Gdy dziecko nie chce rysować?

Gdy Mati był malutki miałam różne wizje późniejszego macierzyństwa. Ta najczęściej przewijająca się dotyczyła naszych zabaw i czasu wspólnie spędzanego. Przed oczami stawały mi obrazki, w których leżę w łóżku z synkiem, czytając mu przed snem bajeczki, wspólne zbieranie liści i kasztanów, by w długie popołudnia budować z nich ludziki. Nasze wyobrażenia, a rzeczywistość jak to zwykle bywa nie zawsze idą w parze. Wizja Mateuszka siedzącego przy stoliku, grzecznie rysującego nie pokryła się z tym co lubi robić w realnym życiu.

Nie jestem zwolennikiem przymuszania dziecka do robienia czegoś konkretnego, jeśli nie ma na to ochoty. Dlatego przez długie miesiące obserwowałam brak zainteresowania sztukami plastycznymi, pomimo przeróżnych zachęceń z mojej strony. Nie naciskałam, choć po rozmowach z logopedą doskonale wiedziałam, że ćwiczenie motoryki małej, a temu najlepiej służy rysowanie i malowanie, bardzo dobrze wpływa na prawidłowy rozwój mowy.

Mogłam robić cuda, a zainteresowanie plastyką przyszło samo, z dnia na dzień. Jeszcze miesiąc temu, rysując pisakami kamyki na chorwackiej plaży, użalałam się, że nie ma sposobu, który przekonałby mojego syna. Aspiracji na artystę za grosz. Tymczasem teraz na widok farb i pisaków aż się trzęsie. Nie wiem czy ten tam wysoko na górze, zlitował się nad moimi staraniami czy najzwyczajniej w świecie Mati osiągnął pewną dojrzałość. Dorósł do etapu, przyszedł jego czas. A wraz z nim pojawiły się pełne zdania, powtarzanie wierszyków i piosenek oraz ciekawość w postaci świata pt. „a co to jest?”.

Złotych rad ani wspaniałych odpowiedzi na to co robić, gdy dziecko nie chce rysować Wam nie dam (mimo, że tytuł posta może Wam takie przesłanie zasugerować). Mogę z własnego doświadczenia podpowiedzieć, że trzeba czekać. Nie wiem jak długo. U jednego dziecka do 2 roku życia, u innego dłużej. Na pewno jeśli nas coś bardzo niepokoi konsultować. Ale chyba jednak bez wielkiej napinki dać sobie i dziecku czas. Jak to mówią „wszystko przychodzi z czasem”.

A jeśli bardzo chcecie, aby maluch powoli odkrywał w sobie talenta artystyczne to podpowiem co zaobserwowałam u nas. Na bok wszelkie kredki bambino i drewniane. Paluszki mojego synka nie mogły dać sobie rady z naciskiem kredki. Brak efektu na kartce zniechęca. Na początek doskonała okazała się kreda i rysowanie po tablicy. Z racji, że w sypialni mamy powieszoną taką małą, to rysunki przeniosły się na ścianę. Dla mnie nie było to problemem, bo ściana pomalowana farbą zmywalną, a kredę nie jest ciężko usunąć wilgotną szmatką. Maział sobie do woli.

Potem przyszedł czas na farbki plakatowe. Musiały być jednak w pojemniczkach, które sam odkręcał. Sam też oczywiście pędzlem nabierał farbę (często w ilościach przekraczających potrzeby) i nanosił na kartkę. Musiałam gdzieś pożegnać wizję kolorowych maziaków i słoiczków pełnych tęczowych plakatówek. Wszystko przybrało bury odcień, po tym jak Mati pędzel po czarnej farbie ładował do wszystkich pozostałych.Z radością zbierałam te jego pierwsze rysunki, przypinałam na balkonie do suszarki na pranie, by dobrze wyschły, w między czasie domywając po raz „enty” rączki  (ulubioną zabawą wieńczącą malowanie zawsze jest odciskanie rączek w nadwyżkach farby).

