Krakusie odpocznij od smogu. Odwiedź tężnię solankową.

Powinna być taka akcja promocyjna. Billboardy z hasłem „Krakusie odpocznij od smogu! Odwiedź naszą tężnie” „Zamiast smogu wdychaj sól” czy coś w ten deseń.

Dobra, poniosła mnie troszeczkę fantazja. Ale sądzę po prostu, że takie miejsca jak to powinny być bardziej reklamowane. A niestety nie są. Ja o tężni w Wieliczce dowiedziałam się przypadkiem od pediatry, która poleciła nam wybrać się tam w któryś dzień z dzieciakami. Dlatego polecam dalej, może jakiś Krakus lub zbłąkany turysta skorzysta. Zwłaszcza, że pod samą kopalnię aktualnie dojeżdża pociąg prostu z dworca PKP w Krakowie.

d

Na przybywających autem czeka parking w cenie 5zł/h. Żadne zdzierstwo. Wejście do tężni to wydatek 9zł dla osoby dorosłej. Dzieci do lat 4 wchodzą za free. W cenie biletu również wejście na taras widokowy. Warto pokonać te kilkadziesiąt (kilkaset?) schodów, bo wysiłek sprawi, że głębiej oddychamy.

c

A o to właśnie w tężni chodzi. Głęboko wdychać unoszące się w powietrzu drobinki soli. Inhalować na całego. Dzieciaki warto przegonić po wielkim placu tężni. Niech biegają na całego. Gwarantuję, że wieczorem padną do łóżek bez mrugnięcia okiem. I może jeszcze gdzieś katar zgubią po drodze. I kaszel.

Można też wziąć ze sobą rowerek lub hulajnogą. I po alejkach spacerowych w parku obok tężni pośmigać. Na plac zabaw uderzyć. Jest co robić z dzieckiem.

b

Fajne, zdrowe miejsce. Na kłopoty z katarem, zatokami, alergią, astmą, chorobami płuc itp. Na odpoczynek od codziennych spraw. Dla dużego i małego.

Tężnia działa od 2014 roku. Całkiem nowy projekt. Zachęcam Was gorąco do odwiedzenia. To był nasz pierwszy raz, ale na bank nie ostatni. Jeśli tylko będziemy mieć wolny weekend na pewno pojedziemy się inhalować.

a

Tu zaglądnijcie przed wizytą i poczytajcie coś więcej:

Tężnia solankowa w Wieliczce

Ps. Ubierzcie się ciepło. Wilgoć wewnątrz sprawia, że odczuwalność temperatury jest zupełnie inna.

 

Podróże z dzieckiem – Chabówka – Skansen

Stoi na stacji lokomotywa…

Czy jest ktoś kto nie zna wiersza Tuwima, a przynajmniej pierwszej jego zwrotki? Czy jest ktoś, kto jako dziecko nie jeździł wcale pociągiem? Wreszcie, czy jest mama chłopca, który przejdzie obojętnie koło ciuchci?

Mój nie przejdzie. Miłość do tych dużych maszyn trwa już dłuższy czas. Ewoluowała bardzo i obecnie mam wrażenie przechodzi apogeum. Mati uwielbia bajki : Tomka, Stacyjkowo. Ogląda też filmiki z Pendolino w akcji, ze starymi parowozami. W domu mamy kilka kolejek, począwszy od lego drewniane. Tych ostatnich mamy najwięcej. Są też u babć. Oczywiście mamy także bajeczki, książeczki z wyklejankami.

Jako dziecko uwielbiałam jazdę pociągiem. Tak się złożyło, że mieszkaliśmy daleko od domu dziadków. Podróżowanie koleją w latach 80′ było normą. Do tej pory mam sentyment. Zamykam oczy i słyszę monotonny stukot kół (swoją drogą teraz już tak nie stuka w pociągach, co odkryłam jadąc kilka miesięcy temu do Warszawy). Pamiętam też, że większość podróży (tych podczas ciepłych miesięcy letnich) spędzałam z głową wychyloną za oknem (pamiętacie napis – nie wychylać się?). Fanie było czuć pęd powietrza, aż dech zapierało w piersi i nie można było przełknąć śliny.

Mati mimo swojej miłości do „tutów” (potocznie nazywanych w domu pociągami) nie miał okazji jechać koleją. Tysiące razy jeździł z tatą lub z dziadkiem na stacje obserwować pociągi, jednak nigdy się nie złożyło, żeby jechał. Dlatego, gdy mąż rzucił hasło wycieczki do skansenu parowozów w Chabówce, gdzie po raz ostatni tego lata mieliśmy możliwość przejechania się retro pociągiem nie wahałam się ani moment. Mimo upalnego dnia, mojego zaawansowanego stanu, wiedziałam, że to będzie udany dzień. Na pewno dla naszego dziecka.

Nie pomyliłam się. Było cudownie. Wróciliśmy padnięci, za to Mati z głową pełną wrażeń. Ciuchcia śni mu się po nocach. Nie bawi się w domu niczym innym. A my dorośli… trochę powspominaliśmy. Chociaż większość maszyn, która stała pamięta raczej czasy naszych dziadków i rodziców 🙂

Zapraszam Was do obejrzenia kilku kadrów. I oczywiście gorąco zachęcam do odwiedzin Chabówki. A także do podróży koleją na trasie Chabówka- Kasina Wielka. Na miejscu można także skorzystać z wyciągu na Śnieżnicę. W tym roku już się nie załapiecie, ale na przyszły sezon wpiszcie sobie w swoje kalendarzyki 🙂

zdjęcie 4 zdjęcie 3zdjęcie 3zdjęcie 41 2 3zdjęcie 1 4 5 6 7 8 9

Wakacje z dzieckiem – Chorwacja – Wyspa Pag – Mandre

Tegoroczne wakacje nie były wyborem przypadkowym. Wyjątkowo dużo czytałam, analizowałam, głównie z uwagi na stan, w którym się znajduję. Fatalne wyniki poziomu wit.D, szósty miesiąc ciąży i pełen energii 2,5 latek. Pojawiły się wytyczne, których trzymałam się mocno. Nie było naciągania zasad. Musiało być w miarę blisko, ciepło i słonecznie, miało być morze dla Matiego i atrakcje dla taty. Mimo wielkiej sympatii jaką darzymy pola namiotowe i w tym roku odpadła ta forma noclegu. Musiał być więc komfortowy nocleg. Najlepiej w znośnej cenie, bo trochę późno obudziliśmy się, że wakacje tuż tuż. To wszystko znaleźliśmy w Chorwacji na wyjątkowej w swojej urodzie wyspie Pag.

Chorwacja  – Wyspa Pag- MANDRE


Każdy kto czyta bloga jakiś czas, wie doskonale, że jesteśmy klasycznym przykładem franko fili. Na francuskiej ziemi moglibyśmy spędzać każdy wolny czas. Nie oznacza to jednak, że tak robimy zawsze i świata poza Francją nie widzimy. Czasem zapuszczamy się gdzieś indziej. Dlatego nie był to nasz pierwszy raz w Chorwacji. Pierwszy natomiast na wyspie Pag. Wybraliśmy wyspę z dwóch powodów- rekomendacja znajomych oraz bliskość. Z Krakowa do Mandre przejechaliśmy około 1000km. Niewiele więcej niż mamy do pokonania jadąc nad polskie morze. Większość trasy wiedzie autostradami, więc kilometry mijają dość szybko. My robiliśmy po drodze co 2 h przystanki (z uwagi na Matiego i mój stan) oraz przerwę na nocleg. O tym gdzie i co mogę polecić przeczytacie w dalszej części wpisu.

