Strach przed porodem

Ostatnio troszkę zawrzało w sieci. Wszystko za sprawą pewnej celebrytki, która wyznała, że nie chce rodzić jak natura przykazała. Mało tego, w jednym z wywiadów wyznała, że świadomość o możliwości wykonania cesarskiego cięcia spowodowała, że w ogóle zdecydowała się na dziecko.
Jak zwykle bywa, opinie w komentarzach podzieliły się równo po połowie. Na zwolenników i przeciwników postępowania aktorki. Zwłaszcza Ci drudzy dość mocno „pocisnęli” w swoich wypowiedziach, zapominając chyba, że aktorka jak każdy z nas jest takim samym człowiekiem, z takimi samymi obawami i uczuciami.
Czytając jeden z wywiadów, którego udzieliła, przypomniałam sobie czas, kiedy sama panicznie bałam się porodu. Bez bicia przyznaję, że wtedy myśl o cesarce dość często mi towarzyszyła. Zasłyszane historie o tym, że poród to przecież jedna wielka „rzeź” wcale nie pomagały wyzbyć się lęku. Myślałam sobie, że najlepiej będzie jeśli zapłacę i lekarze „urodzą” za mnie.
Lęk przed porodem naturalnym ma nawet swoją nazwę pod postacią tokofobii. Jedni boją się pająków, inni ciemności, a jeszcze inni nie są w stanie wyobrazić sobie bólu związanego z porodem. Ja to doskonale rozumiem, bo sama jestem wielkim strachulcem, o czym mogliście poczytać nie jeden raz na blogu. Także nawet przez moment nie przyszła mi do głowy myśl, by oceniać aktorkę. Mimo, że nauczona doświadczeniem jestem obecnie zwolenniczką porodu naturalnego.
Bazując właśnie na swoim doświadczeniu, a czytając różne wypowiedzi w komentarzach, pomyślałam o tym poście. Nie chcę w nim na siłę przekonywać, że poród siłami natury jest dla dziecka dużo zdrowszy, że ma on niesamowity wpływ na dalszy jego rozwój. Praktycznie każdy zdaje sobie sprawę, że natura tak to wszystko stworzyła, że dziecko nie na darmo rodzi się w matczynych bólach. Nie na darmo też wykonuje milion różnych ruchów i obrotów w kanale rodnym. Rozwierająca się szyjka, skurcze macicy masują drobne ciałko, pozwalając dziecku pozbyć się z przełyku wód płodowych, które łykało przez całe swoje życie, a także wpływają na jego napięcie.
Dziecko, które rodzi się zgodnie z rytmem jaki wyznacza natura, samo wybiera sobie moment, w którym chce przyjść na świat. Oznacza to, że jest w pełni gotowe. Ostatnio gdzieś przeczytałam, że tak naprawdę to w pełni rozwinięte pęcherzyki płucne dziecka dają sygnał dla organizmu matki, by zaczął produkować oksytocynę, niezbędną do wywołania skurczy i rozpoczęcia porodu. Pokazuje to w jak piękny sposób natura zadbała o to, by wszystko szło po kolei, swoim utartym torem. Mechanizm precyzyjny jak w zegarku.
Niestety, czasem szwankuje.