Aż doczekałam się etapu na pisaki. I kolorowanki. Najpierw te duże, gdzie postać zajmowała całą kartkę. Aż po te mniejsze, które specjalnie drukuję z internetu, gdy Mati chce kolorować samolot czy traktorka Toma. Kartka nie jest zabazgrana w cały świat. Mimo, że na trzymanie się konturów ma jeszcze sporo czasu, to widać, że pojawiła się już wizja kolorowania i nawet odpowiedni dobór kolorów.

Co raz częściej też wystarczy czysta kartka, na której pojawiają sie pierwsze głowonogi obrazujące członków naszej rodziny. I ulubiony motyw „sini”, której to dziadkowie są mistrzami w rysowaniu 😉

Cieszą te wszystkie etapy niesamowicie. Przynoszą coś nowego i nagle dociera do mnie, że przecież jeszcze wczoraj nie potrafił, a dziś już tak. I taki dorosły mi się wtedy wydaje. Jakby ktoś mi dziecko podmienił 🙂

DSC_0551 DSC_0564 DSC_0568 DSC_0572 DSC_0576 collageDSC_0580 DSC_0586 DSC_0594 DSC_0600 DSC_0610 DSC_0626 DSC_0627 DSC_0643 DSC_0670

Sposób na naukę poprzez bajki

Czy jest tu ktoś, kto będąc dzieckiem nie lubił bajek? A może Wasze dzieciaczki za nimi nie przepadają? Hmm, no nie- jakoś ciężko mi w to uwierzyć.A nawet jeśli, to mam dla takich maluchów coś, co z pewnością przekona je do bajkowego świata.
Sama będąc dzieckiem z niecierpliwością i podekscytowaniem czekałam na wieczorną dobranockę. Gdy byłam troszkę starsza i zapanowała era video – kasety z bajkami Hanna Barbera wertowałam niemal na okrągło (a przynajmniej na tyle, na ile pozwolili mi rodzice).

Bajki to nie tylko sposób na zorganizowanie wolnego czasu dziecku. To nie jest też tylko oglądanie kreskówek w telewizji, bo form i rodzajów bajek jest obecnie mnóstwo. A dodatkowo, mają one ogromną moc przekazu i oddziałują na wyobraźnię zarówno maluchów, jak i starszych dzieci.
Bajki posiadają właściwości terapeutyczne, mają też za zadanie uczyć. Każda bajka, a przynajmniej ta mądra, którą wybieramy dla naszych dzieci musi posiadać morał. Czytając lub opowiadając dziecku bajki pozwalamy mu lepiej zrozumieć otaczający go świat. Kładąc nacisk na wskazanie niewłaściwych zachowań lub ukazując konkretne problemy jesteśmy w stanie w dziecku utrwalić prawidłowe wzorce i przezwyciężyć różne lęki (np strach przed ciemnością, nieśmiałość).

Dziecko słuchające bajki w bezpiecznym, domowym otoczeniu identyfikuje się z jej bohaterem. Tym samym, jeśli bohater bajki napotyka trudności, które udaje mu się przezwyciężyć, to dziecko zaczyna wierzyć, że ono również pokona przeciwności na swojej drodze. Skoro bohaterowi się udało, to dziecko także sobie poradzi – tyle, że maluch przenosi te doświadczenia do życia codziennego.

Co więcej, bajki rozwijają kreatywność i fantazję nie tylko dziecka, ale i rodzica, który podejmuje się ich opowiedzenia. Ja będąc dzieckiem najbardziej lubiłam historie wymyślane przez moich bliskich.

