Szkoła rodzenia – czy warto

Niedawna lektura książki Jeannette Kalyta (recenzja TU) uświadomiła mi jakie to szczęście miałam, że zapisałam nas z mężem na kurs do szkoły rodzenia.
Przyznaje otwarcie, pobudki którymi się kierowałam w ciąży zdecydowanie różnią się od tych, które powinny mi były przyświecać w tamtym czasie. Wierze jednak, że los często kieruje sprawami tak, abyśmy z rożnych sytuacji życiowych wynosili naukę.
Ja wyniosłam, dlatego ten tekst kieruję do wszystkich mam ciężarnych, które myślą o zapisaniu się na kurs.
Co mną kierowało gdy wpisywałam w kajecik datę pierwszego spotkania?
Oczywiście moda. Większość koleżanek się zapisała to my też. Wiedziałam, że na zajęciach poznam inne pary, że dowiemy się z mężem jak przewijać dziecko, jak je kąpać i pielęgnować. Wartością dodaną było też zaznajomienie się z wrogiem nieznanym, czyli obejrzenie porodówki. I tyle. No dobra, po cichu liczyłam, że jeszcze pomalujemy farbami brzuszki i zrobimy sweet focie.

Ręka w górę, której z Was nie chodziły podobne myśli po głowie? Oczywiście większość znajomych mam, które nie uczęszczały do szkoły rodzenia, lub te z kobiet, które jeszcze nie rodziły, albo rodziły w czasach, gdy o SR (szkołach rodzenia) nikt nie słyszał uznawało moją decyzję za fanaberię.
No cóż, większość wtedy twierdziła, że pieniążki (skądinąd nie małe, bo ok 300zł) przeznaczyłaby na zgoła pilniejsze potrzeby. Na myśl o tych radach uśmiecham się sama do siebie, bo gdybym posłuchała z pewnością miałabym zupełnie inne wspomnienia z porodu, a moje macierzyństwo bardzo możliwe, że miałoby odmienny przebieg.
Z perspektywy czasu mogę śmiało napisać, że to było najlepiej zainwestowane 300zł w okresie ciąży. I było nam potrzebne. Celowo piszę nam, bo nie tylko ja wyciągnęłam korzyści z zajęć.
Zanim zaszłam w ciążę każda myśl o tym, że kiedyś będę musiała urodzić napawała mnie lękiem. Moja mama nie miała lekkiego porodu, straciła dużo krwi. Czasy też były zupełnie inne.
Koleżanki, które porody miały za sobą dzieliły się wspomnieniami. Przerażała mnie wizja nacinania krocza (o matko, że jak to?), kilku a nawet kilkunastogodzinne porody i kobieta, sama jak palec. W tym czasie pomysł rodzinnego porodu wydawał mi się zupełnie nierealny. Najważniejszym dla mnie wtedy było, aby mój partner nie widział mnie w takiej sytuacji, znaczy się upoconej, krzyczącej, z rozwartymi nogami, próbującej wydać na świat dziecko.
W tych moich wyobrażeniach liczyłam się tylko ja, to jaki mój obraz w oczach ukochanego zostawi poród. Naprawdę bałam się tego, że po tym co zobaczy nie będę dla niego atrakcyjna seksualnie.Mój mąż oczywiście podzielał moje zdanie, bo i jego wizja wspólnego porodu napawała strachem. A może nawet obrzydzeniem, bo widok krwi zawsze u niego wywołuje bladość na licu.
Pamiętam jak po jednym porodzie rodzinnym znajomych, zgodnie odparliśmy chórem po relacji ojca z porodu, że to czysty hardcore. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że za niedługo przyjdzie i nam rodzić wspólnie, a przy tym będzie to jedno z najpiękniejszych wspomnień, przysięgam pomyślałabym, że wziął coś mocnego. I nielegalnego.

W tym czasie najchętniej zorganizowałabym sobie cesarkę na życzenie, która wydawała mi się pikusiem w stosunku do tego co przeżywa rodząca siłami natury kobieta. A jeśli nie cesarka, to na pewno znieczulenie, bez którego nie było siły, abym była skłonna pomyśleć o porodzie. Wyobraźcie sobie, że szukając szpitala, w którym chcę urodzić kierowałam się właśnie tym, czy dostanę w nim znieczulenie na żądanie. O, tak. To było dla mnie najważniejsze.

Strach, który siedział we mnie zanim zaszłam w ciążę, a który ponownie odżył gdy byłam gdzieś w okolicy 6-7 miesiąca ciąży brał się z niczego innego jak z niewiedzy. Albo z tych szczątek informacji zasłyszanych od znajomych czy wyczytanych na różnych forach, które to w mojej głowie układały obrazy, za które spokojnie przyznano by mi oscara w kategorii horror roku.

Nie na darmo stare przysłowie głosi „Nie taki diabeł straszny, jak go malują”. Rzeczywistość bowiem okazała się zupełnie inna od wyobrażeń, a w jej okiełznaniu pomogła nam właśnie szkoła rodzenia.

Myślę, że układając plan zajęć i wybierając tematy położne doskonale zdają sobie sprawę co jest największą bolączką kursantów. A, że strach przed nieznanym towarzyszy większości ludziom, warto w ten punkt uderzyć.
Początkowo troszkę żałowałam, że nie było podczas naszych zajęć słynnego malowania brzuszka (nie, nie było- a o tym co było możecie przeczytać tu, tu, tu, tu). Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że nie za to przecież płaciłam. Płaciłam za nabycie wiedzy, a nie za rozrywkę na nikłym poziomie. (nie oszukujmy się, ale brzuch każda z nas może pomalować w domu- zupełnie za darmo- choć jak już trafia nam się taka rozrywka jako dodatek to oczywiście jest miło).Co, więc wynieśliśmy z zajęć ze szkoły rodzenia? 