Czasem z winy nas samych, a także lekarzy. Wystarczy źle wyznaczona data porodu przez nieregularne miesiączkowanie kobiety. Standard pewnie u 1/3 kobiet. Brak ruchu przez całą ciążę, osiadły tryb życia. Ciąża to nie choroba, powtarzamy wszystkim wkoło. A jednak pod sam koniec zachowujemy się jak niedołężne staruszki. I wcale nie mam na myśli okołociążowych dolegliwości. Raczej wymówki.
Przychodzi wyznaczona data porodu, a nic się na niego nie zanosi. Skurcze na poziomie zero. Mija jedna doba, dwie, siedem. Nic. KTG płaskie jak stół. Mijają kolejne dni i zaczyna się wywoływanie.
Podobno niezbyt przyjemne, ale jakże może być inaczej? W jednej chwili położna przebija Ci pęcherz płodowy, w drugiej podaje dożylnie lek, który ma pobudzić Twoją szyjkę do maksymalnego rozwarcia się i wydania dziecka na świat.
Wiadomo, są sytuacje kiedy mus to mus. Dla dobra dziecka. Dla dobra matki. Podobnie jak ta cesarka nieszczęsna, która przecież ma na celu ratowanie życia, a nie jest metodą samą w sobie na pojawienie się tego życia. Alternatywą.
Trochę wkurza mnie ta medykalizacja ciąży i porodu. Zapominamy o naturze. A potem mamy do niej pretensje. Albo co gorsza tłumaczymy, że wszystko dla ludzi. Wybieramy świadomie, bo mamy taką opcję, nawet nie biorąc pod uwagę, że może warto spróbować? Czasem wybierają też za nas, zupełnie nie pytając o zgodę. Stawiają przed faktem dokonanym. Nim się zorientujesz, podczas badania odchodzą wody. Dostajesz oksytocynę.
Jest przyczyna. Jest skutek. Wszystko ma swój ciąg dalszy. Niestety. Kłopoty z laktacją, baby blues, złe napięcie u dziecka, problemy z oddychaniem, nadwrażliwość czuciowa.
Całą ciążę tak bardzo dbamy o siebie i swoje maleństwo. Chuchamy, dmuchamy. Milion badań, dwa miliony tableteczek, witaminek, kwasu foliowego (najlepiej z metafoliną przyp. autorka! 😉 ), przeczytany cały stos książek i gazetek. Piękna wyprawka, cudowny i wymuskany pokoik.
A gdy przychodzi czas porodu, który ma tak ogromny wpływ na dalsze życie dziecka, wtedy świadomie decydujemy się na różne kroki, często zabierając mu to, co najważniejsze. Zaprzepaszczamy szansę. Żaden, nawet najpiękniejszy pokoik nie wynagrodzi tego.
A dlaczego to robimy? Ze strachu właśnie.
Tyle się przecież słyszy o komplikacjach porodowych. Straszne historie mrożące krew w żyłach.
Wiadomo, że każda mama chce urodzić zdrowe dziecko. Chce je tulić, mieć przy sobie.
Koło tego strachu dotyczącego bólu porodowego często istotniejszym jest strach przed tym, że dziecku stanie się coś złego podczas porodu.
Czasem przecież i tak się zdarza. Dlatego w takich sytuacjach lekarska pomoc i szybka decyzja o cesarskim cięciu są jak najbardziej uzasadnione. Tymczasem w 2011 roku 35% dzieci przyszło na świat drogą cięcia cesarskiego. Podobno 7/10 porodów w prywatnych szpitalach to tzw. cesarka na życzenie.
Wpiszcie sobie w google hasło „cesarskie cięcia w Polsce”. Pierwsze co wyświetli Wam przeglądarka to reklama jednej z klinik, która za (bagatela!) 2300zł oferuje Wam poród drogą cc, opiekę nad noworodkiem oraz pobyt. Termin i godzinę możecie wybrać same.
Daleka jestem od oceniania innych w tym przypadku. Tak jak wspomniałam, doskonale rozumiem strach przed porodem. Towarzyszył mi, towarzyszy Tobie. Każdej z nas. Każda kobieta boi się porodu. Nawet jeśli jest to jej kolejny. Nawet teraz myśląc o kolejnej ciąży i porodzie, odczuwam wewnętrzny niepokój. Mimo, że mój poród był cudowny, wyśniony, jedyny w swoim rodzaju i siłami natury właśnie. 
Podobno natura tak nas kobiety zaprogramowała, że ten strach i niepokój zmniejsza się im bliżej porodu się znajdujemy. Nie wiem czy to działa u każdej z nas, ale u mnie coś takiego miało miejsce. Na porodówkę jechałam całkowicie spokojna i wyluzowana. Nie tak jak to pokazują w filmach. Po tym jak odeszły mi wody wzięłam jeszcze prysznic, wrzuciłam notkę na bloga (być może niektórzy z Was to jeszcze pamiętają!), zjadłam drożdżówkę, po którą wcześniej spokojnie poszedł do sklepu mój mąż.
Wierzcie mi, zupełnie inaczej sobie wyobrażałam tę chwilę. Zwłaszcza w czasie, kiedy strach przed porodem towarzyszył mi na co dzień. Tymczasem doskonale wiedziałam jak mam postępować. Cały irracjonalny strach prysł jak bańka mydlana.
Teraz, nauczona doświadczeniem myślę sobie, że każda z nas powinna dać sobie czas, by przezwyciężyć strach. Spróbować poznać swój organizm lepiej. Zaakceptować swoją fizjonomię. Dowiedzieć się jak najwięcej nt porodu, jego wpływu na dziecko i matkę. Czytać, pytać, szukać. Porozmawiać z kimś mądrym, kto rozwieje nasze wątpliwości. Zapisać się do szkoły rodzenia, zobaczyć na własne oczy miejsce, w którym wydamy dziecko na świat. Mówią, że lepszy znany wróg niż nieznany przyjaciel. Całkowicie się z tym zgadzam.
Zaufajcie sobie. Jeśli cała ciąża przebiega wzorcowo, dziecko rozwija się prawidłowo, Wy jesteście zdrowe i nie ma kompletnie żadnych przeciwwskazań do porodu naturalnego nie poddawajcie się strachowi bez walki. Dajcie sobie szansę. Naprawdę warto.
Dlaczego o tym piszę? Bo w pewnym sensie czuję się dumna sama z siebie. Bo zwyciężyłam swój strach, urodziłam. Byłam pewna, że idąc na porodówkę, na czole wypiszę sobie wielkimi literami, że rodzę tylko ze znieczuleniem. A obyło się i bez tego.
Nie czuje się lepsza od koleżanki, która urodziła poprzez cesarskie cięcie. Nie czuję się lepsza od koleżanki, która dostała znieczulenie. Czuję się jednak dumna, bo pokonałam swój strach.
Ale pokonałam go, bo spróbowałam. Oswajałam go, walczyłam. Nie poddałam się już na początku, kiedy zobaczyłam dwie kreski na teście ciążowym.
Doskonale jednak rozumiem, że nie zawsze jest to możliwe. Wiem, bo mój strach przed ciemnością powoduje we mnie, że nie ma takiej siły, która zmusiłaby mnie do zostania w nocy samej w ciemnym domu. Ja nawet mając za ścianą kogoś bliskiego się boję. Muszę czuć oddech bliskiej osoby tuż obok, bym zasnęła spokojnie. Walczę z tym od wielu lat. Z mniejszym bądź większym efektem, ale ten strach wciąż we mnie jest.
Jeśli więc nie uda Ci się go zwalczyć wcale nie oznacza to, że jesteś gorszą matką. Nie jesteś też gorszą, gdy sytuacja wymknie się spod kontroli i mimo wymarzonego porodu siłami natury, dojdzie do cięcia.
Wszystkie jesteśmy takimi samymi matkami, bez względu na to w jaki sposób urodzimy. To nasze dalsze postępowanie w drodze zwanej „macierzyństwem” definiuje nas jako matki.
Musimy jednak spróbować zawalczyć, nie poddawać się już na samym początku. Matka musi być silna, a siła ponoć jest kobietą. Wierzcie mi, przekonacie się o tym w życiu, już po narodzinach dziecka nie jeden raz.
Dylematy związane z wychowaniem, strach o zdrowie potomstwa, różne decyzje, które przyjdzie nam podjąć, sytuacje z którymi przyjdzie nam się zmierzyć. Żadna z nas nie poddaje się przecież od razu. W matce jest siła, a stajemy się nimi przecież nie od momentu narodzin, a od momentu poczęcia właśnie.
Bądźcie silne drogie mamy! 🙂
* post zawiera lokowanie produktu marki Femibion 