Teraz mamy dużo więcej możliwości nauki poprzez bajki. W TV dostępne są specjalne kanały dedykowane dzieciom, w księgarniach jest cała masa książeczek, różnych gier i zabaw z bajkowymi bohaterami czy choćby bardzo lubiane zarówno przez dzieci, jak i dorosłych, animowane bajki na wielkim ekranie.
Ja dla Was mam coś jeszcze. Bajkotwory.
Bajkotwory są pierwszym w Polsce serwisem dla dzieci i rodziców, którzy swoją bogatą fantazję chcieliby trochę zwizualizować. Kreator bajek pozwala na kształtowanie wyobraźni, rozwija procesy intelektualne, a poprzez przeniesienie wyobrażenia na rzeczywistość dostarcza przyjemności. Dzieci samodzielnie lub wraz ze swoimi rodzicami mogą wymyślać fantastyczne historie, a swoich bohaterów ożywiać na ekranie laptopa lub tabletu. Obsługa kreatora jest niezwykle intuicyjna. Do tego stopnia, że nawet 3-latek bez problemu opanuje stworzenie bajki w kilkanaście minut.

 
Kreator przeznaczony jest dla dzieci w wieku od 2 do 10 lat. Został tak stworzony, by zaspokoić potrzeby dzieciaków w różnym wieku. Najmłodsi użytkownicy poza zabawą otrzymują interaktywne narzędzie, które wspiera malucha w nauce czytania. Starsze dzieci zaspokajają swoją potrzebę tworzenia, bez posiadania umiejętności plastycznych czy informatycznych. Myślę, że jest to ciekawy wstęp do rozwoju zainteresowań na przyszłość.
Co mnie szczególnie zaciekawiło w Bajkotworach to grafika. Jest bardzo estetyczna, ale przy tym kolorowa i wyjątkowa. Ilustratorka zadbała o to, by grafiki były odpowiednie do wieku użytkownika. Tym samym dla najmłodszych dzieciaków przygotowano ilustracje zawierające dużą liczbę elementów. Dzieciaki zaczynające swoją przygodę ze szkołą stawiają na ukazywanie czynności, więc ilustracje są tak dobrane by im to umożliwić. Starsze dzieci na pewno zadowolą wysokiej jakości rysunki, bogate w kolory, pełne szczegółów, odpowiednio skomponowane.
Bohaterowie Bajkotworów są postaciami pozytywnymi, nacechowanymi komizmem, bardzo lubianym przez maluchy. Wiedźma nie zawsze jest zła, a zielony ufoludek zamieszkujący odległą planetę nie musi być obcym chcącym wyrządzić nam krzywdę.
Wśród postaci znajdziemy też bohaterów utożsamiających się z nami samymi, dzięki którym z łatwością przygotujemy bajki wraz z najmłodszymi pociechami.Bez problemu stworzymy całą rodzinkę i poprzez bajkę opowiemy jej losy.
Wszyscy, których fantazja ogranicza mogą skorzystać z gotowych scenariuszy bajek zamieszczonych w serwisie, stworzonych przez doświadczonych pedagogów i terapeutów. Możemy też użyć podpowiedzi zamieszczonych przez innych użytkowników Bajkotworów.
Jeśli kompletnie nie wiemy „jak ugryźć temat” zawsze możemy oglądnąć bajki stworzone przez innych użytkowników, a także oddać na nie swój głos.
Każdą ze stworzonych bajek możemy zapisać i podzielić się z nią z innymi użytkownikami. Możemy je też bez końca odtwarzać, a nawet modyfikować w miarę jak przyjdzie nam do głowy jakiś nowy pomysł.
Konto na Bajkotworach mogą założyć zarówno osoby prywatne jak i przedszkola czy szkoły. Dostęp do wszystkich funkcji jest płatny, jednak nie są to wysokie kwoty. No i przede wszystkim mamy aż 3 darmowe dni na wypróbowanie serwisu i przetestowanie jego możliwości.
Posiadacze tabletów mogą zabrać Bajkotwory wszędzie gdzie się wybiorą. Z pewnością okażą się dużą konkurencją do gier i innych interaktywnych aplikacji, a już bankowo urozmaicą czas spędzony w podróży.
Na pewno też okażą się ciekawym prezentem z okazji zbliżającego Dnia Dziecka, więc jeśli nie macie jeszcze pomysłu co podarować swojemu maluchowi warto wziąć Bajkotwory pod uwagę 🙂
Kreator znajdziecie pod adresem www.bajkotwory.pl
 
