Decyzja o trzecim dziecku

Kiedy Antoś przyszedł na świat pojawiło się we mnie ogromne posiadanie trzeciego dziecka. Bardzo mnie to zaskoczyło. Mój instynkt macierzyński szalał na całego. Tuliłam w ramionach tygodniowego noworodka i myślałam o kolejnej ciąży. Zdawałam sobie doskonale jak czas szybko ucieka i jak będę tęsknić za takim maluszkiem. Wiecie, noworodki mają w sobie coś tak wzruszającego, że samo patrzenie na nie łapie za serce. Uczucie to nie słabło przez kilka pierwszych miesięcy, wręcz przeciwnie myśl ta pojawiała się co raz częściej. Antoś był bardzo grzecznym dzieckiem. Od początku ładnie jadł, nie płakał, przesypiał noce. I piszę to zupełnie szczerze, on potrafił zasnąć najedzony o 20 i obudzić się o 6 rano. Byłam zrelaksowaną, wypoczętą mamą. No prawie, bo jednak miałam jeszcze na stanie trzylatka, który potrafił dać w kość.  Nie dziwota, że myśl o kolejnym maluszku przychodziła z taką łatwością. Gdyby tylko mój mąż w tym czasie podzielał mój entuzjazm z pewnością w tym momencie bylibyśmy rodzicami trójki.

 

Dziś myślę sobie, że już wiem dlaczego ludzie decydują się na dzieci rok po roku. Według mnie jest takie okienko czasowe, w którym podejmujemy decyzję o kolejnym potomstwie. Jest to okres do około 9-12 miesiąca życia dziecka. Zanim na dobre zacznie się ząbkowanie, nieprzespane noce (u tych u których wcześniej były one spokojne), bieganie za uczącym się chodzić maluchem, nerwy związane z pierwszymi buntami. Im dalej w las, tym jakby ochota maleje. Dochodzimy do punktu, w którym mówimy sobie „mi już wystarczy”. A potem jak po każdej prawdziwej burzy wychodzi słonko .Znacie to? Czas spokoju. Dzieciak podrasta, robi się komunikatywny, co raz bardziej samodzielny. Możemy wypić ciepłą kawę, kiedy młode bawi się samodzielnie klockami. Możemy w spokoju wyjść na spotkanie z przyjaciółką, pewni,że mąż nie zadzwoni koło 22 z desperacją w głosie, bo młodzież nie może zasnąć bez mamy. Ba, na to spotkanie wychodzimy z torebką, w której nie znajdujemy kilku pampersów, plastikowej łyżeczki, chrupek i innych przegryzek, gryzaka, bidona i całego matczynego zestawu pierwszej pomocy. I wtedy gdzieś przypadkiem wpadamy na spacerze na koleżankę pchającą wózek, a w nim śpiącego słodkiego okruszka. Takiego co to uśmiecha się przez sen, stęka i cmoka słodko. Stoisz jak wryta przez sekundę, oddalasz od siebie dobrze znane uczucie, próbując przypomnieć sobie wszystkie przeciw. Myśl o maluszku wraca z co raz większą siłą i już wiesz,że ciężko będzie Ci ją odgonić. I to jest właśnie ten moment kiedy istnieje szansa, że zdecydujecie się na kolejne dziecko.

 

Ja jestem obecnie w punkcie pomiędzy, znaczy się na etapie „mi już wystarczy”. Są momenty, w których jestem dosłownie zmęczona macierzyństwem. Głupio to brzmi, bo w odróżnieniu do czasów gdy Mati był w wieku Antosia, obecnie mam ogromną pomoc od mojej mamy. Brakuje mi jednak czasem swobody. Spontaniczności w podejmowaniu decyzji. Jest mały Antoś i nie zawsze jest nam na rękę ciągnąć go ze sobą. A z drugiej strony głupio mi za każdym razem prosić mamę, by z nim została, zwłaszcza że na co dzień spędza z nim bardzo dużo czasu. Myśląc tymi kategoriami, trochę egoistycznymi przyznać muszę nie zdecydowałabym się na kolejne dziecko. Świadomość, że Antek powoli będzie wyrastał z pieluch, że robi się co raz bardziej samodzielny jest pokrzepiająca. Fakt, że z każdym dniem dorośleje i co raz chętniej naśladuje brata daje nadzieję. Ale jest i druga, kobieca strona tych decyzji. Bo ten instynkt sobie gdzieś tam we mnie drzemie. I wychyla się czasami, na małą chwilkę. Przypomina uśmiech przez sen, pochrząkiwanie, zapach noworodka. I wtedy znów tak człowieka ściska w dołku, a żołądek zaplata się w supełek. Myślę sobie wtedy co by było gdyby. A potem tą myśl odganiam. I wiecie, co? Smutno mi, że już nigdy nie zaznam tego uczucia. Że minęło bezpowrotnie.