Zobacz także

takatycia

  • Ja miałam cesarkę na życzenie.
    Mimo 9 miesięcy nastawiania się i oswajania z myślą o porodzie naturalnym.
    Z perspektywy czasu trochę żałuję, że nie spróbowałam naturalnie, ale wiem też że prawdopodobieństwo że byłoby gorzej niż jest teraz jest ogromne. Dlatego się cieszę, że zaufałam swojemu instynktowi.
    A do tego jak kto rodził tak jak do karmienia piersią i eko rodzicielstwa mam stosunek całkowicie obojętny 😉 nie wchodzę innym do sypialni a tymbardziej na salę porodową 😉
    ale post jak zwykle idealnie wyważony 😁 :*

    • :*

    • Karolajn

      Ból, strach przed nim, może być paraliżujący a dzisiaj jest tak, że jak tylko możemy, unikamy go. Dlaczego więc mam rodzić dziecko w bólach i narażać się na traumę, której nie zapomnę do końca życia? Tak myślałam, zanim trafiłam na salę porodową i u nas niestety zakończyło się cięciem cesarskim. Gdy jechałam na salę operacyjną, poczułam ulgę, że już nie będzie bolało (miałam skurcze przez 12 godzin)… tyle tylko że wiedziałam, jakie mogą być tego konsekwencje – tak jak napisałaś – problemy z laktacją, baby blues, poczucie porażki…A przede wszystkim brak tej chemii, magicznego wyrzutu hormonów na widok dziecka leżącego na twoim brzuchu…Nie było kontaktu skóra do skóry, nie bylo pierwszego ssania piersi zaraz po porodzie. I mimo że córeczka ma już 11 m-cy nadal we mnie jest ta nieopisana pustka, smutek, żal, że nie dane nam było tego doświadczyć. Na samą myśl, że moje dziecko przez 9 m-cy było we mnie, było mu tak dobrze a potem nagle je po prostu wyjęli, wymęczyli, zabrali ode mnie, łzy cisną mi się do oczu. Jasne, że bolało, bolało jak cholera, marzyłam żeby te skurcze się skończyły ale co z tego? Już tego nie pamiętam, miłość boli, więc poród musi boleć tymbardziej 😉 Pamiętam, jak mówiłam koleżance, że boję się że ból mnie pokona i trochę tak było, ale ja musiałam całe 12 godzin leżeć pod ktg, więc nie miałam możliwości radzenia sobie jakoś z bólem, byłam bardzo bierna i za to jestem trochę zła na siebie, no ale leżeć kazał lekarz. A ból po cesarce?? Masakra!! I to przez 2-3 tygodnie, szarpanie, ciągnięcie gdy akurat musiałam biec do malutkiej albo chciałam przekręcić się na drugi bok w łóżku.
      Być może nie jest tak, że ta jedna chwila przyjścia na świat wpływa na całę życie dziecka, ale chyba jednak warto w tej jednej właśnie chwili pozwolić Naturze nas prowadzić. Niestety, widzę to wkoło siebie, że jest ogromny baby boom, jakaś moda na bycie rodzicami czy co…ale jednocześnie te same mamuśki zakochane w niemowlęcych paluszkach, chcą jak najszybciej uwolnić się od dziecka, bo przecież ono nie może nami rządzić, nie może mieć problemów z zasypianiem, nie ma prawa chcieć wisieć na piersi, chcieć być wzięte na ręce a już spanie razem..a fe! Wiec jest takie rozdwojenie jaźni tych matek. Nie robie z siebie cierpiętnicy, przyjęłam taką a nie inną postawę rodzicielską i mimo niewyspania, zmęczenia, znużenia codziennością, jestem odpowiedzialna za to, co stworzyłam i chcę dać mojemu dziecku fundamenty, które według pedagogów, psychologów będą w przyszłości budować pewną siebie, dojrzałą osobę. Nikt, kogo znam, nie przeczytał ani jednej książki na temat rozwoju emocjonalnego czy psychicznego dziecka. Ale wybierać przez pół roku kolor kocyka czy pościeli to można..smutne to. Chyba odbiegłam od tematu 🙂
      Bo ja bym chciała zaapelować tu do pierworódek – jak napisałam tu Takatyciunia kochana – strach trzeba oswoić, pogodzić się z tym, co nas czeka, przemyśleć, poczytać jak można ból łagodzić, np. śpiewając jak Williams 😉 i… spróbować. A najlepiej wybrać szpital, gdzie w razie czego dadzą znieczulenie, bo jestem trochę za tym, by ulżyć cierpieniom, jeśli jest taka możliwość. I polecam spotkania z położną środowiskową w swojej przychodni, moja jest rewelacyjna, trochę oswoiła mnie z porodówką swoimi opowieściami 🙂
      Podsumowując – dziewczyny – powrót do natury. Drugie dziecko rodzę w domu.

