Medycyna przyszłości – domowe KTG

Bicie serduszka dziecka. To najpiękniejsze ciążowe wspomnienie jakie pozostanie ze mną do końca życia. Nie kopniaczki, nie widok 2 kresek na teście ciążowym, a odgłos bicia serca mojego dziecka. Zarejestrowany na domowym KTG. Nagrany przeze mnie w domu. Filmik, do którego będę często wracać. Filmik, który teraz, gdy tulę Antka w ramionach wzrusza mnie niezmiernie. Filmik, którego by nie było, gdyby nie cudowne zrządzenie losu.

Mam w życiu szczęście. Los stawia na mojej drodze wspaniałych ludzi. Daje mi możliwości, o których nawet bym nie pomyślała. Otwiera drzwi, o których istnieniu nie miałam świadomości.

Końcówka ciąży, 37 tydzień. Mail, a potem telefon od Pana Jacka z firmy Medicanet.pl Z propozycją przetestowania ich najnowszej usługi. Jako jedna z pierwszych mam otrzymać urządzenie do domowego KTG. Zaintrygowana godzę się. Nie świadoma, że właśnie zaczynam przygodę, którą będę wspominać przez długi, długi czas.

Nie świadoma, bo KTG do tamtej chwili kojarzyło mi się tylko z porodem. Urządzeniem do monitorowania skurczy i akcji serca dziecka. Nie podchodziłam do tego uczuciowo. Nie chodziłam na badanie przed rozwiązaniem bo Mati urodził się w terminie i lekarka nie widziała potrzeby. Jedyne doświadczenie z urządzeniem miałam gdy zaczęła się akcja porodowa. Nie świadoma, bo do tej pory nie miało to dla mnie większego wymiaru. Ale o tym za chwileczkę.

Kilka dni później trafiam do Centrum Medycznego iMed24, gdzie Pani Justyna, bardzo sympatyczna położna przekazuje w moje ręce urządzenie. Tłumaczy wcześniej zasadę działania, pokazuje w jaki sposób podpiąć peloty (te dwa „grzybki” rejestrujące tętno i stopień napinania się mięśnia macicy). Słyszę szybkie bicie serca Antka. Tego dźwięku mam szukać w domu.

zdjęcie 4

Przyznaję, miałam obawy. Że nie będę w stanie „wyszukać dziecka”. Że pojawią się fałszywe alarmy. Podobne wątpliwości miała Ewa, koleżanka prowadząca moją ciążę.

„Podsłuchiwałam” mój skarb przez cały tydzień, bo tyle dokładnie upłynęło czasu, nim Anti postanowił pojawić się na świecie. Ani raz nie zdarzyło się, bym miała problem z wychwyceniem jego tętna. Wątpliwości prysły już po pierwszym użyciu w domu.

tele ktg

Wygodnie rozłożyłam się na łóżku. Do badania można leżeć na lewym boku lub na wznak. Ja wybierałam tę drugą pozycję, bo wtedy najlepiej słyszałam Małego.

Całe badanie trwa 30 minut, podczas którego kliknięciem przycisku rejestrujemy każdy ruch dziecka. Zbliżający się ruch maluszka łatwo wychwycić. Antkowi przyspieszało wtedy tętno.

Na wyświetlaczu mamy też informację o procentowym natężeniu czynności skurczowej macicy. Pani Justyna wytłumaczyła mi, że napięcie podstawowe macicy wynosi zwykle około 20%. Wzrost napięcia o kilka- kilkanaście procent to zwykle efekt występowania skurczy przepowiadających, czyli po prostu trenowania macicy do porodu. Wszystko się zgadzało. Wyraźnie czułam momenty, w których brzuch mi się napinał i twardniał, a urządzenie pokazywało wartość około 40%. Skurcze porodowe to te w okolicy 70%. Ważne aby były regularne. Wcale nie muszą boleć, o czym doskonale się przekonałam sama.

Q5

Po 30 minutach badania odpinamy peloty i podłączamy ładowarkę. Dzięki temu, nasze badanie jest automatycznie przesyłane falami radiowymi do Centrum Medycznego, gdzie specjaliści i położne czuwają nad wynikiem. Samo wysłanie badania trwa około 20-30 minut, a po kolejnych 10 minutach na telefon otrzymujemy wiadomość zwrotną z wynikiem.

Gdy wszystko jest dobrze, przychodzi sms o treści ” Wynik badania prawidłowy. Dziękujemy za przeprowadzenie badania”.

