Gdy dziecko nie chce rysować?

Gdy Mati był malutki miałam różne wizje późniejszego macierzyństwa. Ta najczęściej przewijająca się dotyczyła naszych zabaw i czasu wspólnie spędzanego. Przed oczami stawały mi obrazki, w których leżę w łóżku z synkiem, czytając mu przed snem bajeczki, wspólne zbieranie liści i kasztanów, by w długie popołudnia budować z nich ludziki. Nasze wyobrażenia, a rzeczywistość jak to zwykle bywa nie zawsze idą w parze. Wizja Mateuszka siedzącego przy stoliku, grzecznie rysującego nie pokryła się z tym co lubi robić w realnym życiu.

Nie jestem zwolennikiem przymuszania dziecka do robienia czegoś konkretnego, jeśli nie ma na to ochoty. Dlatego przez długie miesiące obserwowałam brak zainteresowania sztukami plastycznymi, pomimo przeróżnych zachęceń z mojej strony. Nie naciskałam, choć po rozmowach z logopedą doskonale wiedziałam, że ćwiczenie motoryki małej, a temu najlepiej służy rysowanie i malowanie, bardzo dobrze wpływa na prawidłowy rozwój mowy.

Mogłam robić cuda, a zainteresowanie plastyką przyszło samo, z dnia na dzień. Jeszcze miesiąc temu, rysując pisakami kamyki na chorwackiej plaży, użalałam się, że nie ma sposobu, który przekonałby mojego syna. Aspiracji na artystę za grosz. Tymczasem teraz na widok farb i pisaków aż się trzęsie. Nie wiem czy ten tam wysoko na górze, zlitował się nad moimi staraniami czy najzwyczajniej w świecie Mati osiągnął pewną dojrzałość. Dorósł do etapu, przyszedł jego czas. A wraz z nim pojawiły się pełne zdania, powtarzanie wierszyków i piosenek oraz ciekawość w postaci świata pt. „a co to jest?”.

Złotych rad ani wspaniałych odpowiedzi na to co robić, gdy dziecko nie chce rysować Wam nie dam (mimo, że tytuł posta może Wam takie przesłanie zasugerować). Mogę z własnego doświadczenia podpowiedzieć, że trzeba czekać. Nie wiem jak długo. U jednego dziecka do 2 roku życia, u innego dłużej. Na pewno jeśli nas coś bardzo niepokoi konsultować. Ale chyba jednak bez wielkiej napinki dać sobie i dziecku czas. Jak to mówią „wszystko przychodzi z czasem”.

A jeśli bardzo chcecie, aby maluch powoli odkrywał w sobie talenta artystyczne to podpowiem co zaobserwowałam u nas. Na bok wszelkie kredki bambino i drewniane. Paluszki mojego synka nie mogły dać sobie rady z naciskiem kredki. Brak efektu na kartce zniechęca. Na początek doskonała okazała się kreda i rysowanie po tablicy. Z racji, że w sypialni mamy powieszoną taką małą, to rysunki przeniosły się na ścianę. Dla mnie nie było to problemem, bo ściana pomalowana farbą zmywalną, a kredę nie jest ciężko usunąć wilgotną szmatką. Maział sobie do woli.

Potem przyszedł czas na farbki plakatowe. Musiały być jednak w pojemniczkach, które sam odkręcał. Sam też oczywiście pędzlem nabierał farbę (często w ilościach przekraczających potrzeby) i nanosił na kartkę. Musiałam gdzieś pożegnać wizję kolorowych maziaków i słoiczków pełnych tęczowych plakatówek. Wszystko przybrało bury odcień, po tym jak Mati pędzel po czarnej farbie ładował do wszystkich pozostałych.Z radością zbierałam te jego pierwsze rysunki, przypinałam na balkonie do suszarki na pranie, by dobrze wyschły, w między czasie domywając po raz „enty” rączki  (ulubioną zabawą wieńczącą malowanie zawsze jest odciskanie rączek w nadwyżkach farby).

Aż doczekałam się etapu na pisaki. I kolorowanki. Najpierw te duże, gdzie postać zajmowała całą kartkę. Aż po te mniejsze, które specjalnie drukuję z internetu, gdy Mati chce kolorować samolot czy traktorka Toma. Kartka nie jest zabazgrana w cały świat. Mimo, że na trzymanie się konturów ma jeszcze sporo czasu, to widać, że pojawiła się już wizja kolorowania i nawet odpowiedni dobór kolorów.

