Nasze chwile razem

Uwielbiam zatrzymywać życie w kadrze. Na pamiątkę. Chwile, wyjątkowe momenty, wzruszające sceny, mijanych ludzi i przedmioty, które chwytają za serce. Wiem, że co było już nie wróci. Zdarza się raz, nie ma nic powtarzalnego.

Przyszło nam żyć w wyjątkowych czasach. Oczywiście na swój sposób. Mamy dostęp do narzędzi, które umożliwiają nam podróże w czasie. Każdy z nas ma. I choć fotografia pojawiła się wiele dziesiątek lat temu, nigdy wcześniej nie była tak blisko, na wyciągnięcie ręki jak teraz.

Robimy zdjęcia telefonami, tabletami, cyfrówkami i lustrzankami. Zlecamy ich wykonanie profesjonalistom. I choć te ostatnie zwykle są doskonałe jakościowo, nie przekazują do końca tego co najważniejsze- emocji. Nigdy wystylizowane zdjęcie, pozowane, nie odda tego co przypadkowo złapany kadr. Te kocham najmocniej całym sercem. Nie zawsze mi się uda oddać ten moment, nie zawsze wyjdzie doskonałe jakościowo, ale jest. I gdy po miesiącach, które upłynęły od jego wykonania patrzę na zdjęcie pierwszego ściętego loczka mojego synka lub aktu notarialnego, który dzierżę w dłoni szczęśliwa, bo oto staliśmy się posiadaczami naszego miejsca na ziemi – żadna, nawet najcudowniejsza sesja foto nie przebije uczuć jakie mną targają.

Zawsze obiecuję sobie, że wywołam zdjęcia. Ze ślubu, z wakacji (jednych, drugich, piątych i dziesiątych), chrztu Mateuszka, jego miesięcznic. Na obiecankach zwykle się kończy. Ostatni album ze zdjęciami z wakacji mam sprzed kilku lat. A co z resztą? Tej resztki są tysiące zdjęć, ulotnych, wspaniałych chwil.

Dlatego cieszy mnie mnogość narzędzi jakie daje nam instagram. Co tu dużo ukrywać, tam zdjęć wrzucam najwięcej. Lecz co najważniejsze mogę je szybko, bez ślęczenia i przeglądania mieć w formie innej niż elektroniczna. Opcji do wyboru jest ogrom. Mam w domu ogromny plakat, pojedyncze fiszki, mema, magnesy na lodówkę, a także fotoksiążkę z ulubionymi kwadratami.

Ta ostatnia trafiła do nas dzięki niezastąpionemu Printu. To dzięki nim mam w domu swoją osobistą, papierową wersję bloga z najważniejszymi momentami (mimo, że blog w tej formie nie istnieje już od dłuższego czasu). Mam teraz papierową wersję instagrama.

Zrobiłam ją dla siebie. Tak egoistycznie. Z okazji Dnia Mamy. Niebawem jednak zbliża się Dzień Taty. To cudowny pomysł, by podarować wspomnienia w książce zamknięte swojemu tacie lub mężowi.Teraz na Printu znajdziecie wyjątkowy rabat w wysokości 39%. Możecie z niego skorzystać zamawiając swoją książkę do dnia 14 czerwca.

DSC_0184DSC_0193DSC_0202DSC_0204DSC_0201DSC_0211 DSC_0178DSC_0209

Fotoksiążka – PRINTU

Kwadraty/magnesy na lodówkę – Instafoto

Plakat – Instadruk

W podróży po dalsze życie

Święta Wielkiej Nocy. Życzymy swoim bliskim, przyjaciołom, dalszym znajomym zdrowia, smacznego jajka, mokrego Dyngusa. Ale to głównie zdrowie króluje wśród naszych życzeń. Bo bez zdrowia przecież nie raduje nic. Nie ma radości, jest troska.

Pomagamy, jedni chętnie drudzy w zabieganiu codzienności trochę rzadziej. Przez cały rok, jednak to okres Świąt, tych Wielkanocnych i Bożego Narodzenia jest czasem, gdy los drugich nie jest nam obojętny. To, że możemy wspólnie z najbliższymi usiąść przy świątecznym śniadaniu, radować się z ich obecności jest w pewnym sensie darem. Danym nie wszystkim.

Dla mnie to Święta są takim czasem, który szczególnie mocno przypomina mi, że gdzie tam, często tuż za rogiem, są osoby, które potrzebują mojej pomocy. I jeśli tylko mogę, jeśli potrafię wyciągam dłoń. Bo dziś ktoś inny potrzebuje mojej pomocy, ale być może kiedyś to ja będę o nią prosić.

W Wigilię Bożego Narodzenia pojechałam zapakowanym po brzegiautem z pomocą dla oddziału pediatrycznego Szpitala im. Jana Pawła II we Włoszczowej. Dzięki Waszej pomocy, pomocy firmy Melwa, która przekazała kilkadziesiąt sztuk poszewek, dzięki pomocy Honoraty, która z własnej kieszeni zakupiła 20 sztuk poduszek udało nam się sprawić, że pokoje na oddziale nabrały barwy, której brakuje w szpitalnej codzienności. Poszewki w dalszym ciągu do mnie napływają i niebawem ponownie odwiedzę szpital. Za każdą pomoc serdecznie dziękuję w imieniu Szpitala oraz jego małych pacjentów.

Dziś przychodzę do Was po pomoc ponownie. Po pomoc dla małego Pawełka, który toczy walkę ze śmiercią. Chłopiec czeka na przeszczep wątroby od swojej mamy. Jego malutkie, a zarazem silne ciałko nie poddaje się, ale czasu ma co raz mniej. Zostało tak naprawdę kilka dni na pomoc. Jakieś 10, bo cała reszta to czas na zaksięgowanie pieniędzy. Potrzebna kwota, która pokryje koszt operacji w Belgii jest kolosalna! Ponad 100 tys euro. Dlatego musimy pomóc Pawełkowi. Nie wyobrażam sobie, by po tak długiej walce, pełnej cierpienia miałoby się nie udać zebrać potrzebnych pieniążków.

pageaaa

Dlatego gorąco Was proszę o pomoc. Przyłączcie się, wesprzyjcie konto skarbonki Pawełka na siepomaga.pl. Jeśli nie rozliczyliście jeszcze PIT, oddajcie swój 1%. Powiedzcie swoim znajomym, nie bądźcie obojętni. Życzmy mu wszyscy razem zdrowia. Nie tylko na Święta.

pagennnn

Przyłączcie się do naszej LICYTACJI. Tak jak w przypadku małego Szymka, któremu już dawno temu udało się pomóc, tak i teraz zapraszam Was do wspólnej akcji. Dziś wystawiam domek średniej wielkości od Bambooko. Kolor wybierze osoba, która wylicytuje domek (z dostępnych mięta, róż, jasny szary, turkus).

licytacja dla pawełka

 

Licytujemy tu w komentarzach, a wylicytowaną kwotę w całości wygrany przeleje na konto skarbonki Pawełka w siepomaga.pl


 

Adres skarbonki Pawełka: https://www.siepomaga.pl/f/liver/c/2340

 

Licytujemy od teraz do wtorku 7.04 do końca dnia (23:59). Zaczynamy od kwoty 20zł. Przebijamy o pełne złotówki.

 

Zapraszam też innych blogerów do przyłączenia się.


Strona Pawełka: http://www.liver.pl/nadzieja-na-zycie-dla-pawelka-bryka/

Strona fb: https://www.facebook.com/zyciedlapawelkabryk/timeline

 

Mój Kraków – bezradnik przetrwania

Czasem mam ochotę być wredna i złośliwa. Tak jak facet z bloku obok, który widząc męża rzucającego naszemu psu piłkę na ogromnej łące nie uczęszczanej przez ludzi, dzwoni po straż miejską.

Czasem mam ochotę wziąć telefon i wykręcić numer 986 (swoją drogą nawet nie wiedziałam, że taki mają numer).

Jak większość czytelników dobrze wie, mieszkamy w Krakowie. Mieście pięknym turystycznie, mieście wielu możliwości dla studenta, ale kompletnie beznadziejnym do życia dla rodzin. Zwłaszcza z dziećmi. Uogólniam, generalizuję. Wiem dobrze, ale jako jednostka jednej z takich rodzin mam przecież prawo. Wypowiedzieć się w imieniu swojej rodziny. Ciężko się żyje, zwłaszcza w okresie zimowym. Późna jesień i wczesna wiosna również nie należą do najprzyjemniejszych, choć optymizm wywołany zmieniającą się na lepsze aurą potrafi przesłonić negatywy. Na co dzień jednak szarość dnia i gęste od zanieczyszczeń powietrze sunące pomiędzy blokowiskami dołuje. Dołuje, gdy patrząc na alarm smogowy kolejny raz boję się wyjść z synem na spacer.

Do czego zmierzam? Do tego, czego mi najbardziej brakuje, a  mianowicie świeżego powietrza. Już słyszę to chrząkanie i śmiechy na sali. Dobre sobie, chcesz świeżego to zamieszkaj gdzieś na odludziu, wsi dawno zapomnianej.