 

zdjęcie 5

Gdyby się okazało, że podczas badania coś poszło nie tak – np podłączyliśmy peloty nie w tych miejscach co trzeba, zostaniemy poinformowani o konieczności powtórzenia badania. Położna dzwoni wtedy do pacjentki z prośbą o powtórzenie badania. Zapis uznany za nietypowy jest wskazaniem do jego powtórzenia po 1h. Trzy w ciągu 24h zapisy KTG uznane za nietypowe są wskazaniem do kontroli lekarskiej (lekarz prowadzący, ambulatorium szpitalne). Mi się coś podobnego nie przytrafiło.

Jest też opcja, że wynik będzie zły, tzn z dzieckiem coś się będzie działo, wtedy również zostaniemy poinformowani. Położna kontaktuje się z pacjentką telefonicznie z prośbą o udanie się do ambulatorium szpitalnego. Cudownie mieć taką świadomość. Całość usługi jest objęta merytorycznym nadzorem przez profesora UJ dr hab. med. Huberta Hurasa  – Małopolskiego Konsultanta w Dziedzinie Położnictwa i Ginekologii.

Z domowego KTG nie mogą skorzystać kobiety spodziewające się więcej niż jednego dziecka. Dyktowane jest to problemem z wyłapaniem tętna (urządzenie posiada tylko 1 pelotę).

12046995_962745920463104_8266062429454497104_n

Badanie najlepiej wykonywać rano, chociaż ja testowałam je o różnych porach dnia. Warto przed przystąpieniem do badania zjeść coś dobrego, by pobudzić naszego maluszka, inaczej może spać i ruchów nie naliczymy zbyt wiele. Inny warunek to ten, że przed badaniem najlepiej nie wykonywać wymagających wysiłku czynności przez okres około 30 minut.

Urządzenie możemy oczywiście podpiąć kiedy tylko chcemy, a wyniku wcale nie musimy przesyłać. Ja podpinałam KTG za każdym razem gdy miałam po prostu ochotę posłuchać serduszka Antiego lub gdy zrobił się niepokojąco cichy (w dniu porodu). To zapewniało mi spokój i poczucie bezpieczeństwa.

Tak jak wspomniałam, testowałam KTG cały tydzień, podczas którego poza zdjęciami zrobionymi na potrzeby tego wpisu nagrałam film. Wtedy o tym nie myślałam, ale dziś ma dla mnie sentymentalną wartość i będzie cudowną pamiątką w przyszłości. Myślę, że warto coś takiego zarejestrować i jest to na pewno wartość dodana samego urządzenia. Dźwięk bicia serduszka mojego dziecka pozostanie we mnie na zawsze.

ktg2

Urządzenie jednak jest profesjonalnym sprzętem medycznym i jego głównym zadaniem jest pomiar. Sprawa wykonywania KTG wśród ciężarnych różnie wygląda w naszym kraju. Rozmawiałam na ten temat z moją ginekolog i zalecenia w każdej części Polski wyglądają inaczej. Są miasta, gdzie KTG jest obowiązkowe od 37tc aż do rozwiązania, przynajmniej co drugi dzień. W innych miastach lekarze podchodzą mniej restrykcyjnie. I tak np. w Krakowie w pierwszej ciąży nie chodziłam na KTG wcale. Zwykle też jeśli kobieta jest pod prywatną opieką ginekologiczną i na każdej z wizyt lekarz robi badanie przepływów, może nie być konieczności wykonywania KTG. Bardzo dużo jednak kobiet badanie to wykonuje w warunkach szpitalnych i to właśnie do nich kierowana jest oferta wypożyczenia tele-KTG.

To rozwiązanie zdecydowanie wygodne. Nie trzeba wychodzić z domu, by dokonać pomiaru. Nie musimy martwić się szpitalną kolejką do badania, warunkami atmosferycznymi na zewnątrz, okresem wzmożonych zachorowań, tym że nie mamy z kim zostawić drugiej pociechy czy naszym samopoczuciem. Przede wszystkim możemy też wykonać badanie, w każdym momencie, w którym coś na zaniepokoi ( np brak ruchów dziecka lub wręcz odwrotnie – wzmożone i niespokojne ruchy, różnego rodzaju dolegliwości bólowe). Jest to też na pewno polecane rozwiązanie dla wszystkich kobiet z zagrożoną ciążą.

Urządzenie wypożyczamy na okres tygodnia, dwóch, trzech- w zależności od potrzeby. Nie wcześniej niż przed 36tc i nie później niż do 42tc. Podpisujemy umowę, w której zawarte będą warunki wypożyczenia oraz zwrotu tele-KTG. Poza dowodem osobistym i kartą ciąży nic więcej nie będzie nam potrzebne.

Urządzenie można wypożyczyć poprzez stronę internetową MedicaNet.pl, która świadczy usługę na terenie całej Polski. Nie ma znaczenia gdzie mieszkasz, zawsze możesz skorzystać z domowego KTG. Wystarczy skontaktować się z Firmą. Osoby mieszkające w Krakowie mogą skorzystać również z oferty Centrum Medycznego iMed24 i wypożyczyć sprzęt na miejscu.

