyniosą mi dziecko, lecz zaczynam się już niepokoić. Czy aby na pewno wszystko jest dobrze? Strach.

Mija kolejne pół godziny. Nie wytrzymuję tej niepewności. Wstaję i trzymając się ściany, powoli idę na oddział noworodków. Czuję jak wnętrzności w moim brzuchu mi ciążą. Robi mi się słabo. Leży zawinięty w tę samą poszewkę co wcześniej. Dotykam jego główki, starając się jak najszybciej przełykać łzy.

Tulimy się. Mały ma żółtaczkę. Trafia do inkubatora. Proszę położne, by wołałaby mnie na karmienia. Słyszę, że nie ma takiej potrzeby. One nakarmią. Jak to? Ja chcę go karmić piersią. Nie ufam im. Dokarmiają jak leci, bez pytania. Proszę lekarkę, by przekazała, że mój syn ma nie być dokarmiany mieszanką. Nieliczna dobra dusza na całym oddziale, o czym przekonam się jeszcze później.

Wieczorny telefon z domu. W słuchawce Mateuszek. „Mama chodź do mnie”. Nie mogę się pozbierać. Dół.

Karmię co 2-3h, w międzyczasie odciągam. Jakieś 30-40ml. Kładę się i czuję jak pęka mi serce, słysząc kwilenie dziecka dziewczyny obok. Telefon wzywający na karmienie. Maksymalnie 20 minut bliskości. Odnoszę go i odciągam mleko. Nie chce lecieć. Idę pod gorący prysznic. Jest 4 w nocy. Odciągam jakieś 10ml. Więcej nie chce lecieć. Zanoszę to co mam. Po kilku minutach znów telefon. Dziecko jest głodne. Koło inkubatora stoi moja pusta butelka. Zabieram Antka. Kątem oka widzę inną butelkę. Z moją siarą!

Dół. Przepaść bez dna.

Południe. Są wyniki. Bilirubina nieznacznie spadła, ale wciąż jest podwyższona. Rozmawiam z lekarką. Szczerze. Wypisuję nas do domu. Na własne żądanie. Dom. Euforia. Starszy synek, jego ramionka wokół mojej szyi. Euforia. Wspomnienia. Dół.

Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół.

Spotkał mnie tzw. baby blues. To łagodny rodzaj depresji poporodowej. Jak widać, to że po pierwszym porodzie mnie ominęło nie oznacza wcale, że przy kolejnym musiało być tak samo. Dotyczy około 50-80% kobiet po porodzie. Poradziłam sobie. Z pomocą i wsparciem bliskich udało mi się z tego wyjść, mimo że hormony wciąż jeszcze buzują. Typowy Baby Blues mija wraz z połogiem.

Przyczyn depresji poporodowej jest wiele. Zmiany hormonalne w czasie ciąży, porodu i połogu oraz stres związany z nową sytuacją i fizyczne wyczerpanie są głównymi jej przyczynami. Jeśli ciężarna lub ktoś z rodziny dojdzie do wniosku, że znajduje się ona w grupie ryzyka, powinni wcześniej zatroszczyć się o kobietę – może nawet nawiązać kontakt z lekarzem. Nie daje to wprawdzie gwarancji, że uchroni ja to przed depresją, ale jeśli nawet nie, to będąc już w trakcie terapii, na pewno szybciej powróci do zdrowia.

Jedną z terapii wspierających zdrowie psychiczne, szczególnie w przypadku depresji, jest wyrażanie emocji poprzez sztukę. W sieci możecie zobaczyć obrazy namalowane przez osoby z depresją, znajdziecie je na stronie „We are the people” Gallery www.wearethepeoplegallery.pl. Firma Glenmark zorganizowała warsztaty plastyczne na oddziałach szpitali psychiatrycznych, dzięki czemu pacjenci zmagający się z chorobą mogli wyrazić swoje uczucia poprzez malowanie. Już 1 grudnia ruszy ich sprzedaż, a cały dochód zostanie przekazany fundacjom dbającym o zdrowie psychiczne. Bardzo mi się podoba ta inicjatywa. Cel jest szczytny! Wykorzystanie choroby do walki z nią samą i fakt, że mówi się o tym głośno. Że człowiek chory jest po prostu osobą, która nie radzi sobie ze swoimi uczuciami i że warto podjąć różne kroki, by go zrozumieć.

Galerię akcji „We are the people” możecie znaleźć tutaj: www.wearethepeoplegallery.pl Zobaczcie, obrazy są naprawdę przejmujące. Może znajdziecie coś dla siebie?

 

 

 

 

Torba do porodu – jak się spakować i co zabrać?

To mój drugi poród. Jakieś doświadczenie już mam. Sporo patentów się sprawdziło ostatnim razem, dużo też niestety okazało się rzeczy zbędnych. Mam swoje hity i dziś się nimi z Wami dzielę.

Torba dla mamy i torba dla maluszka. Czy potrzebne są dwie?

Pewnie nie, zwłaszcza jeśli ktoś ma jedną, a pojemną. Pakując się tym razem zrobiłam analogicznie jak przy pierwszym porodzie i podzieliłam nasze rzeczy. Część synka spakowałam do małej walizki podręcznej na kółkach (tzw bagażówki), a swoją część do małej, sportowej torby na ramię. Na salę porodową wezmę tylko moją torbę. Druga zostanie w aucie. Jak się Młody urodzi mąż przyniesie.

Torba dla mamy. Co w środku?