Za co płaciłam i za co byłabym skłonna ponownie zapłacić?

– za oswojenie strachu przed nieznanym

Bodajże dwa całe zajęcia zajęło nam oglądanie filmów z porodów, zarówno siłami natury jak i poprzez cesarskie cięcie. Mieliśmy okazję przyjrzeć się zobaczyć na własne oczy jak rzeczywiście wygląda coś, co sobie tylko wyobrażamy. Początkowe odwracanie wzroku, strach przed tym co zobaczymy znikł po kilku, kilkunastu minutach. Nie było obrzydzenia. Nie było morza krwi. Były za to zupełnie inne uczucia. Niedowierzanie, ciekawość oraz wzruszenie. A nawet uczucie zazdrości, gdy na ekranie pojawiała się para, w której partner z czułością przytulał rodzącą kobietę podczas chwili wytchnienia pomiędzy skurczami. Zazdrość o to patrzenie sobie w oczy i porozumienie jakie w nich widać pomiędzy dwojgiem ludzi.
Po takim czymś przychodziła myśl- ja też tak chcę.

Po takich spektaklach poród przestał wydawać mi się czymś okrutnym, czymś co po prostu muszę przeżyć jeśli chcę mieć dziecko. Przestałam patrzeć na ten akt jak na coś oczywistego, na fizjonomię, a zaczęłam doszukiwać się w nim czegoś wyjątkowego. Gdyby nie szkoła rodzenia, nawet przez myśl nie przyszłoby mi aby spojrzeć od tej strony.

– za wiedzę w temacie karmienia piersią

Wiedziałam, że będę karmić. Jeszcze zanim zaszłam w ciążę, chociaż wizja karmienia to było u mnie coś pełnego sprzeczności. Z jednej strony pierś, a z drugiej butelka. Taki nieodłączny element macierzyństwa. Nie wyobrażałam sobie, żeby tej butelki w domu nie posiadać. Dziecko w moim przekonaniu zawsze równało się smoczek i butelka.
Gdyby nie zajęcia z doradcą laktacyjnym podczas zajęć po butelkę sięgnęłabym pewnie zaraz po tym jak pojawił się ból brodawek. Żadna z koleżanek przecież nie wspominała o tym jak ogromny jest to ból, że karmienie piersią nie zawsze należy do prostych. Owszem, słyszałam o maściach na brodawki, ba! nawet taką zakupiłam, ale ciężko sobie wyobrazić ból jeśli się go nie przeżyło.

Karmiące koleżanki nie wspominały też, że trafiamy na różne przeszkody na mlecznej drodze, począwszy od nawałów, zatkanie kanalików, na zapaleniu piersi kończąc. Choć może wspominały, tylko tego nie rejestrowałam wychodząc z założenia, że co ma być to będzie?
Nawet jeśli udałoby mi się jakimś cudem uniknąć większych problemów, to pewnie poddałabym się przy pierwszym kryzysie laktacyjnym. Albo karmiła dziecko maksymalnie do pół roku.
Nie miałam wiedzy. Mimo, że moja mama karmiła mnie, a robiła to tylko 3 miesiące (również z braku wiedzy) pewnie posłuchałabym rady i na pierwszym zakręcie podałabym butelkę.

Na szczęście całe 3h zajęć poświęcone były zagadnieniom związanym z karmieniem piersią. Doradca omówiła nam dokładnie proces jaki zachodzi w głowie (tak, w głowie- nie w piersiach- klik), czarno na białym wyłożyła z jakimi problemami możemy spotkać się podczas karmienia i w jaki sposób sobie pomóc.
To wtedy dowiedziałam się, że białe nie zawsze jest białe i ponownie moje wyobrażenia różnią się od rzeczywistości.

Informację o zbawiennych właściwościach siary, czym jest i dlaczego powinnyśmy walczyć o każdą jej kroplę tuż po porodzie zapisałam w swoim kajeciku wielkimi, drukowanymi literami.
Gdy urodził się Mateusz, mając w pamięci te zdania prosiłam położną, żeby pokazała mi jak go przystawić, żeby pociągnął tę bombę immunologiczną, jak nazwała siarę doradczyni podczas zajęć.

Tej wiedzy nie posiadłabym w inny sposób, bo nie przyszłoby mi do głowy, żeby jej szukać na własną rękę. Miałam przecież tyle przyjemnych obowiązków w ciąży, począwszy od urządzania łóżeczka Mateuszka, szykowania wyprawki czy pakowania torby do szpitala. Te błahostki były najistotniejsze.
O jakże głupiutka wtedy byłam. Na szczęście, tak jak wspomniałam los często bierze sprawy w swoje ręce. I chwała Panie!

– za to, że mogliśmy zobaczyć miejsce, w którym przyszło nam rodzić

Ten punkt był jednym z powodów, dla którego zapisywałam nas do szkoły rodzenia. Byłam pewna, że będę rodzić sama, więc odwagi dodawał mi fakt, że przynajmniej wcześniej zobaczę jak to miejsce wygląda. Czy łóżko z moich wyobrażeń jest takie w rzeczywistości, czy białe płytki, aparatura medyczna podążają za moją imaginacją. Podczas naszego obchodu po porodówce zajrzeliśmy do dwóch sal. Przyznaję szczerze, że sama myśl o tym, że usłyszę krzyki rodzących napędzała mi pietra. Tymczasem na porodówce było cicho jak makiem zasiał. Sale, które odwiedziliśmy były czyściutkie, schludnie urządzone. Stały w nich łóżka (zupełnie inne niż początkowo zakładałam), worki sako. Nie było tej całej aparatury. Sala do porodów rodzinnych, gdzie była wanna, ogromne małżeńskie łoże zasłane niebieską kapą, fotel, radio robiły wrażenie przytulności. Były chyba nawet obrazki na ścianach, tam gdzie nie było drabinek, przy których rodząca mogła sobie ulżyć w bólu. Ten widok napawał mnie optymizmem.Nie udało się nam co prawda urodzić w tej sali, bo gdy na świat przychodził Mateusz akurat trwał w niej inny poród (mojej współlokatorki z sali poporodowej). Trafiliśmy natomiast na tą drugą, którą widziałam podczas zajęć. I to z pewnością dodało mi otuchy podczas porodu.

