Sielskie życie

Przeczytałam właśnie w jednym z komentarzy pod zdjęciem zamieszczonym na instagramie, że mamy piękne życie. Wieś, pszczółki, tylko pozazdrościć. Komentarz taki pozytywny. Jak to nasze życie, które pokazuję na blogu czy zdjęciach na instagramie. Sielskie życie, rzec by można.

Każdego dnia dziękuję Bogu, że tak właśnie nam się życie ułożyło. Choć dokonać tego wyboru wcale nie było łatwo. Ci z Was, którzy są tu po raz pierwszy nie wiedzą, że porzuciliśmy wygodne życie w mieście, nasze dotychczasowe zatrudnienie, znajomych. Zebraliśmy się na wieś, zostawiając wszystko za sobą. Mieszkamy tu już blisko dwa lata. Była i jest tęsknota. W dalszym ciągu, choć z każdym dniem jakby mniej. Nie zawsze jest łatwo. Czasem marudzę, czasem narzekam. Czasem głośno, ale nigdy nie w sieci. Bo złość czy smutek jest chwilowy, szybko mija. A w sieci ślad zostaje na zawsze. I wstyd by mi było potem, że o taką pierdołę… Poza tym kto chciałby dzielić przykre uczucia ze mną? Lepiej się nastrajać pozytywnie, prawda?

Gdy mi źle, narzekam. Do mojego męża. Do moich rodziców. Że na co mi to było. Wiedliśmy sobie spokojne życie, to przeprowadzki mi się zachciało. I z tatą się kłócę, bo charaktery nasze podobne. Walczymy czasem jak dwa uparte barany i za wygraną nie dajemy. O wtedy to mi dopiero wstyd! Ot taka babska natura. Do pomarudzenia. Mąż mój zęby zagryza i choć pewnie bywało mu ciężej niż mi to nigdy mi się nie żalił. Że dla nas wszystko rzucił. A to jemu ciężej. Bo były mieszczuch, taki wiecie na 120% od urodzenia. Te kapcie ciepłe po pracy rzucił. A tu na wsi i rąbanie drewna i ciężka fizyczna praca. Trzeba samemu dużo zrobić, zatroszczyć się. Bo nie wypadałoby, że ktoś za Ciebie robił. Nawet jeśli Cię stać. A on jeszcze mówi, że to lubi! Bo z teściami mieszkać musi on, a nie na odwrót. A wiadomo, że ze swoimi rodzicami to łatwiej jednak.

Miałam o zupełnie czymś innymi pisać, ale siedzę przed laptopem, patrzę jak za oknem ten mój osobisty walczy z wielką brzozą, żebyśmy ciepło zimą mieli. Patrzę jak kreuje naszą sielską rzeczywistość ciężką, fizyczną pracą. Każdego dnia.

I choć na zdjęciach nasze życie może i wygląda jak bajka, bo tak właśnie staram się je pokazać tym, którzy za wsią tęsknią to muszę niektórych rozczarować. Owszem życie na wsi różni się od tego w mieście. Ale manna z nieba nam nie spada, do kominka samo się nie dokłada, a dzień zaczynamy równie wcześnie jak w mieście. Kończymy za to nieporównywalnie bardziej zmęczeni. Ale i szczęśliwsi. Poza obowiązkami wokół domu mamy też naszą pracę. Pracę która zaczyna się o 6:30 rano i kończy po tym jak zaśniemy. Często jeszcze leżąc w łóżku odpisujemy na zaległe wiadomości od klientów. W mieście zostawialiśmy pracę za drzwiami budynku, w którym spędzaliśmy 8 godzin. Tu się tak nie da. Takie uroki na swoim. Nie narzekamy, bo daje nam to satysfakcję. I byt. A o to przecież chodzi.

Dopiero tu na wsi widzę, jak praca potrafi cieszyć. Jak się urobię przy chwastach po kokardę, nachodzę przy podlewaniu czy namacham szpadlem. Ale potem to wszystko pięknie rośnie i daje mi radość. Bo obcowanie z naturą daje mi radość. Nieporównywalnie ogromną. Tego najbardziej brakowało mi w mieście. I nawet najpiękniej ukwiecony balkon był tylko malutką namiastką tego do czego tęskniłam. Dlatego tak bardzo chcę Wam pokazać to piękno i moją radość. Chce by ktoś jeszcze tam po drugiej stronie poczuł to co ja. Być może wrócił do lat dzieciństwa, do jakiś pięknych chwil spędzonych na wsi. Lub popatrzył i się rozmarzył. Bo o tym, że marzyć warto nie jeden raz pisałam. Tym, którzy marzą, tym marzenia się spełniają. Podobno każdemu.

