Budowa domu z bali

O małym, drewnianym domu marzyłam odkąd pamiętam. Większość moich wyobrażeń pochodzi z lektury książek, które przez wiele lat pochłaniałam namiętnie. Przygody dzieciaków z Bulerbyn kojarzyły mi z moimi wiejskimi wakacjami, podobnie zresztą jak perypetie ulubienicy Ani z Zielonego Wzgórza.  Dla mnie zawsze bohaterowie mieszkali w małych, drewnianych domach. Pewnie dlatego, że w czasach mojego dzieciństwa wieś składała się głównie z takich małych, w większości drewnianych chat. Podczas letnich wakacji w czasach liceum przeczytałam jedną z książek Whartona – „Opowieści z Moulin du Bruit„. I choć domy na francuskich prowincjach okazują się być domami z kamienia (na prawdę pięknymi) to opis remontu młyna i użytych do niego drewnianych bali osadził w mojej wyobraźni właśnie drewniany dom. Zresztą tak to już z książkami jest, czytając wyobrażamy sobie coś po swojemu. Jakże odmienny od mych wyobrażeń okazał się młyn na żywo gdy podczas jednych z wakacji we Francji uprosiłam męża byśmy odnaleźli malutką miejscowość w Burgundii i powieściowy młyn.

Moje wyobrażenie domu jednak nie słabło. O ile w czasach szkolnych i studenckich nie myślałam o budowie domu poważnie, to gdy poszłam do pracy myśl ta wracała do mnie dość często. Zwłaszcza, że w tym czasie dość często wybieraliśmy się z mężem poszwendać po górskich szlakach Tatr czy Gorców. Nie jeden raz siedzieliśmy przy stole licząc czy ze sprzedaży mieszkania będzie nas stać na mały domek i działeczkę pod Krakowem. Zawsze dość szybko sprowadzano mnie na ziemię. Wzdychałam gdy kolejna z koleżanek  stawiała swoje cztery ściany, wierząc że któregoś dnia i mi uda się spełnić to marzenie.

 

Wakacje roku 2014 jednak zmieniły sporo. To wtedy zupełnym przypadkiem skręciliśmy w lesie nie w tę drogę co zwykle i wyszliśmy na pobliską wioskę z innej strony. Na skraju lasu stał piękny modrzewiowy domek z tarasem. To była jak to mówią „miłość od pierwszego wejrzenia”, choć miałam wrażenie jakbym ten dom miała w głowie od zawsze. Tak mi siedział w serduchu, że o niczym innym myśleć nie mogłam przez kilka dni. Do tego stopnia, że któregoś dnia wróciłam i uprzejma starsza Pani zaprosiła mnie do środka. Wtedy to przepadłam na całego. Bardzo intensywnie zaczęłam szukać działki. Tym oto sposobem jakieś dwa miesiące później staliśmy się właścicielami 10 arów w podkrakowskiej wiosce. Byłam o jeden krok bliżej ku spełnieniu swoich marzeń. Tego samego lata powstały pierwsze produkty Bambooko, którym zawdzięczam to gdzie obecnie jestem. Czasem mam wrażenie, że to właśnie ogromna siła moich marzeń sprawiła, że wszystko ułożyło się jak się ułożyło.

Ci z Was, którzy czytają mojego bloga wiedzą, że ostatecznie jednak nasz dom stawiamy w wiosce moich dziadków. Losy naszej Firmy potoczyły się w tym kierunku, zabierając nas ze sobą. Stawiam dom w miejscu, które znam od dziecka. Miejscu z którym czuję więź. Lecz co równie ważne stawiam drewniany dom, jaki zawsze był w mojej głowie. O naszej decyzji opuszczenia miasta na rzecz wsi przeczytacie w TYM wpisie.

 

Do budowy domu z bali wracam, bo dostałam od Was dużo zapytań w tej kwestii.

Najczęściej pytacie o to kiedy mamy zamiar się wprowadzić. Chciałabym Wam odpowiedzieć, że za miesiąc czy dwa. Przecież to oczywiste, że każdy budujący chce jak najszybciej. Technologia budowy domu z drewna zresztą jakby wymusza takie myślenie. Sporo się czyta i słyszy o systemach kanadyjskich, szkieletowych, dzięki którym od rozpoczęcia budowy do wprowadzenia mija 6 miesięcy.

My jednak budujemy starą tradycją ciesielską, co oznacza, że na parapetówkę przyjdzie nam trochę poczekać. Gdybyśmy zdecydowali się na bale suszone komorowo dalsze etapy budowy mogłyby następować po sobie bez przerw. Tymczasem budujemy z drewna o wilgotności ok 20%, które po prostu musi swoje doschnąć. Jakieś pół roku. Czyli po zakończeniu pierwszego etapu- stanu surowego otwartego, pomiędzy naszymi balami będzie sobie najpierw hulał wiatr, a później mróz (najlepiej jakby zima była mroźna mocno). To sprawi, że dom osiądzie jeszcze kilka centymetrów zanim będziemy go uszczelniać. Na zdjęciach widać przerwy pomiędzy balami. Trochę się zmniejszą, a potem pomiędzy nie będziemy dawać wypełnienie w postaci wełny i liny. Dawniej utykano takie domy mchem czyli „mszono”. Obecnie jest to praktyka zakazana u nas z powodu objęcia mchu ochroną. Jeszcze słowo odnośnie wilgotności drzewa. Nasze było ścinane zimą, czekało na budowę ok 8 miesięcy, więc swoje już odleżało. Tak na prawdę im dłużej pozwolimy drzewu naturalnie schnąć tym lepiej. Bale w trakcie takiego procesu pękają naturalnie i mniej. Chociaż spękane i tak są, co moim zdaniem dodaje im uroku 🙂

Każdy bal jest też ręcznie ciosany tu na miejscu, więc jego przygotowanie trochę trwa. W przypadku bali suszonych komorowo zazwyczaj dom przygotowuje się w „fabryce”, rozkłada go i przewozi do Inwestora, gdzie na miejscu składa ponownie w ciągu 3-4 dni. Czasem szybciej.

Budowa stanu otwartego potrwa u nas w sumie jakieś 3-4 tygodnie. Dwa już za nami. Jak widać na zdjęciach powoli zbliżamy się do połowy. Na garażu i kotłowni mamy już założone tragarze, czyli grube belki wzdłuż podtrzymujące pułap. Zdecydowałam się na proste cięcia, chociaż bardzo często tragarze są wymyślnie rzeźbione. To jednak w typowo góralskim stylu, a nie na naszych nizinach 🙂

Zdecydowaliśmy się na bale o grubości 24cm. Ściany wewnętrzne to bal o grubości 16cm, a ściany garażu mają 18cm. Jak widzicie na fotkach bal prostokątny czyli tzw płaz. Dom nie będzie ocieplany z żadnej ze stron. Zostają czyste bale i głęboko wierzę, że będzie to dom ciepły. Tak przynajmniej wnioskuję po rozmowach z kilkoma posiadaczami takich domów.

