Szkoła rodzenia – czy warto

Niedawna lektura książki Jeannette Kalyta (recenzja TU) uświadomiła mi jakie to szczęście miałam, że zapisałam nas z mężem na kurs do szkoły rodzenia.
Przyznaje otwarcie, pobudki którymi się kierowałam w ciąży zdecydowanie różnią się od tych, które powinny mi były przyświecać w tamtym czasie. Wierze jednak, że los często kieruje sprawami tak, abyśmy z rożnych sytuacji życiowych wynosili naukę.
Ja wyniosłam, dlatego ten tekst kieruję do wszystkich mam ciężarnych, które myślą o zapisaniu się na kurs.
Co mną kierowało gdy wpisywałam w kajecik datę pierwszego spotkania?
Oczywiście moda. Większość koleżanek się zapisała to my też. Wiedziałam, że na zajęciach poznam inne pary, że dowiemy się z mężem jak przewijać dziecko, jak je kąpać i pielęgnować. Wartością dodaną było też zaznajomienie się z wrogiem nieznanym, czyli obejrzenie porodówki. I tyle. No dobra, po cichu liczyłam, że jeszcze pomalujemy farbami brzuszki i zrobimy sweet focie.

Ręka w górę, której z Was nie chodziły podobne myśli po głowie? Oczywiście większość znajomych mam, które nie uczęszczały do szkoły rodzenia, lub te z kobiet, które jeszcze nie rodziły, albo rodziły w czasach, gdy o SR (szkołach rodzenia) nikt nie słyszał uznawało moją decyzję za fanaberię.
No cóż, większość wtedy twierdziła, że pieniążki (skądinąd nie małe, bo ok 300zł) przeznaczyłaby na zgoła pilniejsze potrzeby. Na myśl o tych radach uśmiecham się sama do siebie, bo gdybym posłuchała z pewnością miałabym zupełnie inne wspomnienia z porodu, a moje macierzyństwo bardzo możliwe, że miałoby odmienny przebieg.
Z perspektywy czasu mogę śmiało napisać, że to było najlepiej zainwestowane 300zł w okresie ciąży. I było nam potrzebne. Celowo piszę nam, bo nie tylko ja wyciągnęłam korzyści z zajęć.
Zanim zaszłam w ciążę każda myśl o tym, że kiedyś będę musiała urodzić napawała mnie lękiem. Moja mama nie miała lekkiego porodu, straciła dużo krwi. Czasy też były zupełnie inne.
Koleżanki, które porody miały za sobą dzieliły się wspomnieniami. Przerażała mnie wizja nacinania krocza (o matko, że jak to?), kilku a nawet kilkunastogodzinne porody i kobieta, sama jak palec. W tym czasie pomysł rodzinnego porodu wydawał mi się zupełnie nierealny. Najważniejszym dla mnie wtedy było, aby mój partner nie widział mnie w takiej sytuacji, znaczy się upoconej, krzyczącej, z rozwartymi nogami, próbującej wydać na świat dziecko.
W tych moich wyobrażeniach liczyłam się tylko ja, to jaki mój obraz w oczach ukochanego zostawi poród. Naprawdę bałam się tego, że po tym co zobaczy nie będę dla niego atrakcyjna seksualnie.Mój mąż oczywiście podzielał moje zdanie, bo i jego wizja wspólnego porodu napawała strachem. A może nawet obrzydzeniem, bo widok krwi zawsze u niego wywołuje bladość na licu.
Pamiętam jak po jednym porodzie rodzinnym znajomych, zgodnie odparliśmy chórem po relacji ojca z porodu, że to czysty hardcore. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że za niedługo przyjdzie i nam rodzić wspólnie, a przy tym będzie to jedno z najpiękniejszych wspomnień, przysięgam pomyślałabym, że wziął coś mocnego. I nielegalnego.

W tym czasie najchętniej zorganizowałabym sobie cesarkę na życzenie, która wydawała mi się pikusiem w stosunku do tego co przeżywa rodząca siłami natury kobieta. A jeśli nie cesarka, to na pewno znieczulenie, bez którego nie było siły, abym była skłonna pomyśleć o porodzie. Wyobraźcie sobie, że szukając szpitala, w którym chcę urodzić kierowałam się właśnie tym, czy dostanę w nim znieczulenie na żądanie. O, tak. To było dla mnie najważniejsze.