Któregoś dnia znalazłam w sieci ogłoszenie. Oddam w dobre ręce roślinki. Potrzebują nowego domu i kogoś kto je pokocha. Ogłoszenie dotyczyło wyłącznie mieszkańców Warszawy, bo w grę wchodził tylko odbiór osobisty. Nikt się nie zgłaszał. Roślinki z każdym dniem marniały co raz bardziej. Napisałam do dziewczyny, że ja chętnie te bidusie przygarnę, ale nie chciała wysłać. Chciała żebym odebrała osobiście. Mam do stolicy ponad 200km, nie miałam możliwości pojechać. Ale udało się. Dotarły do mnie takie pokrzywdzone przez życie, szybciutko wkopałam je do ziemi.

Większość roślin w moim ogródku przygarnęłam. Najwięcej przynosi mi moja babcia. Nie wiem kto ma więcej radości, ja że dostałam czy ona, bo mi coś podarowała. I moja mama mnie chętnie obdarowuje wszystkim co rośnie u niej, a to z zakupów jakiegoś kwiatuszki dla mnie przywiezie. Uwielbiam typowo wiejskie kwiaty, te które rosły w dawnych ogródkach. Jest u mnie wielki misz masz gatunków i kolorów. Ale to dopiero pokażę Wam jak wszystko zakwitnie.

Uwielbiam zbierać. I przetwarzać. Aż do jesieni mamy ku temu ogromne możliwości. Budziliśmy się do życia wraz z przyrodą pijąc brzozową wodę. Myślę, że mieszkając w mieście nie przyszłoby mi do głowy to robić. Mamy nastawione na soki i nalewki pędy sosny, kwiaty akacji, czarny bez już czeka.  Nie uwierzycie jak bardzo otwarły mi się oczy na to co koło mnie. Mieszkając w Krakowie nie zwracałam uwagi na tyle rzeczy! Tegoroczna wiosna, tak piękna pokazała na co stać matkę naturę. Poczułam zapach akacji, tak prawdziwie jak ostatnio czułam jako dziecko. Którejś nocy przebudził mnie śpiew ptaków. Tak, nocy. Było koło 2. Nie mogłam uwierzyć, że one koncertują przez całą noc. Gdy spotykam na swoje drodze rośliny, których nie znam- fotografuje. W domu sprawdzam w sieci, a gdy nie mogę znaleźć nazwy pytam na grupie zielarskiej. Dużo się dzięki temu nauczyłam. Chciałabym więcej. Kiedyś, w przyszłości. Kto wie.. Może będzie jak z tymi pszczołami. Nosiłam się z zamiarem długi czas. W ubiegłe lato zaczęliśmy budowę, więc automatycznie się to odsunęło. Ale tamtej wiosny zamieszkały z nami murarki. W domku dla owadów, w miejscu przeznaczonym dla motyli zamieszkał z nami ptaszek. Zniósł jajeczka, wylęgły się pisklątka. Dzieciaki bardzo przeżywają pojawienie się nowych stworzeń. Są zafascynowane równie mocno jak ja. Gdy mąż mnie spytał co chcę dostać w prezencie od Mikołaja powiedziałam, że ul. Dostałam też książkę, jak się małymi stworzeniami zająć. Bałam się, wciąż się boję, że zrobię im krzywdę. Czegoś nie dopilnuję, coś przeoczę. Dlatego gdy znalazł się ktoś, kto zaoferował swą pomoc, podzielenie się doświadczeniem z entuzjazmem podjęłam się nowego zajęcia.

Sukienki od Miszkomaszko. Jak ja lubię ich kroje, nie ma wygodniejszych do codziennego biegania. Kwiatowe wzory kradną moje serce przy każdej kolekcji. Chętnie bym wykupiła każdy jeden.

Podobnie jest z butami od Birkenstock. Mój mąż twierdzi, że wyglądają babcinie. Ale ja mam to gdzieś, bo serio nie ma wygodniejszych butów (i wiem, że któregoś dnia i on się da przekonać do kupna dla siebie). Przy tym praktycznie niezniszczalnych. Pasujących również do wszystkiego, czy to sukienki, spodni czy szortów. Przy ilości kilometrów jakie robię każdego dnia wygoda to podstawa. Sprawdziły się w ubiegłym sezonie, postawiłam na nie i tym razem. Pasują mi zarówno do wiejskiego życia jak i wypadów do miasta.

Tatuaż ze zdjęć to najnowsza propozycja od Mysiogonek. Choć nie ukrywam, że chętnie zrobiłabym sobie taki prawdziwy 😉

 

Zdjęcia z butami powstały przy współpracy ze sklepem Footway.pl Pozostałe to efekt współpracy moich bliskich i otoczenia. Pozowało pięknie 🙂 Zwierzęta z wpisu nie ucierpiały. Poza jaszczurkami, które na widok naszych kotów gubią ogony. Tak nam ich szkoda, że łapiemy i wynosimy poza działkę. Inaczej sierściuchy zamęczyłyby je na śmierć.