DSC_0585

Rzeczy niezbędne do samego porodu i ogarnięcia się tuż po. A także funkcjonowania w rzeczywistości szpitalnej przez określony czas. W mojej torbie znalazły się:

  • podkłady porodowe (wykorzystałam pozostałości jakie zostały mi z czasów niemowlęcych po Matim- mam kilka z Happy, kilka z Babydream. Przy pierwszym porodzie miałam Seni, bo takie akurat polecała położna. Rozmiar 40×60 lub 60×60). Do samego porodu mam spakowanych 3-4 sztuki. Myślę, że w zupełności wystarczy.
  • podkłady poporodowe Bella – robią wrażenie swoim gabarytem, ale sprawdziły się idealnie. Na początek 1 paczka, w razie konieczności mąż doniesie z domu lub dokupi w szpitalnej aptece.
  • majtki siateczkowe – u mnie najlepiej sprawdziły się z BabyOno. Dwie sztuki bez większych wpadek powinny wystarczyć (używałam ich tylko na przechadzki po korytarzu, by podtrzymać podkład). A tak to wietrzymy i jeszcze raz wietrzymy 😉
  • ręcznik duży i mały – najlepiej ciemne, różnie to przecież bywa z plamami 😉
  • koszule do karmienia/ nocne/do porodu – mam dwie. Jedną typową do karmienia, drugą zwykłą, w której śpię teraz. Nie spodziewam się rewelacji podczas karmienia pt. mega biust itp. Nie było tego za 1 razem, zwykła koszula wystarczyła. Mój biust nie należy do szczególnie obfitych, więc i biustonosz póki co zostaje ten sam. Do porodu wystarczy duży podkoszulek męża, który po kąpieli ląduje w koszu.
  • saszetki tantum rosa – nie wyobrażam sobie ich nie mieć. Cudnie łagodziły krocze w połogu. Wystarczy rozrobić w butelce wody z dziubkiem i polewać po każdej wizycie w toalecie.
  • papier toaletowy i przybory sanitarne- wiadoma sprawa. Żel do kąpieli zabieram w próbkach, pastę do zębów to samo. Zajmują o wiele mniej miejsca, a i tak całych opakowań nie zużyjemy.
  • dokumenty – grupa krwi (oznaczenie z początku ciąży, karta ciąży, wyniki HIV, VDRL, HCV, GBS, antygen HBs, ostatnia morfologia i mocz, wyniki badania czystości pochwy oraz usg (przynajmniej z 3 trymestru). Do tego plan porodu (przygotowany i wydrukowany np ze strony fundacji rodzić po ludzku). Koniecznie też dowód osobisty.

DSC_0598

  • szlafrok i klapki – wspominając pierwszy poród stawiam, że szlafrok będzie mi zbędny. Było bardzo ciepło, a piżamę mam na tyle wyjściową, że nie będę się krępować gdy będę musiała przejść np korytarzem. Klapki stawiam na crocsy, będą dobre pod prysznic jak i na oddział.

Torba dla maluszka. Co zabrać?

DSC_0605

Sporo szpitali zaopatruje mamę i nowo-narodzone dziecko w podstawowe artykuły. Czy to higieniczne, czy też ubranka. Szpital, w którym mam zamiar rodzić nie ma tego w zwyczaju. Dlatego, podobnie jak w przypadku Mateuszka zabieram ze sobą ubranka i pieluszki.

Rzeczy niezbędne w naszym przypadku to:

  • ubranka na 3 dni, włącznie z tymi na wyjście ze szpitala – stawiam na pajace i body kopertowe. Na oddziałach zwykle jest bardzo ciepło, więc nie ma co przesadzać z ilością warstw. Matiego położna ubrała mi w body z krótkim rękawem, pajaca, skarpetki i czapkę, a do tego zawinęła w rożek i włożyła pod moją kołdrę. Nie muszę mówić jakiego koloru dostał po chwili? Na drugi dzień na salach poporodowych panował taki zaduch, że dzieci ubrane były w same body z krótkim rękawem. To był listopad. Dlatego tym razem jedna warstwa wystarczy.
  • rożek- śmiałam się za pierwszym razem po co mi rożek. Sprawdził się tak, że nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez. Jedzie z nami do szpitala bez dwóch zdań.
  • pieluszki – kupiłam w rozmiarze 0 i 1. Malutkie paczuszki po 20szt. Przy Matim miałam tylko 1 i spadały mu z maleńkiej dupinki, mimo że nie był bardzo drobniutki (51cm i 3290g).
  • pieluszki tetrowe- 3 lub 4 sztuki. Do położenia na rożek np.
  • bepanthen- awaryjnie.

DSC_0618

Paczkowanie, czyli jak to wszystko ogarnąć?

Polecam wszystko podzielić i popakować w paczki. Głównie na potrzeby męża, tudzież położnej. Zwłaszcza rzeczy do samego porodu oraz tuż po. Miałam popaczkowane i opisane przy pierwszym porodzie, sprawdziło się idealnie. Mąż zestresowany wiedział, żeby z torby wyciągnąć np paczuszkę z rzeczami do ubrania dla Matiego. Nie grzebał w poszukiwaniu po torbie, bo to co najważniejsze miał na górze. Nie narobił bałaganu, a całość zajęła mu chwilkę. Podobnie z moimi rzeczami . Serio polecam ten system. Wystarczy zaopatrzyć się w torebki, np. z ikei, choć równie dobrze mogą to być zwykłe reklamówki 🙂

DSC_0613

Takich podstawowych paczuszek wystarczy dwie. Do porodu dla mamy i po porodzie dla dziecka. Do porodu zawiera podkłady porodowe, koszulę, wodę termalną i szminkę do nawilżania ust, jakieś cukierki i wodę. Obok dokumenty. Dla dziecka pieluszkę i ubranko, w które je będziemy chcieli ubrać. Warto dołożyć rożek.

Ja mam dodatkowo paczkę z rzeczami do 1 kąpieli (mojej) oraz paczkę opisaną z ciuszkami na wyjście ze szpitala, żebym nie musiała za wiele szukać. W domu zostawiam rzeczy przygotowane na moje wyjście, mąż przywiezie jak po nas przyjedzie wraz z fotelikiem. Osobno spakowałam też pieluszki i artykuły higieniczne dla dziecka, oraz ciuszki na pobyt w szpitalu.