Co raz częściej też wystarczy czysta kartka, na której pojawiają sie pierwsze głowonogi obrazujące członków naszej rodziny. I ulubiony motyw „sini”, której to dziadkowie są mistrzami w rysowaniu 😉

Cieszą te wszystkie etapy niesamowicie. Przynoszą coś nowego i nagle dociera do mnie, że przecież jeszcze wczoraj nie potrafił, a dziś już tak. I taki dorosły mi się wtedy wydaje. Jakby ktoś mi dziecko podmienił 🙂

DSC_0551 DSC_0564 DSC_0568 DSC_0572 DSC_0576 collageDSC_0580 DSC_0586 DSC_0594 DSC_0600 DSC_0610 DSC_0626 DSC_0627 DSC_0643 DSC_0670

Bardzo głodna gąsienica. Gra ucząca kolorów i liczenia – DIY

Jesteśmy fanami sympatycznej i żarłocznej gąsienicy, bohaterki książeczki Erica Carla. Był czas, że Mateuszek wertował ją każdego dnia po kilka razy dziennie, co sprawiło, że nasz egzemplarz jest już w dość opłakanym stanie.

Z tej miłości do książeczki nie wahałam się przed kupnem gier, na które trafiłam podczas ubiegłorocznych wakacji. Oczywiście gier z motywem gąsienicy. Upolowałam je w niemieckim Netto i służyły nam przez cały rok. Ostatnio wrzucając zdjęcie na instagram wpadłam na pomysł, że taką grę można bez problemu, praktycznie żadnym kosztem zrobić samemu.

Gra jest super, bo dzięki niej można nauczyć malucha rozróżniania kolorów czy liczenia. Można przekonać niejadka do zjedzenia produktów, które do tej pory nie chciał nawet tknąć. Wykonać można ją wraz z dzieckiem, więc będzie również świetną zabawą dla małego artysty. Jest zastosowanie może być wszelakie, ogranicza nas właściwie tylko wyobraźnia.

Co potrzebujemy do wykonania gry?


 

  • Szablon gąsienicy i owoców. Możecie go pobrać z oficjalnej strony autora książeczki http://www.eric-carle.com/ColoringSheet.jpgColoringSheet
  • Drukarkę (jeśli ktoś ma uzdolnienia plastyczne może gąsienicę narysować sam)
  • Kredki, pisaki lub farbki (w zależności od upodobań malucha lub mamy) ewentualnie program graficzny jeśli chcemy wydrukować już pomalowany egzemplarz ColoringSheet kolor
  • Wydrukowany rysunek kolorujemy (jeśli wybraliśmy opcję pierwszą). No cóż, nie dokładnie o to mi chodziło, ale maluch będzie szczęśliwy z samodzielnego wykonania 🙂DSC_0821 DSC_0834
  • Ewentualnie drukujemy gotowca i wycinamy za pomocą nożyczek lub specjalnego, okrągłego dziurkacza (zwłaszcza owoce)DSC_0840DSC_0843
  • Przygotowujemy pudełeczko, na którym nakleimy naszą gąsienicę. Robimy w nim również okrągły otwór, przez który dziecko będzie wrzucać karteczki z owocami. W oryginale wygląda to tak, ale spokojnie możecie stworzyć coś innego 🙂DSC_0846DSC_0787
  • Wycięte elementy możemy za-laminować. Na pewno posłużą nam dłużej 🙂

 

Jak się bawić?


Najlepiej gdy posiadamy w domu książeczkę. Wtedy zaczynamy czytać i gdy dochodzimy do strony, na której gąsienica zjada jabłuszko poprośmy dziecko o poszukanie tego konkretnego wśród powycinanych owoców. Możemy nazywać samemu kolor owocu (lub poprosić o nazwanie dziecko), poprosić o policzenie ile owoców zjadła gąsienica. Możemy też stworzyć dodatkowe karteczki z produktami, które dziecko je niechętnie (np brokuł, mięso czy jajka) i zabawić się, że danego dnia tygodnia gąsienica zjadła akurat ten produkt. Możemy pokusić się o stworzenie całego menu obiadowego, jeśli mamy w domu niejadka z prawdziwego zdarzenia. Następnie przy posiłku przypomnieć mu o zabawie. Oczywiście wszystkie odnalezione produkty maluch wrzuca do brzuszka gąsienicy czyli przez otwór do pudełka.

DSC_0780 DSC_0775DSC_0737DSC_0740DSC_0744

Udanej zabawy Wam życzymy. Dajcie znać jak Wam się podoba 🙂

I jeszcze mała niespodzianka dla Was!