 

 

 

Śnieg

Taką zimę pamiętam z dzieciństwa. Ferie u dziadków na wsi, zaspy po kolana, zmrożone okoliczne rowy i stawy. Jeździliśmy na łyżwach od rana do zmroku, wpadając do domu po kanapkę, gdy głód już mocno dał o sobie znać. Jak zawiał wiatr to zamiótł śnieg z okolicznych pól tak, że drogi nie było widać. Ale było fajnie…

Dziś mi się to wszystko przypomniało. I choć już druga połowa marca, człowiek sercem i myślami wędruje do ciepłych wiosennych dni to ta zima na prawdę robi wrażenie. Dosypało śniegu sporo. Wszystko pobieliło, krajobraz w słońcu i śniegu skąpany zachwyt wywołuje.

A ja się cieszę. Bo wspomnienia przywołane sercu przecież miłe. A momenty dziś telefonem łapane za lat kilka przecież też podobne uczucia będą wywoływać.

Kids Time 2018

Czasem rzeczy niemożliwe stają się możliwe. Myśl, która kiełkowała lata temu nagle zaczęła rosnąć i przebiła się okazując się realną do realizacji. Tak właśnie było z tegoroczną edycją największych targów branży dziecięcej w Polsce. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że przyjdzie dzień, w którym nasze mebelki będą dostępne dla zwiedzających targi Kids Time.

Pamiętam ten zawrót głowy gdy odwiedziłam targi jako zwiedzający po raz pierwszy. Ogrom wspaniałych Firm, multum produktów dedykowanych dzieciom. Dla młodej mamy to zwyczajne szaleństwo. Dla mamy blogerki – szaleństwo podwójne. Wszystkie rzeczy, które widywałam w ulubionych sklepach internetowych na wyciągnięcie ręki. Mogłam dotknąć, poczuć fakturę, sprawdzić funkcjonalność. Porozmawiać, często nieśmiało z osobami odpowiedzialnymi za sprzedaż. No i miałam możliwość zobaczyć nowości, które miały pojawić się na rynku. Mogłam Wam napisać co mnie urzekło, co nowego wkrótce się pojawi, na co warto czekać.

Ubiegłoroczny wypad do Kielc miał troszkę inny charakter. Pojechałam tam wchodząc w rolę blogerki, ale i osoby prowadzącej sklep. Z nastawieniem, że wynajdę wyjątkowe rzeczy, które będę potem mogła Wam zaoferować w naszym sklepie. I tak też się stało. Z targów przywiozłam dekoracje ścienne, które bardzo Wam przypadły do gustu. Do tego stopnia, że filcowe słonie wyprzedały się na dobre i nawet producent nie wiedział kiedy będą dostępne 😉

To wtedy odwiedzając stoiska polskich firm, świetnie radzących sobie na rynku (nie tylko naszym, ale i międzynarodowym) zaświtała mi ta myśl. Pamiętam jak powiedziałam pół żartem pół serio, że za rok my też się wystawimy. Jak się okazało nie rzuciłam słów na wiatr. Kilka miesięcy później wysłałam zgłoszenie. Wszystko za sprawą cudownych w moim życiu zbiegów okoliczności. Głęboko wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde zdarzenie, każdy napotkany na Twojej drodze człowiek nie zjawił się bez powodu. Tak właśnie było z dziewczynami z Cut it Now. Zanim Wam opowiem więcej o Targach koniecznie muszę tu o nich i naszym pierwszym spotkaniu napisać.

Cofnijmy się, więc w czasie do lata roku ubiegłego, kiedy to wybraliśmy z mężem i dzieciakami na festyn z okazji święta Czulimu i Czulentu w miejscowości niedaleko nas. Mieliśmy siedzieć w domu, a weekend nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Mój mąż zwykle stroni od podobnych atrakcji, tym razem jednak z nudów dał się przekonać.

Na miejscu przywitała nas głośna muzyka i tłum ludzi. Pamiętam jak szwendaliśmy się pomiędzy straganami kosztując Czulimu z żeberkami. W jednym ze straganów kupiłam olbrzymie cebule czosnku ozdobnego do mojego ogródka, w innym jakaś pamiątkę regionalną. Aż moim oczom ukazało się stoisko z pięknymi drewnianymi monsterami. Kto mnie zna, wie że jak ta przysłowiowa sroka nie jestem w stanie przejść obojętnie obok podobnych rzeczy. Podchodząc jednak do stoiska nie przypuszczałam, że zostanę rozpoznana jako autorka bloga i będzie to cudowny początek mojej przyjaźni z Madzią i Anią. A także początek naszej biznesowej współpracy, bo już tydzień później siedziałyśmy w kawiarni rozmyślając co mogłybyśmy razem zdziałać. Szybko okazało się, że mamy podobny gust i styl pracy. Dogadałyśmy się bez problemu.

