Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Mapa polskich szpitali.

Blisko rok minął od mojego wpisu, w którym przybliżyłam Wam jakie prawa mają opiekunowie hospitalizowanych dzieci. Na koniec mojego posta poprosiłam Was o wypełnienie króciutkiej ankiety, zawierającej pytania odnośnie aktualnej sytuacji na oddziałach pediatrycznych. Jej wyniki znajdziecie na końcu. Dowiecie się z nich o wysokości opłat w szpitalach większości polskich miast. O tym, co w ramach tej opłaty przysługuje (np czy dostaniesz osobne łóżko, czy w sali będzie wc itp) oraz na jakie niestety niedogodności możecie trafić. Mam nadzieję, że będą one podpowiedzią gdy przyjdzie Wam wybrać się z dzieckiem do szpitala.


W ferworze ciąży, narodzin drugiego syna zapomniałam zupełnie o ankiecie. Wybaczcie. Myśl o niej wróciła dwa tygodnie temu, gdy ponownie trafiłam do szpitala we Włoszczowej, który już kiedyś odwiedziłam z małym Mateuszem. I tym razem zastałam bardzo dobre warunki, a jako mama zostałam potraktowana z należytą godnością. Wszelkie zabiegi przy Antku odbywały się za moją zgodą oraz w mojej obecności. Lekarze na bieżąco (tak, tak!) informowali mnie o stanie jego zdrowia i prowadzonym leczeniu. Nie musiałam nigdzie chodzić, dopytywać. Godzinę po tym jak pobrano Antosiowi krew, zrobiono rtg, przyszła Pani doktor i poinformowała mnie o wynikach. Przedstawiła plan leczenia, odpowiedziała na pytania krążące w mojej głowie, uspokoiła. Wpadała zajrzeć do synka, nie tylko podczas obchodu. Ujęła mnie tym bardzo. Pielęgniarki były delikatne i troskliwe. Traktowały mojego synka jak dobre ciocie. Gdy któregoś wieczora nie mógł zasnąć, przyszły, wzięły na ręce i zabawiły. Mnie samej pomogły, gdy w nocy złapał mnie ból woreczka żółciowego, zaprowadzając na nocną opiekę. Wdzięczna też jestem jednej z Pań za pomoc z zatkanym uchem. Dla mnie to takie nieporównywalne po tym co przeszłam tu w Krakowie, po narodzinach Antka. Że można z sercem do pacjenta, do opiekuna. Ozłociłabym te Panie, gdybym mogła. Medal dała. Wdzięczna jestem niezmiernie każdej napotkanej tam osobie.  W całym tym chorobowym nieszczęściu dziękuję Bogu, że trafiliśmy do tego szpitala.

Na sali akurat byliśmy sami. Nie było wielkiego obłożenia, ale wszystkie sale są max dwuosobowe. I choć pamiętają jeszcze czasy moich narodzin (po małym remoncie) to na prawdę czułam się tam komfortowo. Miałam swoje osobne łóżko (spałam z Antosiem, ale na wyciągnięcie ręki było również łóżeczko). W sali znajdywała się umywalka oraz wanienka dla dziecka. Na korytarzu wc i prysznic. Dostęp do kuchni, lodówki, mikrofalówki. Wielka sala zabaw z ogromem zabawek, co by starszaki się nie nudziły zbytnio. Na korytarzu automat, dzięki któremu można było wykupić dostęp do wi-fi, tv, e-booków.

Chciałabym, aby podobny standard był we wszystkich polskich szpitalach. Gorąco wierzę, że jeśli będziemy głośno mówić o problemie (a ten niestety istnieje – jak zobaczycie zaraz w wynikach ankiety) to wspólnie uda nam się coś zmienić. Szczerze mówiąc temat aż się prosi, by ktoś tam na górze się tym zajął. Może macie swój pomysł jak sprawić, by ordynatorzy oddziałów dziecięcych pochylili się nad tematem i zapewnili matkom oraz opiekunom godne warunki w swoich placówkach? Piszcie, może razem uda nam się coś zdziałać. Pociągnąć za odpowiednie sznurki. Nagłośnić, by dotarło do odpowiednich uszu. Sprawić, by dziecko i rodzic dostało godne warunki na oddziale. Takie na jakie zasługują. By matka czy ojciec nie musieli przez cały pobyt spać na zimnej szpitalnej podłodze i prosić się lekarzy o informacje na temat zdrowia swojej pociechy.