DSC_0629

Całość zamknęłam w dwie torby, choć spokojnie weszłoby w jedną średnią.

Jak pewnie część z Was zauważyła, nie biorę ze sobą laktatora, wkładek, butelek, smoczków, nakładek itp.. Nie biorę, bo za pierwszym razem okazały się zbędne. Jeśli chcecie zawsze takie rzeczy w pogotowiu można mieć np w aucie. Szpital, w którym będę rodzić praktykuje pierwszą kąpiel dziecka dopiero w domu, więc odpada też cała wyprawka kąpielowa.

Ps. Poza tymi niezbędnymi rzeczami możecie wziąć ze sobą np płytę z ulubioną muzyką na czas porodu czy świece. Sprawdźcie tylko czy Wasz szpital pozwala na wniesienie tego typu rzeczy na salę porodową.

 

 

 

Strach przed porodem

Ostatnio troszkę zawrzało w sieci. Wszystko za sprawą pewnej celebrytki, która wyznała, że nie chce rodzić jak natura przykazała. Mało tego, w jednym z wywiadów wyznała, że świadomość o możliwości wykonania cesarskiego cięcia spowodowała, że w ogóle zdecydowała się na dziecko.
Jak zwykle bywa, opinie w komentarzach podzieliły się równo po połowie. Na zwolenników i przeciwników postępowania aktorki. Zwłaszcza Ci drudzy dość mocno „pocisnęli” w swoich wypowiedziach, zapominając chyba, że aktorka jak każdy z nas jest takim samym człowiekiem, z takimi samymi obawami i uczuciami.
Czytając jeden z wywiadów, którego udzieliła, przypomniałam sobie czas, kiedy sama panicznie bałam się porodu. Bez bicia przyznaję, że wtedy myśl o cesarce dość często mi towarzyszyła. Zasłyszane historie o tym, że poród to przecież jedna wielka „rzeź” wcale nie pomagały wyzbyć się lęku. Myślałam sobie, że najlepiej będzie jeśli zapłacę i lekarze „urodzą” za mnie.
Lęk przed porodem naturalnym ma nawet swoją nazwę pod postacią tokofobii. Jedni boją się pająków, inni ciemności, a jeszcze inni nie są w stanie wyobrazić sobie bólu związanego z porodem. Ja to doskonale rozumiem, bo sama jestem wielkim strachulcem, o czym mogliście poczytać nie jeden raz na blogu. Także nawet przez moment nie przyszła mi do głowy myśl, by oceniać aktorkę. Mimo, że nauczona doświadczeniem jestem obecnie zwolenniczką porodu naturalnego.
Bazując właśnie na swoim doświadczeniu, a czytając różne wypowiedzi w komentarzach, pomyślałam o tym poście. Nie chcę w nim na siłę przekonywać, że poród siłami natury jest dla dziecka dużo zdrowszy, że ma on niesamowity wpływ na dalszy jego rozwój. Praktycznie każdy zdaje sobie sprawę, że natura tak to wszystko stworzyła, że dziecko nie na darmo rodzi się w matczynych bólach. Nie na darmo też wykonuje milion różnych ruchów i obrotów w kanale rodnym. Rozwierająca się szyjka, skurcze macicy masują drobne ciałko, pozwalając dziecku pozbyć się z przełyku wód płodowych, które łykało przez całe swoje życie, a także wpływają na jego napięcie.
Dziecko, które rodzi się zgodnie z rytmem jaki wyznacza natura, samo wybiera sobie moment, w którym chce przyjść na świat. Oznacza to, że jest w pełni gotowe. Ostatnio gdzieś przeczytałam, że tak naprawdę to w pełni rozwinięte pęcherzyki płucne dziecka dają sygnał dla organizmu matki, by zaczął produkować oksytocynę, niezbędną do wywołania skurczy i rozpoczęcia porodu. Pokazuje to w jak piękny sposób natura zadbała o to, by wszystko szło po kolei, swoim utartym torem. Mechanizm precyzyjny jak w zegarku.
Niestety, czasem szwankuje.

Czasem z winy nas samych, a także lekarzy. Wystarczy źle wyznaczona data porodu przez nieregularne miesiączkowanie kobiety. Standard pewnie u 1/3 kobiet. Brak ruchu przez całą ciążę, osiadły tryb życia. Ciąża to nie choroba, powtarzamy wszystkim wkoło. A jednak pod sam koniec zachowujemy się jak niedołężne staruszki. I wcale nie mam na myśli okołociążowych dolegliwości. Raczej wymówki.
Przychodzi wyznaczona data porodu, a nic się na niego nie zanosi. Skurcze na poziomie zero. Mija jedna doba, dwie, siedem. Nic. KTG płaskie jak stół. Mijają kolejne dni i zaczyna się wywoływanie.
Podobno niezbyt przyjemne, ale jakże może być inaczej? W jednej chwili położna przebija Ci pęcherz płodowy, w drugiej podaje dożylnie lek, który ma pobudzić Twoją szyjkę do maksymalnego rozwarcia się i wydania dziecka na świat.
Wiadomo, są sytuacje kiedy mus to mus. Dla dobra dziecka. Dla dobra matki. Podobnie jak ta cesarka nieszczęsna, która przecież ma na celu ratowanie życia, a nie jest metodą samą w sobie na pojawienie się tego życia. Alternatywą.
Trochę wkurza mnie ta medykalizacja ciąży i porodu. Zapominamy o naturze. A potem mamy do niej pretensje. Albo co gorsza tłumaczymy, że wszystko dla ludzi. Wybieramy świadomie, bo mamy taką opcję, nawet nie biorąc pod uwagę, że może warto spróbować? Czasem wybierają też za nas, zupełnie nie pytając o zgodę. Stawiają przed faktem dokonanym. Nim się zorientujesz, podczas badania odchodzą wody. Dostajesz oksytocynę.
Jest przyczyna. Jest skutek. Wszystko ma swój ciąg dalszy. Niestety. Kłopoty z laktacją, baby blues, złe napięcie u dziecka, problemy z oddychaniem, nadwrażliwość czuciowa.
Całą ciążę tak bardzo dbamy o siebie i swoje maleństwo. Chuchamy, dmuchamy. Milion badań, dwa miliony tableteczek, witaminek, kwasu foliowego (najlepiej z metafoliną przyp. autorka! 😉 ), przeczytany cały stos książek i gazetek. Piękna wyprawka, cudowny i wymuskany pokoik.
A gdy przychodzi czas porodu, który ma tak ogromny wpływ na dalsze życie dziecka, wtedy świadomie decydujemy się na różne kroki, często zabierając mu to, co najważniejsze. Zaprzepaszczamy szansę. Żaden, nawet najpiękniejszy pokoik nie wynagrodzi tego.
A dlaczego to robimy? Ze strachu właśnie.
Tyle się przecież słyszy o komplikacjach porodowych. Straszne historie mrożące krew w żyłach.
Wiadomo, że każda mama chce urodzić zdrowe dziecko. Chce je tulić, mieć przy sobie.
Koło tego strachu dotyczącego bólu porodowego często istotniejszym jest strach przed tym, że dziecku stanie się coś złego podczas porodu.
Czasem przecież i tak się zdarza. Dlatego w takich sytuacjach lekarska pomoc i szybka decyzja o cesarskim cięciu są jak najbardziej uzasadnione. Tymczasem w 2011 roku 35% dzieci przyszło na świat drogą cięcia cesarskiego. Podobno 7/10 porodów w prywatnych szpitalach to tzw. cesarka na życzenie.
Wpiszcie sobie w google hasło „cesarskie cięcia w Polsce”. Pierwsze co wyświetli Wam przeglądarka to reklama jednej z klinik, która za (bagatela!) 2300zł oferuje Wam poród drogą cc, opiekę nad noworodkiem oraz pobyt. Termin i godzinę możecie wybrać same.
Daleka jestem od oceniania innych w tym przypadku. Tak jak wspomniałam, doskonale rozumiem strach przed porodem. Towarzyszył mi, towarzyszy Tobie. Każdej z nas. Każda kobieta boi się porodu. Nawet jeśli jest to jej kolejny. Nawet teraz myśląc o kolejnej ciąży i porodzie, odczuwam wewnętrzny niepokój. Mimo, że mój poród był cudowny, wyśniony, jedyny w swoim rodzaju i siłami natury właśnie. 
Podobno natura tak nas kobiety zaprogramowała, że ten strach i niepokój zmniejsza się im bliżej porodu się znajdujemy. Nie wiem czy to działa u każdej z nas, ale u mnie coś takiego miało miejsce. Na porodówkę jechałam całkowicie spokojna i wyluzowana. Nie tak jak to pokazują w filmach. Po tym jak odeszły mi wody wzięłam jeszcze prysznic, wrzuciłam notkę na bloga (być może niektórzy z Was to jeszcze pamiętają!), zjadłam drożdżówkę, po którą wcześniej spokojnie poszedł do sklepu mój mąż.
Wierzcie mi, zupełnie inaczej sobie wyobrażałam tę chwilę. Zwłaszcza w czasie, kiedy strach przed porodem towarzyszył mi na co dzień. Tymczasem doskonale wiedziałam jak mam postępować. Cały irracjonalny strach prysł jak bańka mydlana.
Teraz, nauczona doświadczeniem myślę sobie, że każda z nas powinna dać sobie czas, by przezwyciężyć strach. Spróbować poznać swój organizm lepiej. Zaakceptować swoją fizjonomię. Dowiedzieć się jak najwięcej nt porodu, jego wpływu na dziecko i matkę. Czytać, pytać, szukać. Porozmawiać z kimś mądrym, kto rozwieje nasze wątpliwości. Zapisać się do szkoły rodzenia, zobaczyć na własne oczy miejsce, w którym wydamy dziecko na świat. Mówią, że lepszy znany wróg niż nieznany przyjaciel. Całkowicie się z tym zgadzam.
Zaufajcie sobie. Jeśli cała ciąża przebiega wzorcowo, dziecko rozwija się prawidłowo, Wy jesteście zdrowe i nie ma kompletnie żadnych przeciwwskazań do porodu naturalnego nie poddawajcie się strachowi bez walki. Dajcie sobie szansę. Naprawdę warto.
Dlaczego o tym piszę? Bo w pewnym sensie czuję się dumna sama z siebie. Bo zwyciężyłam swój strach, urodziłam. Byłam pewna, że idąc na porodówkę, na czole wypiszę sobie wielkimi literami, że rodzę tylko ze znieczuleniem. A obyło się i bez tego.
Nie czuje się lepsza od koleżanki, która urodziła poprzez cesarskie cięcie. Nie czuję się lepsza od koleżanki, która dostała znieczulenie. Czuję się jednak dumna, bo pokonałam swój strach.
Ale pokonałam go, bo spróbowałam. Oswajałam go, walczyłam. Nie poddałam się już na początku, kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym.
Doskonale jednak rozumiem, że nie zawsze jest to możliwe. Wiem, bo mój strach przed ciemnością powoduje we mnie, że nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do zostania w nocy samej w ciemnym domu. Ja nawet mając za ścianą kogoś bliskiego się boję. Muszę czuć oddech bliskiej osoby tuż obok, bym zasnęła spokojnie. Walczę z tym od wielu lat. Z mniejszym bądź większym efektem, ale ten strach wciąż we mnie jest.
Jeśli więc nie uda Ci się go zwalczyć wcale nie oznacza to, że jesteś gorszą matką. Nie jesteś też gorszą, gdy sytuacja wymknie się spod kontroli i mimo wymarzonego porodu siłami natury, dojdzie do cięcia.
Wszystkie jesteśmy takimi samymi matkami, bez względu na to w jaki sposób urodzimy. To nasze dalsze postępowanie w drodze zwanej „macierzyństwem” definiuje nas jako matki.
Musimy jednak spróbować zawalczyć, nie poddawać się już na samym początku. Matka musi być silna, a siła ponoć jest kobietą. Wierzcie mi, przekonacie się o tym w życiu, już po narodzinach dziecka nie jeden raz.
Dylematy związane z wychowaniem, strach o zdrowie potomstwa, różne decyzje, które przyjdzie nam podjąć, sytuacje z którymi przyjdzie nam się zmierzyć. Żadna z nas nie poddaje się przecież od razu. W matce jest siła, a stajemy się nimi przecież nie od momentu narodzin, a od momentu poczęcia właśnie.
Bądźcie silne drogie mamy! 🙂
* post zawiera lokowanie produktu marki Femibion 