Na koniec jeszcze mała ciekawostka związana z urządzeniem. Spytałam Was na FB, jak myślicie czy urządzenie pokazało mi, że poród zbliża się wielkimi krokami. Oczywistym jest, że trudno przegapić „TEN” moment. Jednak często jest tak, że nic porodu nie wskazuje, bo nic się dzieje, a przynajmniej takie są nasze odczucia. Właśnie tak to wyglądało u mnie. O tym, że zaczął się poród nie wiedziałabym. Dopiero jak odeszły wody, co samo przez „się” jest oczywistością.

Jednak dzięki urządzeniu już w piątek widziałam, że coś zaczyna się dziać (urodziłam w niedzielę nad ranem). Przede wszystkim pojawiły się co 20 minut regularne skurcze na poziomie ok. 50%, których kompletnie nie czułam. W sobotę popołudniu te same skurcze pojawiały się na KTG już co 10 minut w natężeniu 50-60%. Również nie były bolesne. Odbierałam je jako stawianie się macicy, nic więcej.  Gdyby nie urządzenie nawet nie zwróciłabym na nie uwagi. Kiedy wieczorem położyłam się do łóżka, a ich częstotliwość wzrosła początkowo do 7 minut, a następnie do 5 – byłam pewna, że to lada moment. Pół h później skurcze (wciąż bezbolesne, odczuwane jako twardnienie macicy) pojawiały się co 3 minuty. Po kolejnych 10 minutach odeszły wody. Na KTG te bezbolesne skurcze miały natężenie maksymalnie 60%. Gdyby nie odejście wód i pomiar nie miałabym pojęcia, że rodzę przez najbliższe 3h. Dopiero po tym czasie pojawił się ból, od razu silny, a wraz z nim rozwarcie początkowo 8, potem 9-10 i skurcze parte, po których Antek był już na świecie. Ale o tym jak różnił się drugi poród opowiem Wam następnym razem.

Po doświadczeniach tej ciąży i porodu z czystym sumieniem polecam urządzenie. Wiem, że jeśli kiedykolwiek jeszcze dane mi będzie zostać ponownie mamą, na pewno sama skorzystam i wypożyczę tele- KTG. Nie tylko dla spokoju ducha, ale i dla tych chwil, dzięki którym mogłam być „jeszcze bliżej” z dzieckiem.

 

Ps. Wspomniany w poście film znajdziecie na naszym instagramie: https://instagram.com/p/8Lm7dYDKeU/?taken-by=takatycia

 

 

 

Żółtaczka związana z karmieniem piersią

To były ciężkie dni. Radość z narodzin drugiego synka, faktu, że wkrótce całą czwórką będziemy razem przesłoniła choroba.

O żółtaczce fizjologicznej noworodków słyszałam już wcześniej. Właściwie co druga rodząca koleżanka miała z nią styczność, nic dziwnego. Kilka/ kilkanaście godzin fototerapii i po sprawie. Wypis do domu i przykaz obserwacji.

Czasem jednak żółtaczka przedłuża się lub pomimo zastosowanej fototerapii jej poziom nie spada jak zakładają lekarze. Czas spędzony w szpitalu wydłuża się z 3 dni do 5,7,10. Masakra. Zwłaszcza dla mamy, która w domu zostawiła starsze dziecko (dzieci).

Dla mnie to była trauma. Bynajmniej, nie szafuję słowem. O tym, co przeżyłam w szpitalu napiszę Wam jak tylko myśli poukładam w głowie. Choć może i dam sobie spokój. W końcu ten koszmar mam już za sobą.

Wrócę jednak do żółtaczki, bo duży procent dzieci choruje, a większość mam jest wprowadzana w błąd.

Antkowi w drugiej dobie życia zażółciła się skóra. Lekarka kazała pobrać krew do badań. Wyszedł podwyższony poziom bilirubiny przy pozostałych parametrach krwi i moczu w normie. Klasyka, niektóre dzieci mają żółtaczkę fizjologiczną, która mija sama. U niektórych trzeba naświetlać. U nas zadecydowano o naświetlaniu. Zanim przejdę dalej- mała uwaga. Żółtaczka fizjologiczna noworodków absolutnie NIE MA nic wspólnego z żółtaczką typu B (WZW B). To dwie odrębne jednostki chorobowe.

Naświetlaliśmy przez całą dobę tzw płetwą. To taka mini lampa, którą wkłada się dziecku pod ubranko, na brzuszek. Różnie źródła mówią, jedni radzą nie okrywać dziecka ubraniami, inni nie widzą przeciwwskazań.