Wiem, że w mieście a na wsi powietrze różni się diametralnie i nie mam zamiaru nad tym się roztrząsać. Nie będę się też długo rozwodzić nad krakowskim smogiem, bo pewnie każdy z Was o nim słyszał. Kraków jest najbardziej zanieczyszczonym miastem w Europie (!). W dodatku położonym w dolinie  (niecce- zwał jak zwał), więc wszystko się kumuluje i osiada. Przy tym jest to duże miasto, z ogromną ilością samochodów, starych kamienic opalanych węglem, pojedynczych domków jednorodzinnych opalanych Bóg jeden wie czym oraz posiadające hutę. Ekologiem żadnym nie jestem, znawcą tak samo nie, ale już ja sobie swoje zdanie (być może nie słuszne) wyrobiłam na temat tego co nas w Krakowie truje. Bo wszyscy trąbią, że najbardziej winne to te kamienice, a na drugim miejscu huta. I że auta owszem. I jeden komin w hucie zamykać będą coby nam się lepiej oddychało. Fajnie, a nóż pomoże, ale czy aby na pewno. Przecież na kominie filtry specjalne pomontowane i nie wierzę, serio nie wierzę, by komin ten generował gorszy syf od domu jednorodzinnego tuż koło mojego bloku. Do tego domku jeszcze dojdziemy, bo to on jest powodem dzisiejszego wywodu i mojej chęci bycia wrednym.

Mówi się o ogromnej ilości samochodów. No zgodzę się, dużo tego. Ale problem smogu od kwietnia do października de facto nie istnieje, a auta jeżdżą dalej. Pozostaje, więc zwalić wszystko na mieszkańców kamienic. Ale czy tak można? Czy można zwalać winę na jedną tylko przyczynę nie bacząc, że czynników jest więcej i to właśnie one wszystkie kumulując się sprawiają, że oddychamy tym syfem? Śmiem twierdzić, że za obecny syf w dużym stopniu odpowiedzialny jest ktoś jeszcze…

Kiedyś pomiędzy moim blokiem, a blokiem obok hulał wiatr. Pizgało jak w Kieleckiem. Gdy szłam na przystanek tramwajowy chciało głowę urwać, choć kilkaset metrów dalej wiatr nie poruszył nawet listkiem. Wszystko dzięki infrastrukturze dookoła. Mieszkam przy dawnym pasie startowym. Sama nazwa powinna dać Wam wyobrażenie szerokiej przestrzeni. Idąc do szkoły przechodziłam przez ogromne ogródki działkowe. Dziś, zamiast ogródków stoi nowa (już nie taka nowa będąc sprawiedliwą) Galeria Handlowa, a na pasie startowym wyrosły bloki. Na pasie startowym!

Teraz pomiędzy moim blokiem, a tym obok też wieje. Ale nie ma porównania. Teraz ten wiatr jest kłopotliwy, bo… dojdziemy do tego na koniec.

Park, niedaleko mojego domku także w pewnej części został zlikwidowany. Powstała Arena. Ku uciesze miłośników sportu. Fajne miejsce, zgodzę się. Ale stop. Ani kroku dalej, zostawcie już ten park w spokoju. Deweloperzy jednak chcą więcej. Ogródki działkowe przy parku. Na co komu one? Postawmy nowe osiedle. Odkupmy kawałek parku, mieszkania będą szły jak świeże bułeczki.

A co się stało z korytarzem powietrznym w okolicy Zielonek i Toń (dla niewtajemniczonych to podkrakowskie miejscowości, choć równie dobrze można nazwać je już dzielnicami Krakowa). Mój mąż ma babcię w Toniach. Jako dziecko biegał po rozległych łąkach. Terenach zielonych wykluczonych wtedy z zabudowy. Teraz prawo nagina się wedle potrzeb, a jak jest potrzeba sprzedaży terenu to się to robi. Dlatego dziś na tych zielonych terenach jak grzyby po deszczu wyrosły domy jednorodzinne. Miasto z centrami handlowymi też już tam dotarło.

Nie jestem znawcą, podkreślam to mocno. Ale takie rzeczy dają do myślenia. Rządzący tym miastem głowią się i troją jak polepszyć powietrze w Krakowie, a jednocześnie wydają zgodę na zabudowę każdego centymetra kwadratowego. Jak ma być przewiew skoro wszędzie stoją budynki. Często takie, które dodatkowo generują w atmosferę największy syf.

Ostatnio jedna z koleżanek wrzuciła na FB zdjęcia domu sąsiada. Z komina wydostawała się ogromna chmura duszącego, gęstego dymu. Z podpisem brzmiącym mniej więcej „Przeprowadziliśmy się dla dzieci. To wszystko dla nich, ogródek, miejsce do biegania, świeższe powietrze. A sąsiad pali takim gównem, że w domu śmierdzi mimo zamkniętych okien. Załamana”.

My też kupiliśmy działkę. Z myślą o postawieniu domu. Z myślą o naszych dzieciach. Z myślą o przyszłym życiu. Czy tam jest świeże powietrze, w stu procentach wolne od zanieczyszczeń? Oczywiście, że nie. Ale jest lepsze niż tu. Pytanie tylko, czy przesuwająca się aglomeracja za kilka lat tam nie dotrze, a za sąsiada nie będę mieć osoby utylizującej w piecu wszystko jak leci..

Dotarłam do sedna, do powodu który sprawił, że siadłam przy porannej kawie i klecę tego posta. Wspomniałam, że tuż obok mojego bloku stoi dom jednorodzinny. Dom, który co wieczór pali takim właśnie syfem. Syfem, który dociera wraz z wiatrem do mojego mieszkania. Zawiewa pomiędzy dwa bloki i wpada bezpośrednio do sypialni. Nie ma mowy o przewietrzeniu sypialni przed snem. Nawet jeśli prognozy stacji dot. smogu są optymistyczne. Nie ma mowy, bo cały ten dym jest zawiewany do środka. A śmierdzi tak, że nos chce ukręcić i zbiera na wymioty. Głowa dzień w dzień pulsuje w godzinach wieczornych. Dlatego już kilka razy miałam myśli, by być wredną i jednak chwycić za telefon. Tylko zawsze myślę sobie, a co to da? Czy to nie jest jak kopanie się z koniem? Bo oni przyzwyczajeni pewnie przez lata długie, że paląc w piecu wrzucą trochę butelek, śmieci. Zwłaszcza teraz, kiedy segregacja i za wywóz trzeba trochę zapłacić. Przyjedzie straż, w najlepszym wypadku da mandat. I co dalej? Czy to kogoś oduczy? A skoro kiedyś ludziom to nie przeszkadzało?

No nie przeszkadzało. Bo wiatr wiał z taką siłą, że nie było szans, aby ten dym do nas przyleciał. Teraz jedynie go podwiewa i ułatwia dotarcie.. Dziś przeszkadza, ale za kilka lat być może się przyzwyczaję do smrodu. Bo przecież do wszystkiego można się przyzwyczaić..

Wścibstwo nie jedno ma imię

Być może niektórzy z Was pamiętają, że w ubiegłym roku byłam w Warszawie na warsztatach z fotografowania. Warsztaty odbyły się w pewnym sklepie z zabawkami i akcesoriami dla dzieci.

Jakiś czas temu, przeglądając sobie facebooka natknęłam się na post tego sklepu, który okazał się być odpowiedzią na wpis jaki pojawił się na Pudelku. Ho ho!

Afera wielka się wywiązała, bo jedna z dość znanych aktorek kupiła wózek za 6 tysięcy złotych. I to właśnie w tym sklepie. Sklepie, który w artykule został uznany na jeden z najdroższych w Warszawie. Cóż…

Jako, że osobiście przeglądnęłam asortyment w tym i ceny ciężko mi się zgodzić z tym stwierdzeniem. Owszem, asortyment nie należy cenowo do najtańszego, ale dlatego, że towar jest z gatunku tych droższych, a nie dlatego, że sklep winduje ceny.

Aktora jest rozrzutna, bo wydała 6 tysięcy na wózek. Autor artykułu zrobił nawet wyliczenia ile kosztowały dodatki, ile gondola itp. O losie…

Cała ta sytuacja przypomniała mi jak bardzo ludzie lubią takie aferki. Pieniądze, a zwłaszcza cudze zawsze wzbudzają sensację. Chcielibyśmy wiedzieć ile kto zarabia, ile sąsiad zapłacił za wczasy na Bali i ile dał księdzu po kolędzie. Rozliczamy sklepy, że za dużo zarabiają, a producentów, że cenią swoją pracę i czas. Tymczasem nie jest to takie proste, bo nikt z nas nie ma w obowiązku spowiadać się znajomym (i tym nieznajomym zwłaszcza) ze swoich zarobków. I wydatków. Continue Reading

Przez różowe okulary

Kiedy jest się ze sobą od tylu lat zupełnie inaczej patrzy się na drugiego człowieka. Spadają w kąt różowe okulary. Widzimy wady, mankamenty urody, pewne zachowania irytują bardziej niż sąsiad wiercący ściany w porze drzemki Twojej pociechy.

Ale mimo wszystko na samą myśl, że mogłoby zabraknąć tej drugiej osoby czujesz jakiś zimny dreszcz. I choć przecież głębiej się nad tym nie zastanawiasz, bo po co wywoływać wilka z lasu, to myśl, która zapukała w tył głowy stawia na baczność, gdy różne dziwactwa nam się wyobrażają. Continue Reading