Dla wszystkich, którzy nie mają jeszcze książeczki Erica Carl mam małą niespodziankę. Do każdej zakupionej półeczki na książki Bambooko dodaję „Bardzo głodną gąsienicę” gratis *

DSC_0858

Półeczkę możecie kupić tutaj: http://znaczkijakrobaczki.pl/produkt/polka-na-ksiazki-biblioteczka

* Książka dodawana do półeczki o głębokości 20cm. W polu komentarza po zakupie po prostu wpiszcie , że chcecie książeczkę 🙂

bardzo-glodna-gasienica

 

Trampolina dla dziecka. Jaką wybrać?

Ktoś dobrze wymyślił z trampoliną. Podpatrzył co lubią dzieci i stworzył rzecz genialną. Dzieci uwielbiają skakać. A przynajmniej wszystkie, które znam osobiście. Będąc dzieckiem sama zaliczałam wszystkie wersalki na sprężynach. Chyba taki etap.

Nasze łóżko w sypialni również przeszło bojowy chrzest. Dlatego bez większego zastanowienia przyklasnęłam pomysłowi kupna trampoliny. Wiedziałam, że to będzie strzał w dziesiątkę. Nie pomyliłam się oczywiście.

Problem jedynie pojawił się przy wyborze. W sieci można trafić na przeróżne rady jaką trampolinę dla dziecka wybrać. Mamy różne wielkości, różne materiały, z których zostały wykonane, różne marki. I oczywiście różne modele. Z siatką, bez siatki, z siatką montowaną wewnątrz i na zewnątrz.Kotwiczone do ziemi za pomocą linek, z pałąkami owijanymi gąbką, specjalnymi drabinkami. Różnią się też oczywiście ceną. Zgłupieć idzie dokonując wyboru. A przecież każdy z nas, inwestując w sumie nie małe pieniądze w podobny sprzęt chciałby mieć pewność, że nie wywalił pieniędzy w błoto.I że kwota, którą przeznaczymy na taki wydatek okaże się warta bezpieczeństwa dziecka.

Jak wybrać bezpiecznie? Nie wiem. Trochę się pogubiłam w radach i opiniach zaczerpniętych na internecie i wśród znajomych. Często jedni drugim przeczyli i po prostu nie szło wyciągnąć jednoznacznej opinii. Dlatego postawiłam kilka warunków jakie musi spełnić trampolina, bym wzięła pod uwagę kupno. Przede wszystkim zależało mi na siatce. Jako przewrażliwiona mamuśka, zależało mi by siatka była wewnątrz, tzn śruby naciągające samą trampolinę były na zewnątrz. Chciałabym by to co pokrywa śruby wyglądało estetycznie. I by była wielkości ok 250cm. Obejrzeliśmy mnóstwo modeli, które w większości spełniały te warunki. Poza jednym. Pokrycie śrub zawsze było wykonane z tzw. plandeki. I tylko to sprawiło, że w efekcie postawiliśmy na trampolinę z Decathlonu. Czy dokonaliśmy słusznego wyboru? Mam taką nadzieję, choć okaże się dopiero za jakiś czas.

Plusy zakupu są widoczne gołym okiem: radość dziecka, ruch na świeżym powietrzu. Bezcenne.

Wspomnę jeszcze tylko o kwestiach technicznych. Sporo czytałam o tym, że trampolinę ciężko złożyć. Gdzieniegdzie można trafić na oferty firm specjalizujących się w montażu tego ustrojstwa, często w cenie samej trampoliny. Coś trzeba gwintować, ustawiać, bo śrubki nie pasują. Nie wiadomo jak ugryźć. U nas ze złożeniem mąż poradził sobie w niecałą godzinkę. Praktycznie sam, choć akurat przejeżdżał kuzyn, który rozkładał wcześniej u swoich dzieciaków, to zatrzymał się i wsparł radą. Także pod względem rozkładania trampolinę Domyos mogę polecić z czystym sumieniem. Mam nadzieję, że pod innymi względami również i za kilka lat nie będę musiała robić edycji posta dodając minusy naszego nowego nabytku 😉

Ps. Zapomniałam wspomnieć, że oczywiście ogromnym pomocnikiem przy rozkładaniu okazał się sam zainteresowany 😉

Ps.2 Pomimo braku drabinki Mati szybko opanował wchodzenie i schodzenie z trampoliny. Zamek w siatce też nie jest żadną przeszkodą.