Nacięcie krocza – jak dobrze przygotować się do porodu i uniknąć nacięcia

Długo szukałam informacji, którymi chce się z Wami podzielić. Myślę, że zajęło mi to ponad rok czasu. Dochodzenie do prawdy, doszukiwania się jakie zmiany w moim ciele poczynił poród.
Jako pierworódka miałam mgliste wyobrażenie o tym jak to będzie wszystko wyglądać po porodzie, kiedy moje ciało zregeneruje się na tyle by powrócić do formy i czy ta forma będzie przypominać tą sprzed czasów ciąży.
Nie mówi się o tym głośno, może gdzieś w zaufaniu jedna przyjaciółka, ta bardziej doświadczona drugiej szepnie. Zwykle rozmowa wygląda mnie więcej tak „po porodzie już nie jest tak samo”. Pędzę dodać, że pod pojęciem „nie jest tak samo” wcale nie kryje się słowo gorzej. Powiedziałabym, że raczej inaczej.
Dziewięć miesięcy ciąży, poród i jego przebieg, okres połogu- cały ten długi czas ma ogromny wpływ na to kim będziemy w przyszłości. Nie tylko nasza skóra naciąga się do niewyobrażalnych wcześniej granic możliwości, ale przede wszystkim nasze wnętrze. I choć serce nam rośnie z każdym dniem na samą myśl o małej fasolce kiełkującej w brzuchu, to pisząc wnętrze mam na myśli mięśnie i wiązadła macicy, które sprawiają, że dzieciątko jak w hamaku bezpiecznie spoczywa w naszym brzuchu.
Ciąża była dla mnie raczej aktywnym czasem. Pomimo mniejszych kłopotów, cukrzycy ciążowej czy szybkiego skrócenia szyjki. Zwłaszcza na samym końcu rozpierała mnie energia, dlatego ciężko było mi dotrzymać zaleceń ginekologa, by więcej leżeć niż biegać. Głęboko wierzę, że dzięki temu moje ciało przygotowało się na sprawny poród.
Teraz, z perspektywy czasu i wiedzy jaką posiadłam zastanawiam się czy aby nie nazbyt sprawny.