 

W takich chwilach rzucam w kąt telefon, zamykam skrzynkę i przestaję odpisywać na wiadomości klientów. Idę do moich dzieci, przytulam się starając zatrzymać ten czas. Bo dziś tęsknię do noworodka, a za 15-20 lat gdy będą uciekać w świat będę tęsknić za nimi. Po prostu za nimi.

 

Mleczna droga

Cztery lata. Blisko 1500 dni. Tysiące godzin, miliony sekund. Tyle trwa moja mleczna droga. Droga, którą gdybym chciała narysować przypominałaby drzewo. Z lekko skręconym pniem, który symbolizowałby jej początek. Drzewo, z dwoma grubymi konarami. Jeden z nich, ten większy to starszy syn- Mateusz. Drugi to Antoś. Drobne gałązki byłyby wspomnieniem naszych historii. Naszej mlecznej przygody. Drogi. Czasem krętej, doprowadzającej nas na rozstaje, drogi która w końcu kiedyś będzie mieć swój kres. Do jednego końca już dotarliśmy.

Początkowo zakładałam. Rok, półtora. Dwa.Może trochę więcej. Granica przesuwała się wraz z wiekiem Mateuszka. Myśl o odstawieniu pojawiała się równie często jak myśl o tym, że nie jest jeszcze gotowy. Nie martwiłam się, że to nigdy nie nastąpi. Wiedziałam, że przyjdzie taki dzień. I przyszedł oczywiście, a ja nawet nie wiem kiedy to dokładnie się stało. Dojrzał do tej decyzji. Nie musiałam uciekać się do żadnych sposobów. Tłumaczyć, wyjeżdżać, smarować piersi specyfikami. Po prostu, któregoś dnia nie poprosił o pierś. Nie zrobił tego kolejnego dnia, i następnego. Przez tydzień, dwa, miesiąc. Ja skupiona na Antosiu nawet nie wiem kiedy dokładnie był ten ostatni dzień. Wiem, że był czerwiec i mieszkaliśmy jeszcze w Krakowie. Choć zdecydowanie bliżej lipca.

Wtedy też napisała do mnie Sofi. To chyba było takie trochę przeznaczenie. Ukartowane przez los. Jestem ogromnie sentymentalną osobą, a Sofi sprawia, że cudowne wspomnienia nabierają kształtu. Sprawia, że możemy je przywołać w każdej chwili. Możemy dotknąć, poczuć. I choć na co dzień nie noszę biżuterii, wręcz jej nie lubię, poprosiłam ją o wykonanie dla nas pamiątki. W pierwszej kolejności pomyślałam o obrączce, żeby mieć ją zawsze przy sobie. Otrzymaliśmy jednak dwie kule. W obu znajduje się moje mleko. Jeszcze z czasów, kiedy karmiłam obu synów, więc mają dla mnie również symboliczną wartość.  Kule zawierają też ich włoski oraz pierwsze litery ich imion. Któregoś dnia je dostaną. Może będą dla nich wyjątkową pamiątką. A może i czymś więcej, o ile odziedziczą sentymentalny charakter po mamie 🙂

Milky way. Tak nazywa się firma Sofe, która zajmuje się tworzeniem biżuterii z mleka kobiecego. Choć oczywiście biżuterię można sobie zamówić z dodatkiem włosków, pępowiny, tkanin czy płatków kwiatów. Do wyboru są zawieszki, przepiękne obrączki, bransoletki, kolczyki. Sofi znajdziecie TU. Nie powiem Wam w jaki sposób przygotowywana jest biżuteria, bo jest to patent firmy opracowany przez grono chemików. Dzięki niemu istnieje możliwość zabezpieczenia mleka, które nie zmienia koloru po jakimś czasie, ale także i kształtu. Pamiątka będzie cieszyć przez długie lata. Milky way jest też pierwszym polskim producentem tego typu pamiątek.