 

Wyniki. Wybaczcie, że nie są poukładane w kolejności alfabetycznej. Ponad setka ankiet- przy małym dziecku nie do ogarnięcia tak jak bym chciała. Na początek miasta, z których dostałam najwięcej odpowiedzi. Jeśli ktoś nie wypełnił ankiety, a chciałby to zrobić jeszcze może: ANKIETA – Mapa szpitali przyjaznych matkom.

Dane pochodzą z 2015 roku. Obecne ceny i warunki mogą się minimalnie różnić. Opinie nt szpitali są cytowane bezpośrednio z ankiet. Każda ankieta jest anonimowa.

Postaram się w miarę na bieżąco aktualizować wyniki. W komentarzach również możecie wpisywać swoje doświadczenia. Niech będą opinią dla innych rodziców.

Mapa szpitali przyjaznych rodzicomKraków-2Kraków-3wARSZAWAPoznańpozostałe-1pozostałe-2pozostałe-3pozostałe-4pozostałe-5pozostałe-6pozostałe-7pozostałe-8

 

I mały dodatek spoza PL 😉

eDYNBURG

Ps. Będzie mi miło jeśli udostępnicie wpis dalej.

mapa

WPIS dotyczący praw opiekunów: Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Kto płaci za pobyt matki?

ANKIETA: Mapa Szpitali przyjaznych matkom.

Obdzielić miłość

Gdy się urodził zalała mnie fala miłości. Takiej od pierwszego wejrzenia. Mąż, który był tuż przy moim łóżku, widział jak położna podaje mi go w ramiona. Całowałam jego mokrą główkę i mówiłam, że kocham.

Ale prawdziwe zaskoczenie przyszło kilka godzin później. Leżał ze mną na łóżku szpitalnym. Malutki okruszek. Spał, przeciągając się i robiąc miny. Ja nie mogłam. Jak zahipnotyzowana patrzyłam na cud. Z każdą jego miną i moją myślą zalewało mnie bezgraniczne uczucie szczęścia i spełnienia. Byłam jak na haju. Zmęczenie porodem, strach przed nieznanym – tego nie było. Był on. Mój malutki synek.

Pierwsze tygodnie w domu wyglądały podobnie. Wszystko mnie rozczulało, musiałam mieć go jak najbliżej siebie. Nie mogłam odłożyć go na noc do łóżeczka. Nie mogłam wyjść na zakupy. Od dentysty wracałam biegiem, mimo że nie było mnie dosłownie 30 minut. Czułam zazdrość, gdy ktoś brał go na ręce. Jedynie mąż mógł to robić. Serce mi pękało, gdy zaczynał płakać. Myśl o tym, że mogłoby mu się coś stać sprawiała, że drżałam na całym ciele.

Mijały miesiące, a moja miłość ewaluowała. Zaborczość ustąpiła miejsca innym uczuciom. Poziom oksytocyny wrócił do normy. Dojrzałam jako matka. Pierwsze wyjście, dłuższy wyjazd. Pierwszy wieczór, gdy Mati zasypia z babcią. Pierwsza noc osobno, choć tylko w innym pokoju, bo zasnął w ramionach taty i żal było mi ich budzić. Co raz częstsza myśl, by zrobić coś tylko dla siebie. Nie dla matki, ale dla kobiety.

I nagle wiadomość, że będzie drugi. Zagościł pod sercem. Daje już o sobie wyraźnie znać. Z każdym kopniakiem pojawiają się myśli. Czy ja go pokocham równie mocno? Jak będę w stanie obdzielić tą miłość między ich dwóch? A co jeśli nie będę potrafiła? Płakać mi się chce, gdy myślę, że coś będę musiała odebrać Mateuszowi. Płakać mi się chce, gdy myślę, że ten drugi nie doświadczy tego co pierworodny. Wiem doskonale, że to natura steruje naszymi uczuciami i ich poziomem. Wiem, że jeśli tylko wszystko pójdzie zgodnie z planem, naturalnym planem to tak właśnie będzie. Że miłości starczy dla nich obojga. A mimo wszystko siedzę i się gryzę. I ściska mnie w dołku, że mogłabym być lepszą mamą tylko dla jednego, raniąc drugiego.

