Jak gotować bez kostek rosołowych, zup i sosów w proszku, czym zastąpić vegetę i na co uważać podczas zakupów

Naszym babkom i prababkom, gotującym niedzielny rosół przez głowę by nie przeszło, by dorzucić do niego sztuczną kostkę. Pewnie dlatego, że tego typu wynalazki po prostu były poza ich zasięgiem. Wszystko się zmieniło wraz z postępem cywilizacji i tempem zapełniania sklepowych regałów. Nie mam pojęcia kiedy dokładnie ten „dobrobyt” spłynął na nasze stoły, jednak ja jestem pokoleniem, które jeszcze pamięta dzieciństwo bez smaku bulionu w kostce.

Na moją skrzynkę trafiło kilka pytań odnośnie kostek rosołowych i przerzucenia się na „normalne” jedzenie. Pytań tych zupełnie się nie spodziewałam, zapoczątkował je wpis na fb dotyczący rezygnacji z chemicznych środków czystości.

Wszystkie brzmiały podobnie, a mianowicie chodziło o to jak ugotować zupę bez kostki by smakowała jak zupa. No cóż, nic prostszego. Pod jednym ważnym warunkiem! Musimy zapamiętać, że zupa bez kostki smakuje zupełnie inaczej i po prostu musimy przejść „odwyk kostkowy„. Smak, od którego po prostu większość ludzi jest uzależniona jest efektem zastosowania w kostkach bulionowych różnego rodzaju wspomagaczy smaku, glutaminianu sodu. Specjalnie piszę o odwyku, bo mało kto zdaje sobie sprawę, że glutaminian może uzależniać podobnie jak papierosy czy narkotyki. Tak, tak. Owszem, nie wywołuje żadnych sensacji, ani nie wpływa na nasz poziom nastroju, jednak wywołuje tzw. sztuczny apetyt zakłócając funkcjonowanie rdzenia mózgowego. Dlatego po jakimś czasie stosowania tego związku aminokwasów (bo glutaminian jest niczym innym niż jednym z 20 aminokwasów tworzących białka) nasz mózg smakując potrawę bez jego dodatku czuje się oszukany, a potrawa mdła, niewyrazista i po prostu bez smaku. Glutaminian znajdziecie praktycznie wszędzie, najczęściej jednak w tzw. śmieciowym jedzeniu typu fast food. Chodzi po prostu o to, by wzbogacić smak czegoś, co naturalnie byłoby po prostu nie do zjedzenia. Weźcie chipsy, pasztety, wędliny. Bleh, wszędzie to siedzi. Nawet jeśli na opakowaniu nie znajdziecie informacji, że w składzie znajduje się glutaminian popatrzcie uważnie czy aby na pewno nie ukrył się on pod nazwą: E621, ekstrakt drożdżowy, autolizowane drożdże (wydawałoby się że takie niewinne, co?), hydrolizowane białka roślinne.

Chemia, chemia sama chemia. Minie trochę czasu zanim organizm przejdzie odwyk i normalne jedzenie bez dodatku glutaminianu zacznie smakować dobrze. Ciężko powiedzieć jak długo, u jednych kilka tygodni, u innych miesięcy. Z mojego domu kostki i wszelkie produkty, które na pierwszy rzut oka zawierają ten syf zniknęły kilka lat temu na dobre. Owszem, są sytuacje kiedy sięgamy po paczkę chipsów lub hamburgera na mieście. Mam jednak zasadę, że posiłki, które przyrządzam w domu są bez dodatku chemii. Bo o ile w szybkiej przekąsce lub obiedzie na mieście nie mam pewności co do składu, o tyle do tej domowej dodaję tylko to,co rzeczywiście powinno się tam znaleźć. I nie ma pod tym względem wyjątków. Dzięki temu jedzenie, które zawiera glutaminian wyczuwam bez najmniejszego problemu. Zwykle jest ono po prostu za słone i szczypie w język oraz podniebienie.

No dobra, ale pytaliście jak gotować bez tego dodatku, by jedzenie smakowało dobrze. Aby wspomóc się w walce z nałogiem, a na przyszłość nabrać dobrych zwyczajów przygotowałam dla Was ściągawkę, wg której postępuję ja sama i która w moim domu sprawdziła się doskonale. Nie tylko na glutaminian, ale i na kilka innych równie uzależniających substancji w produktach.


KOSTKI ROSOŁOWE – czym zastąpić?


Niczym innym jak włoszczyzną i ziołami. W ogromnej ilości. Serio. Do gara z wodą wrzucamy ile tylko możemy marchwi, korzenia pietruszki, selera, pora, osmażonej na ogniu cebulki, naci pietruszki. Gotujemy bulion dodając do smaku sól i ponownie dużą ilość ziół. U mnie to zawsze jest liść laurowy, ziele angielskie (zwykle kilka ziaren), pieprz ziarnisty, lubczyk (zimą suszony, ale latem warto wyhodować nawet na balkonie w donicy – tylko uwaga kawał „krzaka” z niego rośnie). Do każdego bulionu, bez względu na to czy ma on wkładkę w postaci mięsa czy nie, dodaję ok. łyżki oliwy z oliwek.

Jeśli bulion ma stanowić bazę zupy o bardziej wyrazistym smaku, takiej jak kapuśniak, grochówka, żurek dodaję też obowiązkowo majeranek. Dużo majeranku, a także kminek (może być mielony).

Jeśli nie mamy czasu, aby tego typu bulion gotować do każdej zupy to wystarczy po prostu raz na jakiś czas ugotować więcej, przelać w pojemniczki na lód i zamrozić. Wyciągać w razie potrzeby. Świetnie nadają się do zup oraz wszelkiego rodzaju sosów. Podobnie można postąpić z resztkami niedzielnego rosołu, oczywiście gotowanego bez dodatku kostek. Chociaż u mnie to się nigdy nie sprawdza, bo poniedziałkowa pomidorowa przecież najlepsza jest na bazie niedzielnego rosołku 🙂

Oczywiście w eko sklepach znajdziecie sporo kostek bez dodatku glutaminianu. Uważam jednak, że nie ma co przepłacać na prawdę sporych pieniędzy skoro możemy sobie je sami przygotować w domu. Chyba, że ktoś potrzebuje na wczoraj, to wiadomo…


DOMOWA VEGETA – jak przygotować?


Znam sporo osób, które nie używają kostek bo to samo zło, ale vegetę lub inne kucharki czy potravki sypią na potęgę. Taka przyprawa to nic innego jak kostka rosołowa, tylko w formie sypkiej, nie utwardzonej. W jej składzie znajduje się również glutaminian a często także inne szkodliwe wzmacniacze smaku. Dzięki Bogu nie ma tu utwardzonego tłuszczu roślinnego, który najczęściej znajduje się w kostkach, ale nie zmienia to faktu, że jest to taki sam syf.

Co, więc mamy zrobić jeśli lubimy taką formę doprawiania?

domowa wegeta

Najprostszym sposobem jest kupno suszonej włoszczyzny w woreczku lub pojemniku i zmielenie jej za pomocą blendera lub młynka do konsystencji proszku. Tak otrzymany proszek mieszamy z solą (najlepiej himalajską- różową drobnomieloną) w proporcjach 2-3/1. Przesypujemy do ulubionego pojemniczka i oszukujemy nasze przyzwyczajenia 😉 Swoją drogą zobaczycie jaka różnica w cenie wyjdzie.


SOS Z TOREBKI – jak sprawić by domowy miał smak i konsystencję?


To, co teraz napiszę może nie jest pomysłem high level jeśli chodzi o zdrową półkę żywieniową. Ale na pewno jest milion razy bardziej zdrowszą formą niż sos z torebki. A na pewno dużo tańszą.

Otóż jak pewnie większość Was pamięta, jeszcze z czasów „sprzed” torebkowego żarcia, że sosy zwykle robi się na zasmażce. Banalna sprawa, bo mięso lub warzywa wystarczy podsmażyć na odpowiedniej ilości tłuszczu, następnie posypać odpowiednią ilością mąki, a następnie zalać przegotowaną wodą. W zależności jak długo podsmażymy produkt bazowy, otrzymamy sos ciemny lub jasny. W międzyczasie dodajemy różne dodatki takie jak zioła, przyprawy. Zasmażka do najzdrowszych nie należy, podobnie jak i sosy, ale zjadane z umiarem zwykle nie szkodzą. No chyba, że ktoś ma predyspozycje do zgagi i wzdęć po tego typu potrawach, wtedy powinien sosy zasmażkowe zamienić na te przygotowywane z dodatkiem jogurtu naturalnego lub ewentualnie (!) śmietany.


UWAGA na SYROP GLUKOZOWO – FRUKTOZOWY


Odkąd mam świadomość jaką mam, wystrzegam się jak diabeł święconej wody. A pech chce, że najczęściej spotykam go w produktach przeznaczonych dla (uwaga!) dzieci! Dlatego szerokim łukiem omijam gotowe batony, soczki i innego równie „pyszne” i słodkie pożywienie. Wierzcie mi, można znaleźć bez problemu produkty bez jego dodatków, tylko trzeba uważnie przeczytać etykiety. Tylko nie zdziwcie się, gdy znajdziecie go w produktach, w których byście się najmniej spodziewali – ja np. ostatnio w jogurcie naturalnym. Na drugim miejscu :/

Z cukrem jest dodatkowo kłopot, bo jak wiadomo żaden nie jest zdrowy. Ja osobiście staram się kupować trzcinowy (uwaga na barwione podróbki). Nie używam w domu zamienników typu ksylitol, stewia (bo nigdy nie kupowałam), przejechałam się natomiast na syropie z agawy, który miał być najzdrowszy, a w rzeczywistości wcale taki nie jest. Wyczytałam natomiast ostatnio, że warto zainteresować się naturalnym syropem klonowym, bo (uwaga!) pomaga w walce z cukrzycą! 🙂


OLEJ SŁONECZNIKOWY, RZEPAKOWY, UNIWERSALNY CZY OLIWA? Na czym smażyć?


Przyznaję z ręką na sercu, że ostatnio legło w gruzach moje złudzenie o wyższości oleju rzepakowego nad słonecznikowym. Dowiedziałam się bowiem, że rzepak występujący w naturze posiada kwas erukowy, który jest szkodliwy dla zdrowia. Co prawda w Polsce od ponad 20 lat hoduje się już odmiany bezerukowe, jednak przemawiają do mnie słowa, że jeśli coś matka natura dała nam w takiej formie, a nie w innej to nie bez powodu. Skoro rzepak posiada ten kwas w naturze i żeby nasz organizm go przyswoił musimy go modyfikować, to może lepiej faktycznie poszukać czegoś „nieszkodliwego” z natury. I tym sposobem trafiłam na olej kokosowy. Można na nim smażyć bez obaw o zachodzące w trakcie podgrzewania rakotwórcze reakcje chemiczne. Fakt, tani nie jest, ale prawda taka, że smażonych potraw to akurat powinniśmy jeść jak najmniej.

e6be7505f2858097def6941c368cf194

UWAGA!


Tłuszcz palmowy (kokosowy rafinowany) to NIE to samo co olej kokosowy. Pod tymi dwoma bardzo podobnymi nazwami kryją się zupełnie inne produkty. Ten pierwszy jest najtańszym tłuszczem, bardzo nie zdrowym, który zawiera tłuszcze nasycone, który w dodatku przez sposób pozyskiwania jest zagrożeniem dla środowiska. Unikajmy jak ognia wszystkiego co zawiera utwardzony tłuszcz roślinny lub po prostu tłuszcz palmowy. Często spotkacie go pod nazwą tłuszcz roślinny, olej roślinny lub tłuszcz roślinny utwardzany. Wszystkie wstępnie podsmażane produkty (jak frytki, panierowane ryby, a nawet mrożone warzywa na patelnię) posiadają utwardzony tłuszcz. Podobnie sprawa ma się z różnymi kupnymi ciastami, paluszkami, przekąskami. Cały przemysł cukierniczy bazuje na tego typu produktach. To produkty cholernie niebezpieczne dla Waszych pukawek. A serducha macie tylko jedne i wierzę, że mają dla kogo bić.


 

Do wykorzystania na zimno natomiast bardzo dobre są oleje z pestek winogron czy też oliwa (z oliwek oczywiście), olej lniany.


CZEGO JESZCZE UNIKAĆ?


  • cukru wanilinowego – zamiast wanilii znajdziemy w nim wanilinę, czyli po prostu związek chemiczny. Swego czasu w sieci głośno było o Japończykach, którzy wanilinę pozyskali z krowich łajen. Tak, więc ten tego- smacznego 😉

Cukier waniliowy możemy zrobić sami. Wystarczy, że do słoika z cukrem wsadzimy dwie laski świeżej wanilii, której aromat przesiąknie do cukru.

  • oszukanych chlebów- naturalny chleb pieczony jest na zakwasie, mące, soli i wodzie. Czasem z dodatkiem drożdży. Wszelkie dodatki typu spulchniacze, polepszacze, dodatki barwiące w postaci słodu jęczmiennego lub karmelu (ten ostatni jest zakazany, ale różnie bywa). Najwięcej syfu dodaje się do pieczywa tostowego, także uważajcie.
  • oszukanej bułki tartej – podobnie jak w przypadku chleba trzeba zwracać uwagę na bułkę tartą, która często pozyskiwana jest z pieczywa naszpikowanego chemią jak tralala.
  • oszukanych przetworów mlecznych – znalezienie jogurtu naturalnego, który w składzie nie posiada mleka w proszku graniczy z cudem, a ostatnia afera dotycząca biedronkowego mleka w butelce daje do myślenia. Nie pozostaje Wam nic innego jak czytać składy, ale ten nawyk powinniście mieć wyrobiony nie tylko w przypadku nabiału.
  • produktów GMO- zwłaszcza kukurydza, soja i rzepak. O samym GMO napiszę Wam innym razem, bo jak się okazuje Polacy mają małą świadomość w tym temacie.
  • produktów pakowanych w opakowania PET- ostatnio jedna ze znajomych mnie uświadomiła w temacie, bo wcześniej nie do końca do mnie docierało. Oczywiście o szkodliwym BPA słyszał każdy rodzic, który stanął przed kupnem butelki, smoczka czy pojemników na żywność. Ale o szkodliwości zwykłej plastikowej butelki i jej wpływie np na wodę mineralną mało się mówi. Natomiast niemieccy naukowcy udowodnili, że woda mająca kontakt z plastikowym opakowaniem, stojąca często dłuższy czas, zawiera czynniki chemiczne o działaniu zbliżonym do estrogenów, zaburzając prawidłowy przebieg procesów fizjologicznych komórek mających kontakt z wodą. W skrócie oznacza to, że powinny jej unikać kobiety, zwłaszcza te mające problemy z tarczycą. Jaka jest alternatywa? Kupujmy wodę w szklanych butelkach.
  • mięs szprycowanych chemią, antybiotykami i hormonami – zwłaszcza należy uważać na drób (kurczaki). Jednak nie tylko mięso może być niebezpieczne. Także i jaja kurze powinny wzbudzić naszą czujność, gdyż to co zjada kura odkłada się nie tylko w jej ciele, ale i w jaju.

Na dziś tyle. Wiadomo, że w obecnych czasach ciężko całkowicie wyeliminować powyższe zagrożenia, ale mając ich świadomość będziemy ostrożniejsi. A przy zachowaniu środków ostrożności na pewno też zdrowsi, czego Wam z całego serca życzę! 🙂 A jeśli jest coś, o czym zapomniałam lub nie miałam pojęcia, bardzo proszę w komentarzach o podzielenie się wiedzą. Dla dobra pozostałych 🙂

 

 

 

 

 

Jak odzyskać formę po porodzie

Dużo się mówi o powrocie do formy po porodzie. Piękne i zgrabne aktorki, które urodziły zaledwie miesiąc czy dwa temu, uśmiechają się do nas z okładek czasopism dla kobiet. Gazety przyciągają uwagę potencjalnych klientek oferując wśród artykułów diety cud, programy ćwiczeń spalające tłuszcz nawet ze skóry na głowie. Gabinety kosmetyczne oferują różnego rodzaju zabiegi ujędrniające, antycellulitowe, masaże wygładzające itp. Najważniejsze jest to, co na zewnątrz, co widoczne gołym okiem.
Ciało ma być piękne, ujędrnione, ma mieścić się w kanonie piękna. Nie ma w nim miejsca na obwisłe boczki i rozstępy szpecące brzuch i piersi.
A co z naszym wnętrzem? Czemu tak mało mówi się o powrocie do formy po porodzie patrząc z zupełnie innej perspektywy? Zadowolenie, pewność siebie to nie tylko akceptacja własnego ciała.
Wracam pamięcią prawie dwa lata wstecz. Mam przed oczami widok kobiety z ogromnymi , mlecznymi piersiami. Z krągłościami po-ciążowymi na udach, ramionach. Z brzuchem, który pozostawia wiele do życzenia. I ta myśl uporczywa, że tam w środku, tam na dole nie będzie już tak jak dawniej. Wątpliwości, obawy czy mąż zaakceptuje mnie taką jaka jestem. Wstyd. I strach.
Ginekolog podczas pierwszej wizyty po połogu nie podnosi na duchu. „Co Pani myślała, że będzie wciąż jak nastolatka? Narządy rodne już nigdy nie będą takie jak przed porodem. Ale co się Pani martwi, nie jest najgorzej.”. Słowa te echem odbijają się do tej pory w mojej głowie.

Mija kilka miesięcy. Pogodziłam się z myślą, ale nie zaakceptowałam. Sprawy nie poprawiał fakt, że na własne życzenie zrobiłam sobie krzywdę dźwigając jeden raz coś cięższego podczas połogu. Dyskomfort jest odczuwalny. Poprawia się po dłuższym odpoczynku, po nocy. Wystarczy, że wezmę Mateuszka na ręce, ponoszę chwilkę i znów jest źle. Szybszy spacer sprawia mi trudność. Czuję jakby wszystkie narządy w brzuchu zjeżdżały na dół, spychając moją macicę niżej. Męczy mnie to i smuci. Pojawia się strach. Co będzie po następnym porodzie? Operacja?
Szukam informacji w internecie. Niewiele ich jest. Temat tabu. Problem dotyczy dojrzałych kobiet. Jako następstwo przebytych porodów. Młode kobiety albo się nie skarżą, albo problem nie istnieje. Nie chce mi się w to wierzyć. Ćwiczę mięśnie Kegla, tyle mi pozostaje.
Aż któregoś dnia trafiam na spotkanie z położną Ewą Janiuk, która wspomina o baloniku Epino służącym do rozciągania mięśni przed porodem. A także do regeneracji poporodowej. Po spotkaniu szukam informacji na internecie, trafiając na stronę dystrybutora. Czytam historie kobiet. Z każdym jednym zdaniem czuję, że to coś dla mnie. Postanawiam napisać, opisać swoją historię.
Kilka dni później dzwoni telefon. Po drugiej stronie kobieta, w której głosie słyszę troskę. Troskę o drugą kobietę. Długo rozmawiamy. O tym co mi się przydarzyło, o tym, że wcale nie musi być tak jak jest. Że może być dobrze i wcale nie muszę obawiać się drugiego porodu.
Gdy przychodzi do mnie mój zestaw otwieram go z drżącymi rękami. Naprawdę wierzę, że mi pomoże. Nie wiem czy to wiara, głęboka wiara, czy sumienność w ćwiczeniach, a może po prostu czas, który minął od porodu sprawiły, że się udało.
Dziś, ponad pół roku od tego dnia w pełni akceptuje swoje ciało. A może powinnam napisać swoje wnętrze? Bo dziś ono zdecydowanie bardziej mnie cieszy niż to co jest na zewnątrz.
Ćwiczenia z balonikiem Epino Delphine Plus zaczęłam w maju tego roku, prawie 18 miesięcy od porodu. Bałam się, że może być już za późno na regenerację, że to co zrobił poród i czas nie da się już cofnąć. Zwłaszcza, że ćwiczenia z użyciem balonika zalecane są zwykle w terminie od czterech do sześciu miesięcy po porodzie. Pierwsze wyniki nie napawały radością. Choć nie było najgorzej, a odczytany wynik wskazywał, że jestem na dobrej drodze do sukcesu to czułam przecież, że jest źle. Minęło jakieś dwa tygodnie, kiedy poczułam, że jest postęp. Każde 20 minut dziennie ćwiczeń sprawiało, że robiłam krok do przodu. To podczas wakacji poczułam, że już jest lepiej. Wskazówka wychylająca się na zegarku potwierdzała moje odczucia. Po trzech miesiącach sumiennych ćwiczeń moje ciało wynagrodziło mi trud. Od tamtego czasu codzienne ćwiczenia z balonikiem zastąpiłam ćwiczeniami mięśni Kegla w sytuacjach kiedy tylko sobie o nich przypomniałam. Stojąc w kolejce w sklepie, siedząc przed laptopem, jadąc samochodem. Do balonika wracam kiedy mam więcej czasu. Dzięki ćwiczeniom z balonikiem czuję „te” mięśnie i wiem doskonale czy ćwiczę je prawidłowo.
Poprawa komfortu życia bezcenna. W pełni akceptuję siebie samą. W sypialni bez porównania. Nawet do czasów sprzed ciąży. Oczywiście na korzyść. Żyję normalnie, spaceruję, biegam. Nic nie uciska, nie sprawia, że pęcherz sygnalizuje potrzeby opróżnienia przy byle kropelce.
Nie boję się kolejnej ciąży, kolejnego porodu. Mam swój balonik i będę się z nim do tego porodu przygotowywać. Wierzę, że pomoże uniknąć mi kolejnego nacięcia, że dzięki ćwiczeniom następnym razem do formy wrócę dużo szybciej.
Dziś dziękuję opatrzności, że trafiłam na wykład położnej, która wspomniała o baloniku. Że napisałam i że ktoś tam po drugiej stronie monitora przeczytał moją wiadomość z empatią. Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Dlatego w pełni przekonana o skuteczności mogę Wam śmiało to napisać..
Dziewczyny, gorąco Wam polecam. Jak kobieta drugiej kobiecie. Dla każdej z Was, która boryka się z podobnym problemem. Dla każdej z Was, która być może po tym poście zdoła uniknąć tego co ja przeszłam. Temat jest bardzo intymny. Zwłaszcza dla mnie. Ale piszę, bo osobiście mam żal, że tak mało się o tym mówi (A przynajmniej w porównaniu z modą na bycie fit jeśli chodzi o nasze ciało), że nie uświadamia się kobiet. Że lekarze przekazują pacjentkom różne bzdury. Spycha się ten temat na dalszy tor, jakby nie istniał. Milion innych rzeczy jest ważniejszych. Jeśli kobieta przypadkiem nie trafi na informacje lub na kogoś życzliwego pozostanie w niewiedzy jak ja.

Mam nadzieję, że któregoś dnia będę mogła Wam napisać również o rezultatach ćwiczeń przygotowujących do porodu i polecić osobiście także w takim przypadku. Dziś mogę ręczyć za rezultaty regeneracji poporodowej.

Zestaw Epino Delphine Plus z manometrem, na którym odczytacie wynik po treningu możecie zamówić na stronie www.epino.net.pl . Ten model posiadam ja. Przyrząd bez manometru służy do ćwiczeń rozciągających (w celu stopniowego rozciągnięcia ujścia pochwy, krocza i mięśni pochwy przed porodem) i symulacyjnych (w celu opanowania reakcji w okresie wydalania płodu).
Wszystkie ćwiczenia mogą być wykonywane w domu i bez pomocy z zewnątrz, dostosowując trening całkowicie do własnych potrzeb.

Miesiączka w ciąży

Kilka razy w życiu słyszałam historie o kobietach, które w początkowej ciąży miały miesiączkę. Nawet w poście dotyczącym ciąży z zaskoczenia wspominaliście o takich przypadkach w swoich komentarzach.
Wydawać by się mogło, że miesiączka i ciąża często idą razem w parze. Ale tak naprawdę to co określamy terminem miesiączka, zarezerwowane jest dla zupełnie innej funkcji biologicznej, która przecież w ciąży nie ma prawa bytu.
To co potocznie nazywamy miesiączką lub przypominające ją i występujące w pierwszych miesiącach ciąży, jest po prostu krwawieniem. Każda kobieta raczej doskonale orientuje się jak przebiega cykl, a sama miesiączka jest efektem złuszczania wyściółki macicy. Miesiączka w ciąży oznaczałby, że wyściółka która ma za zadanie odżywiać zarodek, zostałaby wydalona wraz z nim na zewnątrz. A co to oznacza z łatwością się domyślacie.
Chodzi tu jednak o nazewnictwo, bo sytuacja, w której krwawienie lub plamienie w czasie ciąży występuje jest częstym zjawiskiem.
Jakie są przyczyny występowania plamień lub krwawień w ciąży? Czy większe krwawienie zawsze musi wykluczać ciążę? Czy wiesz, co to jest plamienie około-owulacyjne i implantacyjne?
Opowiem dziś Wam o sytuacjach, z którymi spotkałam się ja sama. A także o tych, które mogą zaskoczyć niejedną ciężarną.

Owulacja i objawy jej towarzyszące
Zanim dojdziemy do momentu ciąży, cofnijmy się troszkę do momentu samej owulacji. Są kobiety, które żeby wyznaczyć termin jajeczkowania (mniej więcej, bo 100% pewności, że owulacja miała miejsce, da tylko ciążą i ewentualny monitoring), muszą posiłkować się różnego rodzaju testami owulacyjnymi, monitoringiem. Jest też takie grono kobiet (do którego należę także ja), które doskonale wiedzą kiedy mogą spodziewać się owulacji. Mają tak charakterystyczne objawy, że ciężko pomylić je z czymś innym. Uczucie rozpierania jajnika, jego ból promieniujący aż na nerkę, poprzedzony dużą ilością śluzu płodnego, a kończący się zabarwieniem lekko różowym.
W książce „Sztuka naturalnego planowania rodziny” J. Kippley można przeczytać o tym zjawisku następującą informację:
W okresie około-owulacyjnym wiele kobiet odczuwa ból w okolicy jednego lub obu jajników. Czasami trwa on kilka godzin, a niekiedy cały dzień lub nawet 2. Część kobiet zaledwie go odczuwa, ale są i takie które skręcają się z bólu. Wg niektórych badaczy ból owulacyjny jest spowodowany przekrwieniem jajowodu, nagromadzeniem się w nim śluzu dla ułatwienia ruchu plemników w okresie przed jajeczkowaniem. Inni utrzymują, ze ból powstaje w wyniku gwałtownego pulsowania jajowodów podczas owulacji i zaraz po niej, a więc wskutek ruchu robaczkowego, posuwającego komórkę jajową w kierunku macicy. Jeszcze inni wskazują na sam proces jajeczkowania, podczas którego następuje pęknięcie pęcherzyka zawierającego komórkę jajową. Czasami towarzyszy temu pęknięcie jakiegoś powierzchniowego małego naczynia krwionośnego, co daje niekiedy krwawienie. A ze względu na dużą wrażliwość błony śluzowej macicy na krwawienie wewnętrzne odczuwane jest jako ból”
 
Tym sposobem mamy wytłumaczone pierwsze plamienie, jakiego może doświadczyć kobieta w trakcie cyklu. 
 
Załóżmy, że jest to cykl kończący się sukcesem, czyli ciążą. 
 
Plamienie implantacyjne, czyli zarodek zagnieżdża się w nowym lokum
 
Kolejne plamienie może zaskoczyć przyszłą mamę już kilka dni po owulacji. Mi właśnie takie plamienie dało podejrzenie ciąży w przypadku Mateuszka. Wystąpiło około tydzień po owulacji, a w śluzie, który ponownie przypominał białko jajka, zobaczyłam niteczki krwi. Było tego na tyle mało, że równie dobrze mogłabym je przeoczyć. Wiem jednak, że są kobiety, które plamienie implantacyjne mają zupełnie różne i dużo bardziej obfite. Zwykle jednak charakterystyczne dla tego plamienia jest, że występuje 7-12 dni od owulacji, jest raczej skąpe i trwa krótko (czytałam gdzieś, że czasem do 2 dni). 
 
 
Test ciążowy dodatni, a tu nagle krwawienie..
 
Bywa niestety i tak. Są na szczęście sytuacje, które nie oznaczają nic groźnego. Należy jednak pamiętać, że każde plamienie czy też krwawienie w czasie ciąży MUSI być skonsultowane z lekarzem ginekologiem.
Plamienie/ krwawienie przypadające w okresie miesiączki (i właśnie z nią mylone) może wystąpić z kilku powodów:
ciąża biochemiczna, czyli taka, która kończy się samoistnym wydaleniem już na samym początku. Tak naprawdę sporo kobiet o tego typu ciąży nie wie, bo do krwawienia zwykle dochodzi w terminie przypadającym na miesiączkę lub kilka dni później. Kobiety, które podejrzewają ciążę i zrobią wcześniej test zobaczą wynik dodatni.
krwawienie z doczesnej to krwawienie, które najbardziej przypomina miesiączkę. Choć występuje u niewielkiej ilości kobiet, to właśnie najczęściej ono jest przyczyną przekazywania sobie dalej historii o miesiączce w ciąży. Doczesna to inaczej przekształcone pod wpływem ciążowych hormonów endometrium (błony śluzowej macicy). W czasie ciąży błona śluzowa macicy pod wpływem progesteronu rozrasta się i rozpulchnia dając schronienie i odżywienie zarodkowi. Z upływem tygodni ciąży doczesna ulega różnym przekształceniom.
Tuż po implantacji (zagnieżdżeniu zarodka) z endometrium powstaje doczesna podstawowa, która tworzy część matczyną łożyska. To właśnie na niej leży sobie zarodek. Sam zarodek natomiast wnika w doczesną torebkową, która otula całe jajo płodowe. Do 18 tc rozrasta się po czym łączy się z doczesną prawdziwą (ścienną), która pokrywa cały pozostały obszar jamy macicy.
To właśnie do 18 tc mogą występować krwawienia przypominające miesiączkę. Dlaczego?
Na samym początku ciąży, gdy zarodek jest jeszcze malutki, a jama macicy pokryta doczesną ścienną, jest w niej jeszcze sporo wolnego miejsca. Doczesna ścienna nie jest wykorzystywana na razie przez płód, więc tym samym może się złuszczać i odklejać podobnie jak w cyklu występującym bez ciąży. Jako, że to co się złuszczy i odklei, a następnie ponownie odbudowuje się i na nowo złuszczy, dzieje się w regularnych odstępach czasu, może przypominać krwawienie miesiączkowe. Nie każda kobieta spotyka się z taką sytuacją, ale sprzyja jej na pewno rozciąganie się macicy, które jest tzw. bodźcem uszkadzającym. Do 18 tc płód rozrasta się na tyle, by doczesna torebkowa wypełniła jamę macicy i połączyła się z doczesną ścienną.
Krwawienie z doczesnej może przypominać krew miesięczną pod względem ilości, koloru i zawartości (czasem pojawiają się drobne skrzepy). Choć budzi niepokój przyszłej mamy, nie jest groźne. Pamiętać jednak należy, że konieczna jest konsultacja u swojego lekarza, który wykluczy inne problemy z ciążą.
krwawienie podkosmówkowe ma miejsce w sytuacji, kiedy na brzegu łożyska tworzy się mały (lub większy) skrzep. Takie krwiaczki z reguły wchłaniają się same, ale konieczna jest diagnoza lekarza i zazwyczaj zalecenie odpoczynku. Sama na szczęście nie doświadczyłam tego typu sytuacji, ale wiem, że są dość częste (tutaj prośba do Was, które miały krwiaki w ciąży- napiszcie proszę w komentarzu jak takie plamienie/krwawienie wyglądało u Was)
– zmiany hormonalne, które powodują krwawienie w terminie przypadającym na wystąpienie miesiączki. Te zwłaszcza należy skonsultować z lekarzem, gdyż mogą pojawiać się nie tylko w pierwszym miesiącu, ale także później. Zwykle takie krwawienie jest lekkie i nie trwa długo.
Tak jak wspomniałam, każde krwawienie powinno być konsultowane z lekarzem, gdyż zdarza się niestety i tak, że zwiastuje ono problemy w rozwoju płodu (np. wady genetyczne czy też wady cewy nerwowej, będące bardzo często następstwem zbyt niskiego poziomu folianów w organizmie matki – o defekcie enzymatycznym przeczytacie m.in. w tym poście, a prawidłowy poziom zapewni zażywanie kwasu foliowego z metafoliną).  Krwawienie- zwłaszcza bardziej obfite – może także świadczyć o poronieniu (zagrażającym, w toku) czy też o ciąży pozamacicznej.
Kobieta w tym szczególnym czasie powinna być pod troskliwą opieką swojego lekarza. 
* wpis powstał w związku ze współpracą z marką Femibion, jednak jest zbiorem własnych doświadczeń i wiedzy
Bez nazwy-1

Gorączka podczas ząbkowania, jak sobie z nią radzić?

Pamiętam jak w ubiegłym roku Mateusz przechodził trzydniówkę. Gorączka pojawiła się w środku nocy, bez żadnych wcześniejszych oznak. Oczywiście spędzała sen z powiek i wywołała niepokój. Pierwsza choroba dziecka, w dodatku takiego, które nie ma jeszcze roku, zawsze budzi strach.
Dopóki całkowicie nie zniknęła, a w jej zastępstwie nie pojawiła się wysypka nie miałam pewności, że Matiego dopadł wirus wywołujący tę chorobę. Przez te trzy doby mogłam podejrzewać początki innych chorób, ale także i…ząbkowania.
Pamiętam, że podzieliłam się swoim pomysłem dotyczącym ząbkowania z innymi mamami. Zostałam wtedy zapewniona, że tak wysoka temperatura (ok. 40 stopni) w żadnym wypadku nie towarzyszy ząbkowaniu. A już na pewno nie przez 2 czy 3 dni.
Przyjęłam tę informację do wiadomości, zwłaszcza, że pojawiła się wysypka, a nowy ząb nie.
Tymczasem… minął rok. W środku nocy budzi mnie przyspieszony oddech Mateuszka i ciepło od niego bijące. Sięgam po termometr, który pokazuje 39,6 kresek. Podaję paracetamol zgodnie z dawkowaniem, na kark przykładam chłodny okład. Temperatura spada, Mati zasypia.
Rano i przez cały dzień wciąż utrzymuje się wysoka. Zbijam już na przemian z ibuprofenem.W nocy budzi nas ponad 40 stopni. Kolejny raz podaję ibuprofen. Dzień przynosi poprawę, a godziny bez gorączki wydłużają się (w sensie, że leku nie muszę podawać po 6h). Około godziny 21, kiedy Mateuszek powinien dostać kolejną dawkę, termometr wskazuje niecałe 37 kresek. Około 3 w nocy podnosi się do poziomu 38,5. Profilaktycznie podaję jeszcze jedną dawkę, którą załatwia gorączkę na amen. Nie pojawia się już więcej. Całość trwa dwie doby. Żadnych objawów towarzyszących typu katar czy kaszel.
Klasyczna trzydniówka. Z tym, że temperatura ustąpiła po 2 dniach, a wysypki brak.
Za to w buzi nowa dolna piątka.

Już wiem, że tak wysoka temperatura przez dwie doby jak najbardziej może towarzyszyć ząbkowaniu. Moje dziecko jest na to żywym przykładem. Mimo, że wcześniej nic podobnego nie miało miejsca (jeden raz przy 4 miał lekko podwyższoną temperaturę). Zawsze jednak towarzyszył Matiemu katar, a tym raz brak.
Wiadomo, tak wysoka temperatura, zwłaszcza w nocy potrafi napędzić stracha. Przez moment zastanawiałam się czy nie zapakować nas do auta i nie jechać do szpitala. Na szczęście poradziłam sobie w inny sposób. Farmakologicznych i domowych jest całe mnóstwo, warto po nie sięgać.
Jak sobie radzić z gorączką u małego dziecka?
– robimy chłodne okłady na kark, łydki, nadgarstki, śledzionę i wątrobę. Uważajcie na czoło. Przy wysokiej temperaturze unikajmy okładnia tego miejsca, bo może dojść do szoku termicznego i niebezpiecznych drgawek.
– nie przykrywamy malucha, ubieramy za to w bawełniany podkoszulek/ piżamkę. Wcześniej możemy okryć ciałko w mokre prześcieradło, a gdy temperatura spadnie wycieramy maluszka, ubieramy suche ubranko i przykrywamy suchym prześcieradłem lub cieniutkim kocykiem.
– jeżeli rączki lub nóżki dziecka są zimne oznacza to, że temperatura będzie rosnąć. Ogrzejmy je, wtedy nie dopuścimy do tego. Jeśli kończyny są gorące to temperatura osiągnęła już swój wysoki poziom i nie powinna rosnąć. Ale nie oznacza też, że sama spadnie. W takim przypadku okładamy nóżki/ rączki kompresem nasączonym chłodną wodą (można z dodatkiem cytryny/octu). Takie okłady możemy również stosować pod paszki malucha.
– dziecko MUSI dużo pić. Podczas gorączki oddech jest przyspieszony, co powoduje szybsze straty wody z organizmu. Jeśli karmimy piersią, róbmy to jak najczęściej. Mimo wszystko ja dodatkowo podaję wodę letnią.
– poza wodą można także podać herbatkę z lipy, owoców czarnego bzu, z dodatkiem soku malinowego, a także z siemieniem lnianym.
– stosujemy duże dawki witaminy C, najlepiej naturalnej (np. acerola ale może być też Neovit czy Cebion)
– część osób zaleca kąpiele w chłodnej wodzie. Ja się bałam potencjalnych drgawek, ale podczas wieczornej kąpieli do wody, w której kąpaliśmy Mateuszka stopniowo dolewaliśmy chłodniejszą. Niestety taka kąpiel, podobnie jak okłady obniża temperaturę na chwilę. Dlatego okłady wymieniamy co jakiś czas.
– przy temperaturze powyżej 38,5 stopnia podajemy paracetamol lub ibuprofen. Ten drugi ma również działanie przeciwzapalne. W naszym przypadku obniżał temperaturę znacznie lepiej niż paracetamol, choć ten za pierwszym razem podczas trzydniówki sprawdził się super. Przy ząbkowaniu już nie dał rady.
– w pokoju, w którym przebywa dziecko utrzymujemy temperaturę na poziomie 19-20 stopni. Często wietrzymy, ale oczywiście nie wystawiamy malucha na przeciąg.
– każda wysoka temperatura powinna być skonsultowana z lekarzem. To on zdecyduje czy wizyta w przychodni jest konieczna. Nam udało się na szczęście uniknąć wizyty (przy osłabionym gorączką organizmie ryzyko złapania czegoś w przychodni wzrasta).
Jeśli gorączka utrzymuje się dłużej niż 3 dni, ZAWSZE konieczna jest wizyta u lekarza.

Zróbmy coś razem, czyli mapa dobrych lekarzy dla dzieci

Nasze wizyty w przychodni POZ praktycznie ograniczam do minimum. Udaje się tam kiedy muszę, dlatego na szczęście nie jesteśmy częstymi gośćmi. Gdy Mati był młodszy, potrafiłam w panice umówić nas na wizytę z samym katarem. Po kilku takich objawach towarzyszących zwykle ząbkowaniu, po prostu dałam sobie spokój. Doskonale wiem jak mam się w takiej sytuacji zachować, bez ponownej konsultacji z lekarzem.
Odpukać dziecko moje nie choruje. Jak do tej pory, prawie rok temu miał trzydniówkę i to byłoby na tyle. Gorączka pojawiła się w nocy. Oczywiście z piątku na sobotę, jak to zwykle bywa. W sobotę przychodnia, w której przyjmuje nasz lekarz rodzinny jest nieczynna. Istnieje całonocna opieka, którą oczywiście brałam pod uwagę, gdyby coś gorszego się działo. Zaczęłam zbijać temperaturę i czekałam do rano, aby skonsultować się ze znajomym lekarzem. Wedle zaleceń miałam obserwować czy nie pojawiają się dodatkowe symptomy choroby i w razie potrzeby zbijać temperaturę. 
W poniedziałek, gdy dotarłam do swojej przychodni spotkała mnie niezbyt miła sytuacja. Przyjęła nas młoda Pani doktor, która potraktowała mnie jak nieodpowiedzialną matkę. Zarzuciła mi, że skoro przychodnia w weekend czynna nie jest, powinnam wybrać się na SOR lub do całonocnej poradni. Dziecko przecież miało temperaturę, a ja po prostu ją zbijałam zamiast udać się do szpitala.

To był nasz pierwszy i ostatni raz u tej Pani doktor. Zalecenia naszej Pani doktor są zupełnie inne, zbliżone do tych, które usłyszałam od znajomego lekarza. Lekarka daje nam czas na „wyklucie się” choroby, zwłaszcza że w wieku mojego synka dość często gorączka czy katar towarzyszy po prostu ząbkowaniu. A przychodnia jak przychodnia – niestety nie posiada osobnego pomieszczenia dla dzieci chorych/ zdrowych. 

Mimo, że czasem mamy odmienne zdania (np w temacie karmienia), nasza Pani doktor szanuje moje decyzje. Udziela odpowiedzi na każde zadane przeze mnie pytanie, rozwiewa wątpliwości. Wizyta nie jest „odbębniana” z zegarkiem w ręku. Z czystym sumieniem mogłabym ją polecić, podobnie jak większość mieszkańców mojego osiedla. Świadczy o tym liczba pacjentów i obłożenie tego konkretnego lekarza rodzinnego. 
O tym, że lekarz jest dobry zwykle właśnie decyduje czas oczekiwania na wizytę. Przynajmniej ja zauważyłam taką zależność i nie tyczy się ona tylko lekarzy rodzinnych, ale także specjalistów. Do lekarza endokrynologa, w ramach prywatnej wizyty czekam 6 miesięcy. A z kimkolwiek bym nie rozmawiała kto miał z tą Panią do czynienia, każdy chwali. 

Bo jak wiadomo lekarz lekarzowi nie równy. Jak w każdym zawodzie, znajdziemy takich którzy swojej pracy oddają się z pasją i nie czują przymusu odwalenia swojej roboty oraz takich, którym najwyraźniej praca nie służy.

Tak jak tworzy się np mapa różnych miejsc przyjaznych matkom, np kawiarni, sklepów z pokojami dla matki i dziecka, restauracji, tak Fundacja My Pacjenci, z którą to ostatnio spotkałam się w Warszawie postanowiła stworzyć mapę dobrych miejsc lekarzy. Nie jest to jednak założenie bazujące na danych niewiadomego pochodzenia. To my rodzice wspólnie będziemy tworzyć tą mapę poprzez wypełnienie kwestionariusza. Udzielając odpowiedzi na pytania wystawiamy własną opinię poradni mi lekarza, do któregosię udajemy. Wcale nie musi to być opinia pozytywna. Jeśli jesteśmy nie zadowoleni z opieki nad naszym dzieckiem również to piszmy. 
Ankieta skierowana jest do rodziców dzieci w wieku 0-5 lat i zawiera pytania związane z naszymi doświadczeniami z konkretną jednostką służby zdrowia. Na sam koniec podajemy dane placówki (w przypadku, gdy jesteśmy z niej zadowoleni i chcemy polecić innym rodzicom). Oczywiście całość jest anonimowa. Jeśli jednak chcemy poznać wyniki ankiety, to możemy zostawić na siebie namiary w postaci adresu e-mail. Jej wypełnienie nie jest czasochłonne, zajmie kilka minut. Kwestionariusz mogą uzupełnić także rodzice, którzy nie korzystają z bezpłatnej opieki zdrowotnej, a mają doświadczenie z prywatną służbą zdrowia. Wasze opinie i rekomendacje są równie cenne.
Ja swoją Panią doktor już poleciłam. Jej nazwisko znajdzie się na mapie. A czy Ty możesz również kogoś polecić? Zachęcam Was do uzupełnienia ankiety. Przekażcie też link swoim znajomym. Stwórzmy tą mapę razem. I wspólnie z niej korzystajmy.

Ankietę znajdziecie pod adresem: Rodzice dla Zdrowia – kwestionariusz