Optymizm ekspensywny czy obronny? Co wolisz?

Nowy Rok to dobry czas, by poczynić jakieś postanowienia. To czas dobry na zmiany, o ile oczywiście wierzymy, że coś uda się zmienić. Dlatego ja zwykle niczego sobie nie obiecuję. Żadnych cud diet, wygranej w totka czy lotu na Marsa. Bo nie wierzę, że się uda.

Jeden jedyny wyjątek zrobiłam 7 lat temu, gdy postanowiłam rzucić palenie. Byłam całkowicie pewna, że tego chcę. Udało się i od tamtej pory jestem wolna od nałogu. Zrobiłam to dla siebie, dla stanu swojego zdrowia.

 

Odkąd jestem mamą, dbam głównie o zdrowie swoich dzieci. Ważne jest dla mnie to, co jedzą, czym oddychają, jak żyją. Skupiając się jednak na nich, poniekąd zapomniałam o sobie. Staram się w miarę zdrowo jeść ze względu na Antka. Jednak brak ruchu, odpowiedniej ilości świeżego powietrza, słońca, nadprogramowe kilogramy ciążowe i stres sprawiają, że moje ciało powiedziało PAS.

 

Któregoś grudniowego popołudnia dostałam zaproszenie do wzięcia udziału w projekcie „Zostań optymistą w 30 dni„. Pierwsza myśl była – rany, nie mam czasu na takie pierdoły. Przeczytałam jednak założenia programu i gdzieś między wierszami dotarło do mnie, że nie jestem szczęśliwa. Nie jestem, bo nie myślę o sobie. Dlatego postanowiłam po raz drugi zrobić wyjątek i złożyć sobie noworoczne postanowienie. ZADBAM o SIEBIE, nie tylko o innych.

 

Mam tu na myśli przede wszystkim swoje zdrowie. Dobrze wiem, w którym momencie je zaniedbałam i jak wiele pracy przede mną. Niestety odczuwam już skutki swojego zaniedbania.

 

Patrzę jednak na tę sytuację i wyciągam wnioski. Pozytywne. Bo przecież lepiej późno niż wcale. Szklanka jest do połowy pełna, nie pusta, co uświadomiłam sobie po raz kolejny, czytając artykuł na stronie revitasens.pl

 

Spisuję więc swoje postanowienia. I nawet jeśli w 100% nie uda mi się osiągnąć założonego celu, to mam świadomość, że przynajmniej się staram. Nie nastawiam się biernie.

 

  1. W pierwszej kolejności zadbam o odpowiedni poziom wit D w organizmie. Już będąc w ciąży pisałam Wam, że mam ogromne niedobory tej witaminy. Mój cel na ten rok to wyrównanie poziomu do naprawdę optymalnych wartości, które pozwolą mi cieszyć się dobrą formą i pożegnać wszelkie niedogodności związane z niedoborem. Ospałość, nerwowość, niewesołe myśli, suchą skórę.
  2. Przyjrzę się rygorystycznie swojej diecie. Chciałabym w dużej mierze wyeliminować cukier oraz gluten. Jeść więcej warzyw. Może uda mi się odłożyć na porządną wyciskarkę do soków?
  3. Ruch. Celowo nie piszę sport. Podziwiam wszystkie koleżanki wrzucające zdjęcia z siłowni, biegające. Ja wiem, że z moim brakiem systematyczności może być ciężko. Dlatego obiecuję sobie codzienną porcję ruchu w postaci spaceru. A, że mam niemowlaka w domu, tej obietnicy dotrzymać ciężko być nie powinno. Jeśli dodatkowo uda mi się zapisać na bieżnię i nie szukać powodu do wymigania się po 1 razie, to już będzie dobrze.
  4. Słońce i odpoczynek. Wybiorę się na wakacje. W ciepłe i słoneczne miejsce. Może znów Chorwacja. A może gdzieś indziej.
  5. Poprawię sobie nastrój i zadbam również o wygląd. Zmienię fryzurę, kupię trochę nowych ciuchów, dodatków. Na wakacje zrobię sobie rzęsy, żeby nie musieć używać tuszu. Wybiorę się też gdzieś, gdzie zrobią mi porządny masaż pleców.

 

Zrobię to wszystko dla siebie. Egoistycznie. O!