Nasze bale są jodłowo- świerkowe. W pierwszym odruchu chciałam modrzew, jednak rozmowa z wykonawcą sprawiła, że zmieniłam zdanie. Modrzew często płacze żywicą i bardzo ciemnieje, co zresztą potwierdziło się w domu, o którym wspomniałam na początku. Nie wiem jeszcze czy zdecyduję się na jakiś kolor jeśli chodzi o elewację. Najpewniej jednak chciałabym go trochę wybielić czyli wyługować. Z modrzewiem byłaby to syzyfowa praca.

Pytacie też o wykonawcę. Wysłałam mnóstwo zapytań odnośnie wyceny domu. Firmy oferowały różne rzeczy. Ostatecznie zdecydowałam się na ekipę polecaną przez koleżankę poznaną na IG (@mamaludinka macham do Ciebie). Wybudowali dom z ekipą i szczerze ich polecała. Mam nadzieję, że i ja wkrótce będę mogła i Wam polecić. Jak na razie współpraca przebiega wzorowo i jesteśmy bardzo zadowoleni (tfu tfu).

Acha, fundament robiliśmy we własnym zakresie. Zresztą większość Firm, które przysłały nam wycenę nie oferowało ich wykonania. Wszelkie wylewki, instalacje będą robione przez Firmy zewnętrzne jednak pod okiem ekipy cieśli. Zdecydowaliśmy też, że cały nasz dom oddajemy w ich ręce, czyli zrobią nam go aż do stanu tzw pod klucz. Dlaczego? Ponieważ mają doświadczenie w takim budownictwie, wiedzą jak dom pracuje i jak zachowują się bale. Boimy się, że ktoś kto wejdzie do tego typu domu po raz pierwszy i zabierze się do pracy metodą tradycyjną może narobić więcej szkód niż pożytku. Oczywiście niektóre rzeczy w miarę możliwości zrobimy sami. Ale to tak odległy temat, że jeszcze trochę wody upłynie. Póki co czekamy na zakończenie pierwszego etapu i mamy pół roku przerwy.

 

Ps. Ci z Was, którzy nas śledzą na instagramie mogą pod tagiem #takatyciabudowa wyłapać wszystkie fotki z budowy. Tych z Was, którzy nie używają IG zapraszam do oglądnięcia kilku zdjęć 🙂

 

Dzień 1 – rozładunek i podwalina.

 

Dzień 2położyliśmy pierwsze węgła. Stara tradycja mówi, by pod pierwsze węgło wrzucić pieniądze wybite w roku budowy. Mają przynieść dobrobyt domostwu. Pan, który nam stawia dom rozbierał starą austriacką chałupę i znalazł monety z 1800- któregoś roku pamiętające czasy cesarza Franciszka. Jak widzicie my też rzuciliśmy. Dość skromnie. Wcale nie ze skąpstwa ale ciężko nam było znaleźć monety o większym nominale z 2017 roku. Rozbiliśmy nawet skarbonkę Matiego, afera była na całego;)

 

Przy budowie domu z bali nie korzysta się z metalowych gwoździ. Wszystkie kołki strugane są ręcznie.

 

 

Mali pomocnicy. Mati przyszedł wyposażony zawodowo 😉

 

 

Dzień 3- jest zarys pierwszych pomieszczeń. Mam kuchnię, w której zamiast okna znalazły miejsce drzwi z wyjściem na ogród. Marzą mi się takie w stylu Dutch Door. Czy ktoś może użytkuje i mógłby powiedzieć coś więcej o ich funkcjonalności?:)

Dzień 4 – mąż dorobił się garażu i kotłowni. Zrobiliśmy też pierwsze „przymiarki” naszą Plamką 😉

Dzień 5 – dumam nad wyspą w kuchni. Chciałam jakiś akcent z cegły, w planie była jedna ściana. Ale okazało się, że ta którą sobie wybrałam na ścianę z cegły musi być z bala. Usunęłam też kawałek ściany, w związku z czym kuchnia będzie całkiem otwarta na salon. Wyspa będzie na bank, ale zastanawiam się czy nie zrobić jej np z cegły. Grzebię po sieci w poszukiwaniu inspiracji i nic specjalnego mi się w oczy nie rzuciło 🙁

Zdjęcie z sieci (klik do źródła)

 

Dzień 6 – pogoda kapryśna. Ale Panom udało się pociągnąć w górę kawałek salonu. Trwały dyskusje nad rozmiarem okna, bo w projekcie miałam kwadratowe, a ja koniecznie chce prostokątne trójdzielne. I skrzynkowe!  Szelma upodobała sobie budowę, siedzi tam całymi dniami. Panowie rzucają jej patyka, więc jest w swoim żywiole. No chyba, że sobie już lokum bookuje 😉

 

 

Dzień 7 – Prace idą do przodu. A ja zachwycam się jakie piękne drzewne kwiaty podarowała mi natura- będą ozdobą domu;)

 

 

Dzień 8- mamy prawie połowę. Oczywiście patrząc na bryłę budynku. Z zewnątrz wszystko ma jakieś gigantyczne proporcje. Ale mam już okna tarasowe przez które możemy wyglądać na otaczające nas łąki i lasy 🙂 Na budowę wkroczył mój mąż i tato. Przygotowali wylewkę pod słupy podtrzymujące dach nad tarasem i gankiem.

Dzień 9- założyliśmy pierwsze tragarze. To oznacza, że ściany garażu i kotłowni w pełni gotowe. Wystarczy na nie założyć dach. Trzy dni chodziłam i zastanawiałam się czy zrobić tragarze w prostym stylu czy nawiązać do ozdobnego góralskiego. Ostatecznie postawiłam na prostotę. Chociaż do Gór Świętokrzyskich mamy rzut beretem, jednak to nie te klimaty 😉

Następnym razem pewnie ciąg dalszy relacji. Póki co Panowie pojechali do siebie odpocząć troszkę 🙂

 

 

Życie na wsi kontra życie w mieście

Osiem miesięcy życia na wsi minęło nie wiadomo kiedy. Czas leci nieubłaganie szybko. Mam wrażenie, że jeszcze bardziej niż w mieście, w którym przecież zgodnie z opinią czas mija szybciej. Jak przez palce przelatują mi dni. Jednego dnia jest poniedziałkowy poranek, drugiego sobotnie popołudnie. Nie wiem kiedy Antek z pełzającego maluszka przemienił się w biegającego malucha. Nie ma czasu na nudę i lenistwo. Ma to związek z pracą, która w naszym przypadku trwa 7 dni w tygodniu, praktycznie cały czas kiedy nie śpimy. Takie już uroki „bycia na swoim”. Ale nie narzekam. Choć wolnego czasu często mi brak. Na dobrą książkę, na dłuższy spacer.

Ale wróćmy do życia na wsi. Wyprowadziliśmy się z Krakowa, miasta tętniącego życiem. Pełnego ludzi, których najbardziej mi brak.  Brakuje mi moich koleżanek, rozmów z nimi. Tu na wsi, mimo że jest to wieś, na którą przyjeżdżałam od narodzin najbardziej brakuje mi właśnie bratniej duszy. Koleżanki. Do pogadania, podzielenia radości i smutku także.  Wypadu na kawę, do kina nie wiążącego się z kilkugodzinnym wyjściem z domu. Kiedyś mogłam wyjść na kawę do koleżanki i wrócić po godzinie. Teraz od naszego dawnego życia dzieli mnie 100km. 1,5h jazdy samochodem. 3h jazdy w dwie strony. Każdorazowy wypad do Krakowa to całodzienna wycieczka. Wyjeżdżam rano, wracam wieczorem. Gdybym była samotna, gdybym nie miała dzieci to pewnie nie stanowiłoby dla mnie tak dużego problemu logistycznego.

Żałuję, że nie mam nikogo tu na miejscu. Może kiedyś, gdzieś w sąsiedniej wsi. Może uda się nawiązać nić porozumienia. A póki co czuje się trochę jak outsider. Trochę dziwnie na mnie patrzą jak wyjadę poza granice mojej wioski. Bo na mojej wsi to jestem u siebie. Wychowałam się tu, przyjeżdżałam na każde wakacje, weekendy. Ale wystarczy, że wybiorę się do pobliskiego miasteczka. I już jest inaczej. Inaczej ludzie podchodzą. Zwłaszcza Ci, którzy wiedzą,że przyjechaliśmy z miasta. Matki kolegów i koleżanek z przedszkola Matiego dziwią się. Pamiętam ich wyraz twarzy po pierwszym spotkaniu w przedszkolu, gdy kilka z nich dowiedziało się, że my z Krakowa na naszą wioskę się wynieśliśmy. One chętnie, ale w drugą stronę. Traktują mnie trochę jak „obcego”. Przecież nie jestem stąd. Tu wszyscy się znają. Chodzili ze sobą do przedszkola, szkoły. Zaliczali wspólne imprezy. Wiedzą co w trawie piszczy. A ja nie wiem nic. Panują tu zupełnie inne zwyczaje, o których dowiaduje się zwykle po fakcie. Kiedy już człowiek walnie swoje faux pas. Czasem nie potrafię się w tym świecie odnaleźć. Mimo, że się staram.  Oni też się starają, są przecież mili i uprzejmi.  Ale mimo wszystko trzymają dystans, który jest odczuwalny.

Brak bratniej duszy w podobnym do mojego wieku to minus. Największy mojego życia tutaj. I chyba jedyny przeszkadzający mi.

Odległość od wielkiego miasta ma tylko znaczenie w przypadku krótkich wypadów. Gdy chce jechać na dłużej, bo taką mam potrzebę to od czasu do czasu mogę to przecież zorganizować tak, że dzieciaki nie ucierpią. Zwłaszcza, że mam cudowną mamę, która zajmuje się nimi bez mrugnięcia okiem. Gdy wyjeżdżamy razem z mężem coś załatwić to i mój tata chętnie pomaga. Odbierze Matiego z przedszkola, weźmie Antka na spacer. Pod tym względem mam komfort nieporównywalny do życia w Krakowie. Tam albo musiałam wyjść sama bez męża, albo wychodziliśmy w trójkę, a potem po narodzinach Antosia w czwórkę.

Na wsi jednak nie rozmyślam zbytnio o tych wyjściach. Choć w promieniu 20km znajdzie się dobra pizza, dobra kawa, kino z najnowszymi produkcjami. Mamy basen, pyszne lody (a tak było mi żal krakowskich Argasińskich). Mamy też przewagę nad miastem – mnóstwo lasów, by pójść na spacer i pooddychać świeżym powietrzem. A to właśnie jakość powietrza jest niezaprzeczalnym plusem życia na wsi. To naprawdę czuć. Nie śmierdzi. Ba, powietrze pachnie. Oddycham pełną piersią. Dzieci nie chorują (tfu tfu). Mieszkamy w wiosce, otoczonej z dwóch stron lasem, choć powoli i trzecia strona zaczyna zarastać. Razem z nami żyje mnóstwo dzikich zwierząt. Jest pełno saren, jeleni, lisów, zajęcy. Są bobry. Każdego dnia słychać żurawie zamieszkałe tuż obok. Nasza działka jest na samym kraju wsi, przy drodze do lasu. Widok  z sypialnianego okna będziemy mieć na sosny kołyszące się na wietrze. Z tarasu będziemy oglądać stado jeleni. Przychodzą każdego dnia do nas. Kilkanaście sztuk. Zwykle 14. Mniejsze i duże. Taka gromadka robi wrażenie. Lubią naszą działkę. Mają gdzie się schować, bo na jej końcu znajduje się brzozowy lasek.

Uwielbiam ten aspekt wiejskiego życia. Możliwość obcowania z naturą. Z jej mieszkańcami. W mieście to było niemożliwe.

Staram się wygospodarować choć małą chwilę i korzystać z tej możliwości ile mogę. Doceniam dar.  W tym roku zakładam swój własny ogródek. Z warzywami, które już posiałam i pięknie wzeszły. Chciałabym pracą własnych rąk wyhodować pożywienie dla siebie i swojej rodziny. Wolne od chemii. Mam taką możliwość, czego nie mogłam zrobić mieszkając w Krakowie. To kolejny ogromny plus życia na wsi.

Mogę być sobą. Nie muszę się martwić sąsiadami. Każdy kto mieszka lub mieszkał w bloku wie o co chodzi. Chociaż w Krakowie mieliśmy naprawdę super sąsiadów, którzy nigdy nie narzekali na hałasy dobiegające spod „piątki”  to mimo wszystko zawsze miałam obawę, że Pani Marysia mieszkająca pod nami ma dość Matiego jeżdżacego na plasma car czy Szelmy szczękającej na balkonie (choć robiła to jak to labrador raz na ruski rok). Dziecko moje wracające z placu zabaw nie jeden raz było słychać na 9 piętrze, wiem bo kilka razy wspominała o tym mieszkająca tam koleżanka. Zawsze gdy kłóciłam się z mężem, a my z tych co kłócą się głośno i intensywnie miałam wrażenie, że cały blok nasłuchuje przez ściany i zwyczajnie potem było mi głupio. A ściany mieliśmy grube, bo mieszkaliśmy w bloku z wielkiej płyty. Nie te cieniutkie kartonowe jak we wszystkich nowych blokach. Na wsi nie muszę się o to martwić. Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami jest sprawą mieszkańców domu. Nikt nic nie słyszy. Mam ochotę poskakać na skakance, robię to. Nawet o 12 w nocy. Zrobić grilla na balkonie. A proszę bardzo.Chociaż w krk też robiliśmy elektrycznego i nikt nigdy nie zgłaszał obiekcji. Dziecko wyje na cały regulator wczuwając się w Elzę? A niech ma tę moc!

Kiedyś spotkałam się z zarzutem, że na wsi nie można być anonimowym. Że w mieście wychodzisz, nikt Cię nie zna. Robisz co chcesz, nikt nie ocenia. Pewnie sporo w tym racji. Ale czy to aby na pewno jest plus? Nasza wieś jest malutka, mamy ok 20 domów. Niektóre samotne, bo właściciele pomarli. Każdy każdego zna. Wie o innych sporo. Jesteśmy jak rodzina i jest w tym sporo prawdy, bo praktycznie w co drugim domu jakoś się więzy krwi splatają. Ale nie wiem czy sąsiadka spogląda przez firankę, gdy idę z chłopakami na plac zabaw i czy myśli sobie „oho! znowu nie ubrała im czapeczek”. Nie wiem, bo nie mam zwyczaju gapienia się w cudze okna. Ale nawet jeśli to szczerze mówiąc równie dobrze mogłaby robić to sąsiadka w mieście. To nie kwestia tego gdzie ktoś mieszka, a charakteru po prostu. Nie odczułam przez te 8 miesięcy, by ktoś z naszej wioski mnie oceniał. Mnie, moje dzieci, moją rodzinę. Owszem, czasem ktoś zagadnie, z ciekawości zapyta o nasze plany. Przez to, że jest tu dom rodzinny mojej mamy, a ja sama się tu praktycznie wychowałam nie czuję skrępowania. Mogę zostawić Matiego na placu zabaw i poprosić Pana Zenka mieszkającego tuż obok, by miał na niego oko przez płot, gdy ja na chwilę wyskoczę do domu po zapomnianą zabawkę. W Krakowie w życiu nie zostawiłabym Mateusza samego na placu zabaw. Tu sam wsiada na rowerek i jedzie do swojego kumpla  z przedszkola dwa domy dalej, jeśli akurat jest u dziadków. Bartek też przychodzi do nas i nikt się nie krępuje. Serio, nie ma skrepowania i sztywności. Listonosz wchodzi do domu, czasem zapuka, a czasem nie. Jak nas nie ma w pobliżu to list czy paczkę zostawi na ganku. Albo u babci. Nie wypisuje awiza i każe jechać 3km na pocztę. Ludzie się znają, ufają sobie. Jeden drugiemu życia nie utrudnia. Nie wiem czy podobny luz czułabym gdybyśmy zamieszkali na działce, którą kupiliśmy pod Krakowem. Pewnie nie.

Nikt nie komentuje mojego sposobu wychowania i podejścia do życia. Ja się trochę wyłamuje z utartych tu schematów. Nikt nie czyta dogłębnie internetów, nie studiuje najnowszych zaleceń. Dzieci jedzą słodycze, jeżdżą na poddupnikach, oglądają telewizję, ale są szczęśliwe. Ich mamy także. I co ważniejsze nie w głowie im przekonywanie mnie, że skoro robię inaczej to nie mam racji. I choć często boli mnie serce na słodkie napoje w przedszkolu to słowem się na głos nie odzywam. Bo Mati ma najcudowniejszą Panią jaką tylko mógł mieć. Pokazuje im świat w każdej odsłonie. Głównie w tej kolorowej. Pozwala się bawić, bo dzieciństwo jest czasem zabawy, a na naukę przyjdzie swój czas. Mati uwielbia chodzić do przedszkola. A jak przyjeżdżam po niego to widzę jak szaleje z kolegami, cały w wypiekach na buzi z zadowolenia. Nikt nie stawia do kąta za to, że jest się dzieckiem z masą energii. Pani Ula znajduje sposób na to, by tą energię dobrze rozładować. Czuję, że jest przywiązana do każdego dziecka w swojej grupie. Nie czułam tego w Krakowie, chociaż Panią Alicję również bardzo miło wspominamy.

Jest jednak jeszcze coś co mi przeszkadza. W Krakowie gdy chciałam zrobić coś co wymagało pomocy fachowca, wystarczyło, że wybrałam numer a za godzinę słyszałam dzwonek do drzwi. Zasada ja płacę, więc oczekuję, że traktujemy się po partnersku. I ktoś szanuje mój czas. Tu spotykam się z trochę innym podejściem. Umawiam się z gościem, że w poniedziałek przywiezie mi ziemię. Mija poniedziałek, wtorek, czwartek. Pana nie ma. Nie dzwoni i nie mówi, że coś mu wypadło. To ja muszę zadzwonić i dowiedzieć się dlaczego nie przyjechał. Nie ma zbyt wielu usługodawców, więc nie ma konkurencji.Jesteś zdany na usługi konkretnej osoby, więc czekasz. Obecnie mi to przeszkadza. Może za kilka lat wsiąknę w system i będę zachowywać się podobnie?

Na koniec wrócę jeszcze do odległości, bo przyszło mi na myśl, że na ten tekst trafią osoby zainteresowane przeprowadzką z miasta na wieś. Charakter naszej pracy sprawia, że pracujemy u siebie. Ne wiąże się to z dojazdami do pracy i czasem, który musielibyśmy poświęcić na ten dojazd. Gdybym musiała każdego dnia wstawać godzinę lub dwie wcześniej, stać potem w korku to pewnie miałabym dylemat. Chociaż swego czasu kupiliśmy działkę pod Krakowem oddaloną o 20km i to było takie maksimum, które zgodziliśmy się wtedy pokonywać w drodze do pracy. Tu dojazdy wiążą się tylko z dowozem Matiego do przedszkola. Mamy do niego 3km. Wozimy syna autem, chociaż jeździ autobus. Przy okazji rano zaopatrujemy się w świeże pieczywo, a popołudniami mąż i tak przeważnie wraca skądś i go zgarnia. Póki co nie mamy z tym problemu. Być może pojawi się jak chłopaki będą starsze, gdy pójdą do szkoły średniej, a potem może na studia. Jednak wiele dzieci wychowanych na naszej wiosce świetnie sobie w życiu dało radę, jestem pozytywnej myśli, że moi chłopcy też podołają 🙂

Dla mnie obecne życie tu jest lepszym wyborem niż miasto. Plusy zdecydowanie przeważają nad minusami. Każdy jednak patrzy ze swojej perspektywy. Mam już swoje lata (oho! jak to zabrzmiało) i doceniam spokój, który mnie otacza. Będąc nastolatką czy nawet zaraz po ślubie, zanim na świecie pojawiły się dzieci nie myślałam tymi kategoriami. Teraz jest zupełnie inaczej. Jak się tu przeprowadziliśmy miałam wrażenie, że zrobiliśmy to z myślą o dzieciach. Dziś wiem, że zrobiliśmy to również dla siebie.

 

Zima na budowie

Jeszcze trzy miesiące. Około. Tyle musimy czekać, aż wióry zaczną lecieć, a nasz dom zacznie nabierać kształtu. Jesteśmy umówieni na maj.Wtedy przyjedzie ekipa i ruszą prace. Oczywiście wszystko będzie zależało od pogody, więc mam szczerą nadzieję, że wiosna w tym roku nie okaże się kapryśną Panią. W każdym bądź razie drzewo już od jesieni zimuje i czeka na budowę. A ja razem z nim. Choć cierpliwość nie jest moją najmocniejszą cechą charakteru, muszę przyznać, że oczekiwanie ma swoje plusy. Mam więcej czasu na zastanowienie się czego tak naprawdę chcę, na naniesienie pewnych małych drobnych poprawek. Mam czas by jeszcze dopytać o coś, o czym wcześniej nie pomyślałam.

 

Ja bardzo często robię wszystko na hura, wiedziona impulsem. Potem trochę żałuję. Tak było jak remontowaliśmy nasze mieszkanie przed ślubem. Pamiętam jak u stolarza zamawiałam kuchnię w kolorze wenge. Przez mój pośpiech przy okazji zamówiłam meble do salonu, sypialni i przedpokoju. W kolorze wenge oczywiście. Dobrze, że brakło nam kasy na łazienkę, bo i tam musiałabym przez kolejne lata oglądać ten kolor. I płakać nad własną głupotą. Dlatego cieszę się, że z musu zostałam przystopowana w realizacji swoich planów.

 

Zima na budowie to dobry czas, by poplanować, przyjrzeć się temu co sobie założyliśmy. Niewiele się dzieje, bo pogoda na to nie pozwala. Mróz ściął wszystko na kość. Korzystając z chwilowego ocieplenia nadganialiśmy prace, które mogliśmy. Tym samym udało nam się wstawić okna do budynku gospodarczego. Okna, które miały być gotowe już w październiku. Ale tak to jest, gdy człowiek sobie wymyśli coś, co nie jest ogólnie dostępne w sklepach. Czas przygotowania się wydłużył, potem trochę czekaliśmy na szyby. W każdym bądź razie już są. Takie jak chciałam. W wiejskim stylu, rozwierane na pół, dzielone na górze. Zamykane na haczyki, jak dawniej u mojej babci. W budynku jest takie jedno, pozostałe trzy są w klasycznym kształcie.

Takie same okna będą w całym domu. Choć w planie projektant naniósł zupełnie inne, kwadratowe. Nowoczesne. Któregoś dnia jak grom z jasnego nieba spadła na mnie myśl, że przecież będą się różnić. Że wcale a wcale nie pomyślałam o ich kształcie. Skupiłam się na ilości, na tym, że mają być skrzynkowe. A zapomniałam o tym, że chce wyższe. Chce nawiązać do wiejskiego stylu. W końcu budujemy się na wsi. Typowej wsi ze swoimi wszystkimi urokami.

Poza oknami udało nam się też zrobić podbicie w budynku. Mamy piękny, drewniany sufit. Boguś wyłożył też wełnę. Miało zrobić się cieplej, ale nie jestem pewna czy to dużo dało. Bez całkowitego ocieplenia budynku możemy tylko pomarzyć o tym, że temperatura wewnątrz podczas mroźnych zim będzie znośna pomimo ogrzewania. Oczywiście ocieplenie jest w planie, ale dopiero jesienią. Budynek będzie biały z dodatkami drewnianymi. Na wzór starych, wiejskich chat. Myślę, że będzie pasował do naszego drewnianego domu. Planujemy w nim zrobić część stolarni.

Zimą testujemy naszą piwniczkę. Niestety pomimo wstawienia drzwi okazało się, że nie jest pokryta wystarczającą warstwą ziemi. Wnętrze pokryło się lodem i utrzymywała się temperatura ok -1 . Oznacza to, że wiosną będziemy musieli dowieźć ziemi i dodatkowo ją obsypać. Choć i tak było to w planie, może nie w takiej ilości. Planuję posadzić na niej bluszcze, by całkowicie pokryły jej wierzch swoimi liśćmi. Tej zimy Mati korzysta i służy mu jako górka, z której może zjeżdżać na sankach.

I to byłoby na tyle prac związanych z budową. Pozostałe to plany. Na wiosnę. Lista rzeczy, które musimy zrobić zanim na działkę wjedzie ekipa budowlana. Musimy uporać się z rozłożeniem instalacji wodnej, zalać fundament do końca. To już w marcu, jak tylko trochę się ociepli. W budynku gospodarczym czeka nas rozciągnięcie instalacji wodnej, postawienie ścianek działowych.

Moja głowa zaprzątnięta jest też planowanym ogrodzeniem. Jak się domyślacie będzie po wiejsku, więc płot typowo ze sztachet. Drewniany. Popuściłam trochę fantazji i zrobię je zdobione. Ten sam motyw zdobienia chciałabym powtórzyć na domu i wykończeniu budynku. Pokażę Wam w następnym poście dotyczącym budowy, bo pierwsze sztachety mamy zamiar zamawiać już niebawem.

Rozmyślam też o wiośnie z myślą o założeniu ogródka. Nakupiłam całą masę nasion. Mam zamiar zrobić warzywniak, będzie miejsce na kwiaty. Chciałabym wyhodować coś swojego, zdrowego. By mieć co włożyć zimą do piwniczki : ) Pomysł mam, plan także. Czeka mnie tylko sporo pracy, bo wymyśliłam uprawę metodą Back to Eden Garden, której przyglądam się od długiego czasu i jestem nią zafascynowana. Jeśli ktoś z Wam ma doświadczenie będę wdzięczna za podzielenie się radami 🙂 A jeżeli jesteście ciekawi metody chętnie podzielę się z Wami swoją wiedzą i tym jak zabieram się do pracy. Dajcie tylko znać, że temat Was interesuje 🙂

Mielony kotlet

Czasem mi tego brakuje. By usiąść w spokoju, z kubkiem ciepłego soku z czarnego bzu. Przelać myśli tłamszone od dłuższego czasu. Zalogować się do wirtualnego świata i podzielić z Wami swoimi spostrzeżeniami. Napisać Wam, że mi Was brakuje. Że tęsknię. Przyznać Wam się, że często mi się nie chce. Bo zwykle brakuje czasu, by się móc skupić, ale często jest i tak, że lenistwo bierze górę. I myślę sobie wtedy – jutro- jutro napiszę na pewno. Mija jednak jutro, kolejny dzień, a po nim jeszcze jeden. Kolejne „POJUTRO” jak mawia Mati. Spoglądam na bloga, udając sama przed sobą, że wcale nie minął miesiąc czy dwa. Jedni twierdzą, że potrzebują przerwy. By nabrać dystansu, zatęsknić. Też tak sobie tłumaczyłam na początku. Ale potem mijały kolejne dni, a ja wcale nie czułam, że to już czas na powrót. Ogarnęła mnie niemoc. Im dłużej nie piszę, tym bardziej mi się tego robić nie chce. Zgubiłam radość blogowania. Piszę to z przykrością. Ale wiem, że to co mam do zaoferowania swoim czytelnikom nie jest niczym nadzwyczajnym. Rany Julek, nigdy nie było. Tylko kiedyś wyglądało to zupełnie inaczej. I właśnie za tym tęsknię. Nie za samym blogowaniem, tylko za wspomnieniami. Bo gdybym wiedziała, że jest i będzie jak kiedyś to pewnie i ochota by była. A tak to.. Nie dla mnie cały ten obecny interes. Tu trzeba studia z marketingu i psychologii ukończyć.  Tak kochani, blogowanie to ciężka orka. To wyścig szczurów, którego szczerze nienawidzę.

Trzeba być przebojowym, rozpychać się łokciami. Podstawić drabinę i wepchnąć się oknem, gdy wywalają Cię przez drzwi. A ja?

Nigdy taka nie byłam. I wiem, że nigdy taka nie będę. Niestety. Bo to, by mi w życiu sporo ułatwiło.Za to jestem taką zwykłą szarą myszką. Zwyczajną mamą dwójki chłopców.  Z problemami jak każdy. Ze swoimi rozterkami i radościami. Kiedyś to wystarczyło, czułam się wśród swoich. Naturalnie. A teraz? Czuję presję. I nie fajnie mi z tym.

Dawno temu, w pewnym poradniku dla blogerów przeczytałam, że ludzie nie chcą oglądać mielonego na talerzu, skoro mają go na co dzień. Każdy lubi podglądać życie kogoś, kto ma zupełnie inaczej. Bloger powinien być jak schabowy. Co najmniej.

A ja jestem właśnie jak mielony. Zwyczajna do bólu. Chodzę po domu w dresie, wściekam się na męża, na obiad gotuję pomidorową z ryżem i nie cierpię sprzątać.

Ale… Byłam kilka dni temu w Warszawie. Spotkałam się z moimi dawnymi koleżankami, blogerkami. Mam takie malutkie grono z dawnych lat i to głównie dla nich wsiadam w pociąg i pokonuję blisko 200km. To trochę jak podróż w czasie, bo wiem, że spotkam się z osobami, z którymi coś jeszcze mnie łączy. Te spotkania przywołują wspomnienia. Piękne wspomnienia dobrych chwil. Chwil, za którymi właśnie tęsknię. Zaczynałyśmy pisać w tym samym czasie, w podobnym czasie też przyszły na świat nasze dzieci. To były na serio fajne chwile. Inny świat. Choć minęło dopiero kilka lat.

Wracając do domu sporo rozmyślałam o tym co tam usłyszałam. O swoim miejscu w blogosferze. O sobie samej. O mojej tęsknocie za przeszłością. Zastanawiałam się czy jest tu jeszcze dla mnie stołek, czy znajdzie się ktoś kto wpadnie na tego kotleta. Lekko odgrzanego. Mielonego z codzienności.

I potem wieczorem odezwała się ona. I napisała mi. Nie dowiesz się dopóki nie spróbujesz. Zacznij znów dla nich gotować. Zobaczysz czy im smakuje…

Spróbuję. Wg starego, znanego mi przepisu.

 

Jak dobrze trafić z prezentem? Nasze hity prezentowe roku 2016

Z prezentami jest jak z obiadem. Dobrze jest dobrze zjeść, gdy nie trzeba gotować. I wymyślać, bo to dla mnie zawsze największy problem. Gdy z ust męża pada pytanie „co na obiad?” odechciewa mi się wszystkiego. I z prezentami jest podobnie. Gdy wiem, że ktoś o czymś marzy to ograniczać mnie może jedynie budżet. Gorzej gdy trafiamy na kogoś, kto już wszystko ma, nic mu nie jest potrzebne, niczym specjalnym się nie interesuje. Można oczywiście obdarować taką osobę mniej wymyślnym (czyt. oklepanym) prezentem, ale ja zawsze staram się, aby mój dar sprawił drugiej stronie przyjemność. Tylko, że zazwyczaj dylemat co dać sprawia, że długi czas zastanawiam się, jeszcze dłuższy szukam i zdecydowanie nie jest to co misie lubią najbardziej.

Z dzieciakami w sumie nie ma większego problemu. One zawsze czymś się fascynują, coś jest na topie. I marzą. O nowych klockach, nowym wozie strażackim, parowozie czy domku dla lalek. Rodzice doskonale widzą czym zauroczona aktualnie jest ich pociecha. Tylko co zrobić gdy maluch ma już pokaźną kolekcję figurek z ulubionej bajki, a nic poza tym go szczególnie nie interesuje? Gdy pół domu zawalone jest zabawkami, a dziecko chce kolejną? No cóż,  w naszym przypadku doskonale sprawdza się… perswazja 😉 Już Wam tłumaczę o co chodzi. Mati jest ogromnym fanem pociągów. Od dwóch lat. Właściwie na każdą okazję mógłby dostawać ciuchcię. Znacie to? No, ale ile można? Gdzie to wszystko trzymać? Ciuchcie z duplo, drewniane kolejki, zestaw z Tomka, Stacyjkowa,pojedyncze egzemplarze wynalezione na sklepowych półkach, straganach. I do tego elektryczna, profesjonalna kolejka dla hobbystów. Przygody Tomka, Ekspres polarny obejrzane milion razy. Do tego wycieczki do muzeum parowozów, na przegląd makiet. O ile mamy taką możliwość i jest okazja. Fajnie, że dziecko ma hobby, swoje zainteresowanie…ale może już czas żeby zafascynować go czymś jeszcze? 😉 Nie chodzi o to, by porzucał dotychczasowe hobby, ale by otworzył się także na nowe. By w sytuacji, w której babcia, dziadek, ciocia czy ktoś inny pyta co kupić dziecku Ty będziesz mieć problem z odpowiedzią. A nie machinalnie odpowiesz „ciuchcię!”.

Dzieci są wzrokowcami, w mig łapią czym interesują się ich rówieśnicy. I my to trochę wykorzystaliśmy. Gdy mieszkaliśmy w Krakowie Mati niespecjalnie interesował się jazdą na rowerze. Pomimo rowerostrady tuż pod blokiem nie załapał, że jazda może być frajdą. Do czasu, aż przeprowadziliśmy się na wieś i zakumplował się z Mikołajem. Rówieśnikiem, który pewnego dnia dostał rowerek z pedałami. O rowerze zamarzył i Mati. Baliśmy się jednak, że może to być chwilowa fascynacja i zupełnie przypadkiem zastosowaliśmy mechanizm perswazji. Zaczęliśmy go nakręcać na ten rowerek, mówiąc, że dostanie go na urodziny. Termin dość odległy, bo Mati jest z listopada, a rzecz się działa pod koniec lipca. Gdy widzieliśmy, że co raz chętniej sięga po swoją biegówkę, że wspomina o rowerze z pedałami kupiliśmy… skarbonkę. I uzgodniliśmy, że będziemy wrzucać tam wszystkie pieniążki, które uda nam się zaoszczędzić nie kupując tanich, przypadkowo napotkanych podczas spożywczych zakupów zabawek (do tej pory to była plaga – w koszu wylądowała cała sterta zepsutych po 1 dniu zabawek).  Im cięższa robiła się skarbonka tym większe było wyczekiwanie prezentu, a tym samym i zainteresowanie rowerem . Aż któregoś dnia doszliśmy do wniosku, że to już czas i rowerek kupimy. Dużo przed urodzinami, bo byliśmy pewni, że prezent go naprawdę ucieszy, a chcieliśmy by z niego skorzystał przed zimą.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że to jest dobry sposób by zainteresować malucha czymś jeszcze i wykorzystać to przy okazji innych zbliżających się okazji. By prezenty, które wybierze nie wylądowały w kącie po kilku minutach zabawy. Gdy zbliżały się Mikołajki poprosiłam Matiego, abyśmy usiedli i napisali list do Świętego. Nie byłam zdziwiona, gdy parowóz pojawił się jako jedna pozycja z wielu. Wiedziałam, że się pojawi, bo w dalszym ciągu jest to zainteresowanie nr 1. Ale pojawiły się też pozycje, które podłapał z zabaw w przedszkolu czy z naszych sugestii. Słuchamy gdy o czymś mówi i staramy się to wyłapywać. Mój mąż pod tym względem jest mistrzem. Gdy jest to coś czego jeszcze nie ma, coś co fajnie wpłynie na jego rozwój, staramy się podsycać zainteresowanie. Jeśli mu szybko nie minie istnieje szansa, że prezent zajmie go na dłużej. Oczywiście nie zawsze sprawdza się to w 100%, ale zazwyczaj odnosimy sukces.

Poniżej prezenty, które były hitem w roku 2016. Może zainspirują Was – do małej perswazji jeśli macie dość strażaków/ciuchć/czegokolwiek.

dziecko-prezenty

 

  1. Wspomniany rowerek. Ale równie dobrze może to być cokolwiek innego wymagającego ruchu na świeżym powietrzu. Hulajnoga, trampolina, piłka do skakania. Nasz rowerek to KidsBike. Dostępny w sklepach BMW.
  2. Płyta z nową bajką. Wiem, wiem trochę mało pedagogiczne. Ale są takie dni, kiedy pogoda za oknem nie sprzyja, dziecko nie w przedszkolu, a Ty musisz posprzątać/ ugotować obiad/ popracować. Ps. nie ograniczaj się do klasycznych wyborów. I nie sugeruj aktualnymi zainteresowaniami. U nas hitem okazała się Kraina Lodu, choć w życiu nie podejrzewałabym Matiego o zainteresowanie tą bajką.
  3. Ale czasem nawiąż do zainteresowań. My połączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Nigdy nie mieliśmy problemów z higieną jamy ustnej, ale odkąd Tomek dba o odpowiedni czas mycia ząbków Mati mógłby je myć non stop. Tomek to zestaw dr Fresh. Znajdziecie w wielu sklepach internetowych.
  4. Czasem coś co nam się podoba, nie koniecznie będzie podobało się dziecku. I na odwrót. Lampka Miffy znalazła się u nas jako rekwizyt do zdjęć. Przysłużyła się jednak odganiając nocne lęki i to Mati zadecydował, że z nami zostanie.
  5. Klocki. U nas akurat duplo. To jedyna zabawka przed której kupnem nie oponuję. Wiem, że będzie się bawił dziś, jutro, za miesiąc i rok. Mamy naprawdę ogromną kolekcję poupychaną w pudełkach i nie ma dnia, by to wszystko nie było w użyciu. Nie ma znaczenia jaki zestaw kupię/ kupi ktoś bliski. Zawsze jest trafiony i sprawi radość.
  6. Domek garaż także był pomysłem Mateuszka. Potrzebowaliśmy czegoś do przechowywania pokaźnej kolekcji autek. W pierwszej kolejności powstała ciuchcia. To był jednak mój błąd, bo pokoik zrobił się monotematyczny (wszędzie te ciuchcie!). A chodziło mi przecież o małe odwrócenie zainteresowań. Dlatego gdy padło hasło garażu powstał domek. Dziś na ścianie wisi ich kilka i codzienne parkowanie całego dobytku pochłania sporo czasu, a przy tym sprawia sporo frajdy.
  7. i 8. Puzzle i gry. U nas królują od dłuższego czasu, zmienia się tylko ich ilość i poziom trudności w układaniu. To całkiem prosty i przyjemny sposób na zainteresowanie malucha danym tematem. Wystarczy wybrać te z motywem, który nas interesuje. Jeśli chodzi o jakość to my najchętniej sięgamy po te z Czuczu i Trefl.

 

Z młodszym dzieckiem powyższe dylematy jeszcze nie są aktualne. Ale gdybyście nie wiedzieli co podarować okruszkowi to pokazuję co sprawdziło się u nas odkąd w domu pojawił się Antoś 🙂 Możecie też podesłać babciom, ciociom, wujkom, znajomym, którzy chcą wpaść z prezentem.

 

niemowle-prezenty

 

  1. Mata wielofunkcyjna do zabawy. Miałam przy Matim, kupiłam też dla Antosia. Postawiłam na markę Ebulobo, bo zdecydowanie przemawia do mnie ich wzornictwo. Bardzo dobre wykonanie, żywe, intensywne kolory (dzieci to lubią), super jakość. Warte każdej wydanej złotówki.
  2. Słyszałam, że nie na wszystkie dzieci działa szum Misia (doprawdy nie wiem jak to możliwe? 😉 ). Ale nawet jeśli nie to miś na bank będzie super pamiątką, gdy na jednej z nóżek można poprosić o wyhaftowanie dowolnego napisu 🙂
  3. Każdy dzidziuś pewnego dnia przestaje być małym dzidziusiem i poza mlekiem zaczyna interesować się innymi pokarmami. Talerzyk, miseczka, a nawet cały zestaw na bank będzie super przydatnym prezentem. Na zdjęciu nasz wybór od Jour de Paris- z serii Farma.
  4. Suchy basen jest u nas hiciorem. Nie ma dnia bez wygłupów w piłkach. Bawią się oboje. Mati ogląda w nim bajki, czyta książeczki. Nie wyobrażam sobie, żeby go już w domu miało nie być. Doskonale wpływa na rozwój dziecka (ruch, stymulacja). Zakopujemy w piłkach różne rzeczy i bawimy się w ich wyszukiwanie. Rozkładamy na podłodze pudełka i z basenu rzucamy piłkami starając się trafić do pudełek.  Nawet sprzątanie porozrzucanych piłeczek nie jest takie straszne gdy robimy to wspólnie.
  5. Attipasy to świetny pomysł na pierwsze buciki dla malucha. Pisałam o nich już przy okazji pierwszych kroków Matiego. Nie zmieniłam zdania przez 3 lata. Dalej je uwielbiam i dalej polecam. Te w świątecznym wzorze są cudne i na prezent idealne.
  6. Który maluch nie lubi się bujać? Znacie takiego? Jeśli nie mamy miejsca na domową huśtawkę (ubolewam, my teraz nie mamy gdzie jej zawiesić) to możemy w pokoju zameldować np Wilka 🙂 Mati miał konika, ale zasada bujania ta sama. Marka ta sama co maty, więc nie muszę dodatkowo zachwalać 🙂
  7. Każdy maluch pewnego dnia dostaje gryzaczek. Ja wiem, że nieprzerwalnie króluje żyrafa Sophie, ale gryzaczki z literkami są dla niej mega konkurencją. Są równie fajną pamiątką, bo spersonalizowaną. Do tego mają tasiemki, które przyciągają malucha jak magnes. Gryzak towarzyszył nam od samego początku. Najpierw wisiał i przyciągał Antosia wzrok, potem zaczął łapać za tasiemki, by w końcu ulżyć dziąsełkom. Teraz spoczął w moim pudełku z pamiątkami. Kiedyś pokażę wnukom 🙂
  8. Pod pierwszym zdjęciem wspomniałam o prezentach, które wydają nam się zupełnie abstrakcyjne jeśli chodzi o dane dziecko. A jednak się sprawdzają. Drewniany tort wbrew moim przewidywaniom okazał się super dla rocznego Antosia. Frajda ze składania elementów bardzo duża. Bawi się z bratem, ale najczęściej sam. Chociaż zdecydowanie małe elementy dekoracyjne musiałam pochować. Torcik trafił do nas podczas spotkania w Warszawie, tam też poznałam sklep PATATOY. Istne pogotowie prezentowe. Znajdziecie w sklepie ABSOLUTNIE wszystko, ABSOLUTNIE dla każdego.To jedno z takich miejsc, w którym kupicie prezent dla niemowlaka, przedszkolaka i starszaka. Na blogu sklepowym dodatkowo znajdziecie więcej ciekawych pomysłów 🙂 A jeśli sami nie dacie rady wybrać, wyślijcie alert, podając budżet, wiek dziecka i płeć. Dziewczyny, tfu! Elfy Świętego Mikołaja szybciutko pomogą Wam się na coś zdecydować 🙂

 

Mam też małą ściągę dla Panów – tzn dla kobietek i ich Mikołajów 😉

 

kobieta-prezenty

 

  1. Taki gadżet, ale dość uroczy. Lusterko w sam raz do torebki. Ale gdy je wyciągam to zawsze wzbudza uśmiech, nie tylko mój 🙂
  2. Na ten obiektyw chorowałam dłuższy czas. No dobra, nie na ten konkretny, bo miałam ogromny dylemat wybierają szeroki kąt. Dlatego gdyby ktoś poszukiwał to szczerze polecam -Sigma 10-20mm od pół roku ze mną. Zaprzyjaźniliśmy się całkiem dobrze i co raz bardziej jestem zadowolona ze swoich zdjęć 🙂
  3. Nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie w tym roku. Ubolewam bardzo, jednak kilka pozycji udało mi się przeczytać, a Sekretne życie drzew zostało głęboko w moim serduchu. To książka zdecydowanie dla takich sentymentalnych babek jak ja 😉
  4. Lubicie świąteczny czas? Tę piękną, kolorową otoczkę? Bo ja bardzo. Dla gadżeciarzy mojego pokroju powstała drewniana choinka półka.
  5. Odkąd mieszkamy na wsi zmieniłam sporo swoich starych przyzwyczajeń. Życie tu samo narzuca by było zdrowiej, lepiej, naturalniej. A odkąd poznałam kosmetyki Phenome praktycznie nie sięgam po inne. A już na pewno nie kupuję nic ogólnie dostępnego w pobliskiej drogerii. O moich naturalnych wyborach bez chemii (nie tylko kosmetycznej) opowiem Wam następnym razem.
  6. Nowy telefon to była mała (!) fanaberia z mojej strony. Przyznaję. Mój stary iphone cieszył się dobrym zdrowiem, mimo że był ze mną od 3 lat. Wiedziałam, że jeśli kiedyś będę wymieniać na inny to tylko na tę samą markę. Nowy telefon to zawsze dobry prezent. Ale pisząc list do Mikołaja nie spodziewałam się, że byłam aż taką grzeczną dziewczynkom. Chociaż podobno trochę zołzowatą.
  7. O biżuterii z mleka pisałam Wam już w jednym z postów. Powtarzam się, wiem. Ale serio to bardzo fajny pomysł na prezent. Będziecie zadowolone! 🙂

 

A dla Pana mężczyzny? No cóż, mój mąż jest typem z początkowego opisu. Listów do Mikołaja nie pisze,  nic mu nie jest potrzebne, wszystko ma. A jedyna rzecz o jakiej aktualnie marzy to powrót do pewnego, dawnego hobby, które aktualnie jest poza moim zasięgiem finansowym (pkt 1). Ale jak każdy coś chciałby dostać.

mezczyzna-prezent

Dlatego chyba będzie musiał się zadowolić bardziej oklepanym (choć moim zdaniem wciąż wyjątkowym!) prezentem w postaci np  skarpetek od Jemsushi (2) 😉 Albo klasycznym porfelem spod lady (3). A jako, że ulubione określenie mojego męża na wszystko co mu podstawiam pod oczy podczas zakupów ciuchowym to „DZIADOSTWO”  jest więc spora szansa, że i taka koszulka trafi pod choinkę (5) 😛 Ewentualnie powrócę do pomysłu sprzed lat i otrzyma kolekcję płyt ze swoim ulubionym serialem (4) 🙂