– za to, że podjęliśmy decyzję o wspólnym porodzie

Wierzę, że gdyby nie zajęcia rodziłabym sama. Obejrzane filmy z porodów dały nam obojgu obraz tego jak wygląda rzeczywistość. To sprawiło, że znając etapy porodu i sposób w jaki on przebiega podjęliśmy decyzję, że na cały okres skurczy mąż będzie ze mną. Podjęliśmy tą decyzję wspólnie. Wiedziałam, że będę czuła się pewniej mając przy sobie ukochaną osobę. I że nie będę musiała przez to przechodzić sama. Nawet jeśli miałoby to trwać kilkanaście godzin. Na sali porodowej, gdy akcja była w toku, a ja kręcąc biodrami na piłce (co przynosiło mi wyraźną ulgę podczas skurczy) zapytałam męża czy zostanie z nami do końca. Uzgodniliśmy wtedy, że wyjdzie dopiero w momencie rodzenia się łożyska. I tak rzeczywiście było.

Gdyby nie wiedza wyniesiona ze szkoły rodzenia, zmierzyłabym się z tym sama i jestem pewna, że ominęłoby nas najpiękniejsze wspólne przeżycie jakiego przyszło nam doświadczyć.

– za to, że dowiedziałam się w jaki sposób wspomóc się w walce z bólem

Znieczulenie zewnątrzoponowe to jedyne co na myśl mi przychodziło, gdy ktoś wspominał o uśmierzaniu bólu porodowego. No dobrze może jeszcze gaz rozweselający i gdzieś wyczytane informacje o czymś takim jak aparatura TENS (której zakupu nie brałam pod uwagę). Tymczasem podczas zajęć dowiedziałam się, że ciepła woda ma właściwości łagodzące ból (czemu o tym wcześniej nie pomyślałam skoro za każdym razem podczas bolesnych miesiączek ratowałam się ciepłym termoforem?). Że ruch biodrami w odpowiednim rytmie pozwala uśmierzyć bolesne skurcze? Ze te piłki, drabinki, worki to wszystko czemuś służy i nie są to tylko wymysły, które mają zachęcić rodzącą do wybrania tego a nie innego szpitala, na miejsce w którym na świat przyjdzie jej dziecko.
Z 4h porodu, które rodziłam na sali porodowej (w sumie poród trwał 6,5h od odejścia wód) trzy godziny spędziłam w sumie na piłce, pod prysznicem i na worku sako. Najlepiej wspominam ciepłą wodę, którą polewałam sobie stopy przez ponad godzinę, a która przynosiła niesamowitą ulgę podczas skurczy. Piłka natomiast towarzyszyła mi podczas całego etapu rozwierania szyjki. Myślę, że wykonałam kilka tysięcy ruchów biodrami, ale to właśnie skupienie na tej czynności pozwoliło mi się oderwać od bólu. Nawet pod prysznicem mi towarzyszyła. Zeszłam z niej dopiero przed tym jak położna kazała mi się położyć na worku sako i odpocząć przed nadchodzącymi skurczami partymi.
A gaz rozweselający? No cóż, dwa wdechy które zaczerpnęłam tylko mnie bardziej zdenerwowały, bo zaburzyły mój rytm oddechu, który miałam już wypracowany, a który również uśmierzał ból.

Oczywiście wiedzę o tym wszystkim wyniosłam z zajęć. Oczywiście podczas porodu zapomniałam o niej. Jednak, gdy położna powiedziała co mam robić, wiedziałam dlaczego. Nie wzięłam jej rady o kręceniu się na piłce za objaw specyficznego poczucia humoru.

– za to, że mój mąż przewija, kąpie i pielęgnuje synka

Możliwe, że ten typ tak ma. Bardzo prawdopodobne, że po prostu mój mąż to typ faceta, któremu nie straszne i nie wstyd zrobić cokolwiek przy swoim dziecku ( a wiem, że istnieją faceci, których rola zaczyna i kończy się na spłodzeniu potomka- niestety).
Możliwe też, że jest jaki jest właśnie dzięki zajęciom, na których dowiedział się jak takim małym człowieczkiem się zająć. Przewijanie pieluchy, ubieranie- to podczas zajęć szło mu dużo lepiej niż mi. Fakt, trenowaliśmy na lalce, jednak pewność siebie z jaką to robił imponowała mi.

Gdzieś podświadomie czuję, że dzięki uczestnictwu przekonał się sam do tego, a dzięki temu ja nie musiałam go po narodzinach zachęcać do tak oczywistych rzeczy jak pomoc przy małym dziecku.
Poza tym wykazał się naprawdę ogromnym zrozumieniem i empatią. Powiedziałabym wręcz niespotykaną na codzień u mojego męża 😉

Zastanawiam się czy jest coś jeszcze co powinnam wypunktować. Chyba nie. To co najważniejsze w moim mniemaniu znalazło się powyżej.

Czy gdybym mogła cofnąć czas zapisałabym nas ponownie? A jak myślicie? Oczywiście, że tak.
Przy drugim dziecku pewnie tego nie zrobię, bo świadoma jestem tych wszystkich korzyści. Teraz pewnie przygotowywałabym się sama. W troszkę inny sposób. Pogłębiając zdobytą wiedzę i doświadczenie.