IMG_9843

IMG_9846

U nas po pierwszej dobie takich naświetleń poziom bilirubiny skoczył do wyniku około 14,5 (norma do 12). To spowodowało, że o wypisie w 3 dobie mogliśmy zapomnieć. Włączono naświetlania w cieplarce (które dla mojej laktacji były horrorem). Żeby fototerapia zadziałała dziecko musi być pod lampami jak najdłużej bez przerw. Przynajmniej 3h. O ile w ciągu dnia nie było większego problemu, bo odciągnięte mleko na moich oczach położna podała Antosiowi gdy był w środku, o tyle w nocy lekko nie było. Antoś ewidentnie chciał się przytulać. Ja nie mogłam go wyciągnąć, objąć, poczuć jego zapachu. Ba, nie mogłam być nawet w sali gdzie on się znajdował. Siedziałam sama w środku nocy na łóżku, próbując przywołać w pamięci jego widok, by pobudzić odruch oksytocynowy.. Zamiast mleka leciały mi łzy. Słyszałam kwilenie maluszków obok i serce mi pękało, że moje dziecko gdzieś na innej sali, beze mnie.  Po całej nieprzespanej nocy, gdzie ledwie odciągnęłam kilkanaście mililitrów położna oddała mi go do łóżka i na tym zakończyła się przygoda z cieplarką. Rano wynik był minimalnie niższy co oznaczało, że jednak spędzimy jeszcze trochę w szpitalu. Sytuacji nie poprawiała tęsknota za starszakiem, który czekał w domu i baby blues rozkręcony na całego.

To spowodowało, że wypisałam nas na żądanie do domu. Skrajnie wyczerpana psychicznie, bez sił do walki z systemem. Walki, bo na moje postanowienie o karmieniu piersią położne prychały pod nosem, aż ostatecznie zgłosiłam lekarce, że nie wyrażam zgody na dokarmianie z prośbą o przypilnowanie tego tematu. Sprawę żółtaczki natomiast skonsultowałam z dwoma lekarzami, w tym z neonatolog w szpitalu. Powiedziałam, że chcę dokończyć fototerapię w domu, bo wiem, że jest taka możliwość.

Szczęśliwie się złożyło, że znalazłam w Krakowie miejsce, które za opłatą wypożycza do domu lampę Bilibed marki Medela (lampę można pożyczyć w NZOZ Arka http://www.nzoz-arka.eu/inne-uslugi-medyczne – od razu zaznaczam, nie jest to żadna reklama. Chcę wskazać możliwość, z której ja skorzystałam).

IMG_9910134IMG_9882

Nie zastanawiałam się ani minuty. Zadzwoniłam zanim wypisałam się ze szpitala, zarezerwowałam lampę. Gdy dotarliśmy do domu, mąż przywiózł łóżeczko. To był piątek. Naświetlaliśmy Antosia do wtorku (na zmianę kładąc go to na brzuszku, to na pleckach z przerwami na karmienie). W sobotę ( po 1 dniu naświetlania) pojechaliśmy zbadać krew. Bilirubina spadała – powoli, ale spadała.

Wtedy usłyszałam o naparze ze znamion kukurydzy. Eliza- dzięki kochana! W Polsce nikt o tym nie mówi, a w Niemczech podobno same położne na wizytach dają pacjentce. Znamiona smakują obrzydliwie, ale skutecznie obniżają poziom bilirubiny. Oczywiście piłam ją ja i karmiłam piersią. Ważne żeby pić tego dużo! Równy tydzień po wyjściu ze szpitala powtórzyliśmy badania. Bilirubina była na poziomie około 10. Za radą lekarza daliśmy już sobie spokój z kontrolowaniem poziomu. Cieszyłam się macierzyństwem i starałam nadgonić stracone pierwsze chwile, przystawiając synka jak najczęściej. Jedynie w nocy musiałam pamiętać, by wybudzać go na karmienie co 2h. To ważne, bo nocne, tłuste mleko doskonale obniża poziom bilirubiny. Sprawie też, że dziecko częściej się wypróżnia co jest istotne przy tej chorobie.

Szukając jednak informacji o żółtaczce natrafiłam na różne porady. Jedna z nich mówi jakoby odstawić dziecko od piersi na jeden dzień i podać mm. Ewentualnie odciągnąć mleko i podgrzać do jakiejś tam temperatury. Szczerze mówiąc wydawało mi się to absurdalne, co potwierdziła lekarka. Jeżeli przedłużająca się żółtaczka jest powiązana z karmieniem piersią to należy karmić jak najczęściej, bo właśnie opóźnianie karmienia przyczynia się do wzrostu bilirubiny. Są oczywiście przypadki, gdzie żółtaczka utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie i niezbędne jest podanie leków, a nawet transfuzja. Nasz przypadek jednak dotyczył dość łagodnego poziomu.

