Mój sposób na naturalną odporność

Z sentymentem przeglądam stare posty. Od czasu do czasu. Zwłaszcza te z samego początku blogowania. Odkrywam perełki, śmieję się często sama z siebie, wspominam. Jakiś czas temu grzebiąc w archiwum natrafiłam na wpis o wzmacnianiu naturalnej odporności u dzieci. Wpis obrazujący same oczywistości doskonale każdemu znane.  Jako początkująca mama nie wiedziałam zbyt wiele.  Nie oznacza to oczywiście, że obecnie jako mama dwójki wiem znacznie więcej. Bogatsza jednak w doświadczenia chorobowe doszłam do pewnej prawdy oczywistej, którą chciałabym się z Wami podzielić. U nas sprawdza się super. Może i Wam się przyda podobna wiedza, bo w dzisiejszym pędzie po prostu Wam ta oczywistość umknęła.

 

Czytałam kiedyś wpis, ale zabijcie mnie nie pamiętam u kogo, w którym mama radziła, by do przedszkola puszczać dziecko z katarem i kaszlem. Bo w ten sposób nabiera naturalnej odporności na choroby. Gdy Mati zaczynał swoją przygodę z przedszkolem widziałam w tym wpisie sporo racji.  Nie miałam wtedy kompletnie żadnego doświadczenia jeśli chodzi o choroby, bo do 3 roku życia Mateusz chorował raz na trzydniówkę i jeden raz na bostonkę. Wydawało mi się, że owszem lekki katar i pokasływanie to nie powód, by trzymać dziecko w domu. Życie zrewidowało trochę mój pogląd gdy posłaliśmy go do przedszkola. Przyznaję, trzymał się świetnie przez pierwszy miesiąc. Potem chwycił drobną infekcję, którą spędził w domu, bo i tak w tym czasie na świecie pojawił się Antoś i bałam się żeby z przedszkola osłabiony infekcją nie przyniósł czegoś innego. Niestety od stycznia do maja mieliśmy w domu istny maraton chorobowy, gdzie głównym objawami właśnie był kaszel i katar. Wystarczyło, że puściłam Mateusza z lekkim katarem do przedszkola, po kilku h wracał z mega kaszlem. To nauczyło mnie nie bagatelizować u niego kataru i reagować od razu.

 

A reaguję w ten sposób, że jak tylko widzę katar i lekkie pokasływanie to Mati zostaje w domu. Zwykle w takim przypadku po 2-3 dniach w domu i nebulizacji samą solą potencjalna infekcja ucieka. Puszczam go do przedszkola dopiero jak całkowicie ustaną wszelkie objawy i nic mnie nie niepokoi. Dzięki temu nie ma ryzyka nadkażenia osłabionego dziecka. Stosuję się do tego w tym roku przedszkolnym i naprawdę działa. Ubiegły rok przeminął nam pod znakiem leku na literkę N do inhalacji, który zapisywał nam każdy jeden lekarz. Pomagał szybko, fakt. Mati po tygodniu był na nowo w przedszkolu. Co z tego, skoro już po kilku dniach zaczynało się na nowo choróbsko. Po kilku takich sesjach ręce mi opadły. Gdy kolejna lekarka wynalazła u niego astmę, zwątpiłam. Wpakowałam dziecko do auta, stos recept wrzuciłam do torebki i pojechałam do znajomego, który jest lekarzem. Jak się to skończyło możecie się domyślać. Recepty wylądowały w koszu, a ja dostałam w prezencie 3 słoiki własnoręcznie przez znajomego zebranego miodu. Z przykazem, by popijać z wodą jak najczęściej. Do inhalacji lekiem na literkę już nie wróciliśmy.

 

Pewnie przyczyną kaszlu było również powietrze jakim oddychaliśmy w Krakowie. Tu na wsi powrót do zdrowia jest znacznie szybszy i łatwiejszy. Ale… Przyznaję, poszłam też po rozum do głowy. Zaraz Wam o tym opowiem. Jak do tej pory mieliśmy jedną dłuższą przygodę chorobową w czasach gdzie cała Polska zmagała się z grypą. Obyło się bez wizyty u lekarza, bo Mati miał tylko katar i kaszel, który wyleczyliśmy inhalacjami z soli. Nie dostał żadnego chemicznego leku, bazowałam na ziołowych syropach. Tych przygotowanych przeze mnie (z lipy z dodatkiem ogólnie dostępnych ziół) i jednego aptecznego – prawoślazowego. Ale trzymałam się swojej zasady-  tzn jak tylko zobaczyłam katar Mati został w domu. I pozostał w domu blisko dwa tygodnie, mimo że już po tygodniu nie miał żadnych chorobowych objawów. Ta sama zasada obowiązuje nas dorosłych.Jeśli czuję, że mnie coś bierze siedzę w domu. Nie jeżdżę na zakupy, nie wychodzę do ludzi. Profilaktycznie robię sobie inhalację z soli, smaruje klatkę piersiową maścią na bazie ziół. Zwiększam ilość wypijanych ciepłych płynów, głównie soku z czarnego bzu. Następnym razem podam Wam przepis na taki domowej roboty, który Wy i maluchy możecie popijać codziennie zamiast herbaty. U nas idzie jak woda i działa cuda. Już na drugi dzień jestem w pełni sił. Odpukać cały sezon trzymam się dzielnie, a epidemia grypy ominęła nas szerokim łukiem.

 

Jak się tak nad tym głębiej zastanowić to dojdziecie do wniosku, że sami jesteśmy sobie winni. Wiecie, teraz panuje taka presja. Że do pracy chodzimy chorzy. Bo wyścig szczurów, bo co powie szef, bo to tylko lekkie przeziębienie (no bez jaj! z katarem mam siedzieć w domu! nic mi nie jest!). Odwiedzamy pobliską aptekę wychodząc z całą siatką cudownych specyfików. Nałykamy się leków maskujących objawy choroby i zmierzamy do pracy zamiast do lekarza. Zamiast na L4 to do biura.  Zarażamy innych, zupełnie o tym nie myśląc. Posyłamy na wpół chore dzieci do przedszkola, bo szef wymaga od nas dyspozycyjności. Nasze dzieci sprzedają wirusy innym maluchom, z którymi muszą w domu zostać ich rodzice. A gdy sami zachorują, złapawszy coś od dzieciaków oczywiście idą do pracy. I podają dalej. Osłabionym wcześniejszą chorobą, niedoleczonym. Takie błędne koło. Wiem, to wina obecnego systemu. Ludzie pilnują pracy, bo z czego mają żyć? Szefowie też wymagają, bo Firma musi działać. Ale jesteśmy tylko ludźmi, a zdrowie mamy jedno. Nie kupimy go za żadne pieniądze. Niestety.

 

Nie mamy czasu na chorowanie. Nie mamy czasu na leczenie. Konsekwencje są takie, że nasze dzieci nie mają jak naturalnie nabierać odporności, bo presja czasu powoduje, że każdy chce żeby szybko były zdrowe. Maluch musi wrócić do przedszkola a my do pracy. Naciskamy na lekarza, by wypisał receptę na coś mocniejszego. Bo jak to sama witamina C i odpoczynek, skoro jutro trzeba dla szefa sprawozdanie za cały miesiąc przygotować. Że ta lekarka to chyba oszalała skoro mojemu kaszlącemu dziecku tylko inhalacje z soli zleca, a ja widzę, że mu to od razu nie pomaga. Rozmawiałam ze znajomą lekarką i potwierdziła moje spostrzeżenia. Często zganiamy winę na lekarzy, że źle leczą, a tymczasem sami w gabinecie bawimy się w doktorów sugerując przepisanie mocniejszego leku. Z drugiej strony lekarze często postępują odruchowo, nie diagnozują należycie. Sami jesteśmy sobie winni. Przykre jest to co napiszę, ale mamy na własne życzenie to co mamy. Chcemy być szybko w formie. A organizm to niestety nie jest maszyna, w której wystarczy szybko wymienić jakiś trybik. Często latami pracujemy na swoje dolegliwości, a oczekujemy cudów. Że jedną pastylką załatwimy lata naszych wybryków. Podobnie postępujemy z dziećmi.

 

Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, moje dzieci chorują zupełnie inaczej. Tak, chorują. Muszą chorować, by ich organizmy uczyły się jak z chorobą walczyć. Ale mają czas na pełne wyzdrowienie, dzięki czemu nabierają naturalnej odporności. I to jest wg mnie właśnie recepta na to jak wspomóc naturalną odporność dziecka. Dorosłych też. Oczywiście dobrze wszystkim znane sposoby jak hartowanie, dieta, zdrowy tryb życia także.  Pozwólmy jednak dziecku zachorować.I spokojnie dojść do siebie. Dajmy się organizmowi zregenerować, wrócić do sił. A potem cieszmy się zdrowiem 🙂

 

Ps. Na koniec mały gratis. Najbardziej naturalny w świecie sposób na kaszel i katar. Potrzebujemy drewno sosnowe, najlepiej pocięte na plastry. Musi pachnieć. Gotowe kawałki rozkładamy/ rozwieszamy w sypialni. Olejki eteryczne wydobywające się z drewna działają na nasze drogi oddechowe w sposób kojący. Inhalujemy się na zdrowie 🙂

 

Medycyna przyszłości – domowe KTG

Bicie serduszka dziecka. To najpiękniejsze ciążowe wspomnienie jakie pozostanie ze mną do końca życia. Nie kopniaczki, nie widok 2 kresek na teście ciążowym, a odgłos bicia serca mojego dziecka. Zarejestrowany na domowym KTG. Nagrany przeze mnie w domu. Filmik, do którego będę często wracać. Filmik, który teraz, gdy tulę Antka w ramionach wzrusza mnie niezmiernie. Filmik, którego by nie było, gdyby nie cudowne zrządzenie losu.

Mam w życiu szczęście. Los stawia na mojej drodze wspaniałych ludzi. Daje mi możliwości, o których nawet bym nie pomyślała. Otwiera drzwi, o których istnieniu nie miałam świadomości.

Końcówka ciąży, 37 tydzień. Mail, a potem telefon od Pana Jacka z firmy Medicanet.pl Z propozycją przetestowania ich najnowszej usługi. Jako jedna z pierwszych mam otrzymać urządzenie do domowego KTG. Zaintrygowana godzę się. Nie świadoma, że właśnie zaczynam przygodę, którą będę wspominać przez długi, długi czas.

Nie świadoma, bo KTG do tamtej chwili kojarzyło mi się tylko z porodem. Urządzeniem do monitorowania skurczy i akcji serca dziecka. Nie podchodziłam do tego uczuciowo. Nie chodziłam na badanie przed rozwiązaniem bo Mati urodził się w terminie i lekarka nie widziała potrzeby. Jedyne doświadczenie z urządzeniem miałam gdy zaczęła się akcja porodowa. Nie świadoma, bo do tej pory nie miało to dla mnie większego wymiaru. Ale o tym za chwileczkę.

Kilka dni później trafiam do Centrum Medycznego iMed24, gdzie Pani Justyna, bardzo sympatyczna położna przekazuje w moje ręce urządzenie. Tłumaczy wcześniej zasadę działania, pokazuje w jaki sposób podpiąć peloty (te dwa „grzybki” rejestrujące tętno i stopień napinania się mięśnia macicy). Słyszę szybkie bicie serca Antka. Tego dźwięku mam szukać w domu.

zdjęcie 4

Przyznaję, miałam obawy. Że nie będę w stanie „wyszukać dziecka”. Że pojawią się fałszywe alarmy. Podobne wątpliwości miała Ewa, koleżanka prowadząca moją ciążę.

„Podsłuchiwałam” mój skarb przez cały tydzień, bo tyle dokładnie upłynęło czasu, nim Anti postanowił pojawić się na świecie. Ani raz nie zdarzyło się, bym miała problem z wychwyceniem jego tętna. Wątpliwości prysły już po pierwszym użyciu w domu.

tele ktg

Wygodnie rozłożyłam się na łóżku. Do badania można leżeć na lewym boku lub na wznak. Ja wybierałam tę drugą pozycję, bo wtedy najlepiej słyszałam Małego.

Całe badanie trwa 30 minut, podczas którego kliknięciem przycisku rejestrujemy każdy ruch dziecka. Zbliżający się ruch maluszka łatwo wychwycić. Antkowi przyspieszało wtedy tętno.

Na wyświetlaczu mamy też informację o procentowym natężeniu czynności skurczowej macicy. Pani Justyna wytłumaczyła mi, że napięcie podstawowe macicy wynosi zwykle około 20%. Wzrost napięcia o kilka- kilkanaście procent to zwykle efekt występowania skurczy przepowiadających, czyli po prostu trenowania macicy do porodu. Wszystko się zgadzało. Wyraźnie czułam momenty, w których brzuch mi się napinał i twardniał, a urządzenie pokazywało wartość około 40%. Skurcze porodowe to te w okolicy 70%. Ważne aby były regularne. Wcale nie muszą boleć, o czym doskonale się przekonałam sama.

Q5

Po 30 minutach badania odpinamy peloty i podłączamy ładowarkę. Dzięki temu, nasze badanie jest automatycznie przesyłane falami radiowymi do Centrum Medycznego, gdzie specjaliści i położne czuwają nad wynikiem. Samo wysłanie badania trwa około 20-30 minut, a po kolejnych 10 minutach na telefon otrzymujemy wiadomość zwrotną z wynikiem.

Gdy wszystko jest dobrze, przychodzi sms o treści ” Wynik badania prawidłowy. Dziękujemy za przeprowadzenie badania”.

 

zdjęcie 5

Gdyby się okazało, że podczas badania coś poszło nie tak – np podłączyliśmy peloty nie w tych miejscach co trzeba, zostaniemy poinformowani o konieczności powtórzenia badania. Położna dzwoni wtedy do pacjentki z prośbą o powtórzenie badania. Zapis uznany za nietypowy jest wskazaniem do jego powtórzenia po 1h. Trzy w ciągu 24h zapisy KTG uznane za nietypowe są wskazaniem do kontroli lekarskiej (lekarz prowadzący, ambulatorium szpitalne). Mi się coś podobnego nie przytrafiło.

Jest też opcja, że wynik będzie zły, tzn z dzieckiem coś się będzie działo, wtedy również zostaniemy poinformowani. Położna kontaktuje się z pacjentką telefonicznie z prośbą o udanie się do ambulatorium szpitalnego. Cudownie mieć taką świadomość. Całość usługi jest objęta merytorycznym nadzorem przez profesora UJ dr hab. med. Huberta Hurasa  – Małopolskiego Konsultanta w Dziedzinie Położnictwa i Ginekologii.

Z domowego KTG nie mogą skorzystać kobiety spodziewające się więcej niż jednego dziecka. Dyktowane jest to problemem z wyłapaniem tętna (urządzenie posiada tylko 1 pelotę).

12046995_962745920463104_8266062429454497104_n

Badanie najlepiej wykonywać rano, chociaż ja testowałam je o różnych porach dnia. Warto przed przystąpieniem do badania zjeść coś dobrego, by pobudzić naszego maluszka, inaczej może spać i ruchów nie naliczymy zbyt wiele. Inny warunek to ten, że przed badaniem najlepiej nie wykonywać wymagających wysiłku czynności przez okres około 30 minut.

Urządzenie możemy oczywiście podpiąć kiedy tylko chcemy, a wyniku wcale nie musimy przesyłać. Ja podpinałam KTG za każdym razem gdy miałam po prostu ochotę posłuchać serduszka Antiego lub gdy zrobił się niepokojąco cichy (w dniu porodu). To zapewniało mi spokój i poczucie bezpieczeństwa.

Tak jak wspomniałam, testowałam KTG cały tydzień, podczas którego poza zdjęciami zrobionymi na potrzeby tego wpisu nagrałam film. Wtedy o tym nie myślałam, ale dziś ma dla mnie sentymentalną wartość i będzie cudowną pamiątką w przyszłości. Myślę, że warto coś takiego zarejestrować i jest to na pewno wartość dodana samego urządzenia. Dźwięk bicia serduszka mojego dziecka pozostanie we mnie na zawsze.

ktg2

Urządzenie jednak jest profesjonalnym sprzętem medycznym i jego głównym zadaniem jest pomiar. Sprawa wykonywania KTG wśród ciężarnych różnie wygląda w naszym kraju. Rozmawiałam na ten temat z moją ginekolog i zalecenia w każdej części Polski wyglądają inaczej. Są miasta, gdzie KTG jest obowiązkowe od 37tc aż do rozwiązania, przynajmniej co drugi dzień. W innych miastach lekarze podchodzą mniej restrykcyjnie. I tak np. w Krakowie w pierwszej ciąży nie chodziłam na KTG wcale. Zwykle też jeśli kobieta jest pod prywatną opieką ginekologiczną i na każdej z wizyt lekarz robi badanie przepływów, może nie być konieczności wykonywania KTG. Bardzo dużo jednak kobiet badanie to wykonuje w warunkach szpitalnych i to właśnie do nich kierowana jest oferta wypożyczenia tele-KTG.

To rozwiązanie zdecydowanie wygodne. Nie trzeba wychodzić z domu, by dokonać pomiaru. Nie musimy martwić się szpitalną kolejką do badania, warunkami atmosferycznymi na zewnątrz, okresem wzmożonych zachorowań, tym że nie mamy z kim zostawić drugiej pociechy czy naszym samopoczuciem. Przede wszystkim możemy też wykonać badanie, w każdym momencie, w którym coś na zaniepokoi ( np brak ruchów dziecka lub wręcz odwrotnie – wzmożone i niespokojne ruchy, różnego rodzaju dolegliwości bólowe). Jest to też na pewno polecane rozwiązanie dla wszystkich kobiet z zagrożoną ciążą.

Urządzenie wypożyczamy na okres tygodnia, dwóch, trzech- w zależności od potrzeby. Nie wcześniej niż przed 36tc i nie później niż do 42tc. Podpisujemy umowę, w której zawarte będą warunki wypożyczenia oraz zwrotu tele-KTG. Poza dowodem osobistym i kartą ciąży nic więcej nie będzie nam potrzebne.

Urządzenie można wypożyczyć poprzez stronę internetową MedicaNet.pl, która świadczy usługę na terenie całej Polski. Nie ma znaczenia gdzie mieszkasz, zawsze możesz skorzystać z domowego KTG. Wystarczy skontaktować się z Firmą. Osoby mieszkające w Krakowie mogą skorzystać również z oferty Centrum Medycznego iMed24 i wypożyczyć sprzęt na miejscu.

Na koniec jeszcze mała ciekawostka związana z urządzeniem. Spytałam Was na FB, jak myślicie czy urządzenie pokazało mi, że poród zbliża się wielkimi krokami. Oczywistym jest, że trudno przegapić „TEN” moment. Jednak często jest tak, że nic porodu nie wskazuje, bo nic się dzieje, a przynajmniej takie są nasze odczucia. Właśnie tak to wyglądało u mnie. O tym, że zaczął się poród nie wiedziałabym. Dopiero jak odeszły wody, co samo przez „się” jest oczywistością.

Jednak dzięki urządzeniu już w piątek widziałam, że coś zaczyna się dziać (urodziłam w niedzielę nad ranem). Przede wszystkim pojawiły się co 20 minut regularne skurcze na poziomie ok. 50%, których kompletnie nie czułam. W sobotę popołudniu te same skurcze pojawiały się na KTG już co 10 minut w natężeniu 50-60%. Również nie były bolesne. Odbierałam je jako stawianie się macicy, nic więcej.  Gdyby nie urządzenie nawet nie zwróciłabym na nie uwagi. Kiedy wieczorem położyłam się do łóżka, a ich częstotliwość wzrosła początkowo do 7 minut, a następnie do 5 – byłam pewna, że to lada moment. Pół h później skurcze (wciąż bezbolesne, odczuwane jako twardnienie macicy) pojawiały się co 3 minuty. Po kolejnych 10 minutach odeszły wody. Na KTG te bezbolesne skurcze miały natężenie maksymalnie 60%. Gdyby nie odejście wód i pomiar nie miałabym pojęcia, że rodzę przez najbliższe 3h. Dopiero po tym czasie pojawił się ból, od razu silny, a wraz z nim rozwarcie początkowo 8, potem 9-10 i skurcze parte, po których Antek był już na świecie. Ale o tym jak różnił się drugi poród opowiem Wam następnym razem.

Po doświadczeniach tej ciąży i porodu z czystym sumieniem polecam urządzenie. Wiem, że jeśli kiedykolwiek jeszcze dane mi będzie zostać ponownie mamą, na pewno sama skorzystam i wypożyczę tele- KTG. Nie tylko dla spokoju ducha, ale i dla tych chwil, dzięki którym mogłam być „jeszcze bliżej” z dzieckiem.

 

Ps. Wspomniany w poście film znajdziecie na naszym instagramie: https://instagram.com/p/8Lm7dYDKeU/?taken-by=takatycia

 

 

 

„Czego się napijesz? Kawy, herbaty, a może wody?”

„Czego się napijesz? Kawy, herbaty, a może wody?” pytasz koleżankę wpadającą z wizytą. Te trzy propozycje większość z nas w domu ma, nawet jeśli sami na co dzień nie pijemy.

U nas zdecydowanie króluje woda. Zimą owszem, pojawia się herbata. Ale to bez wody nie wyobrażam sobie codziennego funkcjonowania. Butelka stoi w kuchni, druga zawsze przy łóżku. W czasach przed dziećmi kupowaliśmy lekko gazowaną. Taka smakowała nam najbardziej. Potem z uwagi na ciążę, karmienie, rozszerzanie diety Matiego przerzuciliśmy się na niegazowaną. I tak już zostało.

Jak wpada ta przysłowiowa koleżanka na przysłowiową kawę i prosi o wodę to czasem mi głupio. Bo tak wiecie, samą wodą człowieka częstować?  Nie chodzi o to, że jakieś ciastko wypada podać. Ale no woda. Nuda. U nas jakoś tak się przyjęło, że bardziej herbata czy kawa. Ale są tacy, co to kłopotu robić nie chcą i o wodę proszą. A potem zamoczą usta dwa razy. Bo może im nie smakuje?

Dlatego jak dostałam propozycję przetestowania urządzenia SodaStream to przyznaję bez bicia – dwie myśli przyszły mi do głowy. Uff, nie będę musiała kupować butelkowanej gazowanej, a zawsze będę mieć pod ręką na wypadek np jakiejś niezapowiedzianej wizyty. I dwa – zawsze będę mieć pod ręką do przyrządzania naleśników, które Mati pochłania w ilościach hurtowych. I sprawdziło się.

DSC_0215

Za wodą gazowaną nie przepadam. Jeszcze samą wypiję, natomiast w połączeniu z sokami owocowymi mi nie podchodzi. Co innego lekko gazowana. Wystarczy jedno naciśnięcie i mam optymalną ilość bąbelków. Dlatego taką robię najczęściej.

Urządzenie jest banalne w obsłudze. Wlewamy do dołączonej butelki wodę. Można kranówę (ja się nie odważyłam), można przefiltrowaną (już prędzej) lub wodę butelkowaną. Ten ostatni wybór co prawda nijak się ma do założeń idei SodaStream o ekologicznym użyciu wody, jednak woda w Krakowie mimo zapewnień wodociągów, zwyczajnie smakuje obrzydliwie. Co innego gdybym miała dostęp do czystej, dobrej wody (oby już niebawem!).

DSC_0225

Napełnioną butelkę wkładam do ekspresu, naciskam w dół aż do zaświecenia się lampek z kropelkami. W moim przypadku wystarczy jedna kropelka i mam bąbelków na lekko gazowaną wodę. Analogicznie 5 kropelek to woda bardzo gazowana. Jest jeszcze wersja pośrednia- średnio gazowana.

DSC_0226

I to tyle jeśli chodzi o obsługę.Banalne. Dziecko obsłuży bez problemu (mój 3 latek daje radę, a jaką ma frajdę!).

Wewnątrz urządzenia znajduje się nabój (do którego dołączony jest certyfikat, a bez którego nie napełnimy naboju ponownie). Wystarcza on na około 80l wody.

Pamiętacie syfony z naszych (moich na pewno) dziecięcych lat? Zasada działania podobna. Smak podobny, choć sama nie jestem pewna czy do końca go pamiętam. W każdym bądź razie idealizuję, bo teraz tak modnie – wszystko co w tamtych czasach przecież było super – nawet woda z brudnej musztardówki na łańcuchu 😉

Urządzonko jest wolnostojące, nie potrzebujemy prądu do jego obsługi. Mamy różne wersje do wyboru, mniej lub bardziej designerskie. Ja akurat posiadam białą wersję Source i uważam, że jest ona na tyle uniwersalna, a przy tym wyjątkowa, że wpasuje się do każdego wnętrza nadając mu charakteru. Nie zajmuje sporo miejsca. Niewiele więcej niż butelka z wodą.

DSC_0229Do urządzenia można kupić różne syropy smakowe. Można w domu zrobić swoją colę. Jak smakuje, nie wiem. Ale może ktoś z Was miał okazję pić i powie jak ma się smak do oryginalnej butelkowanej wersji? 🙂

DSC_0231

Stawiamy na minimalizm. Nam wystarczą listki mięty, trochę cytryny. Dla walorów smakowych można dodać plasterek imbiru (świetnie wpływa na przemianę materii, a jak wiecie sama woda, już daje dobre efekty).  Dla większego efektu wizualnego można przysłowiową koleżankę uraczyć bąbelkami z dodatkiem owoców. Np pomarańczy, kiwi, a nawet truskawek. Tak podana na pewno wzbudzi zainteresowanie i jest szansa, że koleżanka wypije trochę więcej niż dwa łyki. A my przy okazji poczujemy się dobrze, jak na prawdziwą Panią Domu przystało 😉

DSC_0238

* na zdjęciach woda o dużym nasyceniu gazem.

 

Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Mapa polskich szpitali.

Blisko rok minął od mojego wpisu, w którym przybliżyłam Wam jakie prawa mają opiekunowie hospitalizowanych dzieci. Na koniec mojego posta poprosiłam Was o wypełnienie króciutkiej ankiety, zawierającej pytania odnośnie aktualnej sytuacji na oddziałach pediatrycznych. Jej wyniki znajdziecie na końcu. Dowiecie się z nich o wysokości opłat w szpitalach większości polskich miast. O tym, co w ramach tej opłaty przysługuje (np czy dostaniesz osobne łóżko, czy w sali będzie wc itp) oraz na jakie niestety niedogodności możecie trafić. Mam nadzieję, że będą one podpowiedzią gdy przyjdzie Wam wybrać się z dzieckiem do szpitala.


W ferworze ciąży, narodzin drugiego syna zapomniałam zupełnie o ankiecie. Wybaczcie. Myśl o niej wróciła dwa tygodnie temu, gdy ponownie trafiłam do szpitala we Włoszczowej, który już kiedyś odwiedziłam z małym Mateuszem. I tym razem zastałam bardzo dobre warunki, a jako mama zostałam potraktowana z należytą godnością. Wszelkie zabiegi przy Antku odbywały się za moją zgodą oraz w mojej obecności. Lekarze na bieżąco (tak, tak!) informowali mnie o stanie jego zdrowia i prowadzonym leczeniu. Nie musiałam nigdzie chodzić, dopytywać. Godzinę po tym jak pobrano Antosiowi krew, zrobiono rtg, przyszła Pani doktor i poinformowała mnie o wynikach. Przedstawiła plan leczenia, odpowiedziała na pytania krążące w mojej głowie, uspokoiła. Wpadała zajrzeć do synka, nie tylko podczas obchodu. Ujęła mnie tym bardzo. Pielęgniarki były delikatne i troskliwe. Traktowały mojego synka jak dobre ciocie. Gdy któregoś wieczora nie mógł zasnąć, przyszły, wzięły na ręce i zabawiły. Mnie samej pomogły, gdy w nocy złapał mnie ból woreczka żółciowego, zaprowadzając na nocną opiekę. Wdzięczna też jestem jednej z Pań za pomoc z zatkanym uchem. Dla mnie to takie nieporównywalne po tym co przeszłam tu w Krakowie, po narodzinach Antka. Że można z sercem do pacjenta, do opiekuna. Ozłociłabym te Panie, gdybym mogła. Medal dała. Wdzięczna jestem niezmiernie każdej napotkanej tam osobie.  W całym tym chorobowym nieszczęściu dziękuję Bogu, że trafiliśmy do tego szpitala.

Na sali akurat byliśmy sami. Nie było wielkiego obłożenia, ale wszystkie sale są max dwuosobowe. I choć pamiętają jeszcze czasy moich narodzin (po małym remoncie) to na prawdę czułam się tam komfortowo. Miałam swoje osobne łóżko (spałam z Antosiem, ale na wyciągnięcie ręki było również łóżeczko). W sali znajdywała się umywalka oraz wanienka dla dziecka. Na korytarzu wc i prysznic. Dostęp do kuchni, lodówki, mikrofalówki. Wielka sala zabaw z ogromem zabawek, co by starszaki się nie nudziły zbytnio. Na korytarzu automat, dzięki któremu można było wykupić dostęp do wi-fi, tv, e-booków.

Chciałabym, aby podobny standard był we wszystkich polskich szpitalach. Gorąco wierzę, że jeśli będziemy głośno mówić o problemie (a ten niestety istnieje – jak zobaczycie zaraz w wynikach ankiety) to wspólnie uda nam się coś zmienić. Szczerze mówiąc temat aż się prosi, by ktoś tam na górze się tym zajął. Może macie swój pomysł jak sprawić, by ordynatorzy oddziałów dziecięcych pochylili się nad tematem i zapewnili matkom oraz opiekunom godne warunki w swoich placówkach? Piszcie, może razem uda nam się coś zdziałać. Pociągnąć za odpowiednie sznurki. Nagłośnić, by dotarło do odpowiednich uszu. Sprawić, by dziecko i rodzic dostało godne warunki na oddziale. Takie na jakie zasługują. By matka czy ojciec nie musieli przez cały pobyt spać na zimnej szpitalnej podłodze i prosić się lekarzy o informacje na temat zdrowia swojej pociechy.


 

Wyniki. Wybaczcie, że nie są poukładane w kolejności alfabetycznej. Ponad setka ankiet- przy małym dziecku nie do ogarnięcia tak jak bym chciała. Na początek miasta, z których dostałam najwięcej odpowiedzi. Jeśli ktoś nie wypełnił ankiety, a chciałby to zrobić jeszcze może: ANKIETA – Mapa szpitali przyjaznych matkom.

Dane pochodzą z 2015 roku. Obecne ceny i warunki mogą się minimalnie różnić. Opinie nt szpitali są cytowane bezpośrednio z ankiet. Każda ankieta jest anonimowa.

Postaram się w miarę na bieżąco aktualizować wyniki. W komentarzach również możecie wpisywać swoje doświadczenia. Niech będą opinią dla innych rodziców.

Mapa szpitali przyjaznych rodzicomKraków-2Kraków-3wARSZAWAPoznańpozostałe-1pozostałe-2pozostałe-3pozostałe-4pozostałe-5pozostałe-6pozostałe-7pozostałe-8

 

I mały dodatek spoza PL 😉

eDYNBURG

Ps. Będzie mi miło jeśli udostępnicie wpis dalej.

mapa

WPIS dotyczący praw opiekunów: Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Kto płaci za pobyt matki?

ANKIETA: Mapa Szpitali przyjaznych matkom.

Ciasto marchewkowe – zdrowa alternatywa

Przepis na marchewkowe specjały już się kiedyś na blogu pojawił. Marchewkowymi muffinkami zajada się Mati od małego. KLIK

Tym razem coś dla nas, dorosłych lub dla starszych dzieciaków (mój trzylatek wcinał, aż mu się uszy trzęsły).

Zdrowa wersja ciasta marchewkowego. Smaczna i prosta w przygotowaniu. Proporcje na oko (serio, tu nie ma co zepsuć, ciasto i tak nie wyrasta, więc o zakalec martwić się nie musimy).

 

Potrzebujemy:

– około kilograma marchewek (trzemy na drobnym oczku lub puszczamy przez wyciskarkę- wtedy bierzemy tylko „odpad” a sok pijemy na zdrowie)

– 2-3 szklanki płatków owsianych (dałam błyskawiczne, ale można i górskie)

– 4 jajka

– szczypta soli, 1,5 łyżeczki przyprawy do piernika

– 3- 4 łyżki miodu (dałam wielokwiatowy)

– łyżeczka sody oczyszczonej

– 2 garście orzechów (włoskich, ale można zrobić miks np z laskowymi, nerkowca, migdałami- wszystko drobno siekamy, można w blenderze)

– 2-3 łyżki oleju kokosowego (nierafinowanego! ma pachnieć:) )

Do posmarowania serek naturalny (np Mocarz (świetny skład!), Prsident, Philadelphia itp)

 

DSC_0158

Marchewkę obieramy, trzemy na najdrobniejszym oczku. Odciskamy sok. Ja użyłam wyciskarki, więc wióry były suche. W takim przypadku potrzeba mniej płatków owsianych. Płatki mielimy w blenderze na mąkę – zwykle około 20 sekund. Ma wyjść mąka. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę ze szczyptą soli. Dodajemy żółtka i delikatnie mieszamy. Następnie dodajemy startą marchew partiami. Mieszamy. Znów dodajemy mąkę z płatków i wszystkie przyprawy, 2 łyżki miodu i orzechy. Mieszamy oczywiście. Na koniec dodajemy 2 łyżki oleju kokosowego. Zgadnijcie co robimy? Podpowiem- mieszamy 😉

Małą blaszkę smarujemy pozostałą 1 łyżką oleju kokosowego. Ciasto wykładamy. Równamy i wkładamy do nagrzanego na 175 stopni piekarnika. Pieczemy około godziny (trzeba zaglądać- im niższe ciasto z uwagi na wielkość blaszki, tym krócej pieczone).

Po wystygnięciu wierz możemy posmarować delikatnym, kremowym serkiem z domieszką miodu lub soku cytrynowego.

Ciasto jest ciężkie, mokrawe.