Ci z Was, którzy czytali moje wspomnienia z porodu być może pamiętają, że głęboko popękałam, byłam też nacinana. To pierwsze najprawdopodobniej wiąże się ze zbyt wczesnym parciem, podczas gdy szyjka nie była jeszcze w pełni rozwarta.
Dziś jednak będzie o tym drugim, czyli o nacięciu.
Będąc w ciąży co nieco czytałam o nacinaniu krocza. Tym rutynowym, ale także tym ze wskazania medycznego. Mimo, że w swoim planie porodu zaznaczyłam, by położna chroniła moje krocze najdłużej jak to jest możliwe, to w pełni zgodziłam się na nacięciu jeśli oczywiście zaszłaby taka potrzeba.
Moje oczekiwania, a rzeczywistość jednak okazały się być dwoma przeciwnymi biegunami.
Przed porodem wydawało mi się, że wiem sporo. Uczęszczałam do szkoły rodzenia, czytałam o prawach mi przysługujących. O ochronie krocza również. Teraz widzę, że wiedza moja była zebrana po łebkach, bo na nacięcie zgodziłam się jeszcze zanim położna to zaproponowała. Zgodziłam się w momencie kiedy po pierwszym skurczu partym dałam się położyć na łóżku porodowym i tym samym przecząc grawitacji i odwiecznym prawom natury.
Rodziłam pod górę, bo tak dokładnie mówi się o porodzie w pozycji leżącej. Poszło sprawnie. Z nacięciem. Miałam swojego zdrowego synka na piersi i już nic się dla mnie nie liczyło. Co tam nacięcie, grunt, że jest.
Teraz patrzę na to zupełnie inaczej.
Teraz wiem, że to nacięcie nie było konieczne. Mogłam pęknąć sama. Mogłam nie pęknąć wcale. Mogłam urodzić na klęcząco. Miałam do tego pełne prawo. Ale wygodniej dla położnej czy lekarza, żebym urodziła na łóżku. Nie mam do nich żalu. Wciąż twierdzę, że było to mistyczne przeżycie. Ale na przyszłość chcę być mądrzejsza. Tym bardziej, że wiem jakie skutki dla organizmu może nieść takie nacięcie.
Spustoszenie w mięśniach miednicy. To o ich sprawność walczę od blisko półtorej roku. Z bardzo dobrym skutkiem według słów mojej ginekolog. Na pytanie jednak dlaczego wciąż czuję, że nie jest tak jak być powinno słyszę jedną odpowiedź „po porodzie już nigdy nie będzie tak samo, nie będzie Pani już nastolatką”. Żaden nacięty mięsień po zszyciu nie odzyska swoich funkcji. Pojawia się blizna, która mu to uniemożliwia. Blizna, która podobnie jak i ta po cięciu cesarskim ciągnie i sprawia, że pochylamy się ku dołowi. Jak wielkim zaskoczeniem była dla mnie informacji, że nacięte krocze to w bóle krzyża, a nawet głowy występujące w przyszłości.
Rutynowo nacina się tą część kobiecego ciała tłumacząc ochroną. Przed wypadaniem narządów rodnych, przed głębszym popękaniem, przed obniżeniem napięcia i uszkodzeniem mięśni dna miednicy. Nie będę Was zarzucać statystykami, nie chodzi mi o negowanie czy zachwalanie pewnych zachowań. Chcę natomiast zwrócić uwagę na dwie kwestie: jak dobrze przygotować krocze do porodu i tym samym uniknąć rutynowego nacięcia oraz jak dbać o krocze po porodzie, jeśli już do tego nacięcia doszło.
Trochę od końca, ale zaraz zrozumiecie dlaczego..
Jak pielęgnować krocze po porodzie – po nacięciu jak i bez
Mogłabym to skwitować jednym zdaniem. Leżymy i pachniemy. Całe 6 tygodni, czyli tyle ile dokładnie trwa połóg. Łatwo napisać, jednak każda mama, która już urodziła dokładnie wie jak wygląda życie po powrocie do domu. Nie piszę tego jednak dla żartu, bo oczywista prawda jest taka, że cały okres połogu to czas szczególny dla kobiety. Nie chodzi tylko i wyłącznie o bliskość z dzieckiem, wspólne poznawanie się. To czas naszej regeneracji. Od tego jak zadbamy o siebie w tym okresie może zależeć całe nasze późniejsze życie. Jego jakość.
Wychodząc ze szpitala słyszymy: nie dźwigaj, nie podnoś na wyprostowanych nogach, oszczędzaj się. Tymczasem gdy tylko ból i obrzęk krocza mija, a my już jesteśmy w stanie usiąść półdupkiem czy nawet całymi 4 literami na kanapie zgrywamy bohaterki. I tu wbijamy sobie gwoździa do przysłowiowej trumny.
Słyszałyście z pewnością o takim wynalazku jak krąg poporodowy. Ja również, nawet posiadam coś takiego w domu. Dzień po porodzie byłam w stanie półdupkiem przykucnąć na nim i zjeść obiad jaki zaserwowano mi w szpitalu. Gdybym wtedy wiedziała, że tym siadaniem mogę sobie więcej złego niż dobrego zrobić leżałabym plackiem przez całe 3 dni.
Bo tak to właśnie powinno wyglądać. Przez okres tygodnia, a najlepiej dwóch kobieta powinna leżeć, co najwyżej półleżeć. Nie siadać, nawet półdupkiem, nawet na kręgu poporodowym. Zwłaszcza kobieta, która doświadczyła nacięcia lub popękała i została zszyta. Grawitacja w pozycji siedzącej ciągnie w dół. Cała misterna praca naszego narządu rodnego, który po 9 miesiącach naciągania próbuje powrócić do swojej pozycji (czyt. skurczyć się ponownie) idzie na marne. Zszyte krocze narażane jest na obrażenia.