*post powtał przy współpracy z www.bajkotwory.pl

W co się bawić z 15 miesięcznym dzieckiem

Jedna z czytelniczek podsunęła mi ciekawy pomysł na post. U nas dużo ostatnio o jedzeniu, ale przecież nie oznacza to, że nic innego nie robimy i od stołu nie odchodzimy. A już Ci!
Energię nabytą trzeba dobrze spożytkować, najlepiej na spacerze. Niestety z pogodą to różnie bywa, więc czasem musimy sobie rozrywki w domu zapewniać sami.
Zabawek Ci u nas na pęczki. Myślałby kto jednak, że Mati się nimi bawi. Nic z tego. Szczerze mówiąc, to chcąc sobie ulżyć w cierpieniu oglądania tego plastikowego i kolorowego misz maszu dzień w dzień, równie dobrze mogłabym to wszystko władować do pudeł i gdzieś schować. Mateusz bowiem interesuje się swoim dobytkiem dosłownie przez 5 minut w ciągu dnia, kiedy to zdąży go rozrzucić po całym pokoju.
Za to kabelki, sznurki, pudełka, garnki, telefony, piloty i wszystko co my dorośli używamy na codzień jest jak najbardziej pożądane. Mateusz definitywnie jest w etapie obserwacji i naśladownictwa. Radar w oczach włączony non stop, nic nie umknie jego uwadze.
Dlatego większość naszych zabaw ostatnio, to te, w których Mati uczestniczy w codziennych obowiązkach pomagając mi.