Strach, który siedział we mnie zanim zaszłam w ciążę, a który ponownie odżył gdy byłam gdzieś w okolicy 6-7 miesiąca ciąży brał się z niczego innego jak z niewiedzy. Albo z tych szczątek informacji zasłyszanych od znajomych czy wyczytanych na różnych forach, które to w mojej głowie układały obrazy, za które spokojnie przyznano by mi oscara w kategorii horror roku.

Nie na darmo stare przysłowie głosi „Nie taki diabeł straszny, jak go malują”. Rzeczywistość bowiem okazała się zupełnie inna od wyobrażeń, a w jej okiełznaniu pomogła nam właśnie szkoła rodzenia.

Myślę, że układając plan zajęć i wybierając tematy położne doskonale zdają sobie sprawę co jest największą bolączką kursantów. A, że strach przed nieznanym towarzyszy większości ludziom, warto w ten punkt uderzyć.
Początkowo troszkę żałowałam, że nie było podczas naszych zajęć słynnego malowania brzuszka (nie, nie było- a o tym co było możecie przeczytać tu, tu, tu, tu). Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że nie za to przecież płaciłam. Płaciłam za nabycie wiedzy, a nie za rozrywkę na nikłym poziomie. (nie oszukujmy się, ale brzuch każda z nas może pomalować w domu- zupełnie za darmo- choć jak już trafia nam się taka rozrywka jako dodatek to oczywiście jest miło).Co, więc wynieśliśmy z zajęć ze szkoły rodzenia? 

Za co płaciłam i za co byłabym skłonna ponownie zapłacić?

– za oswojenie strachu przed nieznanym

Bodajże dwa całe zajęcia zajęło nam oglądanie filmów z porodów, zarówno siłami natury jak i poprzez cesarskie cięcie. Mieliśmy okazję przyjrzeć się zobaczyć na własne oczy jak rzeczywiście wygląda coś, co sobie tylko wyobrażamy. Początkowe odwracanie wzroku, strach przed tym co zobaczymy znikł po kilku, kilkunastu minutach. Nie było obrzydzenia. Nie było morza krwi. Były za to zupełnie inne uczucia. Niedowierzanie, ciekawość oraz wzruszenie. A nawet uczucie zazdrości, gdy na ekranie pojawiała się para, w której partner z czułością przytulał rodzącą kobietę podczas chwili wytchnienia pomiędzy skurczami. Zazdrość o to patrzenie sobie w oczy i porozumienie jakie w nich widać pomiędzy dwojgiem ludzi.
Po takim czymś przychodziła myśl- ja też tak chcę.

Po takich spektaklach poród przestał wydawać mi się czymś okrutnym, czymś co po prostu muszę przeżyć jeśli chcę mieć dziecko. Przestałam patrzeć na ten akt jak na coś oczywistego, na fizjonomię, a zaczęłam doszukiwać się w nim czegoś wyjątkowego. Gdyby nie szkoła rodzenia, nawet przez myśl nie przyszłoby mi aby spojrzeć od tej strony.

– za wiedzę w temacie karmienia piersią

Wiedziałam, że będę karmić. Jeszcze zanim zaszłam w ciążę, chociaż wizja karmienia to było u mnie coś pełnego sprzeczności. Z jednej strony pierś, a z drugiej butelka. Taki nieodłączny element macierzyństwa. Nie wyobrażałam sobie, żeby tej butelki w domu nie posiadać. Dziecko w moim przekonaniu zawsze równało się smoczek i butelka.
Gdyby nie zajęcia z doradcą laktacyjnym podczas zajęć po butelkę sięgnęłabym pewnie zaraz po tym jak pojawił się ból brodawek. Żadna z koleżanek przecież nie wspominała o tym jak ogromny jest to ból, że karmienie piersią nie zawsze należy do prostych. Owszem, słyszałam o maściach na brodawki, ba! nawet taką zakupiłam, ale ciężko sobie wyobrazić ból jeśli się go nie przeżyło.

Karmiące koleżanki nie wspominały też, że trafiamy na różne przeszkody na mlecznej drodze, począwszy od nawałów, zatkanie kanalików, na zapaleniu piersi kończąc. Choć może wspominały, tylko tego nie rejestrowałam wychodząc z założenia, że co ma być to będzie?
Nawet jeśli udałoby mi się jakimś cudem uniknąć większych problemów, to pewnie poddałabym się przy pierwszym kryzysie laktacyjnym. Albo karmiła dziecko maksymalnie do pół roku.
Nie miałam wiedzy. Mimo, że moja mama karmiła mnie, a robiła to tylko 3 miesiące (również z braku wiedzy) pewnie posłuchałabym rady i na pierwszym zakręcie podałabym butelkę.