  • Ja szykujac sie do porodu, nastawialam sie na porod salami natury i bez znieczulenia. Mam dosc wysoki prog bolu, wiec uznalam, ze chcociaz sprobuje. Niestety, okazalo sie, ze jestem jedna z tej grupy, u ktorej natura zawiodla. Po pierwsze, obie ciaze przenosilam. O tydzien, bo tylko na tyle tu pozwalaja. Poza tym, kiedy pojawily sie bole krzyzowe, szybko poprosilam o znieczulenie. 😉 A najgorsze, ze po 3 godzinach parcia nadal nie moglam corki urodzic i w koncu lekarz musial uzyc proznociagu. I zeby nie bylo, przez cala ciaze staralam sie byc aktywna, trzymac forme. A I tak nie dalam rady. Drugi porod zas, chociaz rozpoczal sie samoistnie od odejscia wod, zakonczyl sie cesarka. Wdarla sie infekcja, dostalam goraczki, synkowi skoczylo tetno i lekarz zadecydowal, ze bezpieczniej dla niego bedzie urodzic sie natychmiast.

    Dziewczynom, ktore wahaja sie pomiedzy porodem sn a cc ze wzgledu na komplikacje okoloporodowe, zawsze mowie, ze ja nie zauwazylam roznicy. Bol po nacieciu przy cc, byl dla mnie porownany do bolu nacietego krocza. Ja akurat mialam szczescie i chociaz urodzenie dzieci jak widac przyszlo mi ciezko, to za to mialam bezproblemowe ciaze, a po porodach doszlam do siebie blyskawicznie. Trzeciego dnia po cesarce juz wedrowalam przez oddzial, bo musialam po kazdym karmieniu odwiezc synka na naswietlania (mial ostra zoltaczke). I wlasnie, co do rzekomych problemow z laktacja po cesarce. Po porodzie sn z corka, mleko doatalam dopiero po 4 dniach. Az balam sie, ze nie bede w stanie karmic. Po cesarce zas mialam nawal zaraz nastepnego dnia. 🙂

    Tak jak piszesz, porod to indywidualny wybor kazdej kobiety. Kazda inaczej go zniesie i kazdy przebiegnie w inny sposob. Ja osobiscie nie zdecydowalabym sie ponownie na cesarke (majac wybor oczywiscie) poniewaz bylo to dla mnie przerazajace doswiadczenie, ta lodowata sala, waskie lozko do ktorego bylam przypieta pasami, ostre swiatla… Przypominalo mi to bardziej sale tortur niz porodowke. 😉

    A co do wplywu porodu na rozwoj dziecka, bardzo sceptycznie podchodze do tego typu teorii. Wedlug mnie, jesli nie doszlo bezposrednio do uszkodzenia ciala lub mozgu dziecka podczas jego przebiegu, sprawy takie jak napiecie miesniowe czy nadwrazliwosc, sa determinowane przez genetyke. Oczywiscie to tylko moje, subiektywne zdanie. Zreszta, patrzac na moje dzieci, jesli mialabym wskazac ktore wydaje sie zbyt wrazliwe, rozhisteryzowane oraz majace problem z przystosowaniem, to bylaby to corka, ktora urodzila sie naturalnie. 🙂

    • Przyznaję, że jeśli chodzi o poród naturalny chyba najbardziej boję się właśnie próżnociągów, kleszczy. Pewnie dlatego, że nie zgłębiałam tematu i jakoś podświadomie nieznane budzi lęk..

  • monika

    Ja pierwszy porod mialam wywolany przed terminem. Mialam rozwarcie 6 cm i glowke nisko ulozona czy cos. W kazdym badz razie pani doktor ktora zastepowala moja uznala ze juz trzeba. No to poszlam. Rodzilam 6 godzin jeszcze ze strasznymi bolami( podobno kroplowka wzmacnia bol) . 14 mies pozniej rodzilam corcie:)bez wywolywania , skurcze same przyszly choc lezalam od pon bo wtedy poczulam juz i jechalam ze wzgledu na rozwarcie od 7 mies:) a ur w piatek w przeciagu godziny:)

  • Piękny, mądry post. Wyważony. Rodziłam jak Ty – ze spokojem i wiarą, że dam radę. Po odejściu wód tańczyliśmy z mężem ostatni taniec bez Antka, w drodze na porodówkę wstąpiliśmy na kebab – mąż był głodny:) to był piękny czas, następne takie wydarzenie już niebawem. Jestem spokojna, wierzę w siebie!