Zaczynamy od porannego odkurzania. Podczas, gdy ja wyciągam z szafy odkurzacz, Mateuszek wyciąga szczotkę, z którą leci do mnie. Doskonale wie, że szczotkę mocuję do rury. Podczas odkurzania popycha odkurzaczem w wybranym przez siebie kierunku. (jest zdecydowanie bliżej ziemi niż mama, a i oczka ma dużo młodsze, więc pewnie dostrzega każdy okruszek :P).
Zwykle rano opróżniamy wspólnie zmywarkę. Garnki przed włożeniem do szafki stawiam na podłodze, jeden na drugim. Gdy opróżnię dolną półkę zmywarki, Mateuszek chwyta za garnki i ładuje ja na nowo do wnętrza. Następnie zamyka drzwiczki z uśmiechem. Analogicznie sprawa wygląda z praniem.
Również karmienie psa należy do jego obowiązków i jest przy tym świetną zabawą, która co prawda ostatnio troszkę ewaluowała. Teraz po nałożeniu karmy do kubka, muszę go przekazać synkowi. Mateuszek z pełnym kubeczkiem zmierza do miski Szelmy, a następnie z uśmiechem na buzi wysypuje zawartość do środka. Chwilę pomiesza rączkami i paluszkiem pokazuje psinie, że może już jeść.
Na spacerach to Mati nosi Szelmy smycz. Każda próba odebrania kończy się awanturą.
Oczywiście przykładanie telefonu do ucha (a właściwie gdzieś z tyłu za ucho) i rozmawianie, naciskanie przycisków na pilotach i mierzenie w telewizor, stukanie rączkami po klawiaturze czy pukanie w ekran tabletu na porządku dziennym. Przykładów tego typu naśladownictwa mogłabym mnożyć bez liku.
W ten sposób dzień nam mija dość szybko, bo przecież każda z tych czynności wymaga sporego zaangażowania i sporej ilości czasu.
Jednak mamy też typową, dziecięcą zabawę, którą ostatnio uskuteczniamy każdego dnia jest zabawa w kotka i myszkę oraz chowanego. Choć tak naprawdę to zabawa 2w1.
Rzecz wygląda tak… Gonię Matiego z radosnym „dawaj go, dawaj” przy czym przytupuję nogami, klaskam w ręce. Mateusz uciekając zanosi się od śmiechu, od czasu do czasu przystając i oglądając się za siebie jak daleko jestem i czy aby na pewno go gonię (idę za nim powoli, żeby miał większą frajdę). Gdy już go złapię zamieniamy się rolami i to Mateuszek goni mnie, z tą różnicą, że ja uciekam szybciej i na końcu chowam się gdzie w pokoju. Np. za wózkiem, za szafką, za firanką. W każdym bądź razie w miejscach, które łatwo odkryje, ale nie widocznych na pierwszy rzut oka. Zazwyczaj zdradza mnie od razu Szelma. Mateuszek wpada do pokoju, rozgląda się na boki, a gdy mnie zauważy uśmiech szeroki gości na jego buzi. Wyskakuję wtedy z ukrycia, chwytam go za rączki i kręcimy się dookoła. Następnie Mati ucieka i zabawę zaczynamy na nowo. W ten sposób mógłby chyba przez cały dzień się bawić.
Kolejna zabawa powstała wraz z pojawieniem się w domu sanek. Mateuszkowi tak bardzo spodobała się jazda na saneczkach, że kazał wozić się w domu. Wiadomo- awykonalne. Więc na potrzeby domowe wykorzystaliśmy plastikowe pudełko na zabawki, zaopatrzone w kółka. Mati uwielbia do niego wchodzić. Jeździmy pudełkiem po pokoju, kręcimy się wkoło, bawimy w łódkę- sztorm na morzu- kołysząc pudełkiem na boki. Ostatnio do pudełka wrzucaliśmy papierowe kulki z gazet, które potem Mati rozrzucił po całym domu. Jeździł pudełkiem przechylonym na bok po podłodze i zgarniał je do wnętrza. Myślę, że bawił się w śmieciarkę 😉
Codziennie bawimy się mniej więcej w podobny sposób. Nie są to może zabawy wysokich lotów, wiecie ę i ą, ale sprawiają Mateuszkowi mnóstwo radości. Podobnie jak taniec. Uwielbia gdy bierzemy go na ręce, ja lub tata i tańczymy w rytm muzyki. O jakże się wtedy cieszy i otula mnie rączkami, piszcząc mi głośno w szyję. Uwielbiam go takiego radosnego.
W planach na najbliższe dni mam kredki. Po raz pierwszy, bo jakimś cudem nam jeszcze nie było po drodze z ich zakupem. Mam nadzieję, że się przyjmą, bo mam kilka pomysłów na wspólną zabawę.

Zabawy z roczniakiem- wpis gościnny

 Wciąż wakacjujemy, niestety z ograniczonym dostępem do internetu. Przenieśliśmy się w okolice Boulogne sur Mer, czyli jakieś 400km bliżej Polski. Niestety pada i padać ma do poniedziałku. Nie bardzo wiemy co z tym fantem zrobić.

My się tu będziemy zastanawiać, a Was zapraszam na wpis gościnny, który w ramach Kreatywnych Wakacji przygotowała Ania- Mamanka. Mój świeżo upieczony roczniak najbardziej interesuje się ostatnio zwierzakami. Uwielbia oglądać książeczki, w których ich pełno i wciąż domaga się, aby mówić Mu, co to jest. Dlatego też wykorzystujemy zwierzaki, kiedy tylko się da. Oto, jak bawiliśmy się ostatnio!