Jako że wszystkie te punkty nierozerwalnie wiążą się z potrzebą gotówki, a nie chciałabym przyprawić męża mego o zawał (na wakacje to jednak fajnie mieć towarzystwo) poproszę Was o pomoc. Numer konta wyślę w wiadomości prywatnej wszystkim, którzy zechcą mnie wesprzeć. No dobra, żartowałam!

 

Wierzę, że i Wy macie swoje noworoczne postanowienia, które mogą wymagać zastrzyku finansowego. Nie będę taka okropna i dziś zadowoli mnie fakt, że też o siebie zadbacie, motywując mnie do działania i dzieląc się swoim optymizmem! Jeśli Wam go na co dzień brakuje, tak jak wielu innym, możecie skorzystać ze wspomnianego programu (http://www.revitasens.pl/program). Program jest darmowy, do niczego nie zobowiązuje. Być może pomogą nam zmienić choć odrobinę nastawienie do życia, a nasze noworoczne postanowienia spełnią się w oka mgnieniu 😉

 

Spoko koko, nie jest to żaden link afiliacyjny. Im więcej z Was się zapisze (do czego nie namawiam a zachęcam), tym większa szansa, że dostanę jeszcze kiedyś zlecenie napisania posta i uzbieram chociaż na karnet na siłownię. A wtedy to już głupio byłoby nie chodzić, co nie? 😉

 

Dodam, że jeśli chcecie, możecie też otrzymać zupełnie za free opakowanie produktu Revitasens, którego producent jest pomysłodawcą programu. Składniki preparatu pomagają w utrzymaniu równowagi emocjonalnej i prawidłowego nastroju. Czyli dla nerwusów (takich jak ja), dla tych, którzy nie mogą się skupić (np. przed sesją), dla zestresowanych. Osobiście jeszcze nie stosowałam (a przydałoby się), bo nie zaleca się matkom karmiącym, ale skład jest całkiem naturalny i przyzwoity. Kwasy tłuszczowe DHA, kwas foliowy, witaminy z grupy B i niejaki L-tryptofan, którego nazwę specjalnie wrzuciłam w wujka Google i dowiedziałam się, że nazywany jest PIGUŁKĄ SZCZĘŚCIA (hell yeah!).

 

To jak, zbudujemy optymistyczny, blogowy krąg? 🙂

Baby blues czy depresja? Mnie to nie dotyczy. Czy aby na pewno?

Baby Blues, trochę o nim słyszałam. W pierwszej ciąży.

Teraz w ciąży z Antkiem głowy sobie nie zaprzątałam tematem. Bo i po co? Skoro za pierwszym razem było idealnie to i teraz nie mogło być inaczej.

Wszystko miałam zaplanowane, idealnie poukładane. Miało być naturalnie i po mojemu.

A potem odeszły mi wody… Zupełnie nie w porę, choć wiedziałam już wcześniej, że się zaczęło. Biegłam do salonu, a wody kapały na podłogę. Obudziłam mamę. Buziak w czółko Matiego, moja ręka na jego delikatnym ramionku i niema obietnica. Wrócę syneczku szybciutko. Przekraczam próg. Nie ma strachu. Jest tęsknota.

Środek nocy i taksówka, która nie chce przyjechać, mimo że miała być za 7 minut. Stoję przed blokiem, trzymając się pałąka bagażówki. Czuję parcie. Nie skurcze. I powiew zimnego powietrza na kostkach stóp, które doskonale studzi emocje. Mam na sobie szare legginsy do łydek i górę od pidżamy, w której położyłam się spać. Niebieskie chipie i parkę w kolorze khaki. To ważny szczegół, pewnie za 20 lat ze śmiechem będę wspominać fakt, że zapomniałam ciuchów, jadąc na porodówkę.

Jest położna. Bada mnie. Rozwarcie na 6 cm. Czuję lekkie skurcze. Piszą się na ktg. Może zaraz urodzę. Ekscytacja.  Trafiam na salę porodową, tę samą, w której na świat przyszedł Mateusz. Nie do domu narodzin, jak planowałam. Choć przecież wszystko jest prawidłowo. Przeszłam wstępną kwalifikację. Mówię o tym. Zwątpienie.

Przychodzi lekarka. Bada. Rozwarcie na 2 opuszki. Jak to? Godzinę temu było na 6 cm!