Na szczęście całe 3h zajęć poświęcone były zagadnieniom związanym z karmieniem piersią. Doradca omówiła nam dokładnie proces jaki zachodzi w głowie (tak, w głowie- nie w piersiach- klik), czarno na białym wyłożyła z jakimi problemami możemy spotkać się podczas karmienia i w jaki sposób sobie pomóc.
To wtedy dowiedziałam się, że białe nie zawsze jest białe i ponownie moje wyobrażenia różnią się od rzeczywistości.

Informację o zbawiennych właściwościach siary, czym jest i dlaczego powinnyśmy walczyć o każdą jej kroplę tuż po porodzie zapisałam w swoim kajeciku wielkimi, drukowanymi literami.
Gdy urodził się Mateusz, mając w pamięci te zdania prosiłam położną, żeby pokazała mi jak go przystawić, żeby pociągnął tę bombę immunologiczną, jak nazwała siarę doradczyni podczas zajęć.

Tej wiedzy nie posiadłabym w inny sposób, bo nie przyszłoby mi do głowy, żeby jej szukać na własną rękę. Miałam przecież tyle przyjemnych obowiązków w ciąży, począwszy od urządzania łóżeczka Mateuszka, szykowania wyprawki czy pakowania torby do szpitala. Te błahostki były najistotniejsze.
O jakże głupiutka wtedy byłam. Na szczęście, tak jak wspomniałam los często bierze sprawy w swoje ręce. I chwała Panie!

– za to, że mogliśmy zobaczyć miejsce, w którym przyszło nam rodzić

Ten punkt był jednym z powodów, dla którego zapisywałam nas do szkoły rodzenia. Byłam pewna, że będę rodzić sama, więc odwagi dodawał mi fakt, że przynajmniej wcześniej zobaczę jak to miejsce wygląda. Czy łóżko z moich wyobrażeń jest takie w rzeczywistości, czy białe płytki, aparatura medyczna podążają za moją imaginacją. Podczas naszego obchodu po porodówce zajrzeliśmy do dwóch sal. Przyznaję szczerze, że sama myśl o tym, że usłyszę krzyki rodzących napędzała mi pietra. Tymczasem na porodówce było cicho jak makiem zasiał. Sale, które odwiedziliśmy były czyściutkie, schludnie urządzone. Stały w nich łóżka (zupełnie inne niż początkowo zakładałam), worki sako. Nie było tej całej aparatury. Sala do porodów rodzinnych, gdzie była wanna, ogromne małżeńskie łoże zasłane niebieską kapą, fotel, radio robiły wrażenie przytulności. Były chyba nawet obrazki na ścianach, tam gdzie nie było drabinek, przy których rodząca mogła sobie ulżyć w bólu. Ten widok napawał mnie optymizmem.Nie udało się nam co prawda urodzić w tej sali, bo gdy na świat przychodził Mateusz akurat trwał w niej inny poród (mojej współlokatorki z sali poporodowej). Trafiliśmy natomiast na tą drugą, którą widziałam podczas zajęć. I to z pewnością dodało mi otuchy podczas porodu.

– za to, że podjęliśmy decyzję o wspólnym porodzie

Wierzę, że gdyby nie zajęcia rodziłabym sama. Obejrzane filmy z porodów dały nam obojgu obraz tego jak wygląda rzeczywistość. To sprawiło, że znając etapy porodu i sposób w jaki on przebiega podjęliśmy decyzję, że na cały okres skurczy mąż będzie ze mną. Podjęliśmy tą decyzję wspólnie. Wiedziałam, że będę czuła się pewniej mając przy sobie ukochaną osobę. I że nie będę musiała przez to przechodzić sama. Nawet jeśli miałoby to trwać kilkanaście godzin. Na sali porodowej, gdy akcja była w toku, a ja kręcąc biodrami na piłce (co przynosiło mi wyraźną ulgę podczas skurczy) zapytałam męża czy zostanie z nami do końca. Uzgodniliśmy wtedy, że wyjdzie dopiero w momencie rodzenia się łożyska. I tak rzeczywiście było.

Gdyby nie wiedza wyniesiona ze szkoły rodzenia, zmierzyłabym się z tym sama i jestem pewna, że ominęłoby nas najpiękniejsze wspólne przeżycie jakiego przyszło nam doświadczyć.