Cały proces zamówienia biżuterii nie jest wcale taki skomplikowany na jaki wygląda (mnie na początku wydawał się nie do ogranięcia 😉 ). Wystarczy tylko zastosować się do instrukcji przesłanych przez Sofi, by jakiś czas później cieszyć się już swoją pamiątką. Serdecznie polecam wszystkim sentymentalnym mamom. Zajrzyjcie koniecznie do galerii prac, na pewno każdy znajdzie coś dla siebie : GALERIA

Ode mnie też kilka zdjęć. Niestety nie oddają piękna kul, ale chciałam Wam je pokazać już teraz, bo przed nami dobry czas na sprawienie sobie podobnej pamiątki 🙂

dsc_0145dsc_0174 dsc_0150dsc_0153dsc_0194dsc_0166

Żółtaczka związana z karmieniem piersią

To były ciężkie dni. Radość z narodzin drugiego synka, faktu, że wkrótce całą czwórką będziemy razem przesłoniła choroba.

O żółtaczce fizjologicznej noworodków słyszałam już wcześniej. Właściwie co druga rodząca koleżanka miała z nią styczność, nic dziwnego. Kilka/ kilkanaście godzin fototerapii i po sprawie. Wypis do domu i przykaz obserwacji.

Czasem jednak żółtaczka przedłuża się lub pomimo zastosowanej fototerapii jej poziom nie spada jak zakładają lekarze. Czas spędzony w szpitalu wydłuża się z 3 dni do 5,7,10. Masakra. Zwłaszcza dla mamy, która w domu zostawiła starsze dziecko (dzieci).

Dla mnie to była trauma. Bynajmniej, nie szafuję słowem. O tym, co przeżyłam w szpitalu napiszę Wam jak tylko myśli poukładam w głowie. Choć może i dam sobie spokój. W końcu ten koszmar mam już za sobą.

Wrócę jednak do żółtaczki, bo duży procent dzieci choruje, a większość mam jest wprowadzana w błąd.

Antkowi w drugiej dobie życia zażółciła się skóra. Lekarka kazała pobrać krew do badań. Wyszedł podwyższony poziom bilirubiny przy pozostałych parametrach krwi i moczu w normie. Klasyka, niektóre dzieci mają żółtaczkę fizjologiczną, która mija sama. U niektórych trzeba naświetlać. U nas zadecydowano o naświetlaniu. Zanim przejdę dalej- mała uwaga. Żółtaczka fizjologiczna noworodków absolutnie NIE MA nic wspólnego z żółtaczką typu B (WZW B). To dwie odrębne jednostki chorobowe.

Naświetlaliśmy przez całą dobę tzw płetwą. To taka mini lampa, którą wkłada się dziecku pod ubranko, na brzuszek. Różnie źródła mówią, jedni radzą nie okrywać dziecka ubraniami, inni nie widzą przeciwwskazań.

IMG_9843

IMG_9846

U nas po pierwszej dobie takich naświetleń poziom bilirubiny skoczył do wyniku około 14,5 (norma do 12). To spowodowało, że o wypisie w 3 dobie mogliśmy zapomnieć. Włączono naświetlania w cieplarce (które dla mojej laktacji były horrorem). Żeby fototerapia zadziałała dziecko musi być pod lampami jak najdłużej bez przerw. Przynajmniej 3h. O ile w ciągu dnia nie było większego problemu, bo odciągnięte mleko na moich oczach położna podała Antosiowi gdy był w środku, o tyle w nocy lekko nie było. Antoś ewidentnie chciał się przytulać. Ja nie mogłam go wyciągnąć, objąć, poczuć jego zapachu. Ba, nie mogłam być nawet w sali gdzie on się znajdował. Siedziałam sama w środku nocy na łóżku, próbując przywołać w pamięci jego widok, by pobudzić odruch oksytocynowy.. Zamiast mleka leciały mi łzy. Słyszałam kwilenie maluszków obok i serce mi pękało, że moje dziecko gdzieś na innej sali, beze mnie.  Po całej nieprzespanej nocy, gdzie ledwie odciągnęłam kilkanaście mililitrów położna oddała mi go do łóżka i na tym zakończyła się przygoda z cieplarką. Rano wynik był minimalnie niższy co oznaczało, że jednak spędzimy jeszcze trochę w szpitalu. Sytuacji nie poprawiała tęsknota za starszakiem, który czekał w domu i baby blues rozkręcony na całego.