Na koniec jeszcze dodam małą sugestię odnośnie wyboru szkoły rodzenia. Naprawdę warto zasięgnąć opinii znajomych, poszukać informacji w internecie. Myślę, że warto wybrać szkołę rodzenia przy szpitalu, w którym zamierzacie rodzić. Albo chociaż taką, w której pracuje położna, która będzie przyjmować Wasz poród (o ile zdecydujecie się na opłacenie położnej).

Na rynku funkcjonuje bardzo dużo szkół rodzenia, typowo komercyjnych. Z atrakcjami pt. kreatywne zajęcia typu zabawy z brzuszkiem (malowanie, świecenie latarką, zabawy w głaskanie itp), z zajęciami jogi (swoją drogą podobno bardzo fajne i chciałabym się o tym w przyszłości przekonać). Wszystko to jest fajne, ale jako wartość dodana do podstawowych założeń.
Wybierając szkołę rodzenia na prawdę warto zwrócić uwagę na to, co z niej wyniesiemy.

No chyba, że idziemy po rozrywkę, a nie wiedzę.

I jeszcze jedna, na prawdę istotna informacja. Zwłaszcza dla tej grupy mam, które są zainteresowane pogłębieniem swojej wiedzy, a z różnych przyczyn nie chcą uczęszczać do szkoły rodzenia.
Kobiecie w ciąży przysługuje prawo do tzw. wizyt edukacyjnych położnej środowiskowej. Wizyty są bezpłatne oczywiście, finansowane z środków NFZ. 
Od 21. do 31. tygodnia przysługuje jedna wizyta w tygodniu, a od 31. tygodnia do porodu – dwie, w sumie wychodzi około 30.

Podczas tych wizyt można zdobyć wiedzę nt porodu, połogu, karmienia piersią, zdrowia dziecka i matki. 
Niestety mało kto wie o tych wizytach (ja się o nich dowiedziałam dopiero po porodzie). 
Chęć umówienia się z położną zgłaszamy w placówce zdrowia, gdzie i tak dokonujemy wyboru położnej środowiskowej, która odwiedza nas w okresie połogu. 

Dziewczyny, na prawdę warto!

 

Zobacz także

takatycia

  • Anonymous

    Ja na zajęcia w szkole rodzenia nie uczęszczałam. Co do zasady, nie żałuję. Jednak w czasie porodu była jedna rzecz sprawiająca kłopot, mianowicie prawidłowy oddech. Zarówno w pierwszej fazie, gdy położna kazała dotleniać dziecko, jak i przy parciu. Zwykła, naturalna rzecz mnie przerosła. Za drugim razem, braki z pewnością nadrobię:) Karina

    • Ja myślę,że tego oddechu nie jesteśmy w stanie wyćwiczyć. Tzn narzucić, po prostu podczas porodu oddychamy jak nam wygodnie. Ale masz oczywiście rację, że jest ważny zarówno przy dotlenianiu dziecka, jak i przy partych. I już głowa położnej (taka jej rola) żeby nas, rodzące dobrze poprowadzić 🙂

  • Chodziliśmy z mężem na zajęcia w Szkole rodzenia i jesteśmy bardzo z tego zadowoleni. Patrząc na Brata męża i jego żonę, którzy nie uczęszczali, bo on stwierdził że to wiocha i strata pieniędzy- widzimy, że my byliśmy lepiej przygotowani, wiedzielismy czego się spodziewać i kiedy jechać do szpitala. Nas przyjęli bez problemu i bez czekania, oni musieli spacerowac i w końcu jechać gdzie indziej bo za wczesnie pojechali.
    Tak samo z pierwszą pomocą- szwagier prawie połamał dziecko jak mu się zaksztusiła, bo nie wiedział jak się za ratunek zabrać :/

    • O widzisz, o tym zapomniałam. Masz zupełną rację- dzięki zajęciom i my nie spieszyliśmy jak na wariackich papierach do szpitala zaraz po tym jak odeszły mi wody. (udało mi się nawet notkę na bloga wrzucić, że się zaczęło :P).

    • Anonymous

      Szczerze myślę, że to nie ma nic do rzeczy 🙂 My nie chodziliśmy do szkoły rodzenia (choć chciałam, ale pracowałam a zajęcia były tylko w tygodniu i nie miałam jak) a nie było żadnych problemów, przyjęli nas bez niczego, poród był rodzinny, mąż się wykazał i w trakcie porodu i już po nim, w domu, nie miał żadnego problemu czy z kąpaniem czy z innymi czynnościami przy dziecku, porodu też nie wspominam jakoś traumatycznie, choć wszystko trwało około doby. Kwestia naszego podejścia i tyle, choć nie twierdzę, że takie zajęcia nie są ciekawe i mogą czegoś nauczyć.
      Pozdrawiam 🙂

    • Nie, nie 🙂 chodziło mi o to, ze nie pognalam do szpitala przy pierwszym skurcze, tylko wiedziałam jak zinterpretować objawy, ze już sie zaczęło i kiedy wyjść z domu, aby nie musieć być odesłaną do niego z powrotem 🙂

    • Anonymous

      Na pewno dobrze, jeśli w czasie porodu towarzyszy nam spokój i opanowanie. Ale z tym (nie)spieszeniem się też trzeba uważać. Mimo najlepszej wiedzy można źle oszacować czas, który nam został do ostatnich skurczy. U mnie zaczęło się od kapnięcia dość sporej ilości – nazwijmy to – cieczy na kuchenną podłogę. Owej cieczy było zbyt mało na wody, ale na wszelki wypadek zadzwoniłam do lekarki prowadzącej, żeby zapytać, co robić. Na szczęście powiedziała, że powinnam się pojawić w szpitalu. Spokojnie, aż za bardzo jak na moją porywczą naturę, zadzwoniłam do męża i po nieco ponad godzinie przekroczyliśmy próg szpitala. Dopiero wtedy poczułam pierwsze skurcze. Załatwiliśmy formalności (około pół godziny, przy okazji dowiedziałam się, że to nie wody mi odeszły), „zakwaterowano” nas w pokoju, miałam się przebrać i wziąć prysznic, ale zdążyłam zrobić tylko to pierwsze – skurcze zgięły mnie wpół i po kilkunastu minutach zaczęła się druga faza porodu. Cała akcja (od przygody w kuchni do pojawienia się na świecie mojej córeczki) zamknęła się w mniej niż trzech godzinach. Podkreślę jeszcze, że był to mój pierwszy poród, więc nikt się nie spodziewał, że tak szybko pójdzie.