– za to, że dowiedziałam się w jaki sposób wspomóc się w walce z bólem

Znieczulenie zewnątrzoponowe to jedyne co na myśl mi przychodziło, gdy ktoś wspominał o uśmierzaniu bólu porodowego. No dobrze może jeszcze gaz rozweselający i gdzieś wyczytane informacje o czymś takim jak aparatura TENS (której zakupu nie brałam pod uwagę). Tymczasem podczas zajęć dowiedziałam się, że ciepła woda ma właściwości łagodzące ból (czemu o tym wcześniej nie pomyślałam skoro za każdym razem podczas bolesnych miesiączek ratowałam się ciepłym termoforem?). Że ruch biodrami w odpowiednim rytmie pozwala uśmierzyć bolesne skurcze? Ze te piłki, drabinki, worki to wszystko czemuś służy i nie są to tylko wymysły, które mają zachęcić rodzącą do wybrania tego a nie innego szpitala, na miejsce w którym na świat przyjdzie jej dziecko.
Z 4h porodu, które rodziłam na sali porodowej (w sumie poród trwał 6,5h od odejścia wód) trzy godziny spędziłam w sumie na piłce, pod prysznicem i na worku sako. Najlepiej wspominam ciepłą wodę, którą polewałam sobie stopy przez ponad godzinę, a która przynosiła niesamowitą ulgę podczas skurczy. Piłka natomiast towarzyszyła mi podczas całego etapu rozwierania szyjki. Myślę, że wykonałam kilka tysięcy ruchów biodrami, ale to właśnie skupienie na tej czynności pozwoliło mi się oderwać od bólu. Nawet pod prysznicem mi towarzyszyła. Zeszłam z niej dopiero przed tym jak położna kazała mi się położyć na worku sako i odpocząć przed nadchodzącymi skurczami partymi.
A gaz rozweselający? No cóż, dwa wdechy które zaczerpnęłam tylko mnie bardziej zdenerwowały, bo zaburzyły mój rytm oddechu, który miałam już wypracowany, a który również uśmierzał ból.

Oczywiście wiedzę o tym wszystkim wyniosłam z zajęć. Oczywiście podczas porodu zapomniałam o niej. Jednak, gdy położna powiedziała co mam robić, wiedziałam dlaczego. Nie wzięłam jej rady o kręceniu się na piłce za objaw specyficznego poczucia humoru.

– za to, że mój mąż przewija, kąpie i pielęgnuje synka

Możliwe, że ten typ tak ma. Bardzo prawdopodobne, że po prostu mój mąż to typ faceta, któremu nie straszne i nie wstyd zrobić cokolwiek przy swoim dziecku ( a wiem, że istnieją faceci, których rola zaczyna i kończy się na spłodzeniu potomka- niestety).
Możliwe też, że jest jaki jest właśnie dzięki zajęciom, na których dowiedział się jak takim małym człowieczkiem się zająć. Przewijanie pieluchy, ubieranie- to podczas zajęć szło mu dużo lepiej niż mi. Fakt, trenowaliśmy na lalce, jednak pewność siebie z jaką to robił imponowała mi.

Gdzieś podświadomie czuję, że dzięki uczestnictwu przekonał się sam do tego, a dzięki temu ja nie musiałam go po narodzinach zachęcać do tak oczywistych rzeczy jak pomoc przy małym dziecku.
Poza tym wykazał się naprawdę ogromnym zrozumieniem i empatią. Powiedziałabym wręcz niespotykaną na codzień u mojego męża 😉

Zastanawiam się czy jest coś jeszcze co powinnam wypunktować. Chyba nie. To co najważniejsze w moim mniemaniu znalazło się powyżej.

Czy gdybym mogła cofnąć czas zapisałabym nas ponownie? A jak myślicie? Oczywiście, że tak.
Przy drugim dziecku pewnie tego nie zrobię, bo świadoma jestem tych wszystkich korzyści. Teraz pewnie przygotowywałabym się sama. W troszkę inny sposób. Pogłębiając zdobytą wiedzę i doświadczenie.

Na koniec jeszcze dodam małą sugestię odnośnie wyboru szkoły rodzenia. Naprawdę warto zasięgnąć opinii znajomych, poszukać informacji w internecie. Myślę, że warto wybrać szkołę rodzenia przy szpitalu, w którym zamierzacie rodzić. Albo chociaż taką, w której pracuje położna, która będzie przyjmować Wasz poród (o ile zdecydujecie się na opłacenie położnej).

