Budowa domu z bali cz.2

Zbieram się za wpis dotyczących dalszych losów budowy naszego domu z bali od dłuższego czasu. Takie miałam plany, że będę na bieżąco wrzucać postępy z naszej budowy, ale jak zwykle na chęciach i planowaniu się skończyło. Proza życia codziennego, obowiązki w Firmie, czas poświęcany dzieciakom i zawirowania budowlane, kiedy tu znaleźć czas na blogowanie. Na prawdę podziwiam wszystkich dobrze zorganizowanych, którzy na każdy z obowiązków życiowych znajdują czas. I chęci 😉 Ja ostatnio w takiej komfortowej sytuacji byłam chyba jak Mateuszek był malutki..

Ale skoro już udało mi się zasiąść do laptopa to nadrabiam zaległości budowlano- blogowe. Bo pytacie, o różne rzeczy związane z budową. I trochę mi głupio, że nie jestem każdemu w stanie odpisać jak należy. Sama pamiętam jak podejmując decyzję o budowie domu drewnianego szukałam każdej informacji, mniej lub bardziej istotnej. Rady od osoby, namacalnej osoby a nie wirtualnego uczestnika forum, który równie dobrze mógł się okazać kryptoreklamą firmy x czy y były na miarę złota.

Pozwólcie, że zacytuję Wasze najczęściej pojawiające się pytania i odpowiem na nie właśnie tu na blogu. Niech to będzie powiedzmy takie mini kompedium podstawowych zagadnień, które Was najbardziej interesują przeglądając nasze zdjęcia na instagramie —> o tu: www.instagram.com/takatycia

Szukajcie też naszych zdjęć pod #takatyciabudowa 🙂

 

Kto budował nasz dom, kto jest wykonawcą i czy jesteśmy zadowoleni?

Nasz dom od początku stawiała ekipa Daniela Pelca, właściciela firmy Trak Bal. Namiary na Daniela znajdziecie na stronie http://www.domy-bal.pl/kontakt.html

Od razu mówię, nie jest to żadna reklama, a z polecenia nie mamy kompletnie żadnych profitów 🙂 Polecam, bo jesteśmy bardzo zadowoleni. Przez blisko dwa lata naszej współpracy, nie było ani jednej sytuacji, w której musielibyśmy się martwić o uczciwość naszego wykonawcy. Ekipa składająca się zwykle z 4-5 osób była jak do tej pory u nas dwa razy i spędziła z nami na miejscu w sumie ok 3 miesiące. Przez ten czas pojawiły się różne sytuacje, różne pytania dotyczące budowy i nigdy nie zostaliśmy sami z naszymi dylematami. Nigdy nie było sytuacji, w której usłyszelibyśmy „nie da się”. Zawsze wszystko się dało, a Panowie stawali na rzęsach by dogodzić wybrednej i często niezdecydowanej inwestorce.

 

Ile potrwa budowa naszego domu?

To w sumie pytania jeszcze z początków budowy. Ciężko mi było na nie odpowiedzieć, bo sami dokładnie tego nie wiedzieliśmy. Obecnie mamy dom w stanie powiedzmy developerskim i fakt kiedy w nim zamieszkamy nie zależy już od ekipy budującej dom. Chociaż czekamy na ich ponowny przyjazd już niebawem, bo zostało jeszcze kilka rzeczy do zrobienia, to w głównej mierze zajmujemy się teraz wykańczaniem domu, białym montażem itp

No dobrze, ale ile trwała budowa. Fundamenty pod nasz dom wykopaliśmy końcem sierpnia 2016 roku. W październiku 2018 roku zapłaciliśmy zaliczkę na drewno pod nasz dom. W lipcu 2017 roku przyjechała ekipa Daniela, do tego czasu drewno schło i czekało na budowę. Postawienie domu w stanie surowym otwartym, czyli ściany plus dach zajęło ok 2 miesiące. Ekipa wyjechała od nas wraz z końcem wakacji roku 2017. Mieliśmy czekać do wiosny aż dom osiądzie, by móc wstawić okna i drzwi. Nie czekaliśmy nic nie robiąc oczywiście. Podczas nieobecności ekipy Daniela na budowę musiał wejść elektryk i hydraulik, by porozciągać całą instalację przed wylaniem wylewek. Same wylewki też musiały być zrobione jeszcze przed zimą. Zależało nam bardzo, by dobrze wyschły zanim wstawimy okna i drzwi. W innym wypadku cała wilgoć oddana z podłóg idzie w bale.

Z instalacjami i wylewkami poradziliśmy sobie jakoś w październiku. Do końca roku na budowie był spokój, przynajmniej jeśli chodzi o dom, bo równocześnie budowaliśmy jeszcze budynek gospodarczy i tam też się trochę działo 🙂

Na początku roku Daniel przywiózł stolarkę. Umówiliśmy się na kolejny etap w okolicy maja- czerwca. Ekipa przyjechała w połowie czerwca. Planowaliśmy w tym etapie doprowadzenie domu do stanu zamkniętego.

Generalnie drugi etap budowy czyli doprowadzenie domu do stanu zamkniętego to wstawienie okien, drzwi, ich obróbka. Wyszlifowanie bali na zewnątrz, impregnacja i olejowanie. A także utkanie szpar i olinowanie w naszych przypadku. Życie trochę zrewidowało nasze plany, pewne inwestycje okazało się warto było zrobić od razu, ekipa miała czas, więc pociągnęliśmy budowę dalej.

Dom był szlifowany na zewnątrz przed wstawieniem okien. Szkoda było ponownie brudzić wszystko i szlifować wewnątrz już po wstawieniu okien, więc zarówno szlifowanie, olejowanie jak i utykanie zrobiliśmy i w tym etapie. W tym czasie dogadaliśmy się też że na ile ekipie starczy czasu pociągniemy budowę w etap 3, tak by po ich wyjeździe mogła wejść inna ekipa od wykańczania i mogła coś zrobić przed ich ponownym przyjazdem. Tym sposobem na budowę zawitał ponownie elektryk i hydraulik, by rozprowadzić instalacje na górę, bo zdecydowaliśmy się,  że zrobimy powałę, czyli inaczej mówiąc sufit i to co nad nim. Odwiedził nas też Pan od ocieplenia dachu, zdecydowaliśmy się na konkretną metodę, która wymagała przygotowania ze strony naszej ekipy. Budowa naszego drewniaka nierozerwalnie łączy jedną ekipę z drugą i pewnych inwestycji nie dało się odwlec w czasie. To co zrobiliśmy w wakacje planowaliśmy na jesień tego roku. Budowa nabrała tempa czego chyba nie do końca się spodziewaliśmy (żegnajcie zaplanowane wakacje i oszczędności uciułane na tą okazję 😉 ).