    • Anonymous

      Ja też nie pognałam od razu, u mnie pierwsze skurcze zaczęły się wieczorem, w nocy zaczął odchodzić czop śluzowy, od tego czasu o śnie nie było już mowy, skurcze były już w miarę regularne, zdążyłam wziąć prysznic, przyszykować się, dopiero obudziłam męża i pojechaliśmy na spokojnie rano kolejnego dnia, jakbym czekała aż wody mi odejdą to chyba bym nie zdążyła dotrzeć do szpitala 😉 Zresztą sytuacje są różne, żona kuzyna mojego męża pojechała do szpitala ze skurczami a oni ją odesłali, wróciła do domu a za chwilę jechali znowu i tym razem przyjęli… A mój komentarz był raczej do koleżanki wyżej 🙂

      Do swojej wypowiedzi dodałabym jeszcze tylko kwestię karmienia 🙂
      U mnie też łatwo nie było, nie dostałam w szpitalu żadnej pomocy, a pielęgniarka środowiskowa była u nas tylko raz i w tej materii też nic nie pomogła, kłód pod nogami było wiele, bo przeszłam chyba wszystko w kwestii karmienia, ale karmię dalej – już 19 m-cy i w sumie wytrwałam najdłużej wśród znajomych mi mam, większość nie karmiła nawet miesiąca. Wierzę, że fachowa pomoc mogłaby im pomóc przezwyciężyć trudności, ale szybko się poddały… I żeby nie było nie uważam, że mamy karmiące mm są gorsze i wiem, że czasem się nie da, ale warto powalczyć a nie poddawać się na starcie.

      Pozdrawiam raz jeszcze 🙂

    • Zgadzam się- nadmierne ociąganie tez nie wskazane. Jak we wszystkim- zachowajmy umiar i zdrowy rozsądek.

      Odnośnie kp zgadzam sie, nie ma co się poddawać za szybko. Ale to przecież w każdej dziedzinie tak jest :)))

  • Również uczeszałam do SR z mężem, zajęcia były bezpłatne ponieważ była to szkoła przy szpitalu. Jestem bardzo zadowolona, nauka oddychania pomogła mi bardzo przy porodzie, gdybym nie wiedziała jak sie oddycha to źle by sie mógł zakonczyc mój poród ponieważ w trakcie odkleiło się łożysko. Zajęcia były raz w tygodniu, godzina ćwiczeń a druga godzina teoria i zwiedzanie traktu porodowego. Naprawdę polecam takie zajęcia, szczególnie dla pierworódek.

    • Fajnie, że trafiliście na bezpłatną szkołę, przy szpitalu. My też do takiej uczęszczaliśmy, no ale była płatna (choć dalej twierdzę, że i tak ponownie bym zapłaciła i nie żałuję ani 1 wydanego grosza).

  • Bardzo ważny post! My nie zdecydowaliśmy się na szkołę rodzenia, jakoś nie miałam przekonania, a druga sprawa to były finanse, wolałam te pieniążki dołożyć do wyprawki. Pewnie gdybym trafiła na Twój post wcześniej zapisałabym nas, bardziej ze względu na mojego męża, który bał się być przy porodzie. Nie ze względów estetycznych, bardziej z faktu, że nie wiedział czy da radę patrzeć jak ja cierpię z bólu, poza tym kolega mu dziwnych rzeczy naopowiadał 😉
    Do mnie jednak przychodziła położna, od około 33 tygodnia. Trafiłam na położną z powołaniem, wszystko mi wyjaśniła, ćwiczyłyśmy oddychanie, pokazała pozycje do porodu, koniecznie kazała korzystać z prysznica. Opowiedziała o wszystkich etapach porodu, o karmieniu piersią itp. itd. Pod koniec ciąży jak już nie miałam siły chodzić z ogromnym brzuchem wysłuchiwała moich lamentów i pocieszała 🙂 Do tego za każdym razem słuchała serduszka i sprawdzała pozycję. Miałam naprawdę szczęście, że na nią trafiłam i dla tego dziewczyny, które nie mogą sobie pozwolić na SR koniecznie powinny zgłosić się do położnych rejonowych. Nie wszędzie jednak napotkamy osobę, której zależy. Koleżanka poprosiła położną o takie wizyty, a ona przyszła raz, sprawdziła wyprawkę, powiedziała co do kupić i generalnie ją olała.

    • O, bardzo fajnie, że napisałaś swoje wrażenia 🙂 Jesteś chyba pierwszą osobą, którą spotykam, a która skorzystała z tych wizyt, bo w ogóle wiedziała o takim prawie 🙂

      Odnośnie koleżanki- myślę, że w takiej sytuacji po prostu złożyłabym ponowną deklarację wyboru położnej. I może przy okazji skargę w przychodni.

    • I tutaj plusem jest tzw. poczta pantoflowa 😉 Bo mi powiedziała siostra, która dowiedziała się od sąsiadki, którą zaczepiła położna z rejonu, właśnie ta sama, która do mnie przychodziła 😉 Więc naprawdę stwierdzam, że to kobieta z powołaniem 🙂 A koleżanka nie miała siły się już wykłócać, ja starałam się moją wiedzę, na tyle ile sama wiedziałam już też z doświadczenia porodu przekazać jej jak najlepiej.
      Szkoda, że o tym się głośno nie mówi, bo naprawdę wielu kobietom w ciąży ubyłoby zmartwień i byłyby spokojniejsze między wizytami lekarskimi.