Na rynku funkcjonuje bardzo dużo szkół rodzenia, typowo komercyjnych. Z atrakcjami pt. kreatywne zajęcia typu zabawy z brzuszkiem (malowanie, świecenie latarką, zabawy w głaskanie itp), z zajęciami jogi (swoją drogą podobno bardzo fajne i chciałabym się o tym w przyszłości przekonać). Wszystko to jest fajne, ale jako wartość dodana do podstawowych założeń.
Wybierając szkołę rodzenia na prawdę warto zwrócić uwagę na to, co z niej wyniesiemy.

No chyba, że idziemy po rozrywkę, a nie wiedzę.

I jeszcze jedna, na prawdę istotna informacja. Zwłaszcza dla tej grupy mam, które są zainteresowane pogłębieniem swojej wiedzy, a z różnych przyczyn nie chcą uczęszczać do szkoły rodzenia.
Kobiecie w ciąży przysługuje prawo do tzw. wizyt edukacyjnych położnej środowiskowej. Wizyty są bezpłatne oczywiście, finansowane z środków NFZ. 
Od 21. do 31. tygodnia przysługuje jedna wizyta w tygodniu, a od 31. tygodnia do porodu – dwie, w sumie wychodzi około 30.

Podczas tych wizyt można zdobyć wiedzę nt porodu, połogu, karmienia piersią, zdrowia dziecka i matki. 
Niestety mało kto wie o tych wizytach (ja się o nich dowiedziałam dopiero po porodzie). 
Chęć umówienia się z położną zgłaszamy w placówce zdrowia, gdzie i tak dokonujemy wyboru położnej środowiskowej, która odwiedza nas w okresie połogu. 

Dziewczyny, na prawdę warto!

 

Praktyka czyni mistrza

Za nami kolejne zajęcia w szkole rodzenia. Tym razem temat dotyczył stricte „obsługi” noworodka.
Zajęcia były prowadzone przez położną środowiskową, która też jest doradcą laktacyjnym.
Niesamowicie ciepła i sympatyczna kobietka, z niebywałym podejściem do tematu.
Uczyliśmy się kąpać, przewijać oraz przebierać dzieciątko. Oczywiście trening odbywał się na lalce.
Wydawałoby się, że lata zabaw lalkami, więc co nieco powinnam mieć opanowane. Okazało się jednak, że to mój mąż dużo sprawniej poradził sobie ze zmianą pieluchy. Wszystkie jego ruchy były pewne, zdecydowane.
No cóż, mam nadzieję, że się wprawię 🙂

Jak już się podszkoliliśmy troszkę w maluszkowej higienie zajęcia zeszły na temat karmienia. Karmienia piersią dla jasności. Pani przedstawiła nam cały proces tworzenia mleczka u mamusi, gdzie tak naprawdę się to wszystko zaczyna. Że psychika, że bodźce zewnętrzne w postaci pobudzania brodawki i sutka przez dziecko, że hormony.
Opowiedziała o pozytywnym wpływie maminego mleczka na malutki organizm, o jednym jedynym banku mleka w Polsce (przykre) oraz o tym jak i co jeść by mleczko służyło naszym pociechom.
Tu troszkę mnie zdziwiła, bo byłam pewna, że karmienie piersią= ścisła dieta, a nie zastosowanie się może doprowadzić do kolek u dziecka. Pani jednak twierdzi, że większość kolek u maluszków nie bierze się z tego co mama je (oczywiście jeść musi zdrowo), ale z niedojrzałości układu pokarmowego.
Podobno przez 9 miesięcy życia płodowego nasze dzieci przyzwyczajają się do różnych smaków, które trafiają do nich poprzez płyn owodniowy i tym samym nie powinny mieć problemów z trawieniem podobnych pokarmów będąc już na świecie.
Nie wiem na ile jest to reklama, ale kobietka poleciła na problem z kolkami Delicol- laktazę w postaci kropelek, dodawaną do mleczka, zarówno mamy jak i modyfikowanego.
Kropelki stosuje się również w przypadku nietolerancji laktozy.
Słyszałyście dziewczyny coś na temat tego specyfiku? A może używałyście i jesteście się w stanie wypowiedzieć na temat skuteczności?
Cena waha się od 16-40 zł za opakowanie, więc jeśli jest ktoś zainteresowany warto poszukać tańszej apteki.
Ps. Wczoraj miałam dość zabiegany dzień. Między innymi wizyta u diabetologa- moje cukry wg Pani doktor są bardzo ładne (zostałam nawet pochwalona za odpowiedzialne podejście do sprawy 😉 ) i tym samym ominęła nas insulina. Bardzo się z tego faktu cieszę 🙂

Pierwszy dzień w szkole… rodzenia!