DSC_0213 DSC_0231 DSC_0267DSC_0286 DSC_0292 DSC_0310 DSC_0317 DSC_0323 DSC_0337 DSC_0340 DSC_0343collage1 collage2 DSC_0377 DSC_0387 collage3 DSC_0403 DSC_0426

Sposób na naukę poprzez bajki

Czy jest tu ktoś, kto będąc dzieckiem nie lubił bajek? A może Wasze dzieciaczki za nimi nie przepadają? Hmm, no nie- jakoś ciężko mi w to uwierzyć.A nawet jeśli, to mam dla takich maluchów coś, co z pewnością przekona je do bajkowego świata.
Sama będąc dzieckiem z niecierpliwością i podekscytowaniem czekałam na wieczorną dobranockę. Gdy byłam troszkę starsza i zapanowała era video – kasety z bajkami Hanna Barbera wertowałam niemal na okrągło (a przynajmniej na tyle, na ile pozwolili mi rodzice).

Bajki to nie tylko sposób na zorganizowanie wolnego czasu dziecku. To nie jest też tylko oglądanie kreskówek w telewizji, bo form i rodzajów bajek jest obecnie mnóstwo. A dodatkowo, mają one ogromną moc przekazu i oddziałują na wyobraźnię zarówno maluchów, jak i starszych dzieci.
Bajki posiadają właściwości terapeutyczne, mają też za zadanie uczyć. Każda bajka, a przynajmniej ta mądra, którą wybieramy dla naszych dzieci musi posiadać morał. Czytając lub opowiadając dziecku bajki pozwalamy mu lepiej zrozumieć otaczający go świat. Kładąc nacisk na wskazanie niewłaściwych zachowań lub ukazując konkretne problemy jesteśmy w stanie w dziecku utrwalić prawidłowe wzorce i przezwyciężyć różne lęki (np strach przed ciemnością, nieśmiałość).

Dziecko słuchające bajki w bezpiecznym, domowym otoczeniu identyfikuje się z jej bohaterem. Tym samym, jeśli bohater bajki napotyka trudności, które udaje mu się przezwyciężyć, to dziecko zaczyna wierzyć, że ono również pokona przeciwności na swojej drodze. Skoro bohaterowi się udało, to dziecko także sobie poradzi – tyle, że maluch przenosi te doświadczenia do życia codziennego.

Co więcej, bajki rozwijają kreatywność i fantazję nie tylko dziecka, ale i rodzica, który podejmuje się ich opowiedzenia. Ja będąc dzieckiem najbardziej lubiłam historie wymyślane przez moich bliskich.

Teraz mamy dużo więcej możliwości nauki poprzez bajki. W TV dostępne są specjalne kanały dedykowane dzieciom, w księgarniach jest cała masa książeczek, różnych gier i zabaw z bajkowymi bohaterami czy choćby bardzo lubiane zarówno przez dzieci, jak i dorosłych, animowane bajki na wielkim ekranie.
Ja dla Was mam coś jeszcze. Bajkotwory.
Bajkotwory są pierwszym w Polsce serwisem dla dzieci i rodziców, którzy swoją bogatą fantazję chcieliby trochę zwizualizować. Kreator bajek pozwala na kształtowanie wyobraźni, rozwija procesy intelektualne, a poprzez przeniesienie wyobrażenia na rzeczywistość dostarcza przyjemności. Dzieci samodzielnie lub wraz ze swoimi rodzicami mogą wymyślać fantastyczne historie, a swoich bohaterów ożywiać na ekranie laptopa lub tabletu. Obsługa kreatora jest niezwykle intuicyjna. Do tego stopnia, że nawet 3-latek bez problemu opanuje stworzenie bajki w kilkanaście minut.