  • Ja 10 lat temu rodziłam naturalnie,bez znieczulenia itd ,przyznam szczerze że było to 12 godzin męki,ale dałam rade,bez krzyków itd 🙂 Teraz jestem w 6 miesiącu ciąży i już wiem czym ”smakuje” poród ale jeśli nie będzie przeciwwskazań to mam zamiar rodzić naturalnie

  • Anonymous

    Strach jest przez opowieści naszych mam i koleżanek, które poród wspominają źle. A trzeba pamiętać, że każdy jest inny i inaczej odczuwa całą sytuację i związany z tym ból, każdy poród jest inny.
    Najważniejsze to dobre nastawienie, że dam radę i spokój, oparcie w kimś bliskim.
    Też rodziłam naturalnie, bez znieczulenia, około 10h i też wcześniej bałam się jak cholera 🙂

  • Aga

    Chociaż jestem zdecydowaną zwolenniczką natury, częściowa medykalizacja porodu jest moim zdaniem niezbędna. Myślę, że dzięki postępowi medycyny i dostępności badań udało się uratować zdrowie i życie wielu dzieci. Ja sama miałam poród wywoływany ponad tydzień po terminie, bo z badań wyszło, że łożysko przestaje już funkcjonować dobrze i przepływy słabną. Czy w takiej sytuacji miałam czekać, aż dziecko samo zdecyduje się wyjść? Zdecydowanie nie, zwłaszcza, że pomimo dużej aktywności przez całą ciążę szyjka ani zamierzała drgnąć. Niemniej bardzo się cieszę, że pomimo dwóch dni wywoływania porodu, oksytocyny itp. udało mi się urodzić naturalnie, bo od samego początku ciąży nastawiałam się na taką opcje. Aga S.

    • Oczywiście, że przy wskazaniach trzeba korzystać z postępu medycyny. Chodziło mi w poście o sytuacje, w których wskazań nie ma, a czysto z lenistwa lub braku czasu lekarze sięgają po „przyspieszacze”.

  • Odniosę się tylko do wywoływania porodu po terminie. Bo tylko w tym się z Tobą nie zgodzę. Miałam wywoływany poród, bo dziecko nie mogło dłużej czekać aż samo się zacznie. To nie jest bolesne. Sen z powiek mi spędzały te pełne grozy opowieści o baloniku zakładanym w celu powiększenia rozwarcia. To nie boli. Nawet nie czułam jak wypadł. A tyle straszenia było, że hej. Później kilka godzin oksytocyny. Pęcherz płodowy przebijany był w ostatniej chwili, to nic nie boli. Nawet nacięcia nie poczułam, bo położna zrobiła to w odpowiednim momencie. Pomimo trudności i tego, że Olusiowi nie spieszyło się na świat, dobrze wspominam poród. Owszem był bolesny. Jednak jeśli ja z moim bardzo niskim progiem bólu dałam radę, to wiele innych kobiet również sobie poradzi.

    • Aga

      To chyba zależy od osoby/predyspozycji. Mnie po oksytocynie bolało mega, skurcze od razu mocne i częste. Nie było mowy i piłce czy drabinkach. Każdy poród jest inny, czy cc, czy sn czy sn wywoływany i każdego boli inaczej. Ale faktycznie balonik nie jest taki straszny, a przebicie pęcherza bezbolesne zupełnie.

    • Tak jak napisałam w komentarzu wyżej. O poród po terminie chodziło mi w sytuacji, w której wszelkie badania nie wykazują odchyleń od norm. Czyli zarówno dziecko jak i mama mają się dobrze, łożysko jest w pełni funkcjonalne, a wywowołuje się tylko dlatego, że ciążą przenoszona o tydzień. Tymczasem często ten tydzień to po prostu efekt przesuniętej owulacji i złych wyliczeń. W sytuacjach,o których piszesz jak najbardziej powinno się zadbać o bezpieczeństwo mamy i dziecka. O to się nie spieram.

  • A ja bałam sie przed pierwszym porodem bardzo i teraz na myśl o drugim mnie paralizuje.dla mnie to był koszmar nie dość ze 11dni po terminie zaczęli mi wywoływać poród to trwało to trzy dni koszmar bo za ściana non stop słyszałam rodzące kobiety.doslownie siedziałam tam wtulona w mojego męża i płakałam.jedyne sZczescie ze w Niemczech inaczej sie to robi tzn miałam podawana tabletkę co kilka godzin i non stop monitorowane skurcze których w ogóle nie było już byłam pewna ze skończy sie to cesarka na szczęście w nocy ostatniego dnia zaczęły sie skurcze ale od początku były bardzo silne i bardzo częste i żadne naturalne sposoby na uśmierzenie bólu nie działały ani kąpiel ani masarz ani akupunktura bardzo szybko wolałam o znieczulenie choć chciałam próbować bez ale dostałam strasznych drgawek i wiem ze nie dałabym rady bez. Muszę przyznać z dla mnie znieczulenie to było wybawienie i wciąż na sama myśl o porodzie robi mi sie słabo a cały pierwszy rok po porodzie miałam koszmary na temat porodu i zastanawiałam sie czy kiedykolwiek zdecyduje sie na drugie dziecko.zazdroszcze Ci tak pięknego porodu bo ja mimo ze miałam cudowna położna i bardzo dobre warunki nie wspominam tego miło i przyznam ze nie wiem czemu kobiety mówią ze o tym bólu sie szybko zapomina bo ja wciąż pamietam go bardzo dobrze

    • Anonymous

      Mam podobnie ze zdaniem, że o bólu się zapomina. Ja nie zapomniałam. Może o częstotliwości bólu tak, ale o uczuciach jakie wtedy towarzyszyły nie. Zmęczenie, strach, szok, obojętność personelu. Też przechodzą mnie ciarki jak o tym pomyślę i nie chcę tego znowu przechodzić mimo, że poród był bez komplikacji. Każda z nas jest inna i ja to tak odczułam. Poród przeszłam spokojnie, ale w duchu był to dla mnie wielki szok, jestem bardzo krucha psychicznie i ciągnie się za mną depresja (nie tylko z powodów porodu), co nie jest łatwe przy opiece nad dzieckiem.
      Najlepsza jest moja teściowa, która dolewa mi tylko oliwy do ognia stwierdzeniami nt ciąży, porodu i dzieci. Mówiąc ostatnio bohatersko, że ból porodowy przypominał jej się jak szła rodzić kolejne dzieci (a ma czworo). Przepraszam, że tak złośliwie piszę, ale nie każdy jest stworzony do wszystkiego. Ona po prostu sugeruje żebyśmy starali się o kolejne dziecko, co uważam nie jest jej sprawą.