To jeszcze nic. Wracamy do domu, wychodzimy na pierwszy spacer, na pierwszą wizytę do pediatry. Wkładamy dziecko w najmodniejsze ostatnio foteliki samochodowe zwane nosidełkami. Zarzucamy jego uchwyt na ramię i dzielnie zmierzamy z auta do przychodni, a więzadła naszej macicy aż krzyczą z rozpaczy.
Może trochę wyolbrzymiam, ale chcę Wam, przyszłym rodzącym uświadomić, że połóg to czas, w którym na serio leżymy i pachniemy. Jest w domu mąż przebywający na 2-tygodniowym tacierzyńskim? Bardzo dobrze, niech się zajmie wszystkimi obowiązkami. Ty zajmij się sobą.
Ja niefortunnie podniosłam garnek wystawiony na balkonie, nie ugięłam nóg jak należy. Jakoś 4 tygodnie po porodzie. Z efektami tej sytuacji borykam się do dziś.
Higiena- sprawa oczywista, prawda?  
Krocze wietrzymy. Najczęściej jak jest to możliwe.
Nie wyobrażalnym dla mnie było leżenie na łóżku szpitalnym i pokazywanie dookoła swoich narządów rodnych. Obkupiona we wkłady poporodowe, majtki siatkowe pewnie korzystałam ze swojego zaopatrzenia. Intymność w sali poporodowej nie istnieje. Przychodzą goście. Do Ciebie, do współlokatorki/ współlokatorek. Zrozumiałe, że w takiej sytuacji każda z nas chce zachować godność. Jednak już w domowym zaciszu warto na łóżku rozłożyć podkład i zapomnieć o założeniu bielizny poporodowej.
Krocze myjemy pod prysznicem. Wodą i delikatnym płynem do higieny intymnej. Nie kąpiemy się.
Mi bardzo pomogło Tantum Rosa, którym polewałam obrzękniętą ranę po każdej wizycie w toalecie.
Jak przygotować się do porodu, by uniknąć nacięcia?
Celowo piszę o tym na koniec. Bo jak dawać rady skoro samemu się źle przygotowało? Wierzę jednak, że jeszcze stan błogosławiony przede mną. Tym razem chcę się przygotować jak należy. Ale wcześniej chcę się zregenerować, by zminimalizować ryzyko. Jakiekolwiek.
Przede wszystkim przez cały okres ciąży starajmy się być aktywne fizycznie. Nie chodzi oczywiście o jakieś mordercze ćwiczenia, ale odpowiednia dawka ruchu nikomu nie zaszkodzi. Zwłaszcza, gdy nie ma do tego kompletnie żadnych przeciwwskazań. Ruch to zdrowie.
Po drugie masaż krocza. Możemy wykonywać go już od połowy ciąży, a szczególnie systematycznie powinnyśmy się przyłożyć do tej czynności na około 2 miesiące przed rozwiązaniem. Nie wolno masować gdy cierpimy na jakąś infekcje. Masujemy się naturalnymi olejkami- osobiście polecam olej z migdałów, ale można też użyć z oliwy, kiełków pszenicy czy awokado. Ma być naturalny, bez różnych dodatków zapachowych.
Najwygodniej jest masaż wykonać w pozycji stojącej z jedną nogą opartą np o wannę. Olejek wylewamy na dłonie, ogrzewamy. Okrężnymi ruchami wcieramy w krocze. Gdy już zostanie „wchłonięty” opuszek palca umieszczamy w pochwie i delikatnie ugniatamy w kierunku odbytu do momentu poczucia lekkiego bólu. Przestajemy, czekamy aż minie. Masujemy regularnie, po kilku dniach dodając kolejny palec, aż dojdziemy do 4 palców co w praktyce oznacza rozciągnięcie do 2/3 wielkości główki noworodka.
I na koniec- ostatnie, ale najważniejsze. Codziennie wykonujmy ćwiczenia wzmacniające mięśnie dna miednicy. Czyli ćwiczenia Kegla. Jest to okropnie ważne. Nie tylko jeśli chodzi o uniknięcie nacięcia, ale także ze względu na powrót do formy w przyszłości oraz sprawności tych partii ciała w późniejszych latach życia (wysiłkowe nietrzymanie moczu, obniżenie ścianek pochwy-także po porodzie cc, wypadanie narządu rodnego). Ćwiczenia wykonujemy codziennie. Przed ciążą, przez cały okres ciąży i po porodzie. Robimy je zawsze, kiedy sobie o nich przypomnimy. Stojąc w kolejce w sklepie, czytając książkę czy relaksując się w wannie.
Dziewczyny przygotowujące się do porodu mogą skorzystać z balonika epino, który pozwoli im efektywnie pracować nad mięśniami. Te po porodzie również mogą zadbać o powrót do formy poprzez ćwiczenia z balonikiem.
Balonik przygotowuje do porodu i do regeneracji poporodowej. Epino pozwala na wyćwiczenie i wzmocnienie mięśni krocza tak, by uniknąć nacięcia podczas samego porodu. Wersja Delphin Plus wyposażona jest dodatkowo w manometr, dzięki któremu ćwiczenia przywrócą stan mięśni do tego sprzed porodu.
Ten model balonika posiadam w domu. O samym baloniku oraz o efektach mojej pracy z nim mam zamiar Wam napisać już za jakiś czas.
Głęboko wierzę, że systematyczne ćwiczenia pozwolą mi cieszyć się powrotem do formy sprzed porodu, a w przypadku następnej ciąży zniweluję ryzyko nacinania oraz powikłań związanych z osłabieniem tych partii mojego ciała.
Fajnie jest być mamą, to najpiękniejszy okres mojego życia. Ale jestem też kobietą. Chcę czuć się pewnie i atrakcyjnie. Również psychicznie. Nie tylko w młodym wieku, ale przez całe życie.