Pomęczę Was troszkę ilością postów, ale muszę napisać koniecznie dziś, póki jest we mnie masa emocji i mam to wszystko w głowie na świeżo.
Z góry przepraszam za chaotyczność tego postu, jednak uczuć targających mą osobą jest tak ogromna ilość, że nie jestem w stanie myśleć o poprawnej składni, a chciałabym dość wiernie opisać ile wniosły w moją świadomość zajęcia ze Szkoły Rodzenia.
Dziś mieliśmy pierwsze spotkanie, organizowane przez Specjalistyczny Szpital im. Ludwika Rydygiera w Krakowie. Od samego początku coś mi podpowiadało, że jest to miejsce, w którym chcę rodzić, a dzisiejsze zajęcia tylko mnie w tym utwierdziły.
Szpital kładzie wyraźny nacisk na intymność podczas porodu, co widać na każdym kroku. Oddzielne boksy, możliwość przygaszenia światła, aromaterapii, muzyka w tle, dowolność pozycji, uwzględnienie potrzeb pacjentek- głównie tych wiążących się ze standardami opieki okołoporodowej. Nacinanie krocza, lewatywa czy golenie to indywidualny wybór rodzącej. Nieprzerwana, dwugodzinna bliskość dziecka, ciało przy ciele matki. O tym, że kładą nacisk by pępowina sama przestała tętnić, a dziecko odnalazło drogę do cycusia mamy samemu, bo po 10 min od porodu odruch ssania jest największy.
No, zafascynowana jestem.

 Bezprzewodowe KTG, dzięki któremu kobieta i dzidziuś jest pod stałą kontrolą, ale może w tym czasie przyjmować dowolną pozycję, spacerować. Dobrze wyposażona sala porodów rodzinnych co prawda jest tylko jedna, ale w każdej z pozostałych nie ma przeszkód by bliska osoba była z rodzącą kobietą. I spokój, który aż bije po oczach. Personel szpitala może sobie pozwolić na indywidualne podejście, bo szpital nie przyjmuje masowej ilości porodów. Obecność anestezjologa 24h, więc nie ma problemów z podaniem znieczulenia na życzenie pacjentki.  Wg zapewnień położnej oksytocynę podają w przypadku gdy jest taka konieczność, a nie z zasady, byle szybciej.
Ogromnie dużo dała mi możliwość zwiedzenia tych miejsc, sal porodowych, oddziału noworodkowego, sal poporodowych. Wcześniej bałam się zajrzeć na oddział, dziś jestem spokojna.
Poród nie napawa mnie przerażeniem, wręcz zyskałam pewność, że chcę rodzić naturalnie, a nie poprzez cesarskie cięcie. Oczywiście moje podejście do znieczulenia się nie zmieniło i dalej go chcę, jednak moje myślenie teraz skupia się bardziej na synu niż na tym co ja będę czuć.
Na zajęciach też został poruszony temat tego, co mamy wziąć ze sobą do szpitala, dostałam szczegółową listę.
Tatuś też się dowiedział jaka jest jego rola w tym wszystkim i choć wyszedł troszkę przerażony, głównie filmem z porodu, który obejrzał, to powiedział mi później, że dotarło do niego, że
 MY NAPRAWDĘ BĘDZIEMY MIEĆ DZIECKO.
Po cichutko dodam, że nie w nim jednym zakiełkowało podobne uczucie.

Szkoła rodzenia

W końcu udało mi się zebrać w sobie i zadzwonić do położnej, w celu zapisania się na kurs do szkoły rodzenia. Byłam święcie przekonana, że będą problemy z miejscami, a tu takie miłe zaskoczenie.
Pierwsze zajęcia rozpoczną się 3 września i potrwają około 5 tygodni. Będziemy spotykać się 2 razy w tygodniu, po 2 godziny.
Bardzo zależało mi na tej konkretnej szkole, gdyż mieści się ona w szpitalu, w którym chciałabym, aby odbył się mój poród.
Podczas pierwszego spotkania zaplanowane jest zwiedzanie oddziału oraz zajęcia teoretyczne.
 Zajęcia w szkole prowadzą położne, lekarze, psycholodzy. Mam nadzieję, że kurs pozwoli zarówno mi, jak i mojemu mężowi oswoić się chociaż troszkę z tym co nas wkrótce czeka.
Czy Wy również uczęszczałyście do szkoły rodzenia? Jakie są Wasze opinie na temat tego typu zajęć? Warto?