    • Trafiłaś na naprawdę super położną. Nasza położna środowiskowa, ktora przychodziła do mnie w połogu tez była ok. Chociaż tak sobie myśle, ze w takim razie powinna przychodzić i w czasie ciąży. Żałuje, ze nie poinformowała mnie o tym babka z przychodni, która przyjmowała ode mnie deklaracje. Byłam w połowie ciąży jak ją składałam. Pamietam jak dziś, no wyszła mi cukrzyca ciężarnych i przyszłam po skierowanie do poradni. Mogłam skorzystać z tych wizyt, ale tak jak piszesz jest ogromne niedoinformowanie. Jest coś zrobione dla ciężarnych ale wszelkimi sposobami utrudnia im się korzystanie z przywileju.
      Co za kraj. Co za ludzie 🙁

    • Kilka tygodni temu w „pytaniu na śniadanie” było coś o SR Była położna z takiej szkoły i ktoś tam jeszcze. Oczywiście było zachwalanie SR, a na samym końcu położna wspomniała o tym, że kobieta może korzystać z wizyt położnej środowiskowej, ale oczywiście najlepiej iść do SR.
      Moim zdaniem powinno się zrobić ogólnopolską akcję i poinformować kobiety w ciąży o ich prawach. Nie każdy może sobie pozwolić na SR, a większość kobiet chce się dobrze przygotować do samego porodu i na przyjście maluszka.
      Żanetko, dobrze, że wspomniałaś o położnej w poście, mam nadzieję, że wiele dziewczyn skorzysta z tego i trafi na taką cudowną kobietę, na jaką ja trafiłam!

    • Powiem Ci, że coraz bardziej irytują mnie media. Przekazują informacje wybiórczo, te które im pasują, nie koniecznie w pełni oddając rzeczywisty stan. Pod osłonką troski tak naprawdę ukrywa się te przywileje, z których większość mogłaby skorzystać i które sie większości należą, i tak jest niestety w wielu tematach.
      Mam nadzieje, ze sporo mam w ciąży trafi na tą informacje na moim blogu, a jeśli nie tu to gdzieś indziej i rzeczywiście bedą mogły skorzystać z rad i doswiadcżenia położnej. Tylko takiej oddanej temu co robi.

    • Anonymous

      U nas też położna była tylko raz w pierwszym tygodniu w domu po porodzie i na tym się skończyło…

  • Ja nie uczęszczałam do szkoły rodzenia, ale u mnie są zupełnie inne realia. Wszystko i tak samo przyszło choć byłam troszkę zdenerwowana moją niewiedzą.

  • Ja też uczęszczałam z mężem do SR i bardzo sobie chwalimy. Wiedza, którą nabyliśmy może nie do końca nam się przydała ze względu na CC ale to był bardzo dobrze spędzony czas. Przede wszystkim obydwoje wyszliśmy z zajęć z przekonaniem, że jesteśmy gotowi by wspólnie przeżyć to wydarzenie. Wcześniej mój mąż się zarzekał, że nie będzie go przy porodzie a ja nie chciałam go zmuszać. Gdy okazało się, że CC było niezbędne w naszym przypadku był bardzo zawiedziony, bo nastawiał się na poród rodzinny:)

    • Może jeszcze będzie miał okazję nadrobić 🙂

  • W Grecji tez przysługuje bezpłatna „szkoła rodzenia” (trwa 3 dni w sumie 5 godzin) Byłam na jednych zajęciach i wyszłam stamtąd z depresją i płaczem.To była totalna pomyłka. Niby na początku położna była miła. Słuchałyśmy bicia serduszek naszych maluszków i zgadywałyśmy czy to chłopiec czy dziewczynka i na tym piękno się skończyło. Następnie usłyszałyśmy że za dużo przytyłyśmy a te dziewczyny które miały rozstępy że o siebie nie dbają (ja się niestety do nich zaliczałam no cóż moja mama ma moja babcia i siostry mamy mają więc trudno abym ja się ich nie dochowała mimo hektolitrów balsamów w siebie wsmarowanych) Położna dużo mówiła o zdrowej diecie gdzie dla niej kieliszek wina czy szklanka piwa od czasu do czasu to nic strasznego. Poza tym nie negowała papierosów co dla mnie było już totalnie jakąś pomyłką że jak nie mogę się opanować to 5 papierosów dziennie nikogo nie zabije (wtf??) NIe mogłyśmy też być z naszymi partnerami oni musieli czekać na zewnątrz a my biedne w 10 w małej salce musiałyśmy sobie same radzić żeby się położyć a potem wstać. To była jakaś masakra już tam więcej nie poszłam a płakałam cały dzień po tej jednej godzinie. Nie rozumiem jak można dać kogoś tak mało kompetentnego na takie stanowisko gdzie trzeba wykazać sie odrobina taktu i empatii. Szkołe rodzenia zaliczyłam polska internetową razem z mężem na kanapie w swoim własnym salonie 🙂 A poród wspominam bardzo miło. Rodziłam ze znieczuleniem w prywatnej klinice. Mój ginekolog cały czas był przy mnie plus dwie położne. Miałam super opiekę może dlatego że za to zapłaciłam ale dzięki temu mam dobre wspomnienia z porodu. NIestety w Grecji nie można liczyć na kąpiel worek sako i inne rzeczy które pomagają w bólu a ja z moja wada serca nie dałabym rady z takim wysiłkiem. Chociaż to nieprawda że nic nie czuć ja wiedziałam kiedy mam skurcze czułam je ale tak nie bolały no i miałam siłę przeć i też wiedziałam kiedy. Mój poród trwał 8h i było naprawdę fajnym przeżyciem. Gorzej było po… 🙂

    • Madziu, a wiesz, że podobne wrażenia, co prawda z pobytu w szpitalu i z wizyt przed porodem miała moja przyjaciółka, która rodziła na Cyprze? ( Halo, Agatko, jeśli tu jesteś i czytasz to proszę skomentuj 🙂 )
      Też coś wspominała odnośnie presji w dbaniu o szczupłą sylwetkę w ciąży, że nagonka jak tralala.