5

Kilka słów o samej wyspie. Nie będę Wam podawać charakterystyki, budowy genologicznej, ukształtowania terenu, liczby ludności itp – to wszystko spokojnie wyszukacie w necie. Powiem tylko tyle- wszyscy spragnieni zieleni lepiej niech wybiorą się w piękne Alpy. Na wyspie zieleni nie uświadczycie, wręcz przeciwnie – tu czujesz się jak na księżycu. Wszędzie kamienie, kamienie i kamienie. Gdzieniegdzie jakiś wysuszony bambus, ostre krzaki, w których hasają wychudzone kozy i owce. Rozległe pola, podzielone na parcele za pomocą murków. Oczywiście z kamieni. Góry i pagórki. I oczywiście morze. Z jednej i drugiej strony. A pomiędzy tym wszystkim co jakiś czas miejscowość, mniej lub bardziej tętniąca życiem.

My wybraliśmy Mandre. Miasteczko ciche, spokojne, zdecydowanie przystosowane dla rodzin z dziećmi. Z kilkoma Konobami (ichniejszymi knajpkami), dwoma większymi sklepami, kilkoma mniejszymi. Małym, ale bardzo klimatycznym portem, budkami, gdzie można było kupić świeże pieczywo, warzywa, owoce, a także morskie ryby. Z plażami nie do końca przystosowanymi dla dzieciaków (chociaż zadowolony maluch odnajdzie się przecież wszędzie), a nawet placami zabaw. Te ostatnie akurat lata świetności miały dawno za sobą, ale kto by jechał 1000km żeby pobujać się na koniku, podczas gdy tuż obok plaża pełna kamyczków!

DSC_0220 DSC_0113 DSC_0703 DSC_0706 DSC_0715 DSC_0736 collage10 DSC_0733

Opowiem Wam o Mandre (i nie tylko) głównie patrząc z perspektywy dostosowania wakacji pod dziecko. Będzie też jednak trochę dla dorosłych, nie martwcie się. A nóż ktoś z Was skorzysta lub chociaż mój wpis ułatwi mu podjęcie decyzji odnośnie lokalizacji wczasów.

Plaża dla dziecka – piaszczysta czy kamienista?


Grzebiąc w sieci w poszukiwaniu informacji o plażowaniu, ciągle trafiałam na wpisy z zapytaniem gdzie znajdują się piaszczyste plaże. My Polacy chyba mamy już ten piasek zakorzeniony gdzieś głęboko. Dziecko na plaży = piasek, łopatka i wiaderko. Wiedzieliśmy doskonale, że nad brzegiem Adriatyku piaszczyste plaże są rzadkością. A już na pewno nie uświadczymy piasku takiego jak u nas w Polsce. Dlatego nawet go nie szukaliśmy. Postanowiłam za to znaleźć pozytywy w kamyczkach. Właściwie to Mati znalazł je sam.”Kamiczki” robiły furorę. On na serio miał ubaw, a my rodzice – święty spokój! Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam, że wypoczywam. Plaża, słońce, wiatr delikatnie chłodzący od morza, wygodny leżak, dobra książka i bawiące się grzecznie tuż obok dziecko. Raj na ziemi. Tylko drinka z palemką brakowało. Jak teraz wspominam te chwile mam ochotę się teleportować.

DSC_0174 DSC_0718

Ale wracając do kamyczków. Serio, nie warto szukać piasku. Wystarczy w zupełności plaża z różnej wielkości kamyczkami, gdzie maluch poza rzucaniem ich do wody będzie miał frajdę w przekładaniu z kubeczka do kubeczka (my wzięliśmy takie najzwyklejsze z ikei, ale sprawdzi się tu wszystko). Wszelkie koparki, przyczepy też są super sprawą. Załadowanie paki do pełna i wysypanie jej gdzieś dalej jest całkiem wciągającym zajęciem. Zwłaszcza, gdy wcześniej coś podobnego dziecko widziało w rzeczywistości 😉

DSC_0958 DSC_0884 DSC_0044 DSC_0014DSC_0588 DSC_0593 DSC_0602 DSC_0605 DSC_0619

Na plażę zabrałam też pisaki i farbki, ale Mati większych zdolności artystycznych póki co nie przejawia, więc nie cieszyły się aż tak wielkim powodzeniem. Zabawę za to miałam ja sama 😉

Sprzęt plażowy dla dziecka spokojnie możecie ograniczyć do zakupu jakiegoś pontonika. Mati swój pokochał od pierwszego wejrzenia, nie było mowy by został w apartamencie. Pompowane koło, rękawki (a nawet kamizelka, taka byłam przezorna), piłka – to wszystko leżało nienapompowane w torbie. Totalnie się nie przydało. Dla nas dorosłych przydały się leżaki plażowe. Kupiłam takie najtańsze, najzwyklejsze w tesco. Zapłaciłam za nie po 15zł za sztukę. Ani trochę nie żałuję. Leciutkie, składały się w 3 minuty w rulon i do torby, zajmowały mało miejsca. Na kamieniach sprawdziły się super, mogłam je wstawić do wody i też było extra. Dużo osób poleca gąbkowe maty (spokojnie do kupienia na miejscu), ale dla mnie jako ciężarówki ta opcja akurat odpadała. Zdecydowanie lepiej półleżeć w leżaku. Kupując je byłam pewna, że morska woda totalnie załatwi metalowy stelaż i nie wrócą z nami do Polski. Po tygodniu użytkowania wyglądają jednak praktycznie jak nowe. Oczywiście mieliśmy też ręczniki plażowe, parasol czy też torbę termiczną na napoje i owoce. Spokojnie udało nam się z tym wszystkim zabrać na plażę. Obyło się nawet bez narzekania męża, że robi za wielbłąda 😉

DSC_0330DSC_0443DSC_0895 DSC_0919DSC_0929

Plaże w Mandre i w okolicy


Przyznaję, że nie zwiedziliśmy ich zbyt wiele. Te, które przypadły nam do gustu odwiedzaliśmy najczęściej. Było nam tam dobrze, więc nie marnowaliśmy czasu na dalsze poszukiwania. Choć plaż na całej wyspie jest naprawdę sporo. Tych dzikich i tych strzeżonych. W samym Mandre, tuż przy głównym deptaku plaże są głównie betonowe lub żwirowo- piaszczyste. Woda szybko robi się głęboka, jest sporo jeżowców. Nie oznacza jednak, że jest źle. Oczywiście woda jest przejrzysta, mając maskę można podglądać morskie życie. Niedaleko od brzegu jest pełno ryb, a nawet można spotkać ośmiornice.Mimo, że nam dorosłym się podobało, Mati bał się głębokiej wody. Zaczęliśmy poszukiwania czegoś odpowiedniego dla Młodego.

DSC_0131collage9

Tak trafiliśmy na miasteczko Simuni mieszczące się tuż obok Mandre. Jadąc wgłąb lasku piniowego trafiliśmy na wyjątkowo urokliwą plażę, z jednej strony odgrodzoną przejściem do największego w Chorwacji campingu, z drugiej skałami i laskiem piniowym. Plaża jest dość spora, z łagodnym zejściem do wody, niesamowicie przejrzystą wodą i podłożem żwirowo- kamienistym. Nie spotkaliśmy tu ani jednego jeżowca, ale też i innego życia morskiego. Ludzi też malutko, a wokół panuje niczym nie zmącona cisza.

DSC_0317

DSC_0336DSC_0363 DSC_0411a DSC_0427DSC_0455 DSC_0419DSC_0546DSC_0552

Kolejną plażą, którą odnaleźliśmy już wcześniej była dość znana Sv. Duch, mieszcząca się tuż za miejscowością Kolan. Dojazd do plaży wąską drogą asfaltową jest dość stromy, a sama plaża mieści się w zatoce pomiędzy górami. Widoki niesamowite. Woda jest bardzo płytka i ciepła. Idealna dla dzieci. Podłoże to kamyczki i drobniutki żwirek. Tu Matiemu podobało się najbardziej, bo mógł swobodnie wchodzić do wody bez naszej asekuracji. Plaża niestety jest dość często odwiedzana przez turystów. Także tych imprezujących w pobliskiej Nowalji. Niekoniecznie cichych (podczas naszego pobytu dość głośno dali się we znaki niemieccy młodzieńcy na quadach 😉 ). Podobną plażą, z tej samej strony zatoki jest plaża Cista. Jest ona strzeżona, można wypożyczyć np rowerki wodne, zjeść coś lub napić się w usytuowanej przy plaży knajpce. Parking kosztuje 10kun. Więcej plaż nie odwiedziliśmy.

DSC_0030 DSC_0874 DSC_0863 DSC_0939DSC_0931 DSC_0882 DSC_0983DSC_0036DSC_0913collage11 collage12 collage13 collage14

Wynajem apartamentu w Chorwacji


 

To pytania pod zdjęciami naszego apartamentu skłoniły mnie do napisania tego postu. Często pytaliście o namiary na nasz apartament, gdzie go znalazłam i czy warto jechać w ciemno. Byliśmy w Chorwaciji w połowie czerwca. Tuż przed sezonem. De facto nie powinniśmy mieć problemów z rezerwacją czegokolwiek. Turystów jest jeszcze stosunkowo mało. O ile przez większość życia jeździliśmy „w ciemno” szukając czegoś po przyjeździe, o tyle z Matim nie porywam się już na takie atrakcje. Zarezerwowałam apartament wcześniej korzystając z usług agencji turystycznej (adriatic.hr). Są plusy takiej rezerwacji. Po pierwsze na zdjęciach możemy podejrzeć apartament, który nas interesuje. Są podane wszystkie ceny oraz dostępne terminy. Często też można trafić na promocję (ja np wynajęłam nasz apartament ze zniżką 15%). Są opisane wszelkie udogodnienia, najbliższe plaże, restauracje, a także opinie innych turystów. Rezerwacja jest banalnie prosta. Po wybraniu interesującego nas obiektu, daty dostajemy maila z potwierdzeniem jego dostępności. aby dokonać dalszej rezerwacji należy opłacić zaliczkę. W naszym przypadku było to 40% całej kwoty. Płaciłam kartą. Pozostałą należność opłaciliśmy na miejscu już po przyjeździe, bezpośrednio u właścicielki. Po opłaceniu zaliczki na maila przychodzi voucher, który należy wydrukować i mieć przy sobie przy zameldowaniu. Jest tam też dokładny adres wybranego apartamentu oraz nr telefonu. Przekraczając granicę Chorwacką wysyłamy sms na podany przez agencję specjalny numer, gdzie wpisujemy przewidywaną godzinę przyjazdu. Agencja przekazuje informację do właściciela. U nas się to trochę nie sprawdziło, bo GPS pokazał, że na miejscu będziemy koło 17, tymczasem dotarliśmy koło 14:30.

DSC_0854

Ja wybrałam apartament Lea. To był strzał w dziesiątkę. Płaciliśmy około 45 euro za dobę. Do dyspozycji mieliśmy sypialnię, obszerną kuchnię z miejscem do wypoczynku, łazienkę i duży taras. Szukając noclegu patrzyłam na jego wystrój. Warunki w jakich wypoczywam mają dla mnie ogromne znaczenie, po prostu lubię czuć się dobrze we wnętrzu, w którym będę przebywać przez dłuższy czas. Całość urządzona w skandynawskim stylu,jasna i przestronna z akcentami charakterystycznymi dla wyspy. Rozmawiając z Danjelą- właścicielką dowiedziałam się, że np kamienny dekor na ścianie to efekt pracy jej ojca, który kamienie zbierał przez rok czasu właśnie na plaży w Mandre. Oczywiście sam je też układał. Wszystkie obrazy w apartamencie (a właściwie w całym domu, bo miałam przyjemność je oglądać) są autorstwa Danjeli. W przedpokoju znajdziemy np apetyczne figi na talerzyku wykonane z masy solnej. Gdy Mati się do nich dorwał, byłam pewna, że to prawdziwe owoce. Co jeszcze mnie urzekło, gdy tylko przekroczyliśmy próg? Zapach lawendy. Unosił się z pościeli, koszyczku w przedpokoju.

2collage1

Kuchnia jest świetnie wyposażona, znaleźliśmy w niej wszystko co potrzebne.Do dyspozycji mieliśmy też lodówkę z zamrażarką. Jeśli czegoś w apartamencie nie było wystarczyło spytać Danjelę. U nas było wszystko 😉

collage2 collage3collage4

Rewelacyjny jest też taras. Obszerny, ze słońcem popołudniu. Z dużym stołem, przy którym jedliśmy wspólnie posiłki. Z leżakiem, na którym można się popołudniu wyłożyć i oddać lekturze. Z miejscem na pompowany basenik dla dziecka. Z ogromną palmą, która zagląda do środka. Z widokiem na zielony ogród Danjeli i morze tuż obok (taras nie ma bezpośredniego widoku na morze, tuż przed domem znajduje się inny dom, ale w niczym to nie przeszkadza). Uwielbiałam siadać przy stole i przyglądać się mewom lądującym na pobliskich dachach. I łódkom przepływającym po morzu. Ahh.

DSC_0810collage5 l_terasa1_1zdjęcie ze strony apartamentu, ale nie mogłam oddać jego piękna

Jest też oczywiście łazienka. Z prysznicem. Czyściutka i zadbana.

kol

W oknach znajdują się rolety, które można na noc opuścić. U nas świetnie sprawdzały się nad ranem. Nie przepuszczały światła, dzięki czemu mogliśmy pospać do 9. Przydawały się też, żeby się odgrodzić troszkę od hałasu dobiegającego ze znajdującej się tuż obok konoby. Życie tam tętniło i to nie tylko dzięki turystom. W ogrodzie na tyłach konoby, siadywali właściciele, dyskutując do późnej nocy. Słuchali chorwackiej muzyki (przyjemnej dla ucha), rozkładali sieci rybackie. Miało to swój urok, choć przyznaję w pierwszą noc nie mogłam zasnąć.

DSC_0047

Do dyspozycji gości jest też przestronny ogród z grillem oraz piaskownicą dla dzieci. Piasek oczywiście w wydaniu chorwackim, czyli drobniutki żwirek 😉

Danjela oferuje swoim gościom trzy apartamenty. W przyszłe wakacje ma być urządzony czwarty. Jeśli planujecie wakacje w Chorwacji, a nie wiecie gdzie się zatrzymać serdecznie Wam polecam. Zarówno apartament jak i ich właścicielka na pewno skradną Wasze serca 🙂


Z Danjelą kontaktujcie się bezpośrednio:

www.apartmani-zubovic.com (mail:info@apartmani-zubovic.com)

Danjela świetnie mówi po angielsku, można też próbować porozumieć się po polsku (u Chorwatów nie ma z tym większego problemu).


Ceny w Chorwacji


 

To coś, co interesuje większość przed wyjazdem do Chorwacji. Cóż… tanio nie jest. Właściwie to mogę zaryzykować i powiedzieć, że jest drogo. Zwłaszcza jeśli chodzi o żywność. Ceny w miasteczku turystycznym typu Mandre są średnio o 1-2/3 razy wyższe niż u nas. Gdy mąż mój zagadnięty przez Panią w osiedlowym sklepie o miejsce tegorocznych wakacji usłyszał, że oni z rodziną zawsze wekują obiady na cały okres pobytu nie dowierzał. My wzięliśmy tylko trochę podstawowych produktów typu kawa, herbata, jakiś dżem dla Matiego. Sporo pieniędzy straciliśmy na codzienne zakupy w markecie. 100-150 kun dziennie na rzeczy typu owoce, pieczywo, lody, jakieś zachcianki było normą.

Dla przykładu:

1kg arbuza (mega pysznego) – 6 kun w promocji

1kg brzoskwiń – 20 kun

Bułki  kajzerki (ale wypasione przyznaję) – 3,5 kuny sztuka

DSC_0308

Chleb średniej wielkości – 7 kun

Burek z serem – 7 kun

3Z poprzednich pobytów w Chorwacji najbardziej wspominam smak burka z serem oraz nagrzanych słońcem

Burek z mięsem – 12 kun

Sos pomidorowy w słoiku z dodatkiem mięsa typu Bolognese – 22-30 kun (!)

Lody rożki – 10 kun

Lody na gałki (wypasione, tuż nad brzegiem morza) – 7 kun/gałka

DSC_0745Mati zawsze dostawał największą porcję, ciekawe czemu? 😉

Ryba dorada w budce rybnej ( w zależności od wielkości) – 70-95 kun/ kg

DSC_0636 DSC_0639DSC_0648collage6

Ryba dorada w knajpce – 300 kun/kg

Talerz ryb dla dwojga – 200 kun

Kalmary/ spaghetti/ owoce morza – średnio 50 kun/ osoba

Napoje typu nestea/ cola/ soki w sklepie – ok. 10-15 kun

Diesel – 9,60 kun/ litr

Mięso- najdroższe

DSC_0660

Ciekawostki od tubylców


 

  • Przejrzysta woda w morzu jest zasługą ruchu wirowego. Wiatr sprawia, że woda krąży wokół wyspy sama się oczyszczając
  • Mandre jest nie tylko miejscowością turystyczną. Poza sezonem mieszka w nim sporo młodych ludzi przybyłych z Rijeki
  • W czasie wojny na Bałkanach wyspa była jak wymarła, mimo że turystyka kilka lat wcześniej kwitła. To bliskość Zadaru i strefy wojennej skutecznie odstraszyła właścicieli i turystów
  • Zapachy – bardzo specyficzne,  roznoszące się po wyspie to zasługa kwitnącej szałwii oraz lawendy, a także drzew piniowychDSC_0250 DSC_0305DSC_0253
  • Na wyspie niestety nie uświadczycie cudownego i kojącego odgłosu cykad
  • Są za to komary! (koniecznie zakupcie płytki do prądu – nas w pierwszą noc uratowały preparaty Chicco z serii dla dzieci – przezornie włożyłam je do torby)
  • Zimą cała wyspa jest biała. Wcale nie za sprawą śniegu. To zasługa bardzo silnego wiatru, który roznosi sól w każdy kąt
  • Zimą temperatura na wyspie oscyluje w okolicy zera, jednak ze względu na wiatr odczuwalna to aż – 15 stopni!
  • Sól z Adriatyku ma właściwości lecznice. Widzieliśmy dużo starszych osób napełniających butelki wodą z morza. Osoby z problemami skórnymi powinny po kąpieli w morzu omijać prysznic przez około 2 dni. Na suche i łamliwe włosy najlepszym lekarstwem jest umycie głowy w morzu i pozostawienie soli na okres około tygodnia. Taka kuracja wystarczy raz na rok! 🙂
  • Chorwaci w przydomowych ogródkach hodują to co się da (warzywa, owoce), oszczędzając w ten sposób na żywności
  • Ziemia na wyspie jest bardzo droga (widzieliśmy ofertę sprzedaży 4 arów ziemi w cenie 60 tys euro). Podzielona na parcele, w większości należy do kilku rodzin. Tato Danjeli jako dziecko mieszkał na wyspie, następnie do szkoły poszedł już do Rijeki. Ziemia jego ojca została podzielona między braci, którzy po wojnie zaczęli żyć również z turystyki. Konoba Bonaca tuż obok apartamentu należy do rodziny Danjeli
  • Do przysmaków produkowanych na wyspie należy ser Paski oraz miód szałwiowy. Można je dostać w wielu miejscach. Sól morską wydobywaną w tym regionie dostaniecie w klasztorze w mieście Pag (my nie znaleźliśmy- kościół na zdjęciu to nie ten klasztor, ale pasował mi do fabuły 😛 )DSC_0483 DSC_0501
  • Miejscowość Novalja jest przeznaczona dla młodzieży. Istnieje tam najsłynniejsza dyskoteka na plaży w Chorwacji 😉
  • Warto odwiedzić ogrody oliwne w Lun (najstarsze drzewo liczy ponad 1200lat). Jeśli macie taką możliwość skorzystajcie z obu opcji dostania się na wyspę – drogą przez most oraz płynąc promemDSC_0232 DSC_0242 DSC_0266 DSC_0281 DSC_0057a collage7 collage8 DSC_0108 DSC_0117 DSC_0100 DSC_0125

Niezbędne wyposażenie w podróży do Chorwacji z dzieckiem


Nie będę się tu rozpisywać, bo każdy z Was wie co najlepiej się sprawdza podczas wakacji. U nas niezastąpione okazały się: panthenol w piance i dla odmiany filtr 50+ dla Matiego oraz 30+ dla mnie (trochę mnie i męża przysmażyło jednego dnia), zakup butów do wody, pontonik, płytki na komary.

W kwestii bucików dostaję sporo zapytań. Bez problemu kupicie je przy głównej plaży. Zarówno dla dorosłych jak i dla dziecka. Cena to 50kun za parę, czyli jakieś 30zł. U nas sprawdziły się też crocsy, zakryte na plażę, sandałki do biegania po miasteczku.

Do Chorwacji nie braliśmy gotówki, tzn kuny wyciągaliśmy wedle potrzeby z miejscowego bankomatu (znajduje się tuż przy sklepie Konzum) lub płaciliśmy kartą. Podobnie było zresztą w pozostałych krajach tranzytowych. Możliwe, że bardziej opłacalna jest wymiana w kantorze, jednak my nigdy nie wiemy ile gotówki będziemy potrzebować. W Chorwacji nie ma problemu by zapłacić kartą, także na autostradzie czy przed odprawą promową.

Podróż z dzieckiem autem. O czym należy pamiętać?


Przede wszystkim o dokumentach tożsamości. Specjalnie o tym wspominam, bo ostatnio na jednym z forum dziewczyna pytała czy jadąc z dzieckiem do Niemiec wystarczy jej akt urodzenia. Doskonale pewnie wiecie, że nie wystarczy. Niemcy podobnie jak Polska znajdują się w Schengen co oznacza, że nie ma granic i kontroli, jednak każdy z nas ma obowiązek posiadania przy sobie dokumentu tożsamości (wystarczy dowód). W przypadku Chorwacji należy pamiętać, że jest to kraj który do Schengen nie należy, więc kontrole na granicy Węgiersko- Chorwackiej jak najbardziej się odbywają. Paszportami nie musicie sobie zawracać głowy- od 2 lat Cro jest w UE.

Ubezpieczenie. Temat rzeka. Warto wyrobić bezpłatną kartę EKUZ. W tym roku złożyłam wnioski przez internet (przesłałam skany mailem). Warto to zrobić 2-3 tygodnie wcześniej. Ja dodatkowo zawsze wykupuję polisę turystyczną dla naszej rodziny. Tym razem miało to dla mnie szczególne znaczenie ze względu na ciążę. Za każdym razem korzystałam z oferty swojego banku, jednak warto sprawdzić warunki ubezpieczenia. Okazało się bowiem, że towarzystwo nie gwarantuje mi pełnej opieki medycznej. Musiałam szukać gdzieś indziej, wykupiłam w Avivie. Oczywiście wszystko do ogarnięcia przez internet w 5 minut.

I oczywista oczywistość. Podróżując z dzieckiem robimy przerwy. Najlepiej co 2h. Nie ma z tym większych problemów bo po drodze zawsze znajdzie się miejsce do odpoczynku. Przy autostradach są specjalne MOP-y, często z placami zabaw dla maluchów. My zjeżdżając wybieraliśmy właśnie takie, by Mati mógł pobiegać i rozerwać się troszkę. Przerwy organizowaliśmy też ze względu na mój stan. W ciąży długie siedzenie w jednej pozycji sprzyja powstawaniu zakrzepicy. Pamiętajcie o tym wybierając się na wakacje z brzuszkiem.

6W podróży ratowała nas Masza i Niedźwiedź oraz Traktor Tom zgrane na tablet. Wytchnienie na dłuższy czas 😉

W dawnych czasach te 1000km przejechalibyśmy bez noclegu. Tym razem nawet nie braliśmy tego pod uwagę. Jeszcze przed wyjazdem zarezerwowałam nam nocleg przez booking.com (warto rezerwować w ostatniej chwili, ceny są dużo niższe). W promocji, za niecałe 100zł otrzymaliśmy pokój nad samym Balatonem w mieście Siófok. Czysty, z klimatyzacją (akurat się przydała, bo wyruszyliśmy w największy upał), dostępem do lodówki. Z czystym sumieniem mogę polecić Belvárosi Panzió. W drodze powrotnej spaliśmy tuż obok w Zamardi. Pomimo przemiłej właścicielki, wielkiego ogrodu z atrakcjami dla dzieci i miłego dwuletniego towarzystwa dla Matiego nie polecę, bo komary chciały zjeść nas żywcem, a sam apartament dawno ma za sobą lata świetności (nad Balatonem właściwie wszędzie dominuje wystrój rodem z PRL-u).

unnamed (1)„Halo, gdzie ja jestem?” (hotel Belvárosi – Siófok)

Winiety drogowe na Słowację i Węgry kupiliśmy w Polsce w jednym z biur podróży, ale spokojnie dostaniecie je na stacjach benzynowych (np w Chyżne lub już za granicą).Koszt winiet na 10 dni to 50zł – Słowacja i około 70zł- Węgry. Jeśli będzie następny raz na Chorwacji to wybierzemy drogę przez Austrię. Balaton nie był wart podróży, ale jak się człowiek nie przekona osobiście to nie uwierzy 😉

Oczywiście nie obyło się bez wpadek mniejszych i większych. Ta największa spotkała nas już niecałe 30km od granic Krakowa. Auto odmówiło posłuszeństwa, puściło czarny dym i zaczęło szarpać przy dodawaniu gazu. Zawróciliśmy do Krakowa. Cudem dojechaliśmy pod dom. To był niedzielny poranek, warsztaty samochodowe pozamykane. Zrezygnowana weszłam do domu z myślą, że najpierw przepada nam rezerwacja na Węgrzech, a następnie w Chorwacji. Jakimś cudem mąż mój, złota rączka jeśli chodzi o sprawy mechaniczne odnalazł problem i przyczynę. Jeszcze tylko szybkie podpięcie auta pod komputer (to udało się dzięki Norauto) i już 2h później (z opóźnieniem 6h) mogliśmy ponownie ruszyć w podróż. Szczęśliwie już bez usterek.

Dodam jeszcze, że Mati na wakacje wybrał się w końcowej fazie choroby bostońskiej. Z wysypką na rączkach i nóżkach (którą można zaobserwować jeszcze na niektórych zdjęciach) i łuszczącymi się paluszkami. Pediatra jednak nie widziała problemu. Bostonkę definitywnie zostawiliśmy na wyspie (może to słynna woda morska pomogła w leczeniu? 😉 ).

Cały pobyt oraz podróż znieśliśmy świetnie. Wróciliśmy wypoczęci (choć każdy i tak chciałby więcej) i opaleni (niektórzy spaleni). Uzupełniłam swoje niedobory witaminy D (a przynajmniej taką mam nadzieję, bo przed słońcem nie uciekałam) i naładowałam baterie (szkoda tylko, że po powrocie do PL tak szybko zapas energii z nich ucieka).

Na wyspie spędziliśmy równe 7 nocy. Przydałoby się więcej, minimum 10, jednak apartament był już zarezerwowany. Ale lepszy rydz niż nic jak to mówią 🙂

Mam nadzieję, że udało mi się odpowiedzieć na wszystkie Wasze pytania, które otrzymałam podczas wakacji. Jeśli jest coś jeszcze- śmiało piszcie w komentarzach 🙂

4 1

 

 

 

Podróże z dzieckiem: Zakopane i Dolina Kościeliska

Dziecko jednak zmienia postrzeganie świata, nasze przyzwyczajenia i plany. Nie mówię oczywiście, że jest gorzej i przy maluchu to już człowiek jest kimś zupełnie innym. Jest jednak zupełnie inaczej, bo większość planów dostosowujemy do potrzeb małego człowieka.
Zdałam sobie z tego doskonale sprawę podczas jednego z ostatnich weekendów. Być może część z Was wie, że spędziliśmy go na spotkaniu blogujących rodzin u podnóża Tatr. O samym spotkaniu napiszę jednak dużo więcej innym razem.
Zakopane nie jest nam obce. Był okres, że do zimowej stolicy Polski jeździliśmy bardzo często. Zwykle po prostu Zakopiec był nam bazą wypadową do przemierzania górskich szlaków lub miejscówką do poimprezowania, np. podczas skoków.
Mam w pamięci kilka takich wyjazdów, które wspominam z ogromnym sentymentem. Do końca życia nie zapomnę smaku grzanego piwa z miodem pitego podczas skoków, gdy za oknem mróz dochodził trzydziestu kresek. Wracając spod Krokwi kupiłam sobie ogromną futrzaną czapkę z uszami, którą zasłoniłam całą buzię, tak że wystawały mi tylko oczy. Kilometry przemierzone z Krupówek na Krzeptówki, ciepło bijące z kominka, smak chleba ze smalcem w Siuchajsku.
W tamten weekend spacerując po Dolinie Kościeliskiej, wspominaliśmy też z mężem pewien letni wieczór, kiedy to po przemierzeniu części Czerwonych Wierchów moczyłam w lodowatym strumieniu obolałe od schodzenia w dół palce u nóg. A także noc, kiedy po innej całodniowej wycieczce puściliśmy się biegiem z Hali Ornak, by zdążyć na ostatniego busa, który zabierze nas do Zakopca.
I pewien spacer w mroźny zimowy dzień, który mało nie zakończył się tragicznie, bo czasem człowiek zagapi się na wspaniałe okoliczności przyrody i szlak potrafi pomylić.
Tych wspomnień są tysiące, każde wiąże się z którymś z górskich szczytów, dolinek i wyjątkowych miejsc. Bo Podhale właśnie takie jest. Wyjątkowe.

Dlatego moje zgłoszenie na Spotkanie na Szczycie wysłałam nie zastanawiając się nawet minuty. Wiedziałam, że musimy tam być. I już.
Jakże jednak różny był to weekend od dobrze nam znanych wcześniej. Rodzinny, bardziej stacjonarny, pełen radości. Odwiedziliśmy miejsca doskonale nam znane, ale i zrobiliśmy coś, czego nigdy wcześniej podczas naszych pobytów nie robiliśmy.
Zacznę od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Kościelisku lub Wasze plany wakacyjne/ zimowe będą uwzględniały to miejsce, z czystym sumieniem polecam Wam Pensjonat Reymontówka. 

 

To co za chwilkę napiszę wcale nie jest efektem sponsorowanego weekendu, a słowa padają, „bo wypada”. Może nie jeździmy zbyt wiele po hotelach, pensjonatach, ale przyznać Wam muszę, że wróciliśmy z mężem pod mega wrażeniem. Sam pensjonat super. Pokoje przestronne, czyściutkie, dobrze wyposażone. Co jednak wyróżnia Reymontówkę od pozostałych nam znanych to fakt, że jest to miejsce wprost stworzone dla rodzin z dziećmi.
Dziecko zasnęło, a Ty masz ochotę z drugą połówką zejść na dół? Masz pecha, bo zapomniałeś niani elektronicznej? Nie ma problemu, wystarczy podejść do recepcji, a niania szybko się znajdzie.
Chcesz pospacerować po okolicy z dzieckiem, ale wizja pchania wózka lub o zgrozo! spacer piechotą, który z pewnością zajmie cały dzień, a nie dojdziecie nawet do wejścia do Doliny, skutecznie Cię zniechęca? Wypożycz nosidło. Profesjonalne. I zupełnie za free. Łóżeczko turystyczne, sanki, narty, wózek, pościel antyalergiczna(!), krzesełka do karmienia. Co jeszcze potrzebujesz? Pokoiku pełnego zabawek, w którym Twój maluch „zniknie” na dłuższą chwilę? Mówisz i masz.
Serio jestem totalnie oszołomiona miejscem. Zwłaszcza pokoik zrobił na mnie wrażenie. Bo wiedzieć musicie, że wcale nie wyglądał on jak z żurnala, gdzie dzieci grzecznie siedzą przy stoliku i rysują kredeczkami. Swoją drogą, na samym początku, przy meldunku Mati otrzymał od Pana Karola pudełko z kredkami i kolorowankę 😉
Ale wracając do pokoiku. Wyobraźcie sobie miejsce, w którym rządzą dzieci. To widać. Wystarczy spojrzeć na jego ściany i ślady bytności maluchów w pensjonacie. Tam nikt nie krzyczy i nie rwie sobie włosów z głowy, bo o raju, raju ten mały Jasio co to przyjechał do nas z nad morza właśnie świecówką ćwiczy swój talent na ścianie.
Przeglądanie „dziecięcych wpisów” zajęło mi dłuższą chwilę i za serce chwyciło. Czuć, że to miejsce jest dla dzieci.
Był jeszcze jeden taki „szczegół”, który utwierdził mnie w przekonaniu, że nic nie jest na pokaz. Sobota koło południa. Część rodzin wybrała się na wycieczkę. Ktoś z gości pensjonatu został. Czekam przy recepcji na moich Panów. Tuż przy kontuarze znajduje się „mini recepcja” (totalnie świetny pomysł na docenienie maluchów!) przy której głośno urzędują maluchy. Za ladą siedzi Pan Karol i niewzruszony stuka coś w komputerze posyłając maluchom uśmiechy. Szok! Jak w takim hałasie i rozgardiaszu można pracować. I jeszcze się uśmiechać? 🙂
Na koniec wspomnę o jedzeniu, choć na tę okoliczność Gosia przepytała Pana Karola. Ja tylko powtórzę, co mi przekazała i co sama znalazłam na stołach. Menu układane jest w oparciu o produkty, które dostępne są w okolicy. Sery, mleko, pieczywo, warzywa. Spod samiuśkich Tater.
O niejadkach też pomyślano. Widziałam na stronię ofertę Baby Lunch. Codziennie coś innego, coś bardziej wymyślnego. Powiedzcie, komu by się chciało gdzieś indziej tak?
Czułam się w Reymontówce jak w domu. Z tą różnicą, że u mnie w Krakowie widok za oknem tak piękny nie jest. A tam? Na lewo Giewont, na wprost szczyty Czerownych Wierchów. Otwieram oczy.
W niedzielę przed wyjazdem, staję przed oknem i patrzę na te szczyty. Zamykam oczy, uśmiecham się sama do siebie. Wrócę tu jeszcze. Miejsce dołączyło do mojej listy. Tej, którą wspominam z ogromnym sentymentem.
Spacer po Dolinie Kościeliskiej także polecam. Po Chochołowskiej zresztą też.
A w sobotni wieczór wybierzcie się na Krzeptówki, do Siuchajska i przy blasku kominka posłuchajcie góralskiej orkiestry. Najlepiej gdy za oknem mróz. Herbata z sokiem malinowym, owcze skóry, w które można się przyjemnie wtulić.

Ahhh…A teraz zapraszam Was na garstkę naszych wspomnień, zamkniętych w obrazie.

 Pierwszy raz w życiu na Gubałówkę pojechaliśmy kolejką. 
 Oscypki z owczego mleka już się skończyły. Do wiosny będziemy jeść krowie.
Uwaga, miód malinowy to po prostu zwykły miód z dodatkiem soku malinowego 😉
Pszczółki wcale nie zbierały pyłku na kwiatach malin.

Z relacją z naszego pobytu w Kościelisku jeszcze do Was wrócimy 🙂

Ps. Za piękne zdjęcia z Reymontówki podziękowania należą się Emilii&Łukaszowi Szczepańskim 

Wakacje z dzieckiem. Świnoujście i wyspa Uznam

Kiedy planowaliśmy wakacje w tym roku wiedziałam, że chcę nad morze. Oczywiście, najchętniej jak każdego roku pojechałabym do Francji, jednak zarówno odległość jak i poczynione inwestycje nie pozwoliły nam na tego typu szaleństwa.
Początkowo, więc ze względu na odległość stanęło na Chorwacji o czym nawet rozpisywałam się na facebooku, pytając Was czy z blisko dwuletnim maluchem warto brać kamieniste plaże pod uwagę.
W ostateczności jednak pojechaliśmy nad polskie morze i choć nie wierzę, że to piszę jestem meeeeeega zadowolona z wyboru. Do tej pory nad Bałtykiem byłam dwa razy. Za pierwszym razem na obozie harcerskim (o losie!) jeszcze w podstawówce, drugim razem będąc w ciąży. Moje wrażenia? Hmm. No cóż, nie byłam specjalnie zadowolona. Powiedziałabym raczej, że Bałtyk i kapryśność pogody nie pozostawiły najmilszego śladu w moich wspomnieniach.
Za to tegoroczne wakacje nie dość, że zatarły złe wrażenie, to jeszcze nadrobiły samymi plusami. Wróciłam wypoczęta (no prawie!), lekko opalona (tyci tyci) i zadowolona. Przy tym miałam okazję spotkać się z fajną kobietką (klik), pogoda nam sprzyjała mimo, że w większości kraju aura dość kapryśnie dała się we znaki to jeszcze zwiedziliśmy troszkę, a miejscówkę mieliśmy bardzo fajną.
Post ten dedykuję każdemu, kto postanowi spędzić wakacje na wyspie Uznam, a konkretnie w Świnoujściu.
Opowiem Wam co ciekawego można tam robić z dzieckiem, gdzie warto zjeść (choć nie oczekujcie cudów, bo głównie stołowaliśmy się w domu), czy plaża jest rzeczywiście taka fajna jak o niej piszą, co można kupić u zachodniego sąsiada i czy warto wybrać się tam z wizytą. Polecę Wam także mieszkanko, w którym się zatrzymaliśmy. 

Świnoujście jak każdy doskonale pamięta z lekcji geografii leży w części na wyspie, na którą dostać się możemy wyłącznie promem. Już samo przepłynięcie jest ogromną atrakcją zarówno dla dziecka jak dla dorosłych. A przynajmniej dla nas było. 
Promy są dwa, choć tak naprawdę duży prom zarezerwowany jest dla turystów. Mały prom w centrum miasta przeznaczony jest dla mieszkańców, ale mąż mój wyczytał, że w weekendy mogą skorzystać również turyści. Nie potwierdzę tej informacji, bo nie płynęliśmy. 
Promy odpływają średnio co 20 minut w ciągu dnia, a dopłynięcie na drugi brzeg zajmuje ok 5 minut. 
Jak już będziecie dopływać zwróćcie uwagę na brzeg z lewej strony, tuż przy skraju lasku. My widzieliśmy tam stadko brykających młodych dzików. Totalnie oswojonych z łowiącymi tuż obok wędkarzami. Widok niesamowity, zwłaszcza dla maluchów. Nasz akurat nie piszczał z radości, bo jeszcze za młody na tego typu atrakcje, ale inne dzieciaki na promie były wyraźnie zainteresowane. 
Pierwsze co rzuca się w oczy tuż po przekroczeniu granic miasta to budki z papierosami. Jest ich dużo. Znaczy się papierosów. Po chwili zastanowienia fakt ten przestaje dziwić. Toż zupełnie niedaleko jest granica niemiecka, a jak wiadomo u naszego zachodniego sąsiada ceny zwłaszcza na wyroby tytoniowe znacznie wyższe. 
Gdzie się zatrzymać? 
Świnoujście ma bardzo dużo ofert wynajmu apartamentów i to właśnie z tej opcji skorzystaliśmy. W cenie około 130zł/ dobę mieliśmy do naszej wyłącznej dyspozycji mieszkanie w bloku na nowym osiedlu. Dokładnie salon połączony z kuchnią, sypialnię i łazienkę, co dla naszej 3-osobowej rodzinki było rozwiązaniem idealnym. I tanim, bo porównując do cen pokoi w hotelach, a warunków metrażowych zdecydowanie na korzyść wynajmu apartamentu. 
Do plaży mieliśmy około 10 minut spacerkiem, czyli jakieś 800m. Patrząc z perspektywy czasu, przy naszym maluchu mogliśmy poszukać czegoś odrobinę bliżej. Nie narzekamy jednak, w końcu trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło 😉
Szukając apartamentu skorzystałam po prostu z ofert w internecie. Gdy już znalazłam obiekt, który mnie zainteresował, napisałam z zapytaniem o możliwość wynajmu. Po potwierdzeniu, wpłaciłam 20% zaliczki,a resztę pieniążków w gotówce już na miejscu odbierając klucze do mieszkania od właściciela. Na zwrot kluczy umówiliśmy się w dniu wyjazdu. W cenie wynajmu jest sprzątanie końcowe, więc nie musimy martwić się porządkami na sam koniec (chociaż ja nie potrafiłabym zostawić garów w zlewie, rozwalonego łóżka i włosów pod prysznicem :P). 
Wyposażenie takiego apartamentu to w większości to samo co mamy u siebie w domu. W łazience jest, więc pralka, a w kuchni lodówka, niezbędne naczynia, sztućce, garnki, kuchenka. Dzięki temu na miejscu można sobie przeprać rzeczy czy też ugotować obiad. Dla mnie istotne, bo o ile podróżując sami jadaliśmy na mieście, tak z Matim skupialiśmy się, by zachowane były rytuały (w tym domowy obiad).

Zaletą wynajęcia aparatamentu jest jeszcze umiejscowienie. W pobliżu znajdują się sklepy takie jak Lidl, Intermarche, Biedronka. Na osiedlu, na którym wynajmowaliśmy apartament jest również ogromnych rozmiarów plac zabaw dla dzieci. Poza tym w całym Świnoujściu tego typu atrakcji dla maluchów jest całe mnóstwo.
Gdzie zjeść?
Tu pewnie okażę się mało pomocna, bo jak wspomniałam obiady jadaliśmy w domu. Nawet na smażoną rybę nie udało nam się wybrać, bo mąż wyczytał że w Świnoujściu dobrej nie dostaniemy. Ale jeśli możemy sami ją przygotować to warto wybrać się kilkanaście kilometrów dalej, do naszych sąsiadów i w miejscowości Kamminke tuż nad Zalewem Szczecińskim rybkę kupić prosto od rybaka. 
Z przekąsek natomiast możemy polecić zapiekanki przy wejściu na plażę z ulicy Bolesława Prusa. Tuż obok są też pyszne domowe lody. Zrobione jak należy z mleka, jaj, cukru i śmietany, bez zbędnych dodatków co serio czuć.  Dostępne wyłącznie w trzech czy czterech smakach. Gałka kosztuje 3zł. Smak dzieciństwa. Warto. Bardzo dobre okazały się też gofry przy bodajże drugim wejściu licząc od strony promenady (latarni morskiej). Z żółtej budki. (choć te budki na zmiane gofrowe- kawowe są przy każdym wejściu, więc pewnie smak ten sam skoro firma jedna). Dziewczyna piekła gofry na miejscu, bita śmietana była robiona ze śmietanki w kartoniku, a owoce wyglądały na świeże i tak też smakowały. Ogromnie polecamy, bo porcja była naprawdę od serca. Koszt od 4- 12zł (w zależności od dodatków).

Skosztowaliśmy też pizzy z GrillHaus. Na bardzo cienkim cieście, w smaku dość dobra. Jedyna wada to czas oczekiwania. Przy niecierpliwości Matiego oczekiwanie 30 minut w lokalu graniczy z cudem.
Co warto zobaczyć? Co sami zobaczyliśmy?

Na pewno nie wymienię wszystkiego co warto, bo jestem pewna, że przez ten tydzień 1/10 nie zobaczyliśmy. Bo tak szczerze mówiąc poza spacerami wzdłuż morza i odwiedzinach w centrum to niespecjalnie się fatygowaliśmy na zwiedzanie. Ale! Zawsze jest jakieś ale. Dlatego spacerując, zupełnie przypadkiem trafiliśmy na płot z kredek, który co tu dużo pisać sprawił, że zrobiłam jedno wielkie WOW! Dzieciakom na bank się spodoba. Płot znajduje się przy ul. J.Słowackiego.

Kolejna rzecz warta uwagi, a bardzo dobrze znana to wiatrak „Młyny” na falochronie. Kojarzy mi się bardzo skandynawsko, a można z niego z maluchami oglądać promy wypływające z portu i zmierzające właśnie w kierunku Północy. Mati był bardzo zafascynowany przepływającymi właściwie na wyciągnięcie ręki statkami i promami.

Oczywiście spacery wzdłuż promenady i brzegiem morza. Te zwłaszcza sprawiały nam największą przyjemność. Po to w końcu nad morze pojechaliśmy. I dla samego plażowania także. Bo jest gdzie. Plaża jest rzeczywiście tak wspaniała jak zapewniają. Czysta przede wszystkim. I dla każdego starczy miejsca. A jak ktoś lubi bardziej samotnie to wystarczy, że skieruje się w kierunku falochronu. Tam co prawda plaża nie jest strzeżona, ale i tym samym ludzi coraz mniej.

Jeśli chodzi o spacery, to któregoś dnia wybraliśmy się na przechadzkę wzdłuż ulicy Zdrojowej. Na samym końcu odkryliśmy duży parking tuż przy Forcie Gerharda. Nie wybraliśmy się jednak do Fortu. Skręciliśmy tuż nad brzeg morza, gdzie w zaciszu można podziwiać wypływające na morze statki. W zaciszu dosłownie, bo jest to miejsce, gdzie nawet przy najbardziej wietrznej pogodzie można spokojnie posiedzieć na plaży. Stąd jest też bardzo blisko do wiatraka.

Targ wzdłuż ulicy Wojska Polskiego prowadzący aż do granicy z Niemcami.

Poszliśmy z ciekawości. A nóż trafi się coś ciekawego. Poza budkami z papierosami (ilość przekraczająca nasze wyobrażenie) cała masa stoisk z ubraniami, butami, żywnością i innym misz maszem z całego kraju. W cenach polskich, ale nie dla polaków. W cenach europejskich dla Niemców. Dla przykładu – znaleźliśmy plastikową koparkę Wadera, którą Mati podpatrzył na plaży u jednego z chłopców. Koparka normalnie koło 100zł. Tam drugie tyle.
Za to jeśli ktoś jest fanem „markowego” obuwia to na jednym ze stoisk może nabyć Conversy, Lacoste itp za „małe” ceny. Tylko 30 euraczy i piękne turkusowe czeszki Lacoste są Twoje 😉

Przy samej granicy po prawej stronie znajduje się Baltona. Ten kto był w tym sklepie na lotnisku wie o co chodzi. Inni niech sobie wygooglują. Ci co byli niech nie spodziewają się cudów. Budka jeszcze z czasów sprzed otwarcia granic. W środku alkohol, papierosy, trochę słodyczy i perfum. Ceny bez szału, znaczy się takie jak wszędzie. Duty free z nazwy 😉


Międzyzdroje

Byliśmy, zobaczyliśmy. Nie byłam szczególnie zachwycona. Masa atrakcji dostosowanych pod turystę. Czuć, że miasto nastawione na turystykę. Zdecydowanie wolę Świnoujście.
Choć promenadą gwiazd z ciekawości warto się przejść.

Z wizytą w Niemczech

Do Niemiec pojechaliśmy głównie, by zobaczyć muzeum zabawek w Pennemunde. O tym czy warto i co zobaczyć w muzeum pisałam w poście o symbolice zabawek.

Niemieckie miasteczka są bardzo urocze. Tak naprawdę wystarczy przekroczyć granicę, przejechać 2 czy 3 km i już to czuć. Spacer po Alhbeck, Heringsdorf. Piękne i zadbane kamienice, stare drewniane molo. To trzeba zobaczyć koniecznie. W Alhbeck też doszczętnie przepadłam w jednej z księgarni dla dzieci, gdzie odnalazłam całą masę gadżetów z Pettsonem i Findusem.

Wizyta w Niemczech to także zakupy. Nam udały się szczególnie. Po pierwsze na spotkanym przypadkowo w drodze do Pennemunde floh mark kupiłam za euro nowiutkie puzzle Djeco. A w jednym z Netto różne gry z serii Bardzo głodnej gąsienicy Erica Carle. Akurat trwała wyprzedaż.

No i słodycze, słodycze, słodycze 🙂

To był nasz pierwszy raz w Świnoujściu. Na pewno nie ostatni. Jesteśmy zauroczeni. Następnym razem koniecznie weźmiemy rowery (choć bez problemu można wypożyczyć na miejscu, także z fotelikiem dla dziecka). Przyjedziemy na dłużej. Może nawet po sezonie. Mamy jeszcze dużo do zobaczenia 🙂