Poród

Będąc jeszcze w ciąży z zapartym tchem czytałam Wasze wspomnienia z porodów.
Jedne mnie uspokajały, inne wywoływały troskę o dziecko. Czytając różne opisy nie tylko na blogach, miałam jedną zasadę- czytam tylko te pozytywne. Bo dokładnie tak chciałam nastawić się na mój poród.
Pisałam zresztą, w którejś z notek, po jednej z lekcji w szkole rodzenia, że mam swoją wizję porodu. Zastanawiałam się nawet czy poród można sobie wymarzyć.
Otóż dziewczyny, owszem można. Nie wiem czy pomógł w tym mój optymizm, wiara, że będzie dobrze czy moje uwarunkowania anatomiczne.
Ale po kolei..

Jak wiecie zaczęło się w poniedziałek. Co prawda jeszcze troszkę wcześniej nim odeszły mi wody. Kładąc się spać, pomyślałam sobie, że rano się zacznie. Miesiączki zawsze miałam na tyle regularne, że jakimś dziwnym trafem wypadały w poniedziałek około 7 rano. A, że były przeważnie strasznie bolesne z reguły kończyło się urlopem na żądanie.
I tak leżąc w łóżku przypomniałam sobie o tym i pomyślałam, że skoro termin mam na poniedziałek to się pewnie zacznie koło 7 rano. Wiecie taki żarcik od losu.
Jak się później okazało zaczęło się gdzieś po północy, bo dostałam lekkich skurczy. Regularnych, jednak na tyle lekkich, że nie brałam ich pod uwagę. Początkowo pojawiały się co 18, 15, 13 min. Nad ranem były już co 10 min. Pamiętam jak po wizycie w toalecie wróciłam do łóżka po 6 rano i spytałam męża czy nie mógłby pójść ewentualnie na 9 do pracy, bo nie wiem czy się nie zacznie. Pół godziny później, wtulona w ramiona mojego B. poczułam jedno pyk. Jakby pękła banieczka. I nagle poczułam też, że na nogach robi mi się ciepło. Nie miałam wątpliwości, że odeszły mi wody. Wstaliśmy oboje, wykąpaliśmy się. Mąż wziął Szelmę na spacer i poszedł do sklepu po moje ulubione drożdżówki z serem. Ja w międzyczasie wrzuciłam notkę na bloga, zadzwoniłam do taty, dopakowałam torbę. Zjadłam śniadanko, a skurcze troszkę mocniejsze były już co 5 min. W szpitalu byliśmy o 8. Dojazd bez wielkiego pospiechu bo mamy do niego 5 min od domu.
Na miejscu zbadał mnie lekarz stwierdzając, że musiało mnie w nocy „smyrać” bo rozwarcie spore no i szyjki brak. Potem przyszła położna anioł- Pani Agnieszka Serafin. Wiele dobrego czytałam na jej temat w internecie, w najśmielszych marzeniach nie przypuszczałam, że trafię akurat na nią.
Podłączono mnie pod ktg, skurcze zapisywały się dość wyraźnie. Co 3 minuty, ale nie bolały. Ot jak na okres. Leżąc pod ktg odpowiadałam na różne pytania, trochę pożartowaliśmy. Następnie się przebrałam i poszliśmy do przydzielonej mi sali porodowej.
Mąż zasiadł na fotelu, ja na piłce  porodowej i tak sobie gadaliśmy o życiu. Skurcze zrobiły się mocniejsze, ale skupienie się na oddechu i kręcenie biodrami na piłce pomagało. B. liczył częstotliwość i długość skurczy- co 3 min i trwały około 1 minutę. Około 10 przyszła spowrotem Pani Agnieszka i zaproponowała przeniesienie się pod prysznic. Razem z piłką.
Ciepła woda przynosiła ulgę, polewałam sobie nią krzyż i stopy. Co mnie zdziwiło, to właśnie ciepło na stopach powodowało rozluźnienie podczas skurczy, które zrobiły się intensywniejsze.
Po wyjściu spod prysznica okazało się, że rozwarcie już na 8cm. I wtedy dopadł mnie słynny kryzys. Poprosiłam o znieczulenie, choć doskonale wiedziałam, że przy takim rozwarciu jest już za późno. Zaproponowano mi gaz rozweselający, o którym jednym słowem mogę napisać, że bynajmniej wesoło mi po nim nie było. Około godz. 11 położna zaproponowała mi, abym położyła się na worku sako i zdrzemnęła między skurczami, aby nabrać sił. Przyniosła poduszkę i koc. Okryła mnie i pokazała jak oddychać gdy pojawi się skurcz. Mąż siedział obok i dzielnie trzymał za rękę, pozwalając tym samym miażdżyć sobie kostki 😉 Poleżałam tak około 30 min i rzeczywiście podniosłam się pełna wiary, że już niedługo, bo pojawiły się skurcze parte. Mają one zupełnie inny charakter, można je „przeoddychać”, wspomóc się krzykiem, co mi się parę razy udało. Czułam, że główka już jest bardzo nisko, co mi potwierdziła położna, gdy położyłam się na fotel, mówiąc, że już widać jej czubek. Chwilę potem pojawiły się prawdziwe skurcze parte.
Na sali pojawił się lekarz i pani pediatra, a położna zmieniła szybciutko swój strój, wjechał stolik z jakimiś narzędziami,  i już wiedziałam, że lada moment się zacznie. Dostałam szczegółowe instrukcje jak przeć, jak oddychać, jak przygiąć głowę do klatki piersiowej i chwycić się uchwytów fotelu. Pamiętam jak lekarz mówił, żebym nie zamykała oczu podczas skurczu.
 Szybka zgoda na ewentualne nacięcie, 3 skurcz party i nagle zero bólu. Jest godzina 13:10.
 Za to widzę przed oczami mojego krzyczącego synka. Długiego i chudziutkiego. I takiego cieplutkiego na moim brzuszku. Tulę go mając gdzieś co się dzieje dookoła mnie. Mąż mi potem mówi, że całuję małego po główce nie zważając na to, że jest we krwi, mazi płodowej i mówię mu jak go kocham.
Tulę i nie mogę uwierzyć,że oto on. Mój syn, mój kochany syneczek.
Czekamy chwilkę zanim urodzi się łożysko, mąż wychodzi. Umówiliśmy się, że tego etapu porodu nie będzie oglądał.I tak jestem z niego dumna, dzielnie wytrzymał do samego końca. Był mi ogromnym wsparciem. Tulił, uspokajał. Dodawał wiary. Wiem, że gdyby nie on wszystko wyglądałoby zupełnie inaczej.
Potem szybkie szycie. I nagle okazuje się, że popękała mi w środku szyjka, wysoko na szczycie. Lekarz twierdzi, że nie da rady tego zszyć bez uśpienia, bo ciężko mu się dostać. Ja go proszę,żeby spróbował, bo nie chcę oddawać małego bez 2h kontaktu.
Położna w międzyczasie informuje męża, że jadę do uśpienia.
Przychodzi ordynator, zagląda i obiecuje, że zrobi wszystko co w jego mocy, aby się udało.
I udaje się. Boli jak cholera, ale jest to jedyny ból jaki pamiętam z całego porodu.
Ale przez cały ten czas mam synka na brzuchu, który powoli dociągnął się do piersi.
I zaczął ssać. Po jakimś czasie przekładają mnie na bok, położna pokazuje jak dostawić synka do piersi leżąc. Okrywają nas kocem, wraca mąż. Tuli się do nas. Jest cudownie.
Nic nie boli, a przy sobie mam moich ukochanych mężczyzn.
Czy był to mój wymarzony poród? Na pewno pod względem czasowym, uwinęliśmy się w lekko ponad 6h.
Natomiast patrząc z innej perspektywy.. śmiało mogę napisać, że moment, w którym ujrzałam synka był bardziej niż wyśniony. Tego się nie da opisać. Tak samo jak tej miłości, która zalewa człowieka, w momencie kiedy widzi swoje dziecko po raz pierwszy.
A sam poród…w moim przypadku, akurat nie taki straszny jak go malują.
Życzę wszystkim przyszłym mamusiom, aby poszło tak sprawnie.
I potwierdzam słowa, które przed porodem czytałam milion razy, że dziecko wymaże z pamięci każdy ból.
Na tym właśnie polega cud narodzin.