W Bambooko pojawiły się pierwsze efekty naszej współpracy. Gdzieś po drodze poznały się nasze dzieciaki,  a my zaczęłyśmy się spotykać w miarę regularnie. Gdy tylko powrócił temat targów w Kielcach nie wyobrażałam sobie, że mogę pojechać na nie bez dziewczyn. Wspólny wyjazd był tak naturalny, jak to że nasze produkty cudownie się uzupełniają tworząc piękną i przyciągającą uwagę całość. Dzięki dziewczynom kiełkująca myśl urosła i nie było już odwrotu. Pojechałyśmy i były to najlepsze biznesowe trzy dni w moim odczuciu.

Tym, którzy nas odwiedzili serdecznie dziękujemy. Za każde miłe słowo, za rozmowy. Za uśmiechy i uznanie dla naszych starań. Tym, którzy nie mieli okazji nas spotkać dedykuję ten wpis. Mam nadzieję, że poprzez moje słowa Bambooko i Cut it Now wyda Wam się bardziej realne. Chciałabym, żeby ludzie wiedzieli, że za tymi dwoma Firmami stoją nieprzypadkowe osoby. Że u nas jest miło, sympatycznie i rodzinnie. Co staraliśmy się pokazać na naszym stoisku.

Na koniec kilka zdjęć z Kielc. Tak jak zapraszałyśmy w nasze progi na Targach, tak i tu zapraszam Was do naszego pokoiku dziecięcego. Może znajdziecie w nim coś dla siebie 🙂

 

Życie na wsi kontra życie w mieście

Osiem miesięcy życia na wsi minęło nie wiadomo kiedy. Czas leci nieubłaganie szybko. Mam wrażenie, że jeszcze bardziej niż w mieście, w którym przecież zgodnie z opinią czas mija szybciej. Jak przez palce przelatują mi dni. Jednego dnia jest poniedziałkowy poranek, drugiego sobotnie popołudnie. Nie wiem kiedy Antek z pełzającego maluszka przemienił się w biegającego malucha. Nie ma czasu na nudę i lenistwo. Ma to związek z pracą, która w naszym przypadku trwa 7 dni w tygodniu, praktycznie cały czas kiedy nie śpimy. Takie już uroki „bycia na swoim”. Ale nie narzekam. Choć wolnego czasu często mi brak. Na dobrą książkę, na dłuższy spacer.

Ale wróćmy do życia na wsi. Wyprowadziliśmy się z Krakowa, miasta tętniącego życiem. Pełnego ludzi, których najbardziej mi brak.  Brakuje mi moich koleżanek, rozmów z nimi. Tu na wsi, mimo że jest to wieś, na którą przyjeżdżałam od narodzin najbardziej brakuje mi właśnie bratniej duszy. Koleżanki. Do pogadania, podzielenia radości i smutku także.  Wypadu na kawę, do kina nie wiążącego się z kilkugodzinnym wyjściem z domu. Kiedyś mogłam wyjść na kawę do koleżanki i wrócić po godzinie. Teraz od naszego dawnego życia dzieli mnie 100km. 1,5h jazdy samochodem. 3h jazdy w dwie strony. Każdorazowy wypad do Krakowa to całodzienna wycieczka. Wyjeżdżam rano, wracam wieczorem. Gdybym była samotna, gdybym nie miała dzieci to pewnie nie stanowiłoby dla mnie tak dużego problemu logistycznego.

Żałuję, że nie mam nikogo tu na miejscu. Może kiedyś, gdzieś w sąsiedniej wsi. Może uda się nawiązać nić porozumienia. A póki co czuje się trochę jak outsider. Trochę dziwnie na mnie patrzą jak wyjadę poza granice mojej wioski. Bo na mojej wsi to jestem u siebie. Wychowałam się tu, przyjeżdżałam na każde wakacje, weekendy. Ale wystarczy, że wybiorę się do pobliskiego miasteczka. I już jest inaczej. Inaczej ludzie podchodzą. Zwłaszcza Ci, którzy wiedzą,że przyjechaliśmy z miasta. Matki kolegów i koleżanek z przedszkola Matiego dziwią się. Pamiętam ich wyraz twarzy po pierwszym spotkaniu w przedszkolu, gdy kilka z nich dowiedziało się, że my z Krakowa na naszą wioskę się wynieśliśmy. One chętnie, ale w drugą stronę. Traktują mnie trochę jak „obcego”. Przecież nie jestem stąd. Tu wszyscy się znają. Chodzili ze sobą do przedszkola, szkoły. Zaliczali wspólne imprezy. Wiedzą co w trawie piszczy. A ja nie wiem nic. Panują tu zupełnie inne zwyczaje, o których dowiaduje się zwykle po fakcie. Kiedy już człowiek walnie swoje faux pas. Czasem nie potrafię się w tym świecie odnaleźć. Mimo, że się staram.  Oni też się starają, są przecież mili i uprzejmi.  Ale mimo wszystko trzymają dystans, który jest odczuwalny.