 
Kreator przeznaczony jest dla dzieci w wieku od 2 do 10 lat. Został tak stworzony, by zaspokoić potrzeby dzieciaków w różnym wieku. Najmłodsi użytkownicy poza zabawą otrzymują interaktywne narzędzie, które wspiera malucha w nauce czytania. Starsze dzieci zaspokajają swoją potrzebę tworzenia, bez posiadania umiejętności plastycznych czy informatycznych. Myślę, że jest to ciekawy wstęp do rozwoju zainteresowań na przyszłość.
Co mnie szczególnie zaciekawiło w Bajkotworach to grafika. Jest bardzo estetyczna, ale przy tym kolorowa i wyjątkowa. Ilustratorka zadbała o to, by grafiki były odpowiednie do wieku użytkownika. Tym samym dla najmłodszych dzieciaków przygotowano ilustracje zawierające dużą liczbę elementów. Dzieciaki zaczynające swoją przygodę ze szkołą stawiają na ukazywanie czynności, więc ilustracje są tak dobrane by im to umożliwić. Starsze dzieci na pewno zadowolą wysokiej jakości rysunki, bogate w kolory, pełne szczegółów, odpowiednio skomponowane.
Bohaterowie Bajkotworów są postaciami pozytywnymi, nacechowanymi komizmem, bardzo lubianym przez maluchy. Wiedźma nie zawsze jest zła, a zielony ufoludek zamieszkujący odległą planetę nie musi być obcym chcącym wyrządzić nam krzywdę.
Wśród postaci znajdziemy też bohaterów utożsamiających się z nami samymi, dzięki którym z łatwością przygotujemy bajki wraz z najmłodszymi pociechami.Bez problemu stworzymy całą rodzinkę i poprzez bajkę opowiemy jej losy.
Wszyscy, których fantazja ogranicza mogą skorzystać z gotowych scenariuszy bajek zamieszczonych w serwisie, stworzonych przez doświadczonych pedagogów i terapeutów. Możemy też użyć podpowiedzi zamieszczonych przez innych użytkowników Bajkotworów.
Jeśli kompletnie nie wiemy „jak ugryźć temat” zawsze możemy oglądnąć bajki stworzone przez innych użytkowników, a także oddać na nie swój głos.
Każdą ze stworzonych bajek możemy zapisać i podzielić się z nią z innymi użytkownikami. Możemy je też bez końca odtwarzać, a nawet modyfikować w miarę jak przyjdzie nam do głowy jakiś nowy pomysł.
Konto na Bajkotworach mogą założyć zarówno osoby prywatne jak i przedszkola czy szkoły. Dostęp do wszystkich funkcji jest płatny, jednak nie są to wysokie kwoty. No i przede wszystkim mamy aż 3 darmowe dni na wypróbowanie serwisu i przetestowanie jego możliwości.
Posiadacze tabletów mogą zabrać Bajkotwory wszędzie gdzie się wybiorą. Z pewnością okażą się dużą konkurencją do gier i innych interaktywnych aplikacji, a już bankowo urozmaicą czas spędzony w podróży.
Na pewno też okażą się ciekawym prezentem z okazji zbliżającego Dnia Dziecka, więc jeśli nie macie jeszcze pomysłu co podarować swojemu maluchowi warto wziąć Bajkotwory pod uwagę 🙂
Kreator znajdziecie pod adresem www.bajkotwory.pl
 
*post powtał przy współpracy z www.bajkotwory.pl

W co się bawić z 15 miesięcznym dzieckiem

Jedna z czytelniczek podsunęła mi ciekawy pomysł na post. U nas dużo ostatnio o jedzeniu, ale przecież nie oznacza to, że nic innego nie robimy i od stołu nie odchodzimy. A już Ci!
Energię nabytą trzeba dobrze spożytkować, najlepiej na spacerze. Niestety z pogodą to różnie bywa, więc czasem musimy sobie rozrywki w domu zapewniać sami.
Zabawek Ci u nas na pęczki. Myślałby kto jednak, że Mati się nimi bawi. Nic z tego. Szczerze mówiąc, to chcąc sobie ulżyć w cierpieniu oglądania tego plastikowego i kolorowego misz maszu dzień w dzień, równie dobrze mogłabym to wszystko władować do pudeł i gdzieś schować. Mateusz bowiem interesuje się swoim dobytkiem dosłownie przez 5 minut w ciągu dnia, kiedy to zdąży go rozrzucić po całym pokoju.
Za to kabelki, sznurki, pudełka, garnki, telefony, piloty i wszystko co my dorośli używamy na codzień jest jak najbardziej pożądane. Mateusz definitywnie jest w etapie obserwacji i naśladownictwa. Radar w oczach włączony non stop, nic nie umknie jego uwadze.
Dlatego większość naszych zabaw ostatnio, to te, w których Mati uczestniczy w codziennych obowiązkach pomagając mi.

Zaczynamy od porannego odkurzania. Podczas, gdy ja wyciągam z szafy odkurzacz, Mateuszek wyciąga szczotkę, z którą leci do mnie. Doskonale wie, że szczotkę mocuję do rury. Podczas odkurzania popycha odkurzaczem w wybranym przez siebie kierunku. (jest zdecydowanie bliżej ziemi niż mama, a i oczka ma dużo młodsze, więc pewnie dostrzega każdy okruszek :P).
Zwykle rano opróżniamy wspólnie zmywarkę. Garnki przed włożeniem do szafki stawiam na podłodze, jeden na drugim. Gdy opróżnię dolną półkę zmywarki, Mateuszek chwyta za garnki i ładuje ja na nowo do wnętrza. Następnie zamyka drzwiczki z uśmiechem. Analogicznie sprawa wygląda z praniem.
Również karmienie psa należy do jego obowiązków i jest przy tym świetną zabawą, która co prawda ostatnio troszkę ewaluowała. Teraz po nałożeniu karmy do kubka, muszę go przekazać synkowi. Mateuszek z pełnym kubeczkiem zmierza do miski Szelmy, a następnie z uśmiechem na buzi wysypuje zawartość do środka. Chwilę pomiesza rączkami i paluszkiem pokazuje psinie, że może już jeść.
Na spacerach to Mati nosi Szelmy smycz. Każda próba odebrania kończy się awanturą.
Oczywiście przykładanie telefonu do ucha (a właściwie gdzieś z tyłu za ucho) i rozmawianie, naciskanie przycisków na pilotach i mierzenie w telewizor, stukanie rączkami po klawiaturze czy pukanie w ekran tabletu na porządku dziennym. Przykładów tego typu naśladownictwa mogłabym mnożyć bez liku.
W ten sposób dzień nam mija dość szybko, bo przecież każda z tych czynności wymaga sporego zaangażowania i sporej ilości czasu.
Jednak mamy też typową, dziecięcą zabawę, którą ostatnio uskuteczniamy każdego dnia jest zabawa w kotka i myszkę oraz chowanego. Choć tak naprawdę to zabawa 2w1.
Rzecz wygląda tak… Gonię Matiego z radosnym „dawaj go, dawaj” przy czym przytupuję nogami, klaskam w ręce. Mateusz uciekając zanosi się od śmiechu, od czasu do czasu przystając i oglądając się za siebie jak daleko jestem i czy aby na pewno go gonię (idę za nim powoli, żeby miał większą frajdę). Gdy już go złapię zamieniamy się rolami i to Mateuszek goni mnie, z tą różnicą, że ja uciekam szybciej i na końcu chowam się gdzie w pokoju. Np. za wózkiem, za szafką, za firanką. W każdym bądź razie w miejscach, które łatwo odkryje, ale nie widocznych na pierwszy rzut oka. Zazwyczaj zdradza mnie od razu Szelma. Mateuszek wpada do pokoju, rozgląda się na boki, a gdy mnie zauważy uśmiech szeroki gości na jego buzi. Wyskakuję wtedy z ukrycia, chwytam go za rączki i kręcimy się dookoła. Następnie Mati ucieka i zabawę zaczynamy na nowo. W ten sposób mógłby chyba przez cały dzień się bawić.
Kolejna zabawa powstała wraz z pojawieniem się w domu sanek. Mateuszkowi tak bardzo spodobała się jazda na saneczkach, że kazał wozić się w domu. Wiadomo- awykonalne. Więc na potrzeby domowe wykorzystaliśmy plastikowe pudełko na zabawki, zaopatrzone w kółka. Mati uwielbia do niego wchodzić. Jeździmy pudełkiem po pokoju, kręcimy się wkoło, bawimy w łódkę- sztorm na morzu- kołysząc pudełkiem na boki. Ostatnio do pudełka wrzucaliśmy papierowe kulki z gazet, które potem Mati rozrzucił po całym domu. Jeździł pudełkiem przechylonym na bok po podłodze i zgarniał je do wnętrza. Myślę, że bawił się w śmieciarkę 😉
Codziennie bawimy się mniej więcej w podobny sposób. Nie są to może zabawy wysokich lotów, wiecie ę i ą, ale sprawiają Mateuszkowi mnóstwo radości. Podobnie jak taniec. Uwielbia gdy bierzemy go na ręce, ja lub tata i tańczymy w rytm muzyki. O jakże się wtedy cieszy i otula mnie rączkami, piszcząc mi głośno w szyję. Uwielbiam go takiego radosnego.
W planach na najbliższe dni mam kredki. Po raz pierwszy, bo jakimś cudem nam jeszcze nie było po drodze z ich zakupem. Mam nadzieję, że się przyjmą, bo mam kilka pomysłów na wspólną zabawę.