    • Nie, bólu się nie zapomina. Nie wiem jak u innych dziewczyn, które podobnie jak ja poród miały raczej mało bolesny, ale mimo wszystko przecież ból był.. Ja nie zapomniałam go, ale w pewnym sensie trochę się zatarł we mnie. Nie znikł, ale budzi we mnie lęku. Dziewczyny, może w takich sytuacjach trzeba poprosić kogoś o pomoc, kto poradzi jak to wspomnienie zatrzeć?

  • Ja miałam pierwszy cc, a drugi naturalny. Cesarka jest dla mnie traumą. obrzydliwie mnie zszyto, długo wracałam do siebie. A naturalny mogę nazwać jedną z najcudowniejszych chwil w moim życiu. Ale jeśli ktoś argumentuje cesarkę strachem przed bólem to z pewnością znajdzie szpital gdzie przy naturalnym dostaje się znieczulenie na żądanie.

  • Anonymous

    Ja jestem chyba ewenementem, bo porodu kompletnie się nie bałam. Nie bałam się bólu…wiele razy w życiu doświadczyłam już bólu…i zawsze mijało 😉 Jedyne czego się bałam to to, na co nie miałam żadnego wpływu…pojawienia się jakichś komplikacji w trakcie porodu. Na porodówkę trafiłam z zaskoczenia 🙂 Szczęśliwie tego dnia miałam kontrolne ktg i wizytę u lekarza, który po obejrzeniu ktg i zbadaniu mnie wpadł w panikę…”Pani nie czuje,że pani rodzi??? Przespała pani pierwszą fazę porodu…” Nie czułam….pierwszy skurcz poczułam 1,5 godziny przed urodzeniem małej 🙂 Trzy godziny od paniki lekarza było po wszystkim 🙂
    To chyba gdzieś w genach zapisane…bo moja mama zdążyła tylko przebrać się na porodówce…i po 20 minutach byłam na świecie:)
    Kwestia napięcia mieśniowego, karmienia piersią…to też raczej kwestia dziecka, a nie porodu. My mimo bardzo łatwego porodu sn bez znieczulenia…poległyśmy na karmieniu piersią mimo całego sztabu doradców laktacyjnych,a potem kilka miesięcy walczyliśmy z osłabionym napięciem mięśniowym.
    Znam też wiele historii typu lekarz i pacjentka uparli się na poród drogami natury…i nie są to nie są to optymistyczne historie. Tak, trzeba próbować, ale równie ważne jest również to,że trzeba umiejętnie ocenić, kiedy nadchodzi ten moment, że nie można próbować za wszelką cenę.
    Cały czas się uśmiecham wspominając dzień mojego porodu…megazwariowany 🙂

  • A ja w uk bardzo chcialam miec cesarke na zyczenie. Od poczatku w zasadzie wiedzialam ze tylko tak urodze. Jak nie potrafilam pomyslec o naturalnym porodzie bo zaraz ryczalam ze strachu, nie moglam zrozumiec jak moze dziecko wyjsc przez taki maly otwor:-) jednak jak sie okazalo uk to nie polska. Bardzo duzy odsetek cesarek spowodowal ze od kilku lat juz jest baardzo trudno o taka na zyczenie. Przez 8 mies. Przekonywali mnie do naturalnego porodu a ja ryczalam. Wizja cesarki jako powaznej operacji jaka mi przedstawiali I tego ze bede miala wszystkie zmieczulenia mozliwe przekonala mnie. A raczej poddalam sie. Poszlam ma zywiol. I nie zaluje choc bylo gorzej niz myslalam. I duuzo bólu. Paula
    Ps. Żaneta i to znowu ten nieszczesny kwas foliowy. 🙂

    • Szczęsny, szczęsny 😉 Pomęczę Was jeszcze kilka razy w Listopadzie ;))

  • Anonymous

    Pierwszy raz rodziłam dokładnie 15 miesięcy temu… Od początku byłam nastawiona na poród sn, panicznie bałam się cc. Udało się:) chociaż trzeba było go wywoływać … Na szczęście 15 minut po podaniu kroplówki odeszły mi już wody i pojawiły się skurcze… 3 godziny później synek był z nami:) Nie bałam się porodu, wiedziałam że będzie boleć, ale udało się wszystko znieść bez znieczulenia.
    Dziś minął mi termin drugiego porodu… Mały chyba posłusznie czeka na przyjazd tatusia, a ja umieram ze strachu. Bardzo boję się tego porodu:( Dlaczego? Nie wiem. Najprawdopodobniej też trzeba będzie go wywoływać , chociaż przy moim Lulku nie dało się być nieaktywnym;) Z własnego doświadczenia wiem, że to nic strasznego, ale różnie to bywa. Oby tym razem też szybko poszło.
    Dziewczyny trzymajcie kciuki, proszę!

    • Mocno, mocno trzymam kciuki! Mam nadzieję, że maluszek już po tej stronie <3

    • Anonymous

      Jeszcze dobrze mu u mamusi:), no i czeka widocznie do jutra na tatusia… W czwartek mam się zgłosić do szpitala.

  • Nie pamiętam bym jakoś strasznie bała się porodu w trakcie ciąży. Mówiłam sobie,że tyle kobiet przede mną rodziło i dało radę, więc ja też sobie poradzę. Dużą wiedze na temat fizjologii porodu dała mi Szkoła Rodzenia, gdzie pani położna wielokrotnie podkreślała mądrość kobiecego ciała, natury, która daje kobietom siłę do rodzenia. Przeczytałam już pod koniec ciąży Dar rodzenia Fijałkowskiego, wydanie, w którym pod koniec były przedstawione historie porodowe kobiet usystematyzowane od tych trudniejszych do łatwiejszych, spokojnych. Kobiety spisywały tam swoje wrażenia z porodu do 4 godzin (może do 2) tuż po porodzie. W tych opisach „spokojniejszych” porodów znalazłam wiele siły i mądrości kobiet, które przyjmowały do faktu to, że poród się zaczął i przed pójściem do szpitala zdążały pójść na spacer, czy zrobić w domu obiad/ porządki. Nazywały ból skurczami, nie „bólem” i wiedziały, że służą one przyjściu dziecka na świat. Cudownie było to czytać, wtedy postanowiłam spisać swój poród. Na początku skurcze i ich intensywność mnie zaskoczyły, ale już w szpitalu było coraz lepiej. Cały poród byłam w ruchu, no może poza KTG, co było chyba najmniej przyjemną częścią porodu – takie unieruchomienie. Udało mi się urodzić do wody, samo parcie dziecka trwało dwa skurcze i nie czułam żadnego bólu. Jedynym minusem był brak miejsca dla mnie na oddziale położniczym i po porodzie leżałam sama 4 godziny w sali porodowej, a mój syn na oddziale dla noworodków. Na szczęście, gdy już nas przeniesiono na oddział położniczy od razu przystawiłam małego do piersi i całkiem dobrze rozpoczęliśmy podążanie drogą mleczną, co trwa do dziś (25 m-cy).
    Myślę, że lęk przed porodem wynika z zakrzywionego od razu porodów. Jest wiele strasznych historii (urban legends) o porodach, czy w filmach pokazywane są one w sposób karykaturalny i przerażający za razem. Dla mnie poród był momentem granicznym w moim życiu, poznałam wówczas swoją siłę i moc jako kobieta.
    Nie wydaje mi się by cc na życzenie było lżejszym rozwiązaniem. Gojenie rany na brzuchu może być bardzo bolesne, znajoma miała zakażenie po cc i musiała przyjmować antybiotyki. Poruszanie jest utrudnione, noszenie dziecka też. Może i trzeba się pomęczyć w trakcie porodu siłami natury, ale rekonwalescencja po nim jest o wiele szybsza. Dla dziecka jest to również wielka zaprawa na starcie (pamiętam jak mówił mi o tym ortopeda w poradni preluksacyjnej). Dziecko stopniowo wychodzi na świat, jego płuca powoli stają się gotowe do samodzielnego oddychania, skóra zaznajamia się z florą bakteryjną matki. Nagłe wyjęcie z brzucha do zimnego, intensywnie jasnego miejsca może być dla malucha szokiem.

    • Uwielbiam tego typu lektury, dziękuję za polecenie. Na pewno po nią sięgnę 🙂

  • Dziękuję za ten wpis, bo dzięki niemu znowu powróciłam wspomnieniami do tego najpiękniejszego dnia w moim życiu 🙂 Też muszę przyznać się bez bicia, że na początku ciąży jedyną opcję, jaką brałam pod uwagę to cc (po każdej wizycie u ginekologa mówiłam do mojego męża „załatw mi cesarkę, bo nie urodzę”:P). Z czasem oczywiście oswoiłam się z myślą, że jednak urodzę naturalnie (co więcej, kiedy istniało ryzyko cesarki ze względu na niewłaściwe ułożenie dziecka, ciągle powtarzałam „ja nie chcę cesarki!”, ale kobieta zmienną jest, zwłaszcza ta będąca w ciąży ;)). Kiedy mój mały Lokator zakomunikował mi, że jednak chciałby się wyprowadzić, byłam spokojna i gotowa (pomimo, że było ponad 3 tygodnie do wyznaczonego terminu). W szpitalu, dzięki obecności męża i życzliwości personelu, moje pozytywne nastawienia nie minęło. Poród postępował szybko (jak na ten pierwszy raz), wszystko było w porządku…do czasu. Pomimo pełnego rozwarcia i bólów partych mój Maluszek nie chciał zejść niżej i jak to lekarze stwierdzili „nie ma postępu w ostatniej fazie porodu”. W ten sposób znalazłam się na bloku operacyjnym i ostatecznie Synek urodził się poprzez cesarskie cięcie. Potem okazało się, że nie było szans, żebym urodziła naturalnie, ale nie żałuję, że próbowałam (i byłam już blisko :P), bo to niesamowite uczucie. Cesarka też nie była dla mnie traumą, może dlatego, że szybko dochodziłam do siebie. Jedyne, czego żałuję to tego, że przez to, że Gacuś urodził się przez cc, kangurowanie trwało tylko kilka minut, ale po 30 minutach od zabiegu już mogłam się Nim cieszyć przez cały czas. Czasami tak jest, że trzeba pomóc naturze, ale lepiej jej zaufać, a dopiero, kiedy ingerencja jest naprawdę konieczna, skorzystać z innych rozwiązań. Daleka jestem od oceniania postępowania innych, ale myślę, że każda kobieta, jeśli decyduje się być matką, powinna kierować się dobrem dziecka.

    • „każda kobieta, jeśli decyduje się być matką, powinna kierować się dobrem dziecka” – najtrafniej podsumowane 🙂

  • Karolajn

    Co do problemów z laktację po cc, to faktycznie często nie dotyczą braku mleka, ale trudności ze ssaniem ze strony dziecka, które nie miało możliwości dopełzać do piersi matki i rozpocząc od razu ssania.
    Myślę, że powinniśmy bardziej świadomie wybierać szpital czy położną, z którą chcemy rodzić, bo często na wysoką jakoś usług bezpłatnych trudno liczyć, a tak można zminimalizować zagrożenie zaniedbań czy olewactwa ze strony personelu.

  • Anonymous

    Myślę, że każda z nas powinna przede wszystkim wiedzieć, że każdy poród jest inny i są rzeczy, na które po prostu nie mamy wpływu. Ja przez całą ciążę byłam bardzo aktywna, pracowałam do 9 miesiąca, uczestniczyłam w aerobiku dla kobiet ciężarnych, do ostatniego dnia przed rozwiązaniem przemierzałam długie dystanse spacerując. W mojej głowie ani razu nie pojawił się strach przed porodem. Miałam też zawsze dużą odporność na ból. Wody odeszły mi w czasie snu i właściwie zaraz po wstaniu z łóżka rozpoczęły się skurcze. Poród trwał 12 godzin, doszłam do fazy bóli partych i na niej utknęłam..w końcu lekarz zadecydował o cc. Trudno było dojść do siebie – ból rany, ogólne rozbicie, laktacja ok, chociaż często pojawiały się zapalenia i ból nieprzyzwyczajonych brodawek – masakra. Znacznie trudniejsze było dla mnie jednak pogodzenie się z tym, że nie dałam rady. Uprawiam sport i oprócz tego, że chciałam dać dziecku jak najlepszy naturalny start , to było to też wyzwanie dla mnie. Byłam zła, że po tylu godzinach bólu, ‚odebrano’ mi ten finał, ten moment gdy dziecko jest kładzione na brzuchu mamy i pełznie w stronę piersi. To trochę nie fair, że pokutuje obraz cesarki jako wyjścia dla leni, paranoików lub ‚nieprawdziwych’ kobiet (nie urodziłaś sn, to co Ty możesz wiedzieć?!). Jak można powiedzieć o porodzie naturalny, skoro był wywoływany oksytocyną, przebijano pęcherz płodowy lub wyciągnięto dziecko kleszczami? Ile w tym natury? I czy to naprawdę aż tak bardzo ważne w jaki sposób urodzi się dziecko? Czy to definiuje nas jakimi matkami będziemy?

  • Myślę, że dla wielu kobiet, bardzo cenną pomocą w takich sytuacjach, jest wsparcie np. douli (więcej na temat tego, kim jest doula: http://www.doulabialystok.pl/).

    Co prawda w Polsce od niedawna ceni się tego typu profesjonalną pomoc, ale różnego badania na świecie potwierdzają ponad wszelką wątpliwość, że znacznie poprawia to komfort kobiet rodzących.

  • Rodziłam naturalnie 10 godzin, po 10 godzinach cesarka uzasadniona odklejaniem łożyska. Poród wywoływany. Dotrwałam do rozwarcia 4 cm a wole nie myśleć co jest później, bo dla mnie to były jakieś katusze, mdlałam w przerwach miedzy skurczami. Można powiedzieć, że spróbowałam i tego i tego rodzaju porodu i wybieram cesarke. Nie miałam baby bluesa po cesarce ale po traumie porodu naturalnego, moje dziecko miało lekkie napięcie mięśniowe nie przez cesarke, ale przez komplikacje porodu naturalnego i niedotlenienie, problemy z laktacja? Oczywiście, po bólu który dla mnie był nie do zniesienia, nie chciałam za przeproszeniem nawet cycka wyciągnąć bo pochłaniały mnie wciąż myśli jakie to było wszystko straszne. Co kobieta to kobieta, różna tolerancja bólu i stresu, jedne boli ale wyrzymują inne boli i mdleją jak ja. Następny poród? Cesarka. Nigdy nie zdecydowałabym się na ponowne rodzenie naturalnie kiedy pamiętam to wszystko do dziś, pamiętam ból, nie zapomniałam jak to się mówi „kiedy widzisz swoje dziecko zapominasz o bólu jaki czułaś”. Nie wiem kto to wymyślił, może faktycznie jestem jakaś dziwna, że pamiętam. Pamiętam komplikacje, pamiętam zagrożenie życia mojego i dziecka. Nigdy więcej. Wole leżeć 3 dni na łóżku plackiem i niech mi dziecko podają do rąk, niż narazić siebie lub dziecko na coś takiego drugi raz. I nie jestem odosobniona, bo takie mrożące krew w żyłach historie to często prawda nie ukoloryzowana. Jakbym miała opisać cały swój poród to wole nie straszyć przyszłych mam. A tak mi sie na koniec przypomniało haha, jak pani położna „zaproponowała” mi lewatywę, powiedziała, że porodu gówna nie chciałaby odbierać. Kurtyna 🙂