Okłamała mnie. Osoba, która miała przyjąć mój poród, powitać na świecie moje dziecko okłamała mnie…. Jak mam jej zaufać? Akcja porodowa hamuje. Siedzę na piłce, kołysząc biodrami, a łzy ciekną mi ciurkiem. Tęsknię za Mateuszkiem. Mam ochotę stąd uciec. Rezygnacja, dół.

Jesteś. Cudownie mięciutki z aksamitnymi w dotyku włoskami. Leżysz przy mnie, szukając mojej piersi. Euforia. Radość. Miłość. Niedowierzanie. Boże, synku jak ja Cię kocham.

Zabierają go, zawiniętego w rożek zrobiony z poszewki szpitalnej. Jest w niebieskim, wypłowiałym kolorze. Sięgam do torby po woreczek opisany „Witaj na świecie maluszku”, gdzie równo poukładałam ciuszki, które miał po raz pierwszy na siebie założyć. Woreczek opisany, by mąż nie miał problemu z odnalezieniem rzeczy w torbie. By nie zrobił wielkiego bałaganu. Trzymam w ręce woreczek, ale nie mam komu go dać. Położna wyszła, nie zwracając na mnie uwagi. Lęk.

Wraca po kilku minutach. Sadza mnie na wózku inwalidzkim, na nogach kładzie mi moją bagażówkę. Mija godzina. Cały czas czekam aż przyniosą mi dziecko, lecz zaczynam się już niepokoić. Czy aby na pewno wszystko jest dobrze? Strach.

Mija kolejne pół godziny. Nie wytrzymuję tej niepewności. Wstaję i trzymając się ściany, powoli idę na oddział noworodków. Czuję jak wnętrzności w moim brzuchu mi ciążą. Robi mi się słabo. Leży zawinięty w tę samą poszewkę co wcześniej. Dotykam jego główki, starając się jak najszybciej przełykać łzy.

Tulimy się. Mały ma żółtaczkę. Trafia do inkubatora. Proszę położne, by wołałaby mnie na karmienia. Słyszę, że nie ma takiej potrzeby. One nakarmią. Jak to? Ja chcę go karmić piersią. Nie ufam im. Dokarmiają jak leci, bez pytania. Proszę lekarkę, by przekazała, że mój syn ma nie być dokarmiany mieszanką. Nieliczna dobra dusza na całym oddziale, o czym przekonam się jeszcze później.

Wieczorny telefon z domu. W słuchawce Mateuszek. „Mama chodź do mnie”. Nie mogę się pozbierać. Dół.

Karmię co 2-3h, w międzyczasie odciągam. Jakieś 30-40ml. Kładę się i czuję jak pęka mi serce, słysząc kwilenie dziecka dziewczyny obok. Telefon wzywający na karmienie. Maksymalnie 20 minut bliskości. Odnoszę go i odciągam mleko. Nie chce lecieć. Idę pod gorący prysznic. Jest 4 w nocy. Odciągam jakieś 10ml. Więcej nie chce lecieć. Zanoszę to co mam. Po kilku minutach znów telefon. Dziecko jest głodne. Koło inkubatora stoi moja pusta butelka. Zabieram Antka. Kątem oka widzę inną butelkę. Z moją siarą!

Dół. Przepaść bez dna.

Południe. Są wyniki. Bilirubina nieznacznie spadła, ale wciąż jest podwyższona. Rozmawiam z lekarką. Szczerze. Wypisuję nas do domu. Na własne żądanie. Dom. Euforia. Starszy synek, jego ramionka wokół mojej szyi. Euforia. Wspomnienia. Dół.

Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół.

Spotkał mnie tzw. baby blues. To łagodny rodzaj depresji poporodowej. Jak widać, to że po pierwszym porodzie mnie ominęło nie oznacza wcale, że przy kolejnym musiało być tak samo. Dotyczy około 50-80% kobiet po porodzie. Poradziłam sobie. Z pomocą i wsparciem bliskich udało mi się z tego wyjść, mimo że hormony wciąż jeszcze buzują. Typowy Baby Blues mija wraz z połogiem.