Różne źródła podają, że za wczesną postać żółtaczki u dziecka odpowiada między innymi zbyt późne rozpoczęcie karmienia piersią (lub mało efektywne) oraz opóźniony pasaż smółki. Ani z jednym, ani z drugim nie było w naszym przypadku problemu. Antek pierś złapał leżąc jeszcze na moim brzuchu, zaraz po odcięciu pępowiny. Smółkę oddał jakieś 3 h później.

Podaje się jeszcze przyczyny związane ze słabo rozwiniętym układem pokarmowym dziecka. Nie jestem lekarzem, mogę tylko gdybać. Mogę się też zastanawiać czy na wystąpienie żółtaczki nie miało wpływu np podanie pierwszej dawki witaminy K, którą dostał w pierwszej dobie na noc. Dosłownie kilkanaście minut później zaczął mocno płakać i się prężyć.  Ewidentnie bolał go brzuszek, a rano pojawiła się krew w kale. W badaniach wyszedł wtedy podwyższony poziom bilirubiny. Gdybam,ale jeśli nie podano by mu tej witaminy może bilirubina nie wzrosłaby?

A może wpływ miał mój tragicznie niski poziom witaminy D3 w ciąży? Z niedoborem zmagałam się przecież całe 9 miesięcy.

Teraz już się tego nie dowiem.Mam jednak nadzieję, że mój post będzie pomocny tym mamom, które będą podobnie jak ja, martwić się o zdrowie swojego nowo narodzonego maluszka.

Jeśli macie jakieś pytania, np o samą lampę to piszcie w komenatarzach. Na pewno odpowiem.

 

Torba do porodu – jak się spakować i co zabrać?

To mój drugi poród. Jakieś doświadczenie już mam. Sporo patentów się sprawdziło ostatnim razem, dużo też niestety okazało się rzeczy zbędnych. Mam swoje hity i dziś się nimi z Wami dzielę.

Torba dla mamy i torba dla maluszka. Czy potrzebne są dwie?

Pewnie nie, zwłaszcza jeśli ktoś ma jedną, a pojemną. Pakując się tym razem zrobiłam analogicznie jak przy pierwszym porodzie i podzieliłam nasze rzeczy. Część synka spakowałam do małej walizki podręcznej na kółkach (tzw bagażówki), a swoją część do małej, sportowej torby na ramię. Na salę porodową wezmę tylko moją torbę. Druga zostanie w aucie. Jak się Młody urodzi mąż przyniesie.

Torba dla mamy. Co w środku?

DSC_0585

Rzeczy niezbędne do samego porodu i ogarnięcia się tuż po. A także funkcjonowania w rzeczywistości szpitalnej przez określony czas. W mojej torbie znalazły się:

  • podkłady porodowe (wykorzystałam pozostałości jakie zostały mi z czasów niemowlęcych po Matim- mam kilka z Happy, kilka z Babydream. Przy pierwszym porodzie miałam Seni, bo takie akurat polecała położna. Rozmiar 40×60 lub 60×60). Do samego porodu mam spakowanych 3-4 sztuki. Myślę, że w zupełności wystarczy.
  • podkłady poporodowe Bella – robią wrażenie swoim gabarytem, ale sprawdziły się idealnie. Na początek 1 paczka, w razie konieczności mąż doniesie z domu lub dokupi w szpitalnej aptece.
  • majtki siateczkowe – u mnie najlepiej sprawdziły się z BabyOno. Dwie sztuki bez większych wpadek powinny wystarczyć (używałam ich tylko na przechadzki po korytarzu, by podtrzymać podkład). A tak to wietrzymy i jeszcze raz wietrzymy 😉
  • ręcznik duży i mały – najlepiej ciemne, różnie to przecież bywa z plamami 😉
  • koszule do karmienia/ nocne/do porodu – mam dwie. Jedną typową do karmienia, drugą zwykłą, w której śpię teraz. Nie spodziewam się rewelacji podczas karmienia pt. mega biust itp. Nie było tego za 1 razem, zwykła koszula wystarczyła. Mój biust nie należy do szczególnie obfitych, więc i biustonosz póki co zostaje ten sam. Do porodu wystarczy duży podkoszulek męża, który po kąpieli ląduje w koszu.
  • saszetki tantum rosa – nie wyobrażam sobie ich nie mieć. Cudnie łagodziły krocze w połogu. Wystarczy rozrobić w butelce wody z dziubkiem i polewać po każdej wizycie w toalecie.
  • papier toaletowy i przybory sanitarne- wiadoma sprawa. Żel do kąpieli zabieram w próbkach, pastę do zębów to samo. Zajmują o wiele mniej miejsca, a i tak całych opakowań nie zużyjemy.
  • dokumenty – grupa krwi (oznaczenie z początku ciąży, karta ciąży, wyniki HIV, VDRL, HCV, GBS, antygen HBs, ostatnia morfologia i mocz, wyniki badania czystości pochwy oraz usg (przynajmniej z 3 trymestru). Do tego plan porodu (przygotowany i wydrukowany np ze strony fundacji rodzić po ludzku). Koniecznie też dowód osobisty.