To spowodowało, że wypisałam nas na żądanie do domu. Skrajnie wyczerpana psychicznie, bez sił do walki z systemem. Walki, bo na moje postanowienie o karmieniu piersią położne prychały pod nosem, aż ostatecznie zgłosiłam lekarce, że nie wyrażam zgody na dokarmianie z prośbą o przypilnowanie tego tematu. Sprawę żółtaczki natomiast skonsultowałam z dwoma lekarzami, w tym z neonatolog w szpitalu. Powiedziałam, że chcę dokończyć fototerapię w domu, bo wiem, że jest taka możliwość.

Szczęśliwie się złożyło, że znalazłam w Krakowie miejsce, które za opłatą wypożycza do domu lampę Bilibed marki Medela (lampę można pożyczyć w NZOZ Arka http://www.nzoz-arka.eu/inne-uslugi-medyczne – od razu zaznaczam, nie jest to żadna reklama. Chcę wskazać możliwość, z której ja skorzystałam).

IMG_9910134IMG_9882

Nie zastanawiałam się ani minuty. Zadzwoniłam zanim wypisałam się ze szpitala, zarezerwowałam lampę. Gdy dotarliśmy do domu, mąż przywiózł łóżeczko. To był piątek. Naświetlaliśmy Antosia do wtorku (na zmianę kładąc go to na brzuszku, to na pleckach z przerwami na karmienie). W sobotę ( po 1 dniu naświetlania) pojechaliśmy zbadać krew. Bilirubina spadała – powoli, ale spadała.

Wtedy usłyszałam o naparze ze znamion kukurydzy. Eliza- dzięki kochana! W Polsce nikt o tym nie mówi, a w Niemczech podobno same położne na wizytach dają pacjentce. Znamiona smakują obrzydliwie, ale skutecznie obniżają poziom bilirubiny. Oczywiście piłam ją ja i karmiłam piersią. Ważne żeby pić tego dużo! Równy tydzień po wyjściu ze szpitala powtórzyliśmy badania. Bilirubina była na poziomie około 10. Za radą lekarza daliśmy już sobie spokój z kontrolowaniem poziomu. Cieszyłam się macierzyństwem i starałam nadgonić stracone pierwsze chwile, przystawiając synka jak najczęściej. Jedynie w nocy musiałam pamiętać, by wybudzać go na karmienie co 2h. To ważne, bo nocne, tłuste mleko doskonale obniża poziom bilirubiny. Sprawie też, że dziecko częściej się wypróżnia co jest istotne przy tej chorobie.

Szukając jednak informacji o żółtaczce natrafiłam na różne porady. Jedna z nich mówi jakoby odstawić dziecko od piersi na jeden dzień i podać mm. Ewentualnie odciągnąć mleko i podgrzać do jakiejś tam temperatury. Szczerze mówiąc wydawało mi się to absurdalne, co potwierdziła lekarka. Jeżeli przedłużająca się żółtaczka jest powiązana z karmieniem piersią to należy karmić jak najczęściej, bo właśnie opóźnianie karmienia przyczynia się do wzrostu bilirubiny. Są oczywiście przypadki, gdzie żółtaczka utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie i niezbędne jest podanie leków, a nawet transfuzja. Nasz przypadek jednak dotyczył dość łagodnego poziomu.

