Szorstkie stopy po zimie? Mam na nie sposób!

Zima nie służy stopom. Suche powietrze, skarpety, ciepłe buty. A przy tym szczerze mówiąc i mniej uwagi w stosunku do tej, jaką poświęcamy o wygląd tej części naszego ciała latem. Bo zimą jakoś mniej istotny robi się ładny lakier na paznokciach stóp.

Z wiekiem mam co raz bardziej suchą skórę. Brzmi jak gadanie stetryczałego człowieka, ale tak jest w rzeczywistości. Oprócz nowych wiosen na plusie, z pewnością powodem jest też ciąża, po to właśnie po porodzie zauważyłam, że kondycja stóp i dłoni nie jest tak dobra jak bym tego oczekiwała po zabiegach, którymi je traktuję. Owszem, są miękkie i delikatne, gdy wieczorem wymoczę je w wodzie z dodatkiem soli morskiej, a następnie potraktuję pumeksem lub peelingiem. Ale powiedzmy sobie szczerze, kto przy małym dziecku ma na takie przyjemności codziennie czas? Ja nie mam.

Dlatego strzałem w dziesiątkę okazał się elektroniczny pilnik do stóp Scholl Velvet Smooth Express. Od razu uprzedzę – nie spodziewałam się cudu, więc pewnie dlatego uniknęłam rozczarowania, o którym można wyczytać na różnego rodzaju forach. Choć stopy mam mega suche