DSC_0598

  • szlafrok i klapki – wspominając pierwszy poród stawiam, że szlafrok będzie mi zbędny. Było bardzo ciepło, a piżamę mam na tyle wyjściową, że nie będę się krępować gdy będę musiała przejść np korytarzem. Klapki stawiam na crocsy, będą dobre pod prysznic jak i na oddział.

Torba dla maluszka. Co zabrać?

DSC_0605

Sporo szpitali zaopatruje mamę i nowo-narodzone dziecko w podstawowe artykuły. Czy to higieniczne, czy też ubranka. Szpital, w którym mam zamiar rodzić nie ma tego w zwyczaju. Dlatego, podobnie jak w przypadku Mateuszka zabieram ze sobą ubranka i pieluszki.

Rzeczy niezbędne w naszym przypadku to:

  • ubranka na 3 dni, włącznie z tymi na wyjście ze szpitala – stawiam na pajace i body kopertowe. Na oddziałach zwykle jest bardzo ciepło, więc nie ma co przesadzać z ilością warstw. Matiego położna ubrała mi w body z krótkim rękawem, pajaca, skarpetki i czapkę, a do tego zawinęła w rożek i włożyła pod moją kołdrę. Nie muszę mówić jakiego koloru dostał po chwili? Na drugi dzień na salach poporodowych panował taki zaduch, że dzieci ubrane były w same body z krótkim rękawem. To był listopad. Dlatego tym razem jedna warstwa wystarczy.
  • rożek- śmiałam się za pierwszym razem po co mi rożek. Sprawdził się tak, że nie wyobrażam sobie funkcjonowania bez. Jedzie z nami do szpitala bez dwóch zdań.
  • pieluszki – kupiłam w rozmiarze 0 i 1. Malutkie paczuszki po 20szt. Przy Matim miałam tylko 1 i spadały mu z maleńkiej dupinki, mimo że nie był bardzo drobniutki (51cm i 3290g).
  • pieluszki tetrowe- 3 lub 4 sztuki. Do położenia na rożek np.
  • bepanthen- awaryjnie.

DSC_0618

Paczkowanie, czyli jak to wszystko ogarnąć?

Polecam wszystko podzielić i popakować w paczki. Głównie na potrzeby męża, tudzież położnej. Zwłaszcza rzeczy do samego porodu oraz tuż po. Miałam popaczkowane i opisane przy pierwszym porodzie, sprawdziło się idealnie. Mąż zestresowany wiedział, żeby z torby wyciągnąć np paczuszkę z rzeczami do ubrania dla Matiego. Nie grzebał w poszukiwaniu po torbie, bo to co najważniejsze miał na górze. Nie narobił bałaganu, a całość zajęła mu chwilkę. Podobnie z moimi rzeczami . Serio polecam ten system. Wystarczy zaopatrzyć się w torebki, np. z ikei, choć równie dobrze mogą to być zwykłe reklamówki 🙂

DSC_0613

Takich podstawowych paczuszek wystarczy dwie. Do porodu dla mamy i po porodzie dla dziecka. Do porodu zawiera podkłady porodowe, koszulę, wodę termalną i szminkę do nawilżania ust, jakieś cukierki i wodę. Obok dokumenty. Dla dziecka pieluszkę i ubranko, w które je będziemy chcieli ubrać. Warto dołożyć rożek.

Ja mam dodatkowo paczkę z rzeczami do 1 kąpieli (mojej) oraz paczkę opisaną z ciuszkami na wyjście ze szpitala, żebym nie musiała za wiele szukać. W domu zostawiam rzeczy przygotowane na moje wyjście, mąż przywiezie jak po nas przyjedzie wraz z fotelikiem. Osobno spakowałam też pieluszki i artykuły higieniczne dla dziecka, oraz ciuszki na pobyt w szpitalu.

DSC_0629

Całość zamknęłam w dwie torby, choć spokojnie weszłoby w jedną średnią.

Jak pewnie część z Was zauważyła, nie biorę ze sobą laktatora, wkładek, butelek, smoczków, nakładek itp.. Nie biorę, bo za pierwszym razem okazały się zbędne. Jeśli chcecie zawsze takie rzeczy w pogotowiu można mieć np w aucie. Szpital, w którym będę rodzić praktykuje pierwszą kąpiel dziecka dopiero w domu, więc odpada też cała wyprawka kąpielowa.

Ps. Poza tymi niezbędnymi rzeczami możecie wziąć ze sobą np płytę z ulubioną muzyką na czas porodu czy świece. Sprawdźcie tylko czy Wasz szpital pozwala na wniesienie tego typu rzeczy na salę porodową.

 

 

 

Sposoby na ciążowe dolegliwości 3 trymestru

Ciąża- stan błogosławiony, który czasem potrafi dokuczyć. Mniej lub bardziej. Jednym w pierwszym trymestrze, innym tuż przed rozwiązaniem. Dziś w nocy, przewracając się z boku na bok, zastanawiałam się jak bym przetrwała bez tych wszystkich „ciążoumilaczy”. Wyszło mi, że mam listę swoich hitów, które powtarzają się zarówno w pierwszej, jak i w drugiej ciąży.

Chcecie je zobaczyć? Porównać? A może dorzucie coś od siebie? 🙂

1. Zimne mleko


 

Mówi się, że gdy ciężarna ma zgagę, to dziecku rosną włoski. Obalam ten mit. W pierwszej ciąży zgaga dokuczała mi równie mocno jak teraz. Mati urodził się z niezbyt bujną czupryną. Były dni, że ledwie coś zjadłam od razu czułam znajome uczucie palenia w okolicy mostka. Zawsze ratowało mnie zimne mleko. Prosto z lodówki. Już kilka większych łyków wystarczyło, by zahamować problem. Mleko należy pić zanim uczucie palenia pojawi się w gardle. Wiele osób korzysta też z dobrodziejstwa migdałów. Zimne mleko ma dla mnie jednak szybsze działanie.

2. Poduszka- rogal do spania


Nie miałam będąc w ciąży z Matim. Radziłam sobie zwijając kołdrę pod nogi (mąż był trochę poszkodowany, zwłaszcza na przełomie października/ listopada gdy jeszcze nie zaczął się sezon grzewczy 😛 ). Tym razem mam i alleluja, korzystam z niej każdej nocy. Komfort spania nieporównywalny.

3. Spanie na lewym boku


To wpisuję trochę jako ciekawostkę.Każda z nas zapewne słyszała, że dla lepszego przepływu krwi wskazane jest spanie na lewym boku. Ale powiedzmy sobie szczerze – ileż można? W ciąży z Matim łóżko zapadło mi się w jednym miejscu od przyjmowania tej samej pozycji, a w ostatnich dniach przed porodem miałam wrażenie, że zaraz zrobią mi się odleżyny od ciągłego leżenia na lewej stronie. Inna sprawa, że moje dzieci (podejrzewam, że i u Was może być podobnie) upodobały sobie najlepsze kopania akurat w tej pozycji. Najlepiej śpi mi się na wznak, jednak wstając po takim odpoczynku czuję się jak 90-letnia staruszka. Nie mogę się wyprostować. Dlatego w takim przypadku sprawdza się wyżej wymieniona poduszka. Z tym, że rogala daję za sobą. Sama kładę się na lewym boku i plecami opieram o poduszkę. O jak mi się wtedy dobrze śpi.

4. Z brzegu..


Jeśli jesteśmy już przy spaniu to zdecydowanie polecam spanie z brzegu lub jak kto woli od kraju. Podniesienie się z łóżka np na nocną wyprawę do toalety jest znacznie łatwiejsze, gdy nie musimy obchodzić naszego partnera.

5. Zimna ściana, zimna woda…


Biegacie po nocy, podczas gdy reszta ciała odpoczywa? Jeśli znane jest Wam to okropne uczucie zwane „syndromem niespokojnych nóg” to znów z pomocą przyjdzie Wam coś zimnego. Wersja „na szybko” to zimna ściana. Kładziemy się tak, aby nogi unieść wyżej i całe stopy oprzeć o ścianę. Powinno przejść po kilku minutach. Tym, którzy łóżko mają z dala od ściany lub sposób ten nie pomaga polecam wersję „hardcore” czyli zwleczenie się z łóżka i włożenie stóp do miski z zimną wodą. Pomoże. Metoda ta ma jednak swój minus- doskonale rozbudza.

6. Zmiana pozycji


Całkiem poważny podpunkt dla tych, którym dokuczają skurcze przepowiadające. Te mniej dokuczliwe przegonimy jeśli zmienimy pozycję. Gdy trening macicy złapie nas podczas leżenia- wstańmy. Te bardziej dokuczliwe można hamować magnezem. Gdy przybierają na sile i regularności, wejdźmy pod prysznic. Jeśli nie pomaga, uwaga to może być oznaka porodu!

7. Pokrzywa, która nie parzy..


To taka ze sklepu zielarskiego. Najlepiej przerobiona na syrop, ewentualnie w postaci herbatki. Idealna dla kobiet, które zmagają się z niskim poziomem żelaza. Sposób mojej mamy na poprawę wyników krwi to domowej produkcji sok z aronii i czarnej porzeczki. Byłam sceptycznie nastawiona, ale na własnej skórze przekonałam się, że działa.

8. Dobra książka


Tę zdecydowanie polecam na nocne problemy z bezsennością. Niestety sposobu na szybkie zaśnięcie po pobudce o 4 nad ranem nie znalazłam. Dobra lektura przynajmniej dostarczy nam trochę przyjemności 😉

Pierwsza wyprawka – karmienie noworodka

Spoglądam na archiwalną listę z rzeczami dla Matiego, które nabyłam jeszcze przed porodem. Ówczesny „projekt wyprawka” zapisany w excellu zawiera kilka arkuszy zapełnionych tabelami. Łapię się za głowę! Kiedy ja miałam na to czas? Że nie wspomnę ile kasy wyrzuciłam w błoto.

Chciałoby się rzec, że tym razem mądrzej i bardziej minimalistycznie podejdę do tematu. Widzę różnicę, nie muszę mieć wszystkiego. Wiem co jest niezbędne i jeśli coś okazuje się moją fanaberią to nabywam tylko dlatego, że mam słabość. A nie z musu i tłumaczenia sobie, że na pewno się przyda.

Nie wiem jak większość mam, ale niech ryzykuję stwierdzeniem – spore grono kobietek w ciąży zakłada, że swojego malucha krócej bądź dłużej będzie karmić piersią. A karmić to już na pewno.

I ja w ciąży z Matim tak sobie założyłam. Oczywiście zrobiłam osobną tabelkę, w której uwzględniłam wszystko co będzie mi do tego karmienia potrzebne. Począwszy od laktatora (najlepiej dwóch- elektronicznego i ręcznego w razie „w”), wkładek laktacyjnych, kremów i maści na sutki, po butelki, na sterylizatorze kończąc.

Tym razem zestawienie wyglądałoby tak.

Bez nazwy-1

Oczywiście to zestawienie tylko i wyłącznie bazujące na moim doświadczeniu. Z tych wszystkich pozycji użyłam tylko laktatora 1 czy 2 razy i maści na brodawki (która nota bene służyła też jako maść na pupkę Matiego). Cała reszta, włącznie z wkładkami laktacyjnymi (bo nic mi nigdy nie ciekło) się u nas okazała zbyteczna.

Wiem jednak, że różnie być może. Tak jak ciąża ciąży nie równa, tak i po porodzie może być różnie. Choć zakładam, że problemów z karmieniem nie będzie (lata praktyki robią swoje) to dla spokoju sumienia nie pozbyłam się w/w laktatorów. Ba, dzięki Chicco wzbogaciłam się nawet o laktator ręczny 😉 Swoją drogą całkiem fajny. Poza tym laktatorem z Chicco, mam u rodziców Medelę Mini Electric (to ten użyty raz czy dwa razy) oraz elektryczną nówkę z Lovi (wygrana w konkursie).  Do laktatorów w zapasie spore pudełko wkładek laktacyjnych. Yupii. I nawet jakaś butelka się zabłąkała 😉

DSC_0208

Mając powyższe na uwadze przyszłym mamom, myślącym o karmieniu piersią sugerowałabym, aby lista wyprawkowa w tym temacie wyglądała tak.

1

Jeśli coś okaże się niezbędne zawsze możecie zakupić po porodzie. W dobie internetu można wszystko zamówić bez wychodzenia z domu, a i świeżo upieczony tatuś na pewno będzie skory do pomocy 😉

Na koniec mam malutką niespodziankę od Chicco. Dwie pierwsze osoby, które zgłoszą w komentarzu chęć otrzymania mini wyprawki (takiej jak trzymam na zdjęciu w dłoni) nie będą musiały martwić się o zakup paru rzeczy. Paczuszka mała, choć zawiera większość tego co mogłoby okazać się potrzebne, ale wcale nie musimy kupować przed porodem. Miałam tych paczuszek sztuk kilka, ale wyjątkowo obrodziło w tym roku w brzuszki wśród koleżanek. Łapać, więc kto może! 😉DSC_0210

Ps. Wyprawkowych postów spodziewajcie się jeszcze kilka. Kupiłam nową komodę. Pojemną. Jest co zapełniać i pokazywać! 😉