      Kompletnie nie rozumiem podejścia z alkoholem i fajkami, też wtf?

    • Czytam czytam 😀 noi z druga ciążą idziemy do SR 😀 w polsce!!!! Na cyprze było jeszcze gorzej bo zero jakichkolwiek informacji. Przynajmniej ja nie dostawalam żadnych. Sam poród i potem pobyt w szpitalu – wyobrazcie sobie poród 30 lat temu z personelem who doesnt give… 🙁 niestety było to najgorsze i najbardziej upokarzające doświadczenie w życiu – dziecko przyniósł tata po kryjomu jak sie wybudzilam ze znieczulenia, skończyło sie cesarka- zabroniono mi karmić piersią i wogóle ze po co, łatwiej wlac w dziecko sztuczne. Wogóle koszmar!!! A na dodatek mój synek był traktowany jak Ten gorszy. Przy drugiej ciąży mam nadzieje ze bedzie juz inaczej, choć trauma pozostała wiec raczej mi nie spieszno.

      Na cyprze tez palące i pijace mothers to be to standard – ja za to uslyszalam ze za duzo przytylam.

      jejku mam nadzieje ze nikogo nie przerazilam.

      Zanetko buziaczki chamie mój 😀

    • Spoko Maroko, na pewni nikogo nie przestraszylas. To raczej dowodzi, ze w tej naszej Polsce to jeszcze nie jest tak tragicznie. Agati Me,życzę Ci wymazania traumy i naprawdę pięknych wspomnień z kolejnego porodu 🙂

      Chamie Ty mój kochany! :*

    • Chyba od tamtego czasu nie wiele się zmieniło w greckich szpitalach. Ja nasłuchałam się strasznych historii dlatego wybrałam klinikę poza tym mój ginekolog tam pracował a chciałam rodzić z nim. O porodach rodzinnych w Grecji można zapomnieć chociaż mój mąż był ze mną aż do momentu parcia potem został wyproszony no ale co się dziwić taki kraj tutaj w kościele kobiety muszą stać osobno a mężczyźni osobno 🙂 A jeśli chodzi o karmienie piersią to Greczynki są bardzo leniwe i jak im nie wychodzi to szybko rezygnują jak mówię komuś że karmię jeszcze piersią (Ala ma 10miesięcy) to są zdziwieni że takie duże dziecko i jeszcze karmię. A w klinice była fajna pielęgniarka która bardzo mnie zachęcała do karmienia sprawdzała mi piersi pokazywała co i jak i podtrzymywała na duchu że sie uda 🙂

  • Warto, warto, WARTO! Ja nie żałuję i z chęcią poszłabym kolejny raz 🙂 Wiele się nauczyłam, wiele strachów oswoiłam. O wielu rzeczach nie miałam pojęcia. Miałam też to szczęście, że mój poród odbierała położna z naszej SR 🙂 Zajęcia w SR były też bardzo ważne dla mojego Męża – mimo że byłam pewna, że sobie poradzi, to mógł bardziej zaangażować się w ciążę. Polecam 🙂

    • Ania, toż przecież masz teraz ponownie okazję, hihihi 🙂

  • Mru

    ja chodziłam właśnie na takie zajęcia z „edukacji okołoporodowej”, w grupie, ale bez mężów i trochę żałuję, że nie zdecydowaliśmy się na szkołę rodzenia.

  • Ostatnio pytałam męża czy pamięta nasz poród i to co widział i czy ma jakiś niesmak, powiedział, ze nie 🙂 My nie uczęszczaliśmy i poradziliśmy sobie ze wszystkim. To z czym miałam problem to brak sił pod koniec i ja cały poród…przeleżałam, tak mi było najwygodniej radzić sobie z bólem. A decyzję czy będzie przy porodzie zostawiłam tylko i wyłącznie jemu. Mąż zajmował się córeczką lepiej niż ja, był pewniejszy w tym co robi. Mimo to myślę, że na pewno warto iść do szkoły rodzenia 🙂

  • Moja koleżanka ze studiów, która w tym samym czasie była w ciąży miała właśnie taką położną, która przychodziła do niej podczas ciąży i pamiętam jak starała mi się potem tłumaczyć jak powinno się oddychać podczas poszczególnych faz porodu. O karmieniu czytałam dużo w internecie, oglądałam filmiki. Na całe szczęście – bo normalna położna, która chciała pomóc przy karmieniu trafiła się dopiero następnego dnia. Nie zapisałam się na zajęcia ze względu na finanse właśnie. Ale chodziłam do lekarza, który pracuje w szpitalu, w którym rodziłam. I myślę, że ma to ogromne znaczenie.
    U nas też był taki worek sako, ale ja wolałam leżeć na łóżku (poza tym cały czas byłam podpięta pod ktg). Na sako leżał mój Tomek i czekał kiedy się zacznie. Zdecydowanie jestem za porodem rodzinnym. Oczywiście jeśli jest to decyzja obojga partnerów.