Brak bratniej duszy w podobnym do mojego wieku to minus. Największy mojego życia tutaj. I chyba jedyny przeszkadzający mi.

Odległość od wielkiego miasta ma tylko znaczenie w przypadku krótkich wypadów. Gdy chce jechać na dłużej, bo taką mam potrzebę to od czasu do czasu mogę to przecież zorganizować tak, że dzieciaki nie ucierpią. Zwłaszcza, że mam cudowną mamę, która zajmuje się nimi bez mrugnięcia okiem. Gdy wyjeżdżamy razem z mężem coś załatwić to i mój tata chętnie pomaga. Odbierze Matiego z przedszkola, weźmie Antka na spacer. Pod tym względem mam komfort nieporównywalny do życia w Krakowie. Tam albo musiałam wyjść sama bez męża, albo wychodziliśmy w trójkę, a potem po narodzinach Antosia w czwórkę.

Na wsi jednak nie rozmyślam zbytnio o tych wyjściach. Choć w promieniu 20km znajdzie się dobra pizza, dobra kawa, kino z najnowszymi produkcjami. Mamy basen, pyszne lody (a tak było mi żal krakowskich Argasińskich). Mamy też przewagę nad miastem – mnóstwo lasów, by pójść na spacer i pooddychać świeżym powietrzem. A to właśnie jakość powietrza jest niezaprzeczalnym plusem życia na wsi. To naprawdę czuć. Nie śmierdzi. Ba, powietrze pachnie. Oddycham pełną piersią. Dzieci nie chorują (tfu tfu). Mieszkamy w wiosce, otoczonej z dwóch stron lasem, choć powoli i trzecia strona zaczyna zarastać. Razem z nami żyje mnóstwo dzikich zwierząt. Jest pełno saren, jeleni, lisów, zajęcy. Są bobry. Każdego dnia słychać żurawie zamieszkałe tuż obok. Nasza działka jest na samym kraju wsi, przy drodze do lasu. Widok  z sypialnianego okna będziemy mieć na sosny kołyszące się na wietrze. Z tarasu będziemy oglądać stado jeleni. Przychodzą każdego dnia do nas. Kilkanaście sztuk. Zwykle 14. Mniejsze i duże. Taka gromadka robi wrażenie. Lubią naszą działkę. Mają gdzie się schować, bo na jej końcu znajduje się brzozowy lasek.

Uwielbiam ten aspekt wiejskiego życia. Możliwość obcowania z naturą. Z jej mieszkańcami. W mieście to było niemożliwe.

Staram się wygospodarować choć małą chwilę i korzystać z tej możliwości ile mogę. Doceniam dar.  W tym roku zakładam swój własny ogródek. Z warzywami, które już posiałam i pięknie wzeszły. Chciałabym pracą własnych rąk wyhodować pożywienie dla siebie i swojej rodziny. Wolne od chemii. Mam taką możliwość, czego nie mogłam zrobić mieszkając w Krakowie. To kolejny ogromny plus życia na wsi.

Mogę być sobą. Nie muszę się martwić sąsiadami. Każdy kto mieszka lub mieszkał w bloku wie o co chodzi. Chociaż w Krakowie mieliśmy naprawdę super sąsiadów, którzy nigdy nie narzekali na hałasy dobiegające spod „piątki”  to mimo wszystko zawsze miałam obawę, że Pani Marysia mieszkająca pod nami ma dość Matiego jeżdżacego na plasma car czy Szelmy szczękającej na balkonie (choć robiła to jak to labrador raz na ruski rok). Dziecko moje wracające z placu zabaw nie jeden raz było słychać na 9 piętrze, wiem bo kilka razy wspominała o tym mieszkająca tam koleżanka. Zawsze gdy kłóciłam się z mężem, a my z tych co kłócą się głośno i intensywnie miałam wrażenie, że cały blok nasłuchuje przez ściany i zwyczajnie potem było mi głupio. A ściany mieliśmy grube, bo mieszkaliśmy w bloku z wielkiej płyty. Nie te cieniutkie kartonowe jak we wszystkich nowych blokach. Na wsi nie muszę się o to martwić. Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami jest sprawą mieszkańców domu. Nikt nic nie słyszy. Mam ochotę poskakać na skakance, robię to. Nawet o 12 w nocy. Zrobić grilla na balkonie. A proszę bardzo.Chociaż w krk też robiliśmy elektrycznego i nikt nigdy nie zgłaszał obiekcji. Dziecko wyje na cały regulator wczuwając się w Elzę? A niech ma tę moc!

Kiedyś spotkałam się z zarzutem, że na wsi nie można być anonimowym. Że w mieście wychodzisz, nikt Cię nie zna. Robisz co chcesz, nikt nie ocenia. Pewnie sporo w tym racji. Ale czy to aby na pewno jest plus? Nasza wieś jest malutka, mamy ok 20 domów. Niektóre samotne, bo właściciele pomarli. Każdy każdego zna. Wie o innych sporo. Jesteśmy jak rodzina i jest w tym sporo prawdy, bo praktycznie w co drugim domu jakoś się więzy krwi splatają. Ale nie wiem czy sąsiadka spogląda przez firankę, gdy idę z chłopakami na plac zabaw i czy myśli sobie „oho! znowu nie ubrała im czapeczek”. Nie wiem, bo nie mam zwyczaju gapienia się w cudze okna. Ale nawet jeśli to szczerze mówiąc równie dobrze mogłaby robić to sąsiadka w mieście. To nie kwestia tego gdzie ktoś mieszka, a charakteru po prostu. Nie odczułam przez te 8 miesięcy, by ktoś z naszej wioski mnie oceniał. Mnie, moje dzieci, moją rodzinę. Owszem, czasem ktoś zagadnie, z ciekawości zapyta o nasze plany. Przez to, że jest tu dom rodzinny mojej mamy, a ja sama się tu praktycznie wychowałam nie czuję skrępowania. Mogę zostawić Matiego na placu zabaw i poprosić Pana Zenka mieszkającego tuż obok, by miał na niego oko przez płot, gdy ja na chwilę wyskoczę do domu po zapomnianą zabawkę. W Krakowie w życiu nie zostawiłabym Mateusza samego na placu zabaw. Tu sam wsiada na rowerek i jedzie do swojego kumpla  z przedszkola dwa domy dalej, jeśli akurat jest u dziadków. Bartek też przychodzi do nas i nikt się nie krępuje. Serio, nie ma skrepowania i sztywności. Listonosz wchodzi do domu, czasem zapuka, a czasem nie. Jak nas nie ma w pobliżu to list czy paczkę zostawi na ganku. Albo u babci. Nie wypisuje awiza i każe jechać 3km na pocztę. Ludzie się znają, ufają sobie. Jeden drugiemu życia nie utrudnia. Nie wiem czy podobny luz czułabym gdybyśmy zamieszkali na działce, którą kupiliśmy pod Krakowem. Pewnie nie.

Nikt nie komentuje mojego sposobu wychowania i podejścia do życia. Ja się trochę wyłamuje z utartych tu schematów. Nikt nie czyta dogłębnie internetów, nie studiuje najnowszych zaleceń. Dzieci jedzą słodycze, jeżdżą na poddupnikach, oglądają telewizję, ale są szczęśliwe. Ich mamy także. I co ważniejsze nie w głowie im przekonywanie mnie, że skoro robię inaczej to nie mam racji. I choć często boli mnie serce na słodkie napoje w przedszkolu to słowem się na głos nie odzywam. Bo Mati ma najcudowniejszą Panią jaką tylko mógł mieć. Pokazuje im świat w każdej odsłonie. Głównie w tej kolorowej. Pozwala się bawić, bo dzieciństwo jest czasem zabawy, a na naukę przyjdzie swój czas. Mati uwielbia chodzić do przedszkola. A jak przyjeżdżam po niego to widzę jak szaleje z kolegami, cały w wypiekach na buzi z zadowolenia. Nikt nie stawia do kąta za to, że jest się dzieckiem z masą energii. Pani Ula znajduje sposób na to, by tą energię dobrze rozładować. Czuję, że jest przywiązana do każdego dziecka w swojej grupie. Nie czułam tego w Krakowie, chociaż Panią Alicję również bardzo miło wspominamy.

Jest jednak jeszcze coś co mi przeszkadza. W Krakowie gdy chciałam zrobić coś co wymagało pomocy fachowca, wystarczyło, że wybrałam numer a za godzinę słyszałam dzwonek do drzwi. Zasada ja płacę, więc oczekuję, że traktujemy się po partnersku. I ktoś szanuje mój czas. Tu spotykam się z trochę innym podejściem. Umawiam się z gościem, że w poniedziałek przywiezie mi ziemię. Mija poniedziałek, wtorek, czwartek. Pana nie ma. Nie dzwoni i nie mówi, że coś mu wypadło. To ja muszę zadzwonić i dowiedzieć się dlaczego nie przyjechał. Nie ma zbyt wielu usługodawców, więc nie ma konkurencji.Jesteś zdany na usługi konkretnej osoby, więc czekasz. Obecnie mi to przeszkadza. Może za kilka lat wsiąknę w system i będę zachowywać się podobnie?

Na koniec wrócę jeszcze do odległości, bo przyszło mi na myśl, że na ten tekst trafią osoby zainteresowane przeprowadzką z miasta na wieś. Charakter naszej pracy sprawia, że pracujemy u siebie. Ne wiąże się to z dojazdami do pracy i czasem, który musielibyśmy poświęcić na ten dojazd. Gdybym musiała każdego dnia wstawać godzinę lub dwie wcześniej, stać potem w korku to pewnie miałabym dylemat. Chociaż swego czasu kupiliśmy działkę pod Krakowem oddaloną o 20km i to było takie maksimum, które zgodziliśmy się wtedy pokonywać w drodze do pracy. Tu dojazdy wiążą się tylko z dowozem Matiego do przedszkola. Mamy do niego 3km. Wozimy syna autem, chociaż jeździ autobus. Przy okazji rano zaopatrujemy się w świeże pieczywo, a popołudniami mąż i tak przeważnie wraca skądś i go zgarnia. Póki co nie mamy z tym problemu. Być może pojawi się jak chłopaki będą starsze, gdy pójdą do szkoły średniej, a potem może na studia. Jednak wiele dzieci wychowanych na naszej wiosce świetnie sobie w życiu dało radę, jestem pozytywnej myśli, że moi chłopcy też podołają 🙂

Dla mnie obecne życie tu jest lepszym wyborem niż miasto. Plusy zdecydowanie przeważają nad minusami. Każdy jednak patrzy ze swojej perspektywy. Mam już swoje lata (oho! jak to zabrzmiało) i doceniam spokój, który mnie otacza. Będąc nastolatką czy nawet zaraz po ślubie, zanim na świecie pojawiły się dzieci nie myślałam tymi kategoriami. Teraz jest zupełnie inaczej. Jak się tu przeprowadziliśmy miałam wrażenie, że zrobiliśmy to z myślą o dzieciach. Dziś wiem, że zrobiliśmy to również dla siebie.

 

Jesień na budowie

Uwielbiam ten okres. Ferie barw mieniących się w słońcu, odbijających w kałużach liści. Każdego roku witam jesień z podobną nostalgią. Czekam kiedy będę mogła w pełni cieszyć się tym okresem, na spokojnie, z poszanowaniem. Póki co czas ucieka mi przez palce, a ja jakby przypadkiem rejestruje, że jednego dnia ogromna topola przy drodze do lasu szeleści listkami, by drugiego dnia pokazać mi gołe konary. Zaglądam na budowę, bo jeszcze tu jesień nie chce ustąpić zimie. Modrzewie jak w strojnych sukniach, każdy podobnej, ale jednak innej szykuje się na zimowy bal. Ah, jakie one są piękne w tej szacie. Napatrzeć się nie mogę. I cieszę ogromnie, że strzegą naszej granicy. I pomyśleć, że dawniej to drzewo, rosnące przed moim oknem w Krakowie było mi zupełnie obojętne. A tu na wsi zachwycam się za każdym razem gdy zachodzę na budowę.

A zaglądam dość często, choćby popatrzeć. Bo prace budowlane powoli zamykamy na ten rok. Plan wykonany. Nie do końca jak sobie założyliśmy, ale dziękujemy Bogu, że udało się i tyle. Bo z drugiej strony ruszyliśmy z pracami dotyczącymi domu. A te cieszą jeszcze bardziej, gdy się wie, że jesteśmy o krok bliżej do realizacji marzeń. Moje marzenia nigdy nie były tak bardzo realne jak teraz. Podwaliny domu, w którym mam nadzieje, w szczęściu przyjdzie nam dożyć starości cieszą nasze oczy. Drzewo na dom też już jest. Czeka na maj, na który i ja czekam z utęsknieniem. Odliczam miesiące i pierwszy raz tak bardzo chcę, by czas płynął jeszcze szybciej. Chcę już słyszeć odgłos ciosania drzewa, poczuć jego zapach, dotknąć gładkich bali. Stanąć w swoim salonie, zobaczyć widok za oknem. Poczuć namacalnie, zobaczyć to co teraz sobie tylko wyobrażam.

Tak jak w przypadku budynku gospodarczego. Dziś, gdy robiłam zdjęcia, obiektyw skierowałam przez jedną z bram. I dotarło do mnie, że w pewnym sensie ten widok będzie niezmienny. Owszem ulegnie przeobrażeniom krajobraz, otoczenie. Ale perspektywa pozostanie ta sama. Brama będzie tam, gdzie jest w tej chwili. Bo przecież budynku nie przesunę. I z tej bramy będę widzieć dom. Dom, którego jeszcze nie ma, ale już go prawie widzę, bo fundament dokładnie pokazuje mi, że tu jest wejście, tu zaczyna się kuchnia. A tam mąż będzie bramę uchylać,by wyciągnąć kosiarkę. Aż mi się śmiać samej do siebie zachciało, bo zobaczyłam go jak pod nosem marudzi, że znów musi kosić.

Wyobrażenia. Marzenia. Jak to będzie. Co to będzie. Snuję wizje leżąc w łóżku, gdy nie mogę zasnąć. Rozmyślam spacerując. Aż mnie boli w środku na myśl o pierwszych wspólnych świętach, ogromnej po sufit choince, moich chłopakach przy kominku. Boli pozytywnie, tak ściska w dołku, bo chciałoby się już. Tu i teraz. Ale czekam cierpliwie. Bo już mam dużo i trzeba dziękować za to co się ma.

Dziękuję, więc. Za mury. Za dach, przez którego spać po nocach nie mogłam. Bo kto to widział, żeby oferować na rynku tyle rodzajów pokryć dachowych. W tylu kolorach. Za komin z krzywo wmurowaną cegłą, której nigdy w życiu bym nie kazała poprawić. Bo to też część naszej historii. Za dodatkowe okno dziękuję. Dwoje drzwi, choć na ten czas powinny być i bramy. I okna. Za wymurowaną piwniczkę, która kością niezgody w naszym małżeństwie się okazała, a i Pana Stanisława, który choć spełniał moje pomysły to i jemu praca przy murowaniu nerwy szargała. Kiedyś będziemy wspominać. Oby z uśmiechem na ustach. A i mąż nie jeden raz z tej mojej małej fanaberii skorzysta. Powiadają, że jeśli małżeństwo dzieci odchowie, budowę przetrwa, to nic straszne im nie będzie. Więc jak kolejna sprzeczka za nami, a mimo to do łóżka bez gniewu się kładziemy to spokojna jestem o naszą przyszłość. Pobudujemy, przetrwamy. I wspominać będziemy.

Za drzewa dziękuję. Że udało mi się znaleźć miejsce, gdzie tradycyjne odmiany, na silnie rosnących podkładach dostałam, dzięki czemu kolejną wizję mogę spełniać. O dużym sadzie, pełnym owoców z mojego dzieciństwa. Antonówek, papierówek, malinówek. Szarych renet, które będę obierała i kroiła na szarlotkę dla moich wnucząt. Wiśni, czereśni, śliw i grusz, z których zrobię przetwory i schowam jak skarb, na zimę, w naszej ziemnej piwniczce. Za wszystkie szpadle przez męża mego połamane.  Za malutkie świerki ocalone. Coby przyjęły się i swoją historię pisały. Tak jak te kwiaty co wiosną zakwitną, a babcia mi je zasadzić pomogła. I nadziwić się potem nie mogłam, że blisko 80 lat, a jak nastolatka, pełna energii. Bo czy mi tak dane będzie za 50 lat?

I za przyziemne rzeczy wypada podziękować. A więc dziękuję. Że życzliwie ktoś podpowie co się sprawdzi, że na takiej ziemi jak nasza to pewne rozwiązania nie bardzo. Bo gliny pełno kupiliśmy i garnki lepić możemy. Że skoro staw będzie to oczyszczalnia biologiczna być musi, bo inaczej to mężowe ryby długo nie przetrwają. Że kamienia trochę podsypać pod drzewa to wichury im potem straszne nie będą. A jak już o tym kamieniu mowa to i za podjazd dziękuję. Że w błocie po kolana nie grzęznę, bo słowo daję choć działkę piękną mamy to po deszczu zmienia się okrutnie. A te kamień choć ani trochę mi się nie podoba to na słowo mężowi wierzę, że posypiemy i zrobimy po mojemu. Żeby dzieci kolan nie zdzierały.

Za ostatnie miesiące dziękuję, wypatrując tego co przyszłość przyniesie. Wypatruje, by móc się radować, ale i radością podzielić z Wami troszeczkę. Bo szczęście najwięcej radości daje, gdy możemy się nim podzielić z innymi 🙂

 

dsc_0263dsc_0283dsc_0257dsc_0286dsc_0266dsc_0290dsc_0291dsc_0292dsc_0295dsc_0300dsc_0298dsc_0312dsc_0304dsc_0319dsc_0274dsc_0279dsc_0270dsc_0309dsc_0254