Różne źródła podają, że za wczesną postać żółtaczki u dziecka odpowiada między innymi zbyt późne rozpoczęcie karmienia piersią (lub mało efektywne) oraz opóźniony pasaż smółki. Ani z jednym, ani z drugim nie było w naszym przypadku problemu. Antek pierś złapał leżąc jeszcze na moim brzuchu, zaraz po odcięciu pępowiny. Smółkę oddał jakieś 3 h później.

Podaje się jeszcze przyczyny związane ze słabo rozwiniętym układem pokarmowym dziecka. Nie jestem lekarzem, mogę tylko gdybać. Mogę się też zastanawiać czy na wystąpienie żółtaczki nie miało wpływu np podanie pierwszej dawki witaminy K, którą dostał w pierwszej dobie na noc. Dosłownie kilkanaście minut później zaczął mocno płakać i się prężyć.  Ewidentnie bolał go brzuszek, a rano pojawiła się krew w kale. W badaniach wyszedł wtedy podwyższony poziom bilirubiny. Gdybam,ale jeśli nie podano by mu tej witaminy może bilirubina nie wzrosłaby?

A może wpływ miał mój tragicznie niski poziom witaminy D3 w ciąży? Z niedoborem zmagałam się przecież całe 9 miesięcy.

Teraz już się tego nie dowiem.Mam jednak nadzieję, że mój post będzie pomocny tym mamom, które będą podobnie jak ja, martwić się o zdrowie swojego nowo narodzonego maluszka.

Jeśli macie jakieś pytania, np o samą lampę to piszcie w komenatarzach. Na pewno odpowiem.

 

Bracia

Jestem jedynaczką. Choć zdążyłam się już do faktu, że nie mam i nie będę mieć rodzeństwa przyzwyczaić, nie ukrywam, że chciałabym mieć kogoś bliskiego jak brat czy siostra. Gdy się jest dzieckiem nie przykłada się do tego chyba większej wagi. Choć były momenty, że chciałam mieć np młodszą siostrę, to nie przypominam sobie, żeby ta chęć była szczególnie mocna.

Dziś patrzę na sytuację z zupełnie innej perspektywy. Dziś, gdy pielęgnowane w latach szkolnych przyjaźnie gdzieś rozjechały się po świecie zwyczajnie brakuje bliskiej osoby, której powiesz co w duszy gra. Jako jedynaczka mam pewnie wyidealizowany obraz relacji pomiędzy rodzeństwem, jednak znam kilka przykładów gdzie siostry miedzy sobą czy nawet brat z siostrą nie żyją jak przysłowiowy pies z kotem. Znam takich, którzy są ze sobą na prawdę blisko i wiem, że jedno dla drugiego zrobiłoby wszystko. Znam też niestety takich, których los jest sobie obojętny. Nie chciałabym, aby moi synowie w przyszłości podchodzi do siebie w ten sposób.

Nie wiem czy jest skuteczny patent jak wychować dzieci, by nauczone były do siebie szacunku, by dawały sobie wzajemne wsparcie. Zewsząd tylko słyszę o etapie, że będą się bić, kłócić, a potem przyjdzie chwila, w której albo podadzą sobie ręce albo powiedzą cześć.

Póki co cieszę się ich braterską miłością. Sprawia nam, rodzicom, dużo radości. Czułość Mateuszka w stosunku do Antosia nie jeden raz wycisnęła ze mnie łzy wzruszenia. Był chwilowy moment zazdrości, który na szczęście minął niepostrzeżenie. Na chwilę obecną Mati sam, przez nikogo nieproszony dzieli się z Antosiem. Zabawkami, które są przecież teraz najcenniejsze. Mamą, którą miał do tej pory na każde zawołanie. Wie, że młodszy brat wymaga więcej uwagi i zaangażowania. Czasem ma chwilę słabości lub gorszy dzień, ale jestem z niego bardzo dumna. Że tak ładnie wziął na klatę bycie starszym bratem. Rekompensuje sobie ten stracony czas będąc u dziadków. Wtedy potrafi zagarnąć babcię tylko dla siebie. Ale wcale mu się nie dziwię. Któż z nas nie lubi, gdy dla drugiej osoby jesteśmy całym światem? 🙂

Bałam się o tę zazdrość okropnie. Że skrzywdzę go zabierając mu tę cząstkę mnie, która siłą rzeczy musiała być oddana młodszemu. Że czas, do tej pory należący w 100% do niego, będę musiała podzielić na obu. Że poczuje się niechciany, odtrącony. On natomiast poradził sobie doskonale. Nie napiszę, że przeszedł nad pojawieniem się Antka do porządku dziennego. Wcale tak nie było. Wiem, że mocno to przeżył. Był moment, że był smutny, wyciszony. W przedszkolu nie chciał bawić się z dziećmi, nie chciał malować. Te wszystkie rady o angażowaniu dziecka do pomocy przy młodszym są cudowne, ale nie sprawią, że rozwiążą problem jeśli się pojawi. U nas sprawa była prosta. Pierś. Mateuszek, który porzucał karmienie piersią, po narodzinach poczuł się o nią zazdrosny. Bał się, że młodszy brat wraz z piersią zabierze mu mamę. Tak sobie to utożsamiał. Pierś = mama. Zupełnie naturalne. Trwało to około 3-4 tygodni. Poszliśmy na pewien kompromis i się udało. Chciałam, żeby wiedział że jest równie ważny co wcześniej. Że kocham go równie mocno jak przed pojawieniem się brata, który w żaden sposób nie może mu zabrać mamy. Dziś jestem ja, a piersi może nie być.

Na nowo jest radosnym chłopcem. Trochę głośnym, zbyt szybkim, pełnym energii. Moim Mateuszkiem.

Jest też cudownym, opiekuńczym bratem. Pomaga ile może. Mamy nasze własne „pogotowie pieluszkowe” które na sygnale dowozi mamie wszystko niezbędne do przewinięcia brata. Często prosi, by sam mógł przebrać Antka. Rano zawsze przytula go, całując i mówiąc dzień dobry. Gdy przychodzimy po niego do przedszkola wita się słowami „przyszedł mój kochany braciszek”.

Wiem, że teraz jest cudownie. Kolekcjonuję te momenty w głowie. I na zdjęciach. Bo przecież kiedyś przyjdzie ten bunt, o którym wszyscy mówią. A może nie będzie tak źle? 🙂

DSC_0534DSC_0519DSC_0527DSC_0520DSC_0547DSC_0544DSC_0555

Dzięki Instabook mogłam zebrać te cudowne momenty w całość. Do moich rąk trafiła książka pełna fotek chłopców. Zwykle ciężko mi się zebrać, by wywołać nasze zdjęcia. Tu kliknięciem myszki przerzucam fotki do aplikacji i w zaledwie kilka minut mam gotową książkę. Książkę, która jest naprawdę fajna gatunkowo. Gruba, ze sztywnymi stronami. Pamiątka na lata. Nie tylko dla siebie, bo warto podarować komuś bliskiemu 🙂

Jeśli chcielibyście zrobić sobie taką książkę, to pod tym linkiem https://printu.pl/lp/instabook-znaczkijakrobaczki znajdziecie specjalną zniżkę prezencie od Instabook 🙂

 

Raj dla mamuśki

Zbieram się do tego wpisu jak pies do jeża. Ogólnie ostatnio ciężko mi się zebrać za pisanie czegokolwiek. Przedkładam życie rodzinne nad blogowanie i jest mi z tym dobrze.W tzw międzyczasie pracuję nad projektami dla Bambooko.

Ten „międzyczas” spowodował, że wybraliśmy się z mężem na targi Kids’Time do Kielc. Największe targi zabawek, artykułów dla dzieci pod jednym dachem. Podczas gdy mąż zwiedzał (i odwiedzał) Firmy, które w pewien sposób łączymy (lub mamy zamiar łączyć) biznesowo, ja oddawałam się przyjemnemu – uczestnictwu w spotkaniu Klubu Mam Ekspertek portalu Zabawkowicz. Lubię te spotkania, bo mam możliwość spotkania dziewczyn, z którymi widzę się właśnie tylko podczas takiej okazji ( dlatego tym razem tak bardzo brakowało mi obecności Ani, Martusi i Ali) oraz oczywiście posłuchania o nowinkach jakie pojawiają się w dziecięcej branży.

Z uwagi na obecność Antosia nie do końca udało mi się skupić na wszystkich prezentacjach (nie wspominając o tym, że i z samych targów niewiele skorzystałam). Mąż dzielnie pomagał w opiece, no ale…

zdjęcie 5

Było jednak kilka produktów, które wpadły mi w oko. Przede wszystkim najmniejszy wózek świata od GB pockit, który mogliście zobaczyć na moim filmiku na instagramie (klik). Z wózkowych tematów i oferta Quinny spotkała się ze sporym entuzjazem (choć ja sama na longboardzie jeździć nie potrafię i nie zamierzam). Była firma, którą bardzo lubię za niebanalne wzornictwo i której produkt trafił w nasze ręce. Kalejdoskop od Londji (szukajcie na toyki.pl) jest u nas w codziennym użytku i sama nie wiem kto ma większą frajdę. My dorośli, czy Mateusz.

gb-pockit-stroller

Było kilka osób, z którymi zamieniłam słowo, którzy podzielili się swoją wiedzą „w kuluarach”. Tu dziękuję Panu z firmy Dorel za rozmowę nt fotelików z pianką balistyczną (swoją drogą wzornictwo ich fotelików jest fantastyczne i jeden z nich bardzo mnie urzekł) 🙂

79809571_maxicosi_carseat_babycarseat_pebbleplus_2016_blue_star_3qrt.ashx

zdjęcie 3

zdjęcie 3-1

Usłyszałam też o kosmicznych rozwiązaniach stosowanych do produkcji dziecięcych kocyków w firmie EKO 🙂 Podusia od Eko przyjechała z nami do domu i sprawdza się w wózku Antosia cały czas 🙂

1

Dzięki obecności na targach firmy 4Kids i przedstawiciela Bugaboo miałam okazję sprawdzić przed zakupem dostawkę z siedziskiem dla starszaka 🙂 Miłą niespodzianką okazał się prezent króliczek dla Antosia,za który bardzo dziękujemy 🙂

Marek na spotkaniu było dużo więcej, ale jak wspomniałam moja podzielność uwagi (a właściwie jej brak) nie pozwoliły mi na pełne skorzystanie ze spotkania. Mignęła mi prezentacja firmy Stokkids, których produkty wpisują się w moją estetykę (ale niestety nie miałam okazji bliższego poznania, więc nic więcej Wam nie mogę powiedzieć).

Wielkich recenzji z testowania nie spodziewajcie się. Poza wspomnianym kalejdoskopem Antoś dostał gryzaczek od Nuby oraz dryfującego żółwika, którym póki co podczas kąpieli bawi się Mati. Produkty jednak są bardzo fajne i zasługują na pochwałę. Solidnie wykonane, ciekawe wzornictwo. Adekwatne do wieku dziecka.Zresztą lubię markę Nuby i trochę rzeczy od nich w domu mamy, więc specjalnie nie trzeba mnie przekonywać 🙂 Jeśli szukacie zabawek do kąpieli to żółwik na bank Wam przypadnie do gustu. Ma ten plus, że nie pokrywa się warstwą pleśni czy grzyba po użytkowaniu jak to ma miejsce w większości zabawek do kąpieli (tych gumowych, do których wpada woda i ciężko wysuszyć). Tu niby zwyczajne siteczko do wody, a jednak podane w ciekawy sposób, sprawiający,że maluch zajmie się nim na dłużej 🙂 Polecam.

zdjęcie 2

zdjęcie 2-1

Same targi oceniam bardzo na plus. Takiego ogromu asortymentu pod jednym dachem nie widziałam nigdy. Można było dotknąć, zobaczyć na własne oczy, sprawdzić rozwiązania. Żałuję tylko, że na wszystko zabrakło mi czasu. Zdążyłam odwiedzić tylko szczególnie bliskie mi stoisko firmy Attipas.

Szukałam też stoiska Stokke, ale ostatecznie się poddałam z braku czasu. Wszystko jednak do nadrobienia za rok. Mam nadzieję. Może tym razem już jako Wystawca? 🙂