    • Jesteś w grupie nielicznych mam, które szukały informacji na własną rękę. Śmiem tak oczywiście twierdzić patrząc na niski poziom wiedzy i niestety tego jak mało kobiet karmi (w oczy rzuciły mi sie statystyki, że powyżej 3m mlekiem modyfikowanym karmi 95% kobiet). Oznacza to, źe brak wiedzy w temacie i brak fachowej pomocy sprawia, że przygoda z karmieniem się kończy przy kryzysie. A ponoć jestesmy na 1 miejscu wsród krajów gdzie kobiety w ogole zaczynaja karmić. Szkoda, ze takie coś sie tak marnuje, właśnie przez niedoinformowanie 🙁

    • Anonymous

      Jeśli chodzi o karmienie piersią, ja i moja córeczka najwięcej zawdzięczamy pielęgniarce laktacyjnej, cudownej kobiecie, która zagrzewała mnie do walki o każdą kroplę mleka, co było o tyle trudne, że maluszek po pierwszej dobie na tym świecie wylądował na intensywnej opiece i moje piersi były zdane na kontakt z bezdusznym laktatorem (ten też pomogła mi wybrać owa pielęgniarka, bo egzemplarz, który kupiłam zawczasu sama, okazał się kompletną, choć dobrze rozreklamowaną, klapą). Przy okazji poddaję temat do kolejnej notki: poradnie laktacyjne. Mnie pomogły także przy późniejszych problemach z karmieniem (m.in. telefonicznie rozwiały wątpliwości dot. leku, które można zażywać w czasie laktacji).

    • Temat bardzo, bardzo fajny. Z chęcią coś zamieszczę na blogu,ale niestety z poradniami doswiadczeńia nie mam (mimo, ze raz zdarzyło mi sie szukać w okresie połogu takowej). Moze jakaś mama mająca doświadczenie jest zaińtersowana wpisem gościnnym na łamach bloga? 🙂

  • My szkolę rodzenia zaliczyliśmy – wspominamy bardzo pozytywnie, a i nowe znajomości pozostały 🙂 I dzidzusia w brzuszku rysowaliśmy podczas słuchania bicia serduszka, wtedy też położna określała nam dokładnie, jak dzidziulek jest ułożony – dla mnie to była nowość 🙂 Coś w tym jest, że mężczyźni czują się pewniej, u nas było podobnie 🙂

  • Byłam przy Jędrusiu z mężem, a teraz idę jeszcze raz – ale już sama – mąż w tym czasie będzie pilnował przychówku;p.

    Z zajęć szkoły rodzenia ja najlepiej wspominam część gimnastyczną i ćwiczenia oddechowe, a mąż zajęcia z pielęgnacji noworodka. Poród miałam rodzinny, ale wypadło tak, że zamiast z mężem rodziłam z moją mamą – i to też zamierzam powtórzyć, bo była dla mnie niesamowitym wsparciem. No i zna się trochę na rzeczy – przynajmniej tyle, że wiedziała, kiedy już koniecznie trzeba było wezwać lekarza.

  • Anonymous

    Mieliśmy super szkołę rodzenia! Przed każdymi zajęciami gimnastyka plus raz na tydzień aquaaerobik. Wykłady ekstra, najbardziej praktyczne okazały się te na temat karmienia piersią i o znieczuleniu zewnątrzoponowym, które prowadził anestezjolog. Znieczulenie zzo super sprawa, zdecydowałam się na nie dzięki wykładom na szkole rodzenia, bo różnie podchodzą do tego ginekolodzy w Polsce, od 4cm rozwarcia żadnego bólu już nie czułam i spałam sobie pod kocykiem. Potem kilka skurczy partych, też bezbolesnych i po sprawie:) polecam!

    • Anonymous

      A i gazu rozweselającego nie polecam, jego cząsteczki wędrują sobie krwioobiegiem matki do krwi płodu. Zzo nie dostaje się do krwi dziecka, cała substancja czynna znajduje się w przestrzeni zewnątrzoponowej:)

    • Ja nie dostałam zzo, ale przynajmniej szybko poszło, a bez szyjki iz. Rozwarciem chodziłam miesiąc. Z nastawieniem oczywiście na znieczulenie podczas porodu. Jednak jak wyszłam po godzinie spod prysznica okazało sie, ze ,mam już 8cm i nie podadzą znieczulenia. Wielkiego boli nie było, dałam radę 🙂

    • Ale Twoja szkoła rodzenia no no świetna!

  • Z tą położoną, która przychodzi do domu w ciąży zadziwiłaś mnie i to bardzo, szkoda, że nikt o tym nie mówi. My do szkoły rodzenia też chodziliśmy, nasza była bezpłatna. W każdym razie nie zapisałam się do niej, bo jest taka moda. Chciałam iść do szkoły rodzenia, bo chciałam się dowiedzieć jak wygląda poród, jak opiekować się noworodkiem itp. Mój Mąż też chciał iść i dowiedzieć się co i jak. U nas też było tak, że ja początkowo nie chciałam by był przy porodzie, natomiast On powiedział, że chce być. Po rozmowie z moim bratem zdecydowałam się. Pytałam Go czy ma jakiekolwiek inne podejście do swojej żony po porodzie (a właściwie dwóch porodach). Powiedział, że absolutnie nie, bo On nie był tam po to, żeby patrzeć tu i ówdzie, a po to by uczestniczyć w najpiękniejszym momencie życia.
    Z perspektywy czasu nie wyobrażam się, że mojego Męża nie było by przy mnie. Bardzo mi pomógł.

  • Też tak myślę, że warto. A teraz jak to wypunktowałaś to jestem pewna.

  • Zajęcia w szkole rodzenia są cenne nie tylko dla przyszłej mamy (o czym wspomniała Autorka), ale także dla taty. Gdy oboje rodzice mają świadomość tego, co się dzieje z kobietą w ostatnich dniach ciąży, jak wygląda poród oraz w jaki sposób zajmować się matką i dzieckiem w pierwszym okresie poporodowym – oboje będą potrafili dać sobie wsparcie. Oczywiście większa uwaga skoncentrowana jest w tym czasie na mamie i dziecku, ale dzięki takiej świadomości można jeszcze bardziej zbliżyć się do siebie, a co istotne – można także wychwycić bardzo trudny moment ewentualnego pojawienia się depresji poporodowej.
    Barbara Michno-wiecheć, psycholog psychoterapeuta