Przyczyn depresji poporodowej jest wiele. Zmiany hormonalne w czasie ciąży, porodu i połogu oraz stres związany z nową sytuacją i fizyczne wyczerpanie są głównymi jej przyczynami. Jeśli ciężarna lub ktoś z rodziny dojdzie do wniosku, że znajduje się ona w grupie ryzyka, powinni wcześniej zatroszczyć się o kobietę – może nawet nawiązać kontakt z lekarzem. Nie daje to wprawdzie gwarancji, że uchroni ja to przed depresją, ale jeśli nawet nie, to będąc już w trakcie terapii, na pewno szybciej powróci do zdrowia.

Jedną z terapii wspierających zdrowie psychiczne, szczególnie w przypadku depresji, jest wyrażanie emocji poprzez sztukę. W sieci możecie zobaczyć obrazy namalowane przez osoby z depresją, znajdziecie je na stronie „We are the people” Gallery www.wearethepeoplegallery.pl. Firma Glenmark zorganizowała warsztaty plastyczne na oddziałach szpitali psychiatrycznych, dzięki czemu pacjenci zmagający się z chorobą mogli wyrazić swoje uczucia poprzez malowanie. Już 1 grudnia ruszy ich sprzedaż, a cały dochód zostanie przekazany fundacjom dbającym o zdrowie psychiczne. Bardzo mi się podoba ta inicjatywa. Cel jest szczytny! Wykorzystanie choroby do walki z nią samą i fakt, że mówi się o tym głośno. Że człowiek chory jest po prostu osobą, która nie radzi sobie ze swoimi uczuciami i że warto podjąć różne kroki, by go zrozumieć.

Galerię akcji „We are the people” możecie znaleźć tutaj: www.wearethepeoplegallery.pl Zobaczcie, obrazy są naprawdę przejmujące. Może znajdziecie coś dla siebie?

 

 

 

 

Ała! Czyli skurcze przepowiadające w natarciu

Ten typ tak ma. Zarówno w pierwszej ciąży jak i teraz dość intensywnie czuję skurcze przepowiadające, czyli skurcze Braxtona Hicksa. U mnie pojawiają się dość wcześnie, bo już w okolicy 16tc. Różnica polega na tym, że w w ciąży z Matim nie miałam pojęcia, że to właśnie TO. Co gorsza dziwnych odczuć zaczynających się w okolicy przepony doszukiwałam się w problemach z płucami. Bo jak skurcz ścisnął to tak, że często tchu brakowało. Były też podejrzenia tarczycy. Oczywiście zarówno płuca jak i tarczyca konsultowana u specjalistów. Żaden nie znalazł przyczyny. Teraz z perspektywy czasu i wynalezionej przyczyny wydaje mi się to śmieszne, że lekarze,w dodatku kobiety (które już rodziły) nie zorientowały się, że powodem były skurcze. Na usprawiedliwienie dodać jednak muszę, że przecież same mogły nie doświadczać podobnych odczuć będąc w ciąży…

Bo przecież nie każda kobieta jak i ciąża taka sama.

Gdyby jednak trafiła tu jakaś dusza, zatroskana o stan swojego zdrowia jak ja w pierwszej ciąży, spieszę z pomocą. I wyjaśnieniami. Bo o skurczach w sieci można poczytać wiele, ale nie zawsze to co piszą pokrywa się z rzeczywistością.

Wyczytałam np, że pierwsze skurcze mogą pojawić się dopiero po 20tc, a te odczuwalne dopiero w okolicy 30tc. Jest to wierutna bzdura, której zaprzeczeniem jestem ja sama. Jak wspomniałam pierwsze skurcze pojawiły się w okolicy 16 tc.Skurcz ten nie jest odczuwalny jak skurcze podczas miesiączki. Przede wszystkim nie boli, ale uczucie nie jest przyjemne. U mnie na początku to wyglądało tak, że w pozycji siedzącej brakowało mi tchu. Nie byłam w stanie wysiedzieć na krześle w pracy, w aucie podczas dłuższej podróży. Miałam wrażenie, że nie mogę wziąć głębszego wdechu. Uczucie to pojawiało się w ciągu dnia, a nie tylko wieczorem jak piszą w większości artykułów. Choć jeśli przeforsowałam się danego dnia to i wieczorem potrafiły dokuczać. Te, które złapały mnie w pozycji siedzącej łatwo „przeganiałam” zmieniając pozycję na leżącą, zwłaszcza na lewym boku.

Wraz z upływającymi tygodniami ciąży zmieniło się ich odczuwanie. W pierwszej ciąży myślałam, że problem z oddechem po prostu minął gdzieś w okolicy 28-30tc. Tym razem widzę różnicę. Skurcze pojawiają się także w pozycji leżącej. Czuję jak brzuch napina się w okolicy przepony, tuż pod piersiami. A następnie coś jak fala schodzi w dół. Często jest to związane z ruchami synka. Uczucie jakby bardzo wypinał się w środku. Jednak nie jest to typowe wypinanie się, które znam z ciąży z Matim. Można odróżnić kiedy dziecko wypchnie pupkę w jednym kierunku, a kiedy skurcz schodzi w dół.

Od swojej ginekolog wiem, że skurcze przepowiadające są bardziej intensywne w drugiej ciąży, gdyż mięśnie brzucha nie są już tak mocne jak wcześniej. Mało pocieszająca wiadomość.

Dobra natomiast jest taka, że często trenująca macica to lepsze przygotowanie do porodu. I to rzeczywiście mogę potwierdzić wcześniejszym doświadczeniem. Do porodu pojechałam równo w terminie, ze zgładzoną i pięknie rozwartą szyjką na 4cm. Rozwartą bezboleśnie dodać muszę. To co sporo kobiet osiąga w bólach przez kilka, czasem kilkanaście godzin mój organizm wytrenował i wypracował przez kilka tygodni. Po prostu obudziłam się rano, żeby skorzystać z toalety. W nocy nie czułam żadnych skurczy, które oznaczałyby zbliżający się poród. Po powrocie do łóżka poczułam delikatne „pyk” w środku. Odeszły mi wtedy wody. Lekko bolesne skurcze w odstępie co 5 minut pojawiły się chwilę później. Spokojnie zebraliśmy się do szpitala, gdzie lekarz mnie badający stwierdził, że w nocy musiało mnie nieźle „smyrać” skoro takie piękne rozwarcie. Nie „smyrało” nic. Szyjka przygotowywała się po prostu  do porodu przez kilka tygodni. Już w 32tc usłyszałam, że mam się oszczędzać, bo się skraca. Jakiś czas później była zgładzona całkowicie. Urodziłam 6h po odejściu wód.

Bardzo bym chciała, by życie napisało dla mnie ten sam scenariusz porodowy. Bym chwilę narodzin mojego drugiego syna mogła wspominać równie magicznie. Bez obrazu wyczerpującego bólu i dłużącej się każdej minuty na porodówce.

Wczoraj skończyłam 30tc, wkroczyłam w 31. Szyjka milimetr po milimetrze skraca się od 24tc.Nie alarmująco, ale z przykazem zwrócenia większej uwagi na siebie i wyciszaniem zbyt dokuczających skurczy odpowiednią dawką magnezu. Była chwila strachu pt. „co by było gdyby maluch chciał wyjść zdecydowanie za wcześnie”. Jednak obserwuje siebie i widzę powtarzający się schemat. Jak w przypadku ciąży z Matim. Ten typ tak ma. Moje ciało ćwiczy, przygotowuje się. Podobnie jak za pierwszym razem. Mam nadzieję, że finisz będzie ten sam. Czego życzę sobie i innym przyszłym mamom 🙂

zdjęcie

Domowe porządki bez chemii

Nigdy nie byłam przesadnym pedantem jeśli chodzi o czystość w domu. Wręcz odwrotnie, w tej kwestii często wykazuję się dość sporą ignorancją. Oczywiście lubię, gdy w domu jest czysto, ale najlepiej by było gdyby porządek robił się sam. Jednym słowem jestem leniem śmierdzącym jeśli chodzi o domowe porządki. Serio, nie cierpię sprzątania. Dlatego też jestem osobą, która łapie się na te wszystkie triki marketingowe, które zapodają nam w reklamach i kupuję jak leci cud produkty, co to wystarczy psiknąć i brud znika sam.

A prawda jest taka, że sam nie znika. Nie ma siły takiej co by sprawiła, że kurz hodowany przez tydzień na meblach czy tłuszcz w piekarniku zniknął sam niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pogodziłam się z tym faktem już jakiś czasu temu i z nosem na kwintę, ścierką w ręce co sobota zabieram się do tego, czego nie lubię najbardziej.

Któregoś dnia dostałam od koleżanki zaproszenie na warsztaty tworzenia naturalnych środków do pielęgnacji ciała. I domu właśnie. O ile chemię w pożywieniu redukuję do minimum, o tyle w kwestii środków czystości no cóż… półki uginają się od butelek i pudełeczek. Kosmetyki jeszcze pół biedy, ale to co używam do czyszczenia pomieszczeń razem wzięte ma skład dłuższy niż 12 ksiąg Pana Tadeusza. Wszystko dlatego, że nie potrafiłam pogodzić się z myślą jakoby zwykła soda oczyszczona czy ocet mogły więcej zdziałać niż płyn, który zabija przecież wszystkie bakterie na amen. No dobra, wiedziałam, że ocet dobry do szyb i luster, ale jakoś nie myślałam o szerszym zastosowaniu w domu. Przecież to śmierdzi i kojarzy się głównie z jakąś płukanką na wszy. Podobnie soda, jeśli już to daję ją do naleśników, gdy zabraknie mi wody lekko gazowanej.

Ależ byłam w błędzie. W pierś się biję.

Oczywiście, na warsztaty poszłam. Głównie dlatego, że z Monią nie widziałam się czas długi. Że trochę wyrwać się z domu chciałam. No i przyznaję, od czasu do czasu czytam Ewę z Zielonego Zagonka, która to warsztaty organizowała. Dostałam objawienia.

Bo spodobało mi się to, co tam usłyszałam i miałam możliwość sama stworzyć własnymi rękami. Bo to co stworzyłam, miałam możliwość zabrania do domu i przekonania się czy rzeczywiście działa tak jak Ewa zachwalała.

Na pierwszy rzut poszła pralka nasza, wysłużona. Która to od dłuższego czasu zapach z siebie taki wydzielała, że co rusz zmieniałam proszek do prania na kapsułki i żele wszelakie. Jedno, dwa prania i smród powracał. Czyściłam różnymi środkami, kombinowałam z gotowaniem. Wszystko na nic. Aż wypróbowałam przepisu Ewy na czyszczenie pralki zwykłą sodą i octem. Cały wieczór z mężem w łazience spędziliśmy przy pralce. A potem nastawiłam ręczniki, posypałam eko- proszkiem zrobionym na warsztatach i zastanawiałam jakim cudem to się może udać?!

I wiecie co? Udało się! Ręczniki pachniały po prostu czystością. Były miękkie. I czyste. A co mnie najbardziej zaskoczyło to to, że do prania wsypałam jedną łyżkę proszku, której wartość nie przekroczyła chyba 0,50gr. Zwykle wsypywałam do dozownika 3/4 miarki. A ile kosztuje 1kg proszku wiecie. Na jak długo starczy też dobrze wiecie.

A któregoś dnia zabrałam się za okno w kuchni. Wiosna za pasem, czas najwyższy. Parapet zewnętrzny po zimie wołał o pomstę do nieba. Cały czarny, pełen sadzy. Nie cierpię się w tym babrać, zawsze zostają szare smugi i nigdy nie jest idealnie biały. Chwyciłam za uniwersalną pastę do czyszczenia zrobioną na warsztatach. Same naturalne składniki. Rozpuszczone szare mydło, spora ilość sody oczyszczonej i kilkanaście kropel olejku cytrusowego, którego piękny aromat poczułam już otwierając pudełeczko. Parapet wyczyściłam bez problemu. Potem pastą przeleciałam framugi okna. Rozpędziłam się na tyle, że pasta znalazła się także na płycie piekarnika, blatach, a nawet na płytkach ściennych. Idealnie doczyściła też aluminiowe listwy na frontach kuchennych, na których zbierały się drobinki tłuszczu i pary wodnej unoszące się podczas gotowania. Ile razy próbowałam doczyścić to chemicznymi środkami- bezskutecznie!