Potrzebowaliśmy:
  • 1 kartonik, w którym wycinamy taki otwór, aby Dziecko przełożyło przez niego rękę
  • kilka zwierzaków – mogą być pluszaki, plastikowe figurki lub obrazki wycięte np. z gazety i naklejone na karton lub brystol, aby były sztywniejsze
  • obrazki przedstawiające te same zwierzaki – np. z gazety
  • farbka plakatowa + pędzelek
  • zarys jednego ze zwierzaków na dużej kartce
 
Na początku pokazałam zwierzaki Synkowi, włożyłam je wszystkie do kartonika. Następnie wysypałam je i pozwoliłam, aby to Szymek powrzucał je do środka.
 
Później porozkładałam dookoła kartoniki z obrazkami zwierzaków znajdujących się w pudle. Kiedy Szymek wyciągał jakieś, kilka razy powtarzałam głośno jego nazwę i mówiłam „O! Zobacz! Tu też jest… PIESEK! Piesek robi hau-hau” i kładłam zabawkę obok obrazka przedstawiającego tego samego zwierzaka.

 

 



Kiedy Szymek wkładał jakieś zwierzątko z powrotem do pudła mówiłam „Nie ma” i rozkładałam ręce. Synek łatwo podchwycił ten gest i również rozkładał ręce, mówiąc „ma…”.
Oczywiście Szymek jest jeszcze za mały, aby wymawiać nazwy zwierzaków oraz ich odgłosy, ale chodzi o to, aby się z nimi oswajał i umiał je rozpoznawać. W takiej zabawie (na tym etapie rozwojowym) najistotniejsze jest rozumienie mowy. Powiem szczerze, że kilka razy Szymek trafnie wskazał zwierzę, o które prosiłam (głównie kotka i pieska, co jest zrozumiałe, bo w książkach, które Mu czytamy, jest ich najwięcej). 
 
Kiedy Synkowi znudziło się już wkładanie i wyjmowanie zwierzaków z kartonika, przystąpiliśmy do zabawy plastycznej – oczywiście również „zwierzakowej”. 
 
Przygotowany wcześniej obrazek z zarysem pieska przykleiłam do belki od huśtawki (musi być na wysokości rąk i wzroku maluszka). 
 
Najpierw kilka razy powtórzyłam „Zobacz, Szymku, to piesek. Piesek robi hau-hau”, a następnie wręczyłam Mu pędzelek umoczony w farbie i wyjaśniłam, że teraz pomalujemy pieska. Najpierw sama pokazałam Synkowi, że maźnięcie pędzlem zostawia na piesku kolor, a później pozwoliłam robić to Jemu. Nie spodziewałam się, że w ogóle trafi w obrazek, ale wyszło całkiem nieźle. Trochę się umorusał (pamiętajcie o odpowiednim – gorszym – stroju!), ale w ogóle mi to nie przeszkadzało (a tym bardziej Jemu). Czego nie upaćkał pędzlem, to rozmazał ręką 🙂 Miał przy tym nieziemską frajdę 🙂     

 

Taka zabawa uczy małego człowieczka wielu rzeczy:
  • rozumienia i rozpoznawania nazw zwierząt i odgłosów, jakie wydają
  • wkładania i wyjmowania pojedynczych przedmiotów (koordynacja oko-ręka)
  • zależności przyczynowo-skutkowych (jest – nie ma)
  • szukania podobieństw
  • wykonywania poleceń…
A i pamiątka piękna na całe życie pozostaje – pierwsze arcydzieło naszego dziecka, które możemy podpisać datą, zawiesić w ramce i chwalić się rodzinie 🙂
Pozdrawiam,
MamAnka 🙂

Zabawy z kocykiem

Od jakiegoś już czasu królują u nas zabawy z kocykiem.
Oczywiście najwięcej radości sprawia najbardziej znana i lubiana wersja a kuku.
Nie ma znaczenia czy pod kocykiem jest Mati czy mama. Czy nawet ktoś inny. Ważne, żeby było a kuku.
Śmiech na całego.
Lekka wersja przewiduje przykrycie tylko oczek.

Ta, wymagająca większego zaangażowania od Mateuszka- przykrycie kocykiem całego ciałka.
Najlepiej w pozycji siedzącej i dużym kocykiem.

Wtedy mój synek macha rączkami i wydaje głosy jak uuuuu. Może on straszy w ten sposob?

Kocyk wykorzystujemy również do innej zabawy, odkrytej przypadkowo podczas pobytu u dziadków.
Najlepiej jeśli w zabawie uczestniczy więcej dorosłych osób, jest wtedy śmieszniej.
Bierzemy ulubiony kocyk dziecka i dajemy mu na chwilę do zabawy. Następnie kocyk zabieramy i przykrywamy się nim, np leżąc. Mówimy wtedy coś w rodzaju „ooo jaki fajny kocyk, jak wygodnie pod kocykiem, muszę się cała przykryć kocykiem”.
Mati z reguły w tym momencie obserwuje sytuację. Gdy już jesteśmy kocykiem przykryci, druga osoba mówi do dziecka „zobacz Twój kocyk, zabierz mamie/tacie/babci/dziadkowi kocyk”.
U nas wtedy Mati ruszał po swój kocyk. Zabawa była przydatna w momencie kiedy uczył się raczkować i bał się ruszyć do przodu. Kocyk go skutecznie mobilizował. Najśmieszniejsze jednak następowało w momencie odbierania. Gdy udało mu się zabrać kocyk to sam się próbował nim nakryć, tak jak wcześniej robiła to osoba, która mu kocyk zabrała.
Zabawę powtarzamy kilka razy, dopóki dziecko się nie znudzi. Nie wiem jak u innych, u nas było śmiechu co niemiara. Nie jeden raz popłakałam się do łez.
Mati uwielbia też wszelkie wachlowania, falowania kocykiem tuż obok niego. Lubi jak materiał delikatnie mizia go po nóżkach, rączkach i główce.
Dziś także spróbowaliśmy się w kocyku poturlać i także ta zabawa okazała się fajna.
Często też kładziemy się oboje pod kocykiem w ciągu dnia. Podnoszę wtedy koc na rękach tworząc nad nami coś w rodzaju baldachimu. Pokazuję Mateuszkowi wtedy rysunki jakie są na materiale. Przygląda się z fascynacją. Warto do takiej zabawy wybrać kocyk dość cienki, za to wzorzysty.
 Poza kocykiem dość często próbujemy zabaw z grającymi, dzwoniącymi i grzechoczącymi zabawkami.
Bez większego wysiłku można takie wykonać w domu.
My coś takiego zrobiliśmy do dzisiejszej zabawy.
Wystarczy wziąć pusta plastikową butelkę i wsypać do środka, np: ziarna fasoli, makaron, małe kamyczki, ryż. Bądź cokolwiek nam przyjdzie do głowy. Jedyne o czym musimy pamiętać to o dobrze dokręconej nakrętce, tak aby zawartość nie wysypała się ze środka.

Butelkę można również lekko zgnieść, co umożliwia dziecku łatwy chwyt. Wersja z butelką nie poddaną torturom z pewnością sprawia trochę trudu i tym samym ćwiczy rączki maluszka.

Tak naprawdę od Was zależy jak będzie ta zabawa wyglądać. Możecie pałeczkę zostawić dziecku i niech to ono decyduje jak się zabawi. Ale możecie także co nieco podpowiedzieć. Np. uderzając butelką o kolano, o drewniany przedmiot czy o ścianę.
Post powstał w ramach cyklu Kreatywne wakacje z dzieciakami. Z naszej strony to już ostatni wpis, ale do końca sierpnia pozostałe dziewczyny jeszcze we wtorki i w piątki będą podawały Wam swoje pomysły.
Ja dziękuję za zaproszenie do zabawy, było bardzo fajnie 🙂
Teraz możemy udać się na zasłużone wakacje 🙂