Jak odstawić nocne karmienie piersią

Ponad dwa lata trwa nasza przygoda z karmieniem piersią. Nie przypuszczałam, że ta droga mleczna będzie tak długa. Zawsze zakładałam, że rok, a potem się zobaczy. Rok minął niepostrzeżenie, a potem kolejny.
Zawsze mi się wydawało, że im dziecko starsze tym łatwiej mu wytłumaczyć pewne kwestie, w tym również tą związaną z karmieniem. Gdzieś po cichu liczyłam i wciąż liczę, że przyjdzie taki dzień, w którym mój syn odstawi się całkowicie sam. Byłam tez pewna, że dwulatek bliskości oraz maminego mleka potrzebuje dużo mniej niż roczniak. Okazało się jednak, że byłam w wielkim błędzie.
Być może nawet nie o samą potrzebę zaspokojenia głodu chodzi co o potrzebę bliskości. A przychodzi ona falami wraz z różnymi etapami w życiu synka. Przerabialiśmy zwiększoną potrzebę ssania w wieku ok. 16-18 miesięcy. Budzenie się w nocy, częste przychodzenie w ciągu dnia. Pierś była lekiem na całe zło. Gdy ten etap minął, zaczęły wychodzić piątki i ponownie okazało się, że jedynie mamy pierś może przynieść ukojenie.
Wciąż jeszcze w buzi synka brakuje jednej piątki. Dodatkowo od dłuższego czasu już mamy etapy, w których Mati daje nam ostro popalić (jestem pewna, że moje dziecko książkowo przechodzi wszystkie skoki rozwojowe, bunty itp). Nie chcę mu wywracać świata do góry nogami fundując rewelację w postaci odstawienia od piersi, ale najzwyczajniej w świecie jestem już zmęczona.

Nie samym karmieniem, ale faktem, że pierś i mama muszą być do usypiania. Że przebudzony w nocy szuka od razu piersi, tylko po to by pociumkać przez chwilę.

Przyszedł moment, w którym podjęłam decyzję, że kończymy nocne karmienia. I choć sprawa wydawała mi się trudna, a wręcz mało możliwa z uwagi na współspanie, udało się. Od około 2-3 tygodni Mati zasypia bez piersi, a obudzony w nocy odpływa w krainę Morfeusza po przytuleniu.
Przeczytałam mnóstwo rad w temacie, sięgnęłam po poradę do Księgi Rodzicielstwa Bliskości Searsów, a okazało się, że wystarczyło wieczorem Matiemu wytłumaczyć, że sysy (określenie Matiego) poszły spać, ale mama jest obok i zawsze może się do mnie przytulić. Stanowczo powtarzane przez kilka dni, nawet podczas nocnych pobudek. Koniec kropka. Nic ponadto. Aż zdziwiona jestem, że tak łatwo poszło. Trafiają się noce, że Mateuszek budzi się raz czy dwa. Nawet takie pobudki z płaczem. Ale trwają one około 30s, góra minutę, po których synek przytula się i zasypia ponownie. Wieczorem zasypia przy mnie. Ale już bez piersi. Czas na tę bliskość mamy zarezerwowany po kąpieli. Potem jest bajeczka albo książeczka, liczenie gwiazdek na suficie rzucanych przez projektor, a następnie Mati odwraca się pleckami i zasypia sam.
Odżyłam trochę, bo doszliśmy do momentu, w którym Mati przebudzony o 5 potrafił nie wypuszczać piersi z buzi do 7. Teraz dosypia rano do 9. Bez piersi. W ciągu dnia co prawda nadrabia tą bliskość, ale świetnie daje sobie radę gdy mnie cały dzień nie ma w domu.
Myślę o tej mojej drodze mlecznej. I ciężko mi uwierzyć, że już jakiś etap mamy za sobą. Krok bliżej do końca, który przecież kiedyś, prędzej czy później nastąpi. I choć to oczywiste, choć czasem w przypływie większego zmęczenia, myślę, że mogłoby to być już, to żal mi wtedy. A czas tak szybko ucieka. Nie ma już noworodka, niemowlaka. Jest mały chłopczyk, który nim się obejrzę będzie już dużym. I jak to mówią… co odeszło, już nie wróci. Pozostanie jedynie piękne wspomnienie tego co było…

Za jakie grzechy, dobry Boże?

Randki z mężem obecnie należą do przyjemności trafiających się raz na ruski rok. I to w pewnym sensie dosłownie, bo ostatni raz w kinie byliśmy blisko rok temu na filmie Babcia Gandzia. Nie jeden raz pisałam Wam, że francuskie produkcje zwykle wygrywają, gdy przychodzi do wyboru repertuaru, dlatego i tym razem nie było inaczej. Obejrzany zwiastun tylko uświadczył mnie w słuszności wyboru.
Nie o samym filmie jednak dziś mam zamiar napisać, bo recenzji Za jakie grzechy, dobry Boże w internecie znajdziecie na pewno sporo. Chciałabym o uprzedzeniach jakie są w nas głęboko zakorzenione porozmawiać, bo o nich właśnie jest film.
Dla tych, którzy nie mieli przyjemności obejrzeć filmu małe streszczenie. Francuskie małżeństwo i 4 piękne córki. Matka katoliczka, traktująca księdza jak lekarstwo na wszystkie bolączki. Ojciec konserwatysta, Gaullista. Piękny dom z ogrodem. Sielanka, która z każdym kolejnym małżeństwem córek pryska niczym bańka mydlana. Ojciec zagryzający zęby, matka wpadająca w depresję. A wszystko za sprawą zięcia Żyda, Araba i Chińczyka. Jedyna nadzieja w najmłodszej córce. Marzenie matki, by wydać ją za katolika spełnia się. Połowicznie. Dopóki nie okazuje się, że wybranek serca jest ciemnoskóry. Czara goryczy zostaje przelana. Choć w filmie mnóstwo gagów i śmiesznych scen, reżyser trafnie ukazuje stereotypy narodowościowe, rasizm i uprzedzenia.
Zaśmiewasz się do rozpuku z kolejnej sceny, pogryzając popcorn, by za chwilę głęboko zastanowić się nad tym co zobaczyłeś. I nagle zdajesz sobie sprawę, że w każdym z nas chyba trochę tych uprzedzeń wciąż jest.
Mam jedno dziecko, w dodatku syna, więc nie bardzo mam jak porównywać te sytuacje. Szczerze mówiąc nie miałabym kompletnie nic przeciwko jeśli wybranką serca Matiego w przyszłości okazałaby się dziewczyna wyznająca inną religię, pochodząca z innego kraju, a nawet innej rasy. Ale czy byłabym równie tolerancyjna gdyby okazało się, że syn mój za żonę wybiera sobie mężczyznę?

Ktoś powie, że to zupełnie inny kaliber. Ale przecież nie można być tolerancyjnym po trochu. Albo szanujemy wybory naszych dzieci i cieszymy się ich szczęściem, albo wręcz przeciwnie. Nie ma co udawać i wmawiać sobie, że czujemy się z tym wyborem super.
Wiecie, że słowo tolerancja pochodzi od łacińskiego czasownika „znosić”, „przecierpieć”?  Dla mnie to z góry określa coś na co godzimy się z musu, a nie dlatego, że jesteśmy otwarci na odmienne poglądy.
Zwykle, gdy pytasz kogoś czy jest osobą tolerancyjną odpowiada, że oczywiście. W obecnych czasach bycie „konserwą”nie jest przecież modne. Wręcz przekrzykujemy się jeden przed drugim jak bardzo otwarci jesteśmy na odmienność i jak bardzo nie przeszkadzają nam cudze wybory. No właśnie cudze… A co jeśli te wybory kiedyś pośrednio będą dotyczyć także nas? Co jeśli Twoja córka któregoś dnia oświadczy, że zakochała się w innej kobiecie? Co jeśli syn postanowi założyć rodzinę z czarnoskórą satanistką? Co zrobisz jeśli któregoś dnia od progu dziecko oznajmi Ci, że przechodzi na inną religię i od tej pory będzie żywić się tylko energią ziemską materializującą się pod postacią nowych tatuaży na całym ciele?
Nie jesteś rasistą, ale nie godzisz się na małżeństwa homoseksualne. Twierdzisz, że dziecko powinno mieć szczęśliwą, kochającą rodzinę i że lepiej, by wychowywało je dwóch mężczyzn niż miało dorastać w bidulu, ale nie wyobrażasz sobie by Twoje wnuki mogły być ciemnoskóre lub skośnookie.
Każdy z nas ma swoje granice tolerancji, poza którymi zagryzanie zębów i dobra mina do złej gry nie ukryje tego co w środku. A gdzie kończą się Twoje?

O zmieniającym się sposobie myślenia

Stoimy z Matim w kolejce w Rossmannie. Przed nami dialog prowadzi para młodych ludzi. Nastoletnich ludzi. W pewnym momencie Mateusz coś tam zagadał po swojemu, co zapoczątkowało nowym tematem pomiędzy chłopakiem i dziewczyną. Stali w odległości 50cm, nie było siły nie usłyszeć, zwłaszcza że dzewczyna była dość mocno zbulwersowana historią, którą zaczęła opowiadać chłopakowi.
A historia wyglądała mniej więcej tak. Była gdzieś, gdzie ktoś miał dziecko. Matka w przypływie uwolnienia się na chwilę od swojej pociechy podarowała mu do zabawy jednorazową saszetkę z cukrem. Co się stało dalej możecie się domyślić. Dziecko saszetkę rozerwało, a cukier znalazł się na podłodze. 
I tu dochodzimy do sedna. Mnie powyższa sytuacja nie wzrusza. Milion razy Mateusz wysypał coś na podłogę. 
Odmiennego zdania jednak była opowiadająca, zwłaszcza że wyraziła je dość stanowczo po tym jak chłopak zażartował, że w takim przypadku matka powinna mieć mieć w zapasie kieszonkowy odkurzacz. 
Zdecydowanie jednak metoda wychowawcza typu przełożenie bachora przez kolano i sprzedanie mu siarczystego klapsa odniesie lepszy skutek, niż zwrócenie maluchowi uwagi, że postąpił brzydko.
Hmm. Dużo się mówi o tym, że dzieci nie bijemy. Nie bijemy przecież dorosłych. Mąż nie dostaje przez dupę dlatego, że rozsypał przypadkiem z podekscytowania chipsy podczas oglądania meczu. Nie o biciu i klapsach jednak chciałam, bo tu każdy ma swoje sumienie.

O wizji macierzyństwa jednak przyszło mi do głowy. Bo ja tak stałam w tej kolejce i sobie pomyślałam, że przecież poglądy na pewno jej się zmienią. Dojrzeje, urodzi swoje dziecko. Wizja macierzyństwa (albo jej brak) jest zupełnie inny, gdy mamy lat 15, 18, 25 czy 30. Jak do wszystkiego, tak i do tej roli trzeba w życiu dorosnąć. Czasem musimy dorosnąć szybciej, bo życie troszkę weryfikuje nasze plany (albo ich brak). 
Zamyśliłam się stojąc w kolejce i przypomniała mi się taka sytuacja sprzed ho ho i trochę lat wstecz. Rozmawiałam z koleżanką, trochę starszą ode mnie. Ona już pracowała i była mężatką, ja dopiero zaczynałam studia i raczkowaliśmy w związku z obecnym mężem. Temat zszedł zupełnie przypadkiem na dzieci, bo koleżanka czuła powoli presję ze strony rodziny. Po ślubie i jak to? Bez dzieci jeszcze? 
I ona mi wtedy w tej rozmowie zdradziła, że dzieci mieć nie chce. Bo nie czuje instynktu. Nie lubi dzieci. Nie chce i już. Szybko podzieliłam jej zdanie. Miałam 20 lat (plus minus rok, dwa) i jak najbardziej wizja małego, różowego bobaska była ostatnią na jaką miałam ochotę. Nigdy nie byłam typem kobiety niańczącej dzieciaki ciotek i sąsiadek. Jeśli mam być szczera to dzieci chyba nawet się mnie bały, a już na pewno syn sąsiadki, który na mój widok uciekał z płaczem. No cóż..
Jak wiecie, życie zweryfikowało. Gdyby nie, nie byłoby tego bloga. Bo nie byłoby Mateuszka. Przyszedł czas kiedy poczułam, że chcę i już. Wiedziałam, że jestem gotowa. Na koleżankę też przyszedł czas. Nawet szybciej niż była w stanie przypuszczać. O ile się nie mylę jej córeczka właśnie poszła do zerówki, a może nawet do 1 klasy.
Nie wiem czy wtedy, gdyby temat naszej rozmowy był taki sam jak ten  pomiędzy dwójką młodych ludzi nie powiedziałabym podobnie? Możliwe, że miałabym podobne odczucia jak dziewczyna, że byłabym podobnie zbulwersowana? Tego nie wiem. Wiem jednak, że w życiu priorytety i sposób myślenia zmieniają się wraz z wiekiem. Nie wiem czy u wszystkich, ale u mnie na pewno.