W kuchni poza zapachem cytrusów roznosił się także zapach zadowolenia. Mojego własnego, z dobrze wykonanej pracy. Przysięgam, że w tym właśnie momencie mogłam na głos powiedzieć, że sprzątanie było fajne. Bo widziałam efekt, doczyściłam coś, czego nie udało mi się doczyścić wcześniej. Pewne czynności musiałam powtórzyć, ale na efekt nie musiałam długo czekać. Przekonałam się, że domowe porządki bez chemii to nie jest ściema. Są rzeczywiście możliwe, a co najważniejsze skuteczne. A przy tym fajnie mieć świadomość, że wraz z wylewaną do ścieków wodą, nie spuszczam z nią całej masy chemii, która potem szkodzi środowisku, w którym żyjemy. I wiecie co? Z czystym sercem mogę każdemu z Was polecić. I proszek do prania i pastę do czyszczenia. A przede wszystkim bloga Ewy!

DSC_0351 DSC_0353 DSC_0356 DSC_0363 DSC_0367 DSC_0368 DSC_0370 DSC_0372

 

 

Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Kto płaci za pobyt matki?

Jak to się mówi, „wszystko dobrze, kiedy jest zdrowie”. Natomiast kiedy zaczyna go brakować na jaw wychodzą różne, często niespodziewane okoliczności.

Pamiętam jak kilka tygodni po narodzinach Mateuszka spanikowani pojechaliśmy na nocny dyżur. W domu kaszlący dziadek, zakatarzona babcia i rozkładający się ojciec. Do tego Święta Bożego Narodzenia i ja, świeżo upieczona, zielona mama 6 tygodniowego noworodka. Nie do końca pewna stanu jego zdrowia, bo nie wiedziałam czy ma katar czy po prostu oddycha tak dziwnie sam z siebie.

Lekarka, która nas przyjęła, chyba nie do końca pewna słuszności swojej diagnozy, postanowiła nie ryzykować. Późny wieczór, do szpitala około 20km. Wystawiła skierowanie na oddział. Na miejscu horror, bo trzeba dziecku pobrać krew, a mimo największej delikatności siostry oddziałowej płacz niesie się po całym korytarzu. W tym wszystkim pada pytanie czy mogę zostać z dzieckiem. Bo przecież jestem jego mamą i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Bo przecież karmię go piersią i będzie mnie potrzebował. Bo przecież on jest taki malutki i MUSI ktoś przy nim być 24/24h.

Oddycham z ulgą słysząc, że tak oczywiście, zostanę z synkiem. Choć chyba nawet przez moment nie zakładałam, że mogłoby być inaczej. Słyszę jeszcze, że doba będzie kosztować mnie 15zł. Mąż ze zdziwieniem pyta, skąd ta opłata. Dowiadujemy się, że to indywidualna cena ustalona przez szpital. Mamy szczęście. Bo w cenie 15zł, mogę spać z dzieckiem na jednym łóżku. Inne mamy nie mają tak dobrze. Nie w tym konkretnym szpitalu, ale gdzieś indziej.

Dowiaduję się o tym jakiś czas później, gdy już uda mi się zapomnieć, że odbyliśmy tą szpitalną przygodę. Słowa, które padają z ust innych matek są jak wiadro zimnej wody. Jako matka nie masz żadnych praw. Pacjentem jest Twoje dziecko, a o tym czy możesz zostać z nim na oddziale decyduje personel szpitala. Także o tym w jakich warunkach przyjdzie Ci spędzić kilka dni.

Czytam o matkach, które za 20zł/ dobę dostają krzesło, na którym mogą „czuwać” przy swojej pociesze. O matkach, które muszą sobie organizować materac, by móc się zdrzemnąć przy łóżeczku dziecka. O matkach karmiących piersią kilkutygodniowe maleństwa zmuszone zostawić je w obcym miejscu, bo regulamin szpitala zabrania na pozostawanie w sali po godzinie 22. O kobietach po porodzie, które wychodzą do domu zostawiając w szpitalu kilkudniowe dzieci, bo nie ma dla nich miejsca.

Nawet jeśli płacą, to najczęściej właśnie za możliwość bycia z dzieckiem. Nie za miejsce do spania, nie za posiłek. Posiłek jest dla pacjenta, a skoro Twoje dziecko dostaje mleko (najlepiej Twoje) to o czym mowa? W cenę wliczona jest woda w kranie i w ubikacji. Może papier toaletowy. Tyle. Aż tyle.

Przecieram oczy ze zdumieniem. Miałam szczęście. Dostaliśmy w miarę wygodne łóżko w dwuosobowym pokoju. Mogłam skorzystać z toalety. Prysznica nie było, ale kto by wtedy myślał o relaksie w kąpieli. Jedzenie dowoził mi mąż. Ale mogłam być z dzieckiem. A to było dla mnie najważniejsze.

Wciąż jednak czytając tego wpisy na forach czuję wewnętrzny sprzeciw. Jak to? Czy nam, opiekunom prawnym naszych dzieci kompletnie nic się nie należy? Opiekujemy się przecież pacjentami, w pewnym sensie wyręczając personel szpitala. Karminy, przewijamy, czuwamy. Grzebię po internecie w poszukiwaniu jakiejś ustawy, rozporządzenia. Do cholery, przecież to nie może tak być?

  • Co się okazuje?

Narodowy Fundusz Zdrowia w ramach ubezpieczenia pokrywa  koszty świadczeń zdrowotnych udzielonych pacjentowi, czyli dziecku. Wyjątek stanowi jedynie przedłużona hospitalizacja matek karmiących piersią od 5 doby po porodzie. Oznacza to, że jeśli zajdzie konieczność pozostawienia dziecka w szpitalu ze względów zdrowotnych, prawem matki karmiącej jest obecność przy dziecku. Hospitalizacja ta jest opłacana przez NFZ w wysokości 102zł/ dobę. Całkiem bogata doba hotelowa. I nie ma tłumaczenia, że NIE MA miejsc. Nie mają prawa wypisać matki ze szpitala, zostawiając dziecka.

Sytuacja ta nie dotyczy niestety kobiet karmiących piersią, które trafiają do szpitala z dzieckiem już po wypisie poporodowym. Nie tylko zresztą kobiet karmiących piersią. Każdego jednego opiekuna.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia oraz Rzecznika Prawa Pacjenta, każdy pacjent ma prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej (art. 34 Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta*). Zgodnie z art. 35 tejże ustawy koszty tej opieki ponosi pacjent jeżeli realizacja tej opieki skutkuje kosztami poniesionymi przez zakład zdrowotny. Czyli jednym słowem, każdemu pacjentowi przysługuje w szpitalu opieka zdrowotna i ta jest finansowana przez NFZ, a poza tym ma prawo do opieki pielęgnacyjnej na swój koszt. Czyli jeśli matka zostaje z dzieckiem i przejmuje opiekę pielęgnacyjną jest ona na jej koszt. Za co płaci? Za koszty, które generuje dla szpitala, czyt. wodę, prąd, środki czystości.

Opłata jest ustalana indywidualnie przez każdą placówkę (uwzględniając rzeczywiste koszty realizacji praw), ale zgodnie z ustawą musi ona być podana do jawnej wiadomości i udostępniona na terenie placówki.

Podsumowując. Zgodnie z obowiązującym prawem każda położnica ma prawo do bezpłatnego pobytu na terenie szpitala ze swoim dzieckiem, ze względów zdrowotnych.

Natomiast każda matka lub opiekun ma prawo do przebywania z dzieckiem i sprawowania nad nim opieki w placówce. Pobierana jest jednak opłata ustalana indywidualnie przez placówkę. Nie jest niestety odgórnie ustalone co w ramach tej opłaty szpital ma zagwarantować matce.

Warto jednak o tym rozmawiać głośno i nie dać się zbyć. Mamy całkiem sporą ilość szpitali w Polsce, a większość z nas ma już doświadczenie w pobycie na oddziale za sobą. Podzielicie się swoją wiedzą z innymi mamami? Może wspólnie uda się stworzyć mapę/ zbiór placówek, w których poza poszanowaniem podstawowych praw pacjenta, szanuje się także uczucia rodziców?

Pomożecie mi wspólnie stworzyć taką listę?


Wystarczy, że wypełnicie ankietę stworzoną specjalnie przeze mnie na potrzeby tego wpisu. Ankieta jest króciutka, zupełnie anonimowa, a jej wypełnienie zajmie Wam dosłownie kilka minut. Bardzo proszę też o podzielenie się linkiem ze swoimi znajomymi. Im więcej odpowiedzi, tym szerszy zasięg będzie mieć wygenerowana mapka.


 

Jak tylko zbiorę te informacje stworzę coś na zasadzie mapki i zamieszczę na blogu.

 

*Ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta