Wścibstwo nie jedno ma imię

Być może niektórzy z Was pamiętają, że w ubiegłym roku byłam w Warszawie na warsztatach z fotografowania. Warsztaty odbyły się w pewnym sklepie z zabawkami i akcesoriami dla dzieci.

Jakiś czas temu, przeglądając sobie facebooka natknęłam się na post tego sklepu, który okazał się być odpowiedzią na wpis jaki pojawił się na Pudelku. Ho ho!

Afera wielka się wywiązała, bo jedna z dość znanych aktorek kupiła wózek za 6 tysięcy złotych. I to właśnie w tym sklepie. Sklepie, który w artykule został uznany na jeden z najdroższych w Warszawie. Cóż…

Jako, że osobiście przeglądnęłam asortyment w tym i ceny ciężko mi się zgodzić z tym stwierdzeniem. Owszem, asortyment nie należy cenowo do najtańszego, ale dlatego, że towar jest z gatunku tych droższych, a nie dlatego, że sklep winduje ceny.

Aktora jest rozrzutna, bo wydała 6 tysięcy na wózek. Autor artykułu zrobił nawet wyliczenia ile kosztowały dodatki, ile gondola itp. O losie…

Cała ta sytuacja przypomniała mi jak bardzo ludzie lubią takie aferki. Pieniądze, a zwłaszcza cudze zawsze wzbudzają sensację. Chcielibyśmy wiedzieć ile kto zarabia, ile sąsiad zapłacił za wczasy na Bali i ile dał księdzu po kolędzie. Rozliczamy sklepy, że za dużo zarabiają, a producentów, że cenią swoją pracę i czas. Tymczasem nie jest to takie proste, bo nikt z nas nie ma w obowiązku spowiadać się znajomym (i tym nieznajomym zwłaszcza) ze swoich zarobków. I wydatków. Continue Reading

Kiedy doba jest za krótka

Smutno mi, że zaniedbuję bloga. Czuję się przez to tak jakbym dziecko postawiła gdzieś w kącie i kazała mu czekać na swoją kolej w codziennej dawce czułości. To okropne.
Ale doba jest zbyt krótka, mam ogólny niedoczas. Tyle planów wrześniowych związanych z blogiem (i nie tylko) bierze w łeb, bo zwyczajnie nie umiem nagiąć czasoprzestrzeni.
Pomysły na posty spisuję na kartce, wierząc głęboko, że doczekają się swojego czasu. Tak mi przykro, że wszystko po łebkach, szybciutko. Nie tak jak lubię. Że zgłębić się w temat nie mogę, a tak byle jak to nie chce.
Z drugiej strony jest radość ogromna, bo to co mój czas zabiera niesie pozytyw dnia każdego. I uśmiech wywołuje. Mateusz taki absorbujący, że choćbym chciała ukraść chwilkę z nim i skrobnąć to  nie ma jak, bo już podchodzi do mnie wołając „mama tu” i rączkę swoją w moją dłoń wsadza. Rozczula mnie przy tym za każdym razem.
I męczy też, gdy wieczorem zamiast zasnąć o swojej porze skacze i wariuje, a sen ani przyjść myśli. Minuta za minutą ucieka, a wraz z nią myśl o chwili relaksu w gorącej wodzie z pianą, nie mówiąc już o czasie na blogowanie,
A jak drzemki czas w końcu w dzień nastanie to zamiast przy laptopie, w ręce pędzel dzierżę. I maluję zamiast pisać. Wycisza mnie to, niesie jakieś ukojenie. I radość. Że są tacy co chcą te nasze pastelowe cudaki u siebie  mieć w domu. Że z każdym dniem gdzieś indziej w świat wyrusza efekt mojej pracy.
Tylko ta myśl co puka z tylu głowy, nie daje mi spokoju. Nawołuje z kąta, że kolejny raz czeka i doczekać się nie może. I smutno mi wtedy. Że taki zaniedbany.
Poukładam sobie, zorganizuję wszystko jak należy. Kilka godzin do doby dokupię jak będzie trzeba. Ale nie zostawię. Bo radości, by mi nie sprawiało pędzlem machanie.
Tylko cierpliwości troszkę jeszcze.
Dziękuję Wam, że jesteście. Ja też jestem z Wami. Myślami cały czas.

Czy to już czas na drugie dziecko?

Coraz częściej ostatnio przychodzi mi myśl o drugim dziecku. Mój instynkt macierzyński chyba szaleje na maksa. Mimo ogólnego zmęczenia, bo przecież maluch w wieku Mateusza potrafi nieźle dać w kość.
Rozsądek walczy z uczuciami, podpowiadając, że jeszcze chwila, jeszcze trochę. Niech Mati podrośnie. Serce natomiast krzyczy zupełnie coś innego. Pokłady miłości i czułości na samą myśl o malutkich stópkach, delikatnych rączkach i kruchym ciałku wyjeżdżają niczym czołgi na pole minowe. Jasna ciasna- co się ze mną dzieje?
W niedzielę byliśmy w odwiedzinach u Matki Chrzestnej Mateuszka, która miesiąc temu sama została mamą. Malutki Janek no cóż tu dużo gadać przypomniał mi te wszystkie chwile, które przecież były dopiero wczoraj. I tak potwornie tęskno mi się do nich zrobiło, że aż mnie w dołku ścisnęło, a wierzchem dłoni, dyskretnie by nikt nie widział łzę, co się w kąciku oka przyplątała wycierałam.
Wchodzę do sklepu i widzę te wszystkie delikatne sukienusie, rajstopki, spódniczki, bluzeczki w kwiatuszki i biegnę do nich, dotykam, rozczulam się. Oczami wyobraźni widzę malutką słodką istotkę o dużych oczkach, ubraną w te wszystkie słodkie ubranka. No- córa mi się marzy jak nic. Zwłaszcza gdy potem zmierzam na dział chłopięcy, a tam trzy rzeczy na krzyż.

I tak rozmawiamy z mężem, a właściwie monolog prowadzę, bo B już na samą myśl się wzdryga. Tak tłumaczę sobie, że w sumie to fajnie już mamy, bo Mati sam się chwilę zabawi i taki już trochę odchowany. Ale nie na tyle, by właśnie w tym momencie decydować się na kolejne. I nie chodzi o kwestie finansowe, bo przekonaliśmy się, że w trójkę można sobie dać równie dobrze radę jak będąc we dwoje.
Gdzieś z tyłu puka taka myśl, że dzieciństwo Matiemu zabiorę, bo przecież teraz ma mamę i tatę tylko dla siebie. Że jak brzuch będzie to na rękach nie ponoszę i ciężej będzie biegać za nim i w każdych wygłupkach, które na codzień uskuteczniamy- uczestniczyć. A z drugiej strony tak mi go żal, że będzie na tym świecie sam jak paluszek, że już tu i teraz, od kopa zdecydowałabym się zajść w ciążę. Sama jestem jedynaczką i wiem co to znaczy. Mam całą miłość moich rodziców, ich uwagę i troskę. Zawsze mogę liczyć na ich pomoc i wsparcie, a mimo wszystko czegoś brakuje. Siostry, brata.
Mój B natomiast słyszeć o drugim nie chce. Przynajmniej na razie. Ale o pierwszym też nie chciał, a do decyzji dojrzał w kilka chwil. On dla odmiany ma rodzeństwo i jak mówi „wie z czym to się je”. Nie zrozumie syty głodnego. Ja marzyłam o rodzeństwie, on pewnie marzył by być jednynakiem. To tak jak z włosami- masz proste, chcesz kręcone.
Jeszcze rok temu tak sobie myślałam, że przyszłe wakacje to będzie dobry czas na rozpoczęcie starań. Rok zleciał, wakacje lada moment i co? Patrzę na Mateusza i wcale nie wydaje mi się taki duży jak sobie wyobrażałam. A liczyłam przecież, że 1,5 roczniak, 9 miesięcy ciąży. Bratem mógłby zostać mając ponad dwa lata. Idealna różnica wieku jak na rodzeństwo.
Spotkałam się ostatnio z daleką kuzynką. Ma córę trzyletnią. Podobnie jak ja jedynaczka, więc całe dzieciństwo na wsi spędzałyśmy razem obiecując sobie, że dzieci na bank będziemy mieć minimum dwoje. Tak rozmawiamy sobie, a ona mi mówi, że chyba już nie chce kolejnego. Że już jest jej wygodnie, bo mała odchowana, samodzielna. Że przegapiła ten czas. Że właśnie najpierw było, że za wcześnie, że nie da rady.. a teraz? Teraz już jest za późno i jej się nie chce. I że najlepiej teraz w jej przypadku to byłoby wpaść, bo sama pewnie decyzji nie podejmie.  Zdębiałam. Ale doskonale ją rozumiem, bo to widać tak działa.
Siedzę i rozmyślam. Bo może właśnie teraz los daje mi do zrozumienia, szturcha w ramię mówiąc „halo kobieto ocknij się, podejmij decyzję, bo potem będzie już tylko ciężej”?
Mimo wszystko to ma być wspólna decyzja. Tak jak było w przypadku Mateuszka. Tylko jak ją podjąć i kiedy. Czy to już ten czas czy jeszcze nie? Chcę drugie dziecko, zawsze chciałam. Tylko czy chcę już teraz? A jak nie teraz to czy później będę wciąż chciała?
Czasem sobie myślę, o ile prostsze byłoby życie gdyby to los podejmował za nas takie decyzje…
Ps. Ten post o przygotowaniach do ciąży to słowo daję chyba mimo wszystko jakoś podświadomie pisany 😉

Kraj ludzi bez kultury

  • Przychodnia. Matka z małym dzieckiem na rękach czeka na badania. Przed nią około 5 osób, w różnym wieku. Innych dzieci brak.Chcąc skorzystać z przywileju (dziecko do lat 3 na badania w ambulatorium wchodzi poza kolejnością) słyszy, że każdemu się spieszy. Pielęgniarka wzrusza ramionami. Matka czeka.
  • Sklep spożywczy. Kolejka do kasy. Długa, więc otwierają kolejną. Matka z małym dzieckiem kieruje się jako pierwsza w tą stronę. Zanim jednak wykona manewr wjechania pod kasę, wymijają ją 2 osoby. Na hasło, że była pierwsza mężczyzna rzuca, że „z dziećmi to się w domu siedzi”. Ekspedientka wzrusza ramionami. Matka czeka.
  • Przystanek tramwajowy. Matka z wózkiem chce  wsiąść do wagonu, w którym jest miejsce na wózek. Tłum ludzi wokół. Niestety, okazuje się, że miejsce jest zajęte przez stojący tam rower. Na prośbę o przesunięcie roweru słyszy odpowiedź, że właściciel przecież nie wysiądzie, bilet skasował. Matka z dzieckiem nie wsiądzie. Tłum dookoła odwraca wzrok i wzrusza ramionami. Matka zostaje na przystanku. Może przecież poczekać na następny, biletu nie skasowała.
  • Poczta. Zima, dziecko ubrane w ciepły kombinezon. Kolejka. Matka czeka w kolejce nauczona  nie wychylaniem się z prośbą o przepuszczenie. Po 10 minutach prosi kobietę stojącą przed nią o zajęcie kolejki, a sama wychodzi z dzieckiem na zewnątrz. Wraca po kilku minutach gdzie inna starsza kobieta twierdzi, że ona była pierwsza. Pani od trzymania kolejki coś przebąkuje, wzrusza jednak ramionami. Pracownicy poczty nie widzą zamieszania.
Matka z dzieckiem jest niewidzialna. Matka z brzuchem zawadza. Wtedy, kiedy trzeba pokazać trochę klasy wszyscy nagle ślepną, są głusi. Matka nie ma co się wykłócać, bo to i tak niczego nie zmienia. Co najwyżej usłyszy więcej niecenzuralnych słów.

  • Matka spaceruje z dzieckiem. Jest ciepło. Dziecku zsuwa się czapeczka z główki odsłaniając uszko. Mijana kobieta z dezaprobatą oznajmia, że dziecko będzie chore, bo ma uszy na wierzchu.
  • Matka z dzieckiem czeka w kolejce do warzywniaka. Jest mróz, około 5 stopni. Nosek czerwony. Dowiaduje się, że jest nieodpowiedzialną matką bo na taką pogodę dzieci się nie wyprowadza. Dziecko na pewno ma rączki zziębnięte i zachoruje, bo jest za lekko ubrane.
  • Matka ponownie na spacerze. Dziecko płacze. Na pewno jest głodne albo ma mokro, oznajmia przypadkowo spotkana kobieta.
  • Matka z maluchem w tramwaju. Siedzący obok starszy mężczyzna patrzy na dziecko i stwierdza, że nie wolno go tyle karmić, bo będzie grube.
  • Matka na spacerze. Dziecko w wózku zajada jabłko, które dała mu mama. W całości, ze skórką. Idąca obok kobieta ze swoją wnuczką w podobnym wieku na głos wykrzykuje, że dziecko na pewno zadławi się skórką, a matka jest nieodpowiedzialna.
Ktoś mi wytłumaczy jak żyć w tym kraju pełnym absurdalnych ludzi? Gdzie każdy wie lepiej.
Gdzie albo jesteś niewidzialna, albo nad wyraz rzucasz się w oczy przez swoje nieodpowiedzialne zachowanie?
Ile takich sytuacji doświadczyliście osobiście?
Ile widzieliście jako postronni obserwatorzy?
Ile razy się odezwaliście w takim wypadku?
Tak niewiele potrzeba.
Czasem wystarczy wspomóc kogoś słowem, by się odważył. Nie stać obojętnie.
Innym razem nie odzywać się nie będąc pytanym, a swoje rady zachować dla siebie.
Niewiele potrzeba. Trochę kultury.
Ps. Nie, nie wszystkie sytuacje spotkały mnie osobiście. Na szczęście.

Psia choroba

Wywołałam wilka z lasu postem o infekcjach. Było się chwalić? 
Glut do pasa. Zaalarmowana nocnym kaszlem udałam się do przychodni. Osłuchowo na szczęście czysto. Zalecenie jak przy klasycznym katarze- udrożnianie, nawilżanie. I suplementacja wapnem, witaminą C. W poniedziałek do kontroli- mam nadzieję, że nic się z tego nie wykluje.
Dwie częściowo nieprzespane noce za nami.
W ciągu dnia zatkany nos psuje humor, więc ani apetytu, ani samodzielnej zabawy.
Rutyna. Psikanie solą morską, odciąganie. Psikanie, odciąganie.
I jego krzyk. Też bym krzyczała.
O dziwo odkurzacz wciąż najlepszą zabawą.
Jak ja nie cierpię kataru.
A tu Święta za dni kilka. Choinki nie mam. Bo sama nie przytaszczę, a męża nie wyślę, bo mi jakiegoś chabazia przyciągnie do domu. We trójkę nie mamy jak, bo choróbsko Mateusza to nie chcę go męczyć. A takie plany miałam… Było planować? 
Ps. Nie mam siły pisać nic mądrzejszego, wybaczcie. Głowa mi dziś pęka. Chciałam się tylko pożalić.
Ps.2 Wiecie, że tu u nas w KRK panuje jakiś wirus u maluchów, który atakuje spojówki? Poza ropieniem oczu to właśnie katar nasilony na maxa jest jednym z objawów. Od 2 tygodni większość maluchów w przychodni, do której chodzimy zostaje tak zdiagnozowanych. Lekarka chyba była zdziwiona, że  my tylko z przeziębieniem.
Ps.3 Ale za to wieczór mam dla siebie (przynajmniej dopóki Matiego nie zbudzi zatkany nos). B na baletach, znaczy się Wigilii firmowej, więc może uda mi się sięgnąć po najnowszą pozycję D.Brown’a 🙂