Około półtora miesiąca ekipa spędziła u nas. W tym czasie okręcili płytami kotłownię, odeskowali sufit w garażu. Zrobili powałę na całym domu, przygotowali łazienki i kuchnię pod płytki. Powstały pokoje chłopaków i nasza sypialnia na górze oraz stryszek. Przygotowali dom pod ocieplenie dachu. Na jesień pozostały nam obróbki okien od wewnątrz, wstawienie futryn na dole, odeskowanie niektórych ścian w sypialni, pokojach i klatce schodowej. W planie na jesień były schody, ale raczej nam się to nie uda już w tym roku. Jesienią ma jeszcze powstać nasz ganeczek przed domem i konstrukcja tarasów wokół domu.

Na dniach będą robione gładzie na sufitach i ścianach, przyjadą płytki do łazienki i na podłogi w kuchni, holu i garderobie. Czekamy na zamówiony piec, mamy też grzejniki na dół.

Generalnie dom powinien być gotowy do przeprowadzki na wiosnę/ lato przyszłego roku. Ale nic nie planujemy, bo już wiemy jak to z tym planowaniem jest 😉 Ale jakbyśmy chcieli mniej więcej podsumować czas budowy naszego domu to od wykopania fundamentów będzie 3 lata. Od położenia pierwszych bali 2 lata.  Jest to chyba normalne tempo budowy domu tradycyjną metodą. Wiem, że można inaczej, można szybciej. Dużo szybciej. Wiem, tzn czytałam o tym. Są różne oferty w internecie. Jak to wygląda w rzeczywistości u innych nie wiem. U nas wygląda jak wygląda 🙂

 

Jaki jest kosz budowy domu z bali i czy jest tańszy/ droższy od budowy domu tradycyjnego?

 

To najczęstsze pytanie jakie zadawaliście mi przez ostatni rok. Jedni pisali wprost, inni nieśmiało prosili o wycenę. Nie lubię mówić otwarcie o pieniądzach, bo każdy dom na pewno będzie kosztował inaczej. Wybieramy inne materiały, inne – tańsze lub droższe- pokrycia dachowe, inaczej cenią się podwykonawcy w różnych rejonach Polski. Sporo cen nas zaskoczyło, sporo miło rozczarowało. Jednak ogólny bilans jest taki, że wydaliśmy do tej pory znacznie więcej niż planowaliśmy. Mieliśmy plan, że ze sprzedaży mieszkania w Krakowie wybudujemy i zamieszkamy. No cóż, już dawno ta skarbonka osiągnęła dno 😉 Wiem jednak, że wpływ na ogólną kwotę miały nasze wybory. Zdecydowaliśmy się na drewniane okna, w dodatku podwójne. Mogliśmy dużo taniej zamontować plastikowe. Podobnie drzwi i brama garażowa. Wybór pokrycia dachowego, tu nie chcieliśmy iść na kompromis. Uznaliśmy, że najwyżej budowa wydłuży się w czasie, ale położyliśmy to co nam się najbardziej podobało. A całkiem sporo mogliśmy zaoszczędzić. Takich przykładów moglibyśmy mnożyć  i mnożyć. Czy budowa domu z bali jest tańsza od budowy domu tradycyjnego? Nie mam porównania do domu murowanego, nie wiem ile kosztuje budowa takiego domu, ale zakładam, że nie. Nie jest niestety tańsza. Jedni mówią, że na etapie budowy ścian dom z bali wychodzi drożej, jednak jego wykończenie jest tańsze, bo nie trzeba robić tynków, zwykle się go nie ociepla z zewnątrz, więc odchodzi tu koszt. My zdecydowaliśmy się na sufity z płyty, czyli nie deskowane.  Odpada koszt drewna, ale dochodzi koszt spoinowania płyt, szpachlowania, położenia gładzi. Niemały koszt, ale chcemy by wyglądało dobrze, nie pękało, więc i musimy się z konkretną sumką liczyć. Koszt kotłowni, hydrauliki również nas mocno zaskoczył. Ceny bardzo poszły w górę od kiedy zdecydowaliśmy się na budowę domu. Wszystko kosztuje, mam wrażenie, że właśnie weszliśmy w etap, w którym słowo wykańczanie nabiera bardzo prawdziwego znaczenia. Powoli ciułamy do przodu, mając nadzieję,  że wykańczanie nie wykończy nas osobiście 😉

 

Czy dom z bali musi mieć/ będzie miał takie szpary?

 

Te pytania na szczęście wraz z utkaniem szpar już się skończyły, ale było ich baaaaaardzo dużo. Bywało już tak, że zmęczenie tego typu pytaniami podsuwało odpowiedzi typu „to naturalna wiatro- klimatyzacja” albo że ” wstawimy szybki i będziemy mieć naturalne dodatkowe źródło światła” lub „szpary będą służyć do podglądania kto nam chodzi po działce”. Gryzłam się w język miło odpowiadając, że oczywiście utkamy te szpary 😉 Cóż, nie każdy do końca zdaje sobie sprawę jak wygląda proces powstawania domu z bali to niezmiernie dziwiła mnie myśl, że można wziąć na serio fakt pozostawienie umyślnie szpar pomiędzy balami (i zamieszkanie z takowymi).

Co się, więc stało z naszymi szparami? Zostały utkane wełną od środka, następnie od obu stron czyli od wewnątrz poszła pianka termokurczliwa (czy jakoś tak), a na nią lina która przykryła wszystko. Dawniej do utykania używano np mchu. Trzeba było utykanie ponawiać, bo mech wypadał robiły się szpary przez które wpadał wiatr. Obecnie do utykania używa się jeszcze tzw wełnianki. My zdecydowaliśmy się na linę ze względu na koszt. Zaoszczędziliśmy na tym kilka ładnych tysięcy. A efekt jest dalej ładny. Jakby miała furę kasy zrobiłaby wełnianką, a na dachu położyła najprawdziwszy drewniany gont 😉

 

Czym zabezpieczyliśmy drewno na zewnątrz?

 

Dom na zewnątrz pokryty jest jedną warstwą impregnatu Altaxin i dwoma warstwami oleju bezbarwnego Altax.Na temat wyboru konkretnego oleju możecie w sieci poematy wyczytać. Pięć tysięcy różnych pseudofachowców wypowiada się nad wyższością jednej marki nad drugą. Nie ukrywam, że i nas spotkał dylemat co zrobić. Postawiliśmy jednak na doświadczenie Daniela. Trochę tych domów wybudował, wie jak się zachowują po czasie dane materiały. Sam ma dom z bala od kilku lat. Padło na Altax mimo, że opinie w sieci są takie, że jest to olej z półki marketowej. Mamy od ponad roku zaolejowane tym olejem elementy i nie dzieje się z nimi kompletnie nic. Nawet od strony południowej, gdzie dom narażony jest najbardziej na warunki atmosferyczne.

Usłyszeliśmy takie piękne porównanie, że wybierając nawet najlepszy i najdroższy środek dostępny na rynku, nic nie pomoże jeśli nie będziemy dbali o dom. To tak jak z człowiekiem, możemy wylać na siebie wiadro perfum, a dalej będziemy śmierdzieć jeśli nie będziemy się myć. O dom się dba dokładnie tak samo jak o wszystko inne. Też wymaga umycia, odświeżenia. Umycia z pyłów niesionych przez wiatr, zanieczyszczeń, kurzu. I pokrycia go co jakiś czas warstwą ochronną w postaci oleju. By nie wysychał. Tak jak nasza skóra.

Drewno z czasem ciemnieje. Po szlifowaniu dom był bielutki, obecnie ma piękny, ciepły kolor. Kolor dałam tylko na dodatki takie jak podsufitka czy ozdobne elementy. Podoba mi się ten efekt.

 

Czym pomalowaliśmy dom wewnątrz i jak uzyskałam efekt jaśniutkich bali?

 

Wnętrze domu również zostało potraktowane olejem. W środku jednak położyliśmy jedną warstwę. Zależało mi by drewno było cały czas jaśniutkie jak zaraz po szlifowaniu. W sprzedaży jest gotowy olej do bielenia ścian, zamówiłam próbkę i byłoby stanęło na tym oleju właśnie. Jednak po próbnym pomalowaniu tragarza okazało się, że jest za biało. I tak metodą prób i błędów mieszając biały olej z naturalnym (również marki Altax) Daniel doszedł do koloru, który jak dla mnie jest idealny 🙂 Nie podam Wam niestety proporcji, bo wszystko było robione na oko do momentu aż osiągniemy efekt taki jak mi zależało.

 

 

Skąd mamy okna i drzwi?

 

Wszystkie okna, drzwi balkonowe, tzw dutch door w kuchni oraz wejściowe do domu zamawialiśmy u Daniela. Okna jak wspominałam mamy podwójne, czyli dubeltowe jak kto woli. Nie spotkałam takich okien w ofercie żadnej firmy na rynku. Ale może nie szukałam zbyt dobrze 😉

Drzwi do kotłowni oraz garażowe robiliśmy sami z pomocą zaprzyjaźnionych stolarzy. Wyszło nas zdecydowanie taniej niż oferują Firmy np w sieci. Dlatego polecam takie rozwiązanie każdemu 🙂

 

 

Czym mamy ocieplony dom?

 

Ocieplony mam dach, również nad kotłownią i garażem. Będąc na targach budownictwa drewnianego w Krakowie trafiliśmy na stoisko firmy ocieplającej domy celulozą. Posłuchaliśmy o tej metodzie, spodobało nam się. Zasięgnęliśmy opinii w internecie, podpytaliśmy Daniela co sądzi o tej metodzie i się zdecydowaliśmy. Mamy ocieplone ok 200m dachu, 35cm warstwą celulozy. Całość to koszt ok 10tys. Firma temat ogarnęła w ciągu dwóch dni, a Pan który wciskał się z rurą w szczeliny zasługuje wg mnie na medal.

Czemu celuloza a nie pianka, którą braliśmy pod uwagę? Bo piana oblepia elementy, w tym również te drewniane. Drewno konstrukcyjne nigdy nie ma 0% wilgotności. Wiemy jak się zachowuje, że jest higroskopijne. Piana nie oddycha. Drewno łapiąc wilgoć z otoczenia sprawia, że na pianie może powstać grzyb. To nas skutecznie zniechęciło. Nie ma gwarancji oczywiście, że tak się stanie, ale słowo grzyb zadziałało na moją wyobraźnie.

Celuloza to nie jest oczywiście produkt w 100% naturalny. Musi być potraktowany środkiem na robactwo (m.in sole boru). Granulat jest jednak całkowicie bezpieczny i nietoksyczny dla ludzi. Nie ma też szans, by w ociepleniu zalęgły się myszy. Nawet jeśli jakaś wejdzie pod dach, to nie jest w stanie wygryźć w granulacie tuneli, bo zwyczajnie wszystko jej się będzie zawalało na głowę. Mam nadzieję, że będziemy zadowoleni i czas to potwierdzi. Jesienią ma ponownie przyjechać przedstawiciel Firmy i sprawdzić kamerą termowizyjną czy wszystko zostało uszczelnione jak należy.

Póki co nie mogę dać 100% pozytywnej opinii, ale jak do tej pory polecamy Firmę, a robił nam Eko Fiber z Kielc 🙂

 

Czy mamy ogrzewanie podłogowe w całym domu?

 

Nie mamy 🙂 Z racji charakteru domu i braku wylewek na górze ogrzewanie podłogowe mamy na dole. I to tylko w kuchni, części korytarzowej i łazience. Do samego końca nie wiedziałam czy na podłogę w salonie chcę deskę litą czy warstwową co zaważyło o tym, że nie położyłam ogrzewania podłogowego w salonie. Teraz trochę żałuję, bo wybór padł na deskę warstwową (z racji szerokości i długości jaką chce mieć) i spokojnie mogłam ogrzewanie kłaść. Nie miałabym dylematów przy wyborze kaloryferów. Ale jak to mówią pierwszy dom buduje się dla wroga… coś w tym jest 😉

 

Jakie mamy ogrzewanie w domu?

 

Jeszcze nie mamy, ale będziemy mieć na dniach ; ) Wybraliśmy ogrzewanie piecem na pellet. Przeważyła ekologia i czystość w kotłowni. W części kotłowni będę mieć pralnię. I choć początkowo stawialiśmy na ekogroszek to mieszkając z rodzicami, u których jest właśnie piec na ekogroszek doszliśmy do wniosku, że jednak się brudzi. Gdybym pralnię miała osobno pewnie by mi na tym tak nie zależało. Zobaczymy czy to rozwiązanie będzie dla nas dobre.

Dodatkowo mamy grawitacyjnie rozprowadzone po całym domu ogrzewanie z kominka. Kominka jeszcze nie mamy 😉

 

Jaka wybraliśmy podłogę do salonu?

 

Kilka osób pytało mnie o to gdy pokazałam próbki desek na instagramie. Nie jest to jeszcze wybór potwierdzony w 100% ale po kilku miesiącach poszukiwań stanęło na deskach Tarkett z serii Heritage. Waham się jeszcze nad kolorem czy będzie to Dąb Vintage czy Dąb Blonde. Obie deski są szczotkowane i w pełni pokryte olejowoskiem. Mają piękną strukturę, w dotyku to najprawdziwsze deski, mają pełno sęków na czym nam najbardziej zależało. Jedyny minus to cena, mogłaby być trochę tańsza 😉

 

Czy będą schody?

 

Oczywiście! 🙂 Kiedyś będą. Drewniane, ze spocznikiem w połowie wysokości. Ale to jeszcze chwila 🙂

 

I to chyba tyle jeśli chodzi o najczęściej zadawane pytania. Mam nadzieję, że trochę rozjaśniłam tym, których temat rzeczywiście interesuje. Jeśli macie jeszcze jakieś pytania śmiało pytajcie. Kto wie, może uzbiera się ich jeszcze na kolejny wpis 😉

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Sielskie życie

Przeczytałam właśnie w jednym z komentarzy pod zdjęciem zamieszczonym na instagramie, że mamy piękne życie. Wieś, pszczółki, tylko pozazdrościć. Komentarz taki pozytywny. Jak to nasze życie, które pokazuję na blogu czy zdjęciach na instagramie. Sielskie życie, rzec by można.

Każdego dnia dziękuję Bogu, że tak właśnie nam się życie ułożyło. Choć dokonać tego wyboru wcale nie było łatwo. Ci z Was, którzy są tu po raz pierwszy nie wiedzą, że porzuciliśmy wygodne życie w mieście, nasze dotychczasowe zatrudnienie, znajomych. Zebraliśmy się na wieś, zostawiając wszystko za sobą. Mieszkamy tu już blisko dwa lata. Była i jest tęsknota. W dalszym ciągu, choć z każdym dniem jakby mniej. Nie zawsze jest łatwo. Czasem marudzę, czasem narzekam. Czasem głośno, ale nigdy nie w sieci. Bo złość czy smutek jest chwilowy, szybko mija. A w sieci ślad zostaje na zawsze. I wstyd by mi było potem, że o taką pierdołę… Poza tym kto chciałby dzielić przykre uczucia ze mną? Lepiej się nastrajać pozytywnie, prawda?

Gdy mi źle, narzekam. Do mojego męża. Do moich rodziców. Że na co mi to było. Wiedliśmy sobie spokojne życie, to przeprowadzki mi się zachciało. I z tatą się kłócę, bo charaktery nasze podobne. Walczymy czasem jak dwa uparte barany i za wygraną nie dajemy. O wtedy to mi dopiero wstyd! Ot taka babska natura. Do pomarudzenia. Mąż mój zęby zagryza i choć pewnie bywało mu ciężej niż mi to nigdy mi się nie żalił. Że dla nas wszystko rzucił. A to jemu ciężej. Bo były mieszczuch, taki wiecie na 120% od urodzenia. Te kapcie ciepłe po pracy rzucił. A tu na wsi i rąbanie drewna i ciężka fizyczna praca. Trzeba samemu dużo zrobić, zatroszczyć się. Bo nie wypadałoby, że ktoś za Ciebie robił. Nawet jeśli Cię stać. A on jeszcze mówi, że to lubi! Bo z teściami mieszkać musi on, a nie na odwrót. A wiadomo, że ze swoimi rodzicami to łatwiej jednak.

Miałam o zupełnie czymś innymi pisać, ale siedzę przed laptopem, patrzę jak za oknem ten mój osobisty walczy z wielką brzozą, żebyśmy ciepło zimą mieli. Patrzę jak kreuje naszą sielską rzeczywistość ciężką, fizyczną pracą. Każdego dnia.

I choć na zdjęciach nasze życie może i wygląda jak bajka, bo tak właśnie staram się je pokazać tym, którzy za wsią tęsknią to muszę niektórych rozczarować. Owszem życie na wsi różni się od tego w mieście. Ale manna z nieba nam nie spada, do kominka samo się nie dokłada, a dzień zaczynamy równie wcześnie jak w mieście. Kończymy za to nieporównywalnie bardziej zmęczeni. Ale i szczęśliwsi. Poza obowiązkami wokół domu mamy też naszą pracę. Pracę która zaczyna się o 6:30 rano i kończy po tym jak zaśniemy. Często jeszcze leżąc w łóżku odpisujemy na zaległe wiadomości od klientów. W mieście zostawialiśmy pracę za drzwiami budynku, w którym spędzaliśmy 8 godzin. Tu się tak nie da. Takie uroki na swoim. Nie narzekamy, bo daje nam to satysfakcję. I byt. A o to przecież chodzi.

Dopiero tu na wsi widzę, jak praca potrafi cieszyć. Jak się urobię przy chwastach po kokardę, nachodzę przy podlewaniu czy namacham szpadlem. Ale potem to wszystko pięknie rośnie i daje mi radość. Bo obcowanie z naturą daje mi radość. Nieporównywalnie ogromną. Tego najbardziej brakowało mi w mieście. I nawet najpiękniej ukwiecony balkon był tylko malutką namiastką tego do czego tęskniłam. Dlatego tak bardzo chcę Wam pokazać to piękno i moją radość. Chce by ktoś jeszcze tam po drugiej stronie poczuł to co ja. Być może wrócił do lat dzieciństwa, do jakiś pięknych chwil spędzonych na wsi. Lub popatrzył i się rozmarzył. Bo o tym, że marzyć warto nie jeden raz pisałam. Tym, którzy marzą, tym marzenia się spełniają. Podobno każdemu.

Któregoś dnia znalazłam w sieci ogłoszenie. Oddam w dobre ręce roślinki. Potrzebują nowego domu i kogoś kto je pokocha. Ogłoszenie dotyczyło wyłącznie mieszkańców Warszawy, bo w grę wchodził tylko odbiór osobisty. Nikt się nie zgłaszał. Roślinki z każdym dniem marniały co raz bardziej. Napisałam do dziewczyny, że ja chętnie te bidusie przygarnę, ale nie chciała wysłać. Chciała żebym odebrała osobiście. Mam do stolicy ponad 200km, nie miałam możliwości pojechać. Ale udało się. Dotarły do mnie takie pokrzywdzone przez życie, szybciutko wkopałam je do ziemi.

Większość roślin w moim ogródku przygarnęłam. Najwięcej przynosi mi moja babcia. Nie wiem kto ma więcej radości, ja że dostałam czy ona, bo mi coś podarowała. I moja mama mnie chętnie obdarowuje wszystkim co rośnie u niej, a to z zakupów jakiegoś kwiatuszki dla mnie przywiezie. Uwielbiam typowo wiejskie kwiaty, te które rosły w dawnych ogródkach. Jest u mnie wielki misz masz gatunków i kolorów. Ale to dopiero pokażę Wam jak wszystko zakwitnie.

Uwielbiam zbierać. I przetwarzać. Aż do jesieni mamy ku temu ogromne możliwości. Budziliśmy się do życia wraz z przyrodą pijąc brzozową wodę. Myślę, że mieszkając w mieście nie przyszłoby mi do głowy to robić. Mamy nastawione na soki i nalewki pędy sosny, kwiaty akacji, czarny bez już czeka.  Nie uwierzycie jak bardzo otwarły mi się oczy na to co koło mnie. Mieszkając w Krakowie nie zwracałam uwagi na tyle rzeczy! Tegoroczna wiosna, tak piękna pokazała na co stać matkę naturę. Poczułam zapach akacji, tak prawdziwie jak ostatnio czułam jako dziecko. Którejś nocy przebudził mnie śpiew ptaków. Tak, nocy. Było koło 2. Nie mogłam uwierzyć, że one koncertują przez całą noc. Gdy spotykam na swoje drodze rośliny, których nie znam- fotografuje. W domu sprawdzam w sieci, a gdy nie mogę znaleźć nazwy pytam na grupie zielarskiej. Dużo się dzięki temu nauczyłam. Chciałabym więcej. Kiedyś, w przyszłości. Kto wie.. Może będzie jak z tymi pszczołami. Nosiłam się z zamiarem długi czas. W ubiegłe lato zaczęliśmy budowę, więc automatycznie się to odsunęło. Ale tamtej wiosny zamieszkały z nami murarki. W domku dla owadów, w miejscu przeznaczonym dla motyli zamieszkał z nami ptaszek. Zniósł jajeczka, wylęgły się pisklątka. Dzieciaki bardzo przeżywają pojawienie się nowych stworzeń. Są zafascynowane równie mocno jak ja. Gdy mąż mnie spytał co chcę dostać w prezencie od Mikołaja powiedziałam, że ul. Dostałam też książkę, jak się małymi stworzeniami zająć. Bałam się, wciąż się boję, że zrobię im krzywdę. Czegoś nie dopilnuję, coś przeoczę. Dlatego gdy znalazł się ktoś, kto zaoferował swą pomoc, podzielenie się doświadczeniem z entuzjazmem podjęłam się nowego zajęcia.

Sukienki od Miszkomaszko. Jak ja lubię ich kroje, nie ma wygodniejszych do codziennego biegania. Kwiatowe wzory kradną moje serce przy każdej kolekcji. Chętnie bym wykupiła każdy jeden.

Podobnie jest z butami od Birkenstock. Mój mąż twierdzi, że wyglądają babcinie. Ale ja mam to gdzieś, bo serio nie ma wygodniejszych butów (i wiem, że któregoś dnia i on się da przekonać do kupna dla siebie). Przy tym praktycznie niezniszczalnych. Pasujących również do wszystkiego, czy to sukienki, spodni czy szortów. Przy ilości kilometrów jakie robię każdego dnia wygoda to podstawa. Sprawdziły się w ubiegłym sezonie, postawiłam na nie i tym razem. Pasują mi zarówno do wiejskiego życia jak i wypadów do miasta.

Tatuaż ze zdjęć to najnowsza propozycja od Mysiogonek. Choć nie ukrywam, że chętnie zrobiłabym sobie taki prawdziwy 😉

 

Zdjęcia z butami powstały przy współpracy ze sklepem Footway.pl Pozostałe to efekt współpracy moich bliskich i otoczenia. Pozowało pięknie 🙂 Zwierzęta z wpisu nie ucierpiały. Poza jaszczurkami, które na widok naszych kotów gubią ogony. Tak nam ich szkoda, że łapiemy i wynosimy poza działkę. Inaczej sierściuchy zamęczyłyby je na śmierć.

 

 

 

Śnieg

Taką zimę pamiętam z dzieciństwa. Ferie u dziadków na wsi, zaspy po kolana, zmrożone okoliczne rowy i stawy. Jeździliśmy na łyżwach od rana do zmroku, wpadając do domu po kanapkę, gdy głód już mocno dał o sobie znać. Jak zawiał wiatr to zamiótł śnieg z okolicznych pól tak, że drogi nie było widać. Ale było fajnie…

Dziś mi się to wszystko przypomniało. I choć już druga połowa marca, człowiek sercem i myślami wędruje do ciepłych wiosennych dni to ta zima na prawdę robi wrażenie. Dosypało śniegu sporo. Wszystko pobieliło, krajobraz w słońcu i śniegu skąpany zachwyt wywołuje.

A ja się cieszę. Bo wspomnienia przywołane sercu przecież miłe. A momenty dziś telefonem łapane za lat kilka przecież też podobne uczucia będą wywoływać.

Kids Time 2018

Czasem rzeczy niemożliwe stają się możliwe. Myśl, która kiełkowała lata temu nagle zaczęła rosnąć i przebiła się okazując się realną do realizacji. Tak właśnie było z tegoroczną edycją największych targów branży dziecięcej w Polsce. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że przyjdzie dzień, w którym nasze mebelki będą dostępne dla zwiedzających targi Kids Time.

Pamiętam ten zawrót głowy gdy odwiedziłam targi jako zwiedzający po raz pierwszy. Ogrom wspaniałych Firm, multum produktów dedykowanych dzieciom. Dla młodej mamy to zwyczajne szaleństwo. Dla mamy blogerki – szaleństwo podwójne. Wszystkie rzeczy, które widywałam w ulubionych sklepach internetowych na wyciągnięcie ręki. Mogłam dotknąć, poczuć fakturę, sprawdzić funkcjonalność. Porozmawiać, często nieśmiało z osobami odpowiedzialnymi za sprzedaż. No i miałam możliwość zobaczyć nowości, które miały pojawić się na rynku. Mogłam Wam napisać co mnie urzekło, co nowego wkrótce się pojawi, na co warto czekać.

Ubiegłoroczny wypad do Kielc miał troszkę inny charakter. Pojechałam tam wchodząc w rolę blogerki, ale i osoby prowadzącej sklep. Z nastawieniem, że wynajdę wyjątkowe rzeczy, które będę potem mogła Wam zaoferować w naszym sklepie. I tak też się stało. Z targów przywiozłam dekoracje ścienne, które bardzo Wam przypadły do gustu. Do tego stopnia, że filcowe słonie wyprzedały się na dobre i nawet producent nie wiedział kiedy będą dostępne 😉

To wtedy odwiedzając stoiska polskich firm, świetnie radzących sobie na rynku (nie tylko naszym, ale i międzynarodowym) zaświtała mi ta myśl. Pamiętam jak powiedziałam pół żartem pół serio, że za rok my też się wystawimy. Jak się okazało nie rzuciłam słów na wiatr. Kilka miesięcy później wysłałam zgłoszenie. Wszystko za sprawą cudownych w moim życiu zbiegów okoliczności. Głęboko wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde zdarzenie, każdy napotkany na Twojej drodze człowiek nie zjawił się bez powodu. Tak właśnie było z dziewczynami z Cut it Now. Zanim Wam opowiem więcej o Targach koniecznie muszę tu o nich i naszym pierwszym spotkaniu napisać.

Cofnijmy się, więc w czasie do lata roku ubiegłego, kiedy to wybraliśmy z mężem i dzieciakami na festyn z okazji święta Czulimu i Czulentu w miejscowości niedaleko nas. Mieliśmy siedzieć w domu, a weekend nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Mój mąż zwykle stroni od podobnych atrakcji, tym razem jednak z nudów dał się przekonać.

Na miejscu przywitała nas głośna muzyka i tłum ludzi. Pamiętam jak szwendaliśmy się pomiędzy straganami kosztując Czulimu z żeberkami. W jednym ze straganów kupiłam olbrzymie cebule czosnku ozdobnego do mojego ogródka, w innym jakaś pamiątkę regionalną. Aż moim oczom ukazało się stoisko z pięknymi drewnianymi monsterami. Kto mnie zna, wie że jak ta przysłowiowa sroka nie jestem w stanie przejść obojętnie obok podobnych rzeczy. Podchodząc jednak do stoiska nie przypuszczałam, że zostanę rozpoznana jako autorka bloga i będzie to cudowny początek mojej przyjaźni z Madzią i Anią. A także początek naszej biznesowej współpracy, bo już tydzień później siedziałyśmy w kawiarni rozmyślając co mogłybyśmy razem zdziałać. Szybko okazało się, że mamy podobny gust i styl pracy. Dogadałyśmy się bez problemu.

W Bambooko pojawiły się pierwsze efekty naszej współpracy. Gdzieś po drodze poznały się nasze dzieciaki,  a my zaczęłyśmy się spotykać w miarę regularnie. Gdy tylko powrócił temat targów w Kielcach nie wyobrażałam sobie, że mogę pojechać na nie bez dziewczyn. Wspólny wyjazd był tak naturalny, jak to że nasze produkty cudownie się uzupełniają tworząc piękną i przyciągającą uwagę całość. Dzięki dziewczynom kiełkująca myśl urosła i nie było już odwrotu. Pojechałyśmy i były to najlepsze biznesowe trzy dni w moim odczuciu.

Tym, którzy nas odwiedzili serdecznie dziękujemy. Za każde miłe słowo, za rozmowy. Za uśmiechy i uznanie dla naszych starań. Tym, którzy nie mieli okazji nas spotkać dedykuję ten wpis. Mam nadzieję, że poprzez moje słowa Bambooko i Cut it Now wyda Wam się bardziej realne. Chciałabym, żeby ludzie wiedzieli, że za tymi dwoma Firmami stoją nieprzypadkowe osoby. Że u nas jest miło, sympatycznie i rodzinnie. Co staraliśmy się pokazać na naszym stoisku.

Na koniec kilka zdjęć z Kielc. Tak jak zapraszałyśmy w nasze progi na Targach, tak i tu zapraszam Was do naszego pokoiku dziecięcego. Może znajdziecie w nim coś dla siebie 🙂

 

Budowa domu z bali

O małym, drewnianym domu marzyłam odkąd pamiętam. Większość moich wyobrażeń pochodzi z lektury książek, które przez wiele lat pochłaniałam namiętnie. Przygody dzieciaków z Bulerbyn kojarzyły mi z moimi wiejskimi wakacjami, podobnie zresztą jak perypetie ulubienicy Ani z Zielonego Wzgórza.  Dla mnie zawsze bohaterowie mieszkali w małych, drewnianych domach. Pewnie dlatego, że w czasach mojego dzieciństwa wieś składała się głównie z takich małych, w większości drewnianych chat. Podczas letnich wakacji w czasach liceum przeczytałam jedną z książek Whartona – „Opowieści z Moulin du Bruit„. I choć domy na francuskich prowincjach okazują się być domami z kamienia (na prawdę pięknymi) to opis remontu młyna i użytych do niego drewnianych bali osadził w mojej wyobraźni właśnie drewniany dom. Zresztą tak to już z książkami jest, czytając wyobrażamy sobie coś po swojemu. Jakże odmienny od mych wyobrażeń okazał się młyn na żywo gdy podczas jednych z wakacji we Francji uprosiłam męża byśmy odnaleźli malutką miejscowość w Burgundii i powieściowy młyn.

Moje wyobrażenie domu jednak nie słabło. O ile w czasach szkolnych i studenckich nie myślałam o budowie domu poważnie, to gdy poszłam do pracy myśl ta wracała do mnie dość często. Zwłaszcza, że w tym czasie dość często wybieraliśmy się z mężem poszwendać po górskich szlakach Tatr czy Gorców. Nie jeden raz siedzieliśmy przy stole licząc czy ze sprzedaży mieszkania będzie nas stać na mały domek i działeczkę pod Krakowem. Zawsze dość szybko sprowadzano mnie na ziemię. Wzdychałam gdy kolejna z koleżanek  stawiała swoje cztery ściany, wierząc że któregoś dnia i mi uda się spełnić to marzenie.

 

Wakacje roku 2014 jednak zmieniły sporo. To wtedy zupełnym przypadkiem skręciliśmy w lesie nie w tę drogę co zwykle i wyszliśmy na pobliską wioskę z innej strony. Na skraju lasu stał piękny modrzewiowy domek z tarasem. To była jak to mówią „miłość od pierwszego wejrzenia”, choć miałam wrażenie jakbym ten dom miała w głowie od zawsze. Tak mi siedział w serduchu, że o niczym innym myśleć nie mogłam przez kilka dni. Do tego stopnia, że któregoś dnia wróciłam i uprzejma starsza Pani zaprosiła mnie do środka. Wtedy to przepadłam na całego. Bardzo intensywnie zaczęłam szukać działki. Tym oto sposobem jakieś dwa miesiące później staliśmy się właścicielami 10 arów w podkrakowskiej wiosce. Byłam o jeden krok bliżej ku spełnieniu swoich marzeń. Tego samego lata powstały pierwsze produkty Bambooko, którym zawdzięczam to gdzie obecnie jestem. Czasem mam wrażenie, że to właśnie ogromna siła moich marzeń sprawiła, że wszystko ułożyło się jak się ułożyło.

Ci z Was, którzy czytają mojego bloga wiedzą, że ostatecznie jednak nasz dom stawiamy w wiosce moich dziadków. Losy naszej Firmy potoczyły się w tym kierunku, zabierając nas ze sobą. Stawiam dom w miejscu, które znam od dziecka. Miejscu z którym czuję więź. Lecz co równie ważne stawiam drewniany dom, jaki zawsze był w mojej głowie. O naszej decyzji opuszczenia miasta na rzecz wsi przeczytacie w TYM wpisie.

 

Do budowy domu z bali wracam, bo dostałam od Was dużo zapytań w tej kwestii.

Najczęściej pytacie o to kiedy mamy zamiar się wprowadzić. Chciałabym Wam odpowiedzieć, że za miesiąc czy dwa. Przecież to oczywiste, że każdy budujący chce jak najszybciej. Technologia budowy domu z drewna zresztą jakby wymusza takie myślenie. Sporo się czyta i słyszy o systemach kanadyjskich, szkieletowych, dzięki którym od rozpoczęcia budowy do wprowadzenia mija 6 miesięcy.

My jednak budujemy starą tradycją ciesielską, co oznacza, że na parapetówkę przyjdzie nam trochę poczekać. Gdybyśmy zdecydowali się na bale suszone komorowo dalsze etapy budowy mogłyby następować po sobie bez przerw. Tymczasem budujemy z drewna o wilgotności ok 20%, które po prostu musi swoje doschnąć. Jakieś pół roku. Czyli po zakończeniu pierwszego etapu- stanu surowego otwartego, pomiędzy naszymi balami będzie sobie najpierw hulał wiatr, a później mróz (najlepiej jakby zima była mroźna mocno). To sprawi, że dom osiądzie jeszcze kilka centymetrów zanim będziemy go uszczelniać. Na zdjęciach widać przerwy pomiędzy balami. Trochę się zmniejszą, a potem pomiędzy nie będziemy dawać wypełnienie w postaci wełny i liny. Dawniej utykano takie domy mchem czyli „mszono”. Obecnie jest to praktyka zakazana u nas z powodu objęcia mchu ochroną. Jeszcze słowo odnośnie wilgotności drzewa. Nasze było ścinane zimą, czekało na budowę ok 8 miesięcy, więc swoje już odleżało. Tak na prawdę im dłużej pozwolimy drzewu naturalnie schnąć tym lepiej. Bale w trakcie takiego procesu pękają naturalnie i mniej. Chociaż spękane i tak są, co moim zdaniem dodaje im uroku 🙂

Każdy bal jest też ręcznie ciosany tu na miejscu, więc jego przygotowanie trochę trwa. W przypadku bali suszonych komorowo zazwyczaj dom przygotowuje się w „fabryce”, rozkłada go i przewozi do Inwestora, gdzie na miejscu składa ponownie w ciągu 3-4 dni. Czasem szybciej.

Budowa stanu otwartego potrwa u nas w sumie jakieś 3-4 tygodnie. Dwa już za nami. Jak widać na zdjęciach powoli zbliżamy się do połowy. Na garażu i kotłowni mamy już założone tragarze, czyli grube belki wzdłuż podtrzymujące pułap. Zdecydowałam się na proste cięcia, chociaż bardzo często tragarze są wymyślnie rzeźbione. To jednak w typowo góralskim stylu, a nie na naszych nizinach 🙂

Zdecydowaliśmy się na bale o grubości 24cm. Ściany wewnętrzne to bal o grubości 16cm, a ściany garażu mają 18cm. Jak widzicie na fotkach bal prostokątny czyli tzw płaz. Dom nie będzie ocieplany z żadnej ze stron. Zostają czyste bale i głęboko wierzę, że będzie to dom ciepły. Tak przynajmniej wnioskuję po rozmowach z kilkoma posiadaczami takich domów.

Nasze bale są jodłowo- świerkowe. W pierwszym odruchu chciałam modrzew, jednak rozmowa z wykonawcą sprawiła, że zmieniłam zdanie. Modrzew często płacze żywicą i bardzo ciemnieje, co zresztą potwierdziło się w domu, o którym wspomniałam na początku. Nie wiem jeszcze czy zdecyduję się na jakiś kolor jeśli chodzi o elewację. Najpewniej jednak chciałabym go trochę wybielić czyli wyługować. Z modrzewiem byłaby to syzyfowa praca.

Pytacie też o wykonawcę. Wysłałam mnóstwo zapytań odnośnie wyceny domu. Firmy oferowały różne rzeczy. Ostatecznie zdecydowałam się na ekipę polecaną przez koleżankę poznaną na IG (@mamaludinka macham do Ciebie). Wybudowali dom z ekipą i szczerze ich polecała. Mam nadzieję, że i ja wkrótce będę mogła i Wam polecić. Jak na razie współpraca przebiega wzorowo i jesteśmy bardzo zadowoleni (tfu tfu).

Acha, fundament robiliśmy we własnym zakresie. Zresztą większość Firm, które przysłały nam wycenę nie oferowało ich wykonania. Wszelkie wylewki, instalacje będą robione przez Firmy zewnętrzne jednak pod okiem ekipy cieśli. Zdecydowaliśmy też, że cały nasz dom oddajemy w ich ręce, czyli zrobią nam go aż do stanu tzw pod klucz. Dlaczego? Ponieważ mają doświadczenie w takim budownictwie, wiedzą jak dom pracuje i jak zachowują się bale. Boimy się, że ktoś kto wejdzie do tego typu domu po raz pierwszy i zabierze się do pracy metodą tradycyjną może narobić więcej szkód niż pożytku. Oczywiście niektóre rzeczy w miarę możliwości zrobimy sami. Ale to tak odległy temat, że jeszcze trochę wody upłynie. Póki co czekamy na zakończenie pierwszego etapu i mamy pół roku przerwy.

 

Ps. Ci z Was, którzy nas śledzą na instagramie mogą pod tagiem #takatyciabudowa wyłapać wszystkie fotki z budowy. Tych z Was, którzy nie używają IG zapraszam do oglądnięcia kilku zdjęć 🙂

 

Dzień 1 – rozładunek i podwalina.

 

Dzień 2położyliśmy pierwsze węgła. Stara tradycja mówi, by pod pierwsze węgło wrzucić pieniądze wybite w roku budowy. Mają przynieść dobrobyt domostwu. Pan, który nam stawia dom rozbierał starą austriacką chałupę i znalazł monety z 1800- któregoś roku pamiętające czasy cesarza Franciszka. Jak widzicie my też rzuciliśmy. Dość skromnie. Wcale nie ze skąpstwa ale ciężko nam było znaleźć monety o większym nominale z 2017 roku. Rozbiliśmy nawet skarbonkę Matiego, afera była na całego;)

 

Przy budowie domu z bali nie korzysta się z metalowych gwoździ. Wszystkie kołki strugane są ręcznie.

 

 

Mali pomocnicy. Mati przyszedł wyposażony zawodowo 😉

 

 

Dzień 3- jest zarys pierwszych pomieszczeń. Mam kuchnię, w której zamiast okna znalazły miejsce drzwi z wyjściem na ogród. Marzą mi się takie w stylu Dutch Door. Czy ktoś może użytkuje i mógłby powiedzieć coś więcej o ich funkcjonalności?:)

Dzień 4 – mąż dorobił się garażu i kotłowni. Zrobiliśmy też pierwsze „przymiarki” naszą Plamką 😉

Dzień 5 – dumam nad wyspą w kuchni. Chciałam jakiś akcent z cegły, w planie była jedna ściana. Ale okazało się, że ta którą sobie wybrałam na ścianę z cegły musi być z bala. Usunęłam też kawałek ściany, w związku z czym kuchnia będzie całkiem otwarta na salon. Wyspa będzie na bank, ale zastanawiam się czy nie zrobić jej np z cegły. Grzebię po sieci w poszukiwaniu inspiracji i nic specjalnego mi się w oczy nie rzuciło 🙁

Zdjęcie z sieci (klik do źródła)

 

Dzień 6 – pogoda kapryśna. Ale Panom udało się pociągnąć w górę kawałek salonu. Trwały dyskusje nad rozmiarem okna, bo w projekcie miałam kwadratowe, a ja koniecznie chce prostokątne trójdzielne. I skrzynkowe!  Szelma upodobała sobie budowę, siedzi tam całymi dniami. Panowie rzucają jej patyka, więc jest w swoim żywiole. No chyba, że sobie już lokum bookuje 😉

 

 

Dzień 7 – Prace idą do przodu. A ja zachwycam się jakie piękne drzewne kwiaty podarowała mi natura- będą ozdobą domu;)

 

 

Dzień 8- mamy prawie połowę. Oczywiście patrząc na bryłę budynku. Z zewnątrz wszystko ma jakieś gigantyczne proporcje. Ale mam już okna tarasowe przez które możemy wyglądać na otaczające nas łąki i lasy 🙂 Na budowę wkroczył mój mąż i tato. Przygotowali wylewkę pod słupy podtrzymujące dach nad tarasem i gankiem.

Dzień 9- założyliśmy pierwsze tragarze. To oznacza, że ściany garażu i kotłowni w pełni gotowe. Wystarczy na nie założyć dach. Trzy dni chodziłam i zastanawiałam się czy zrobić tragarze w prostym stylu czy nawiązać do ozdobnego góralskiego. Ostatecznie postawiłam na prostotę. Chociaż do Gór Świętokrzyskich mamy rzut beretem, jednak to nie te klimaty 😉

Następnym razem pewnie ciąg dalszy relacji. Póki co Panowie pojechali do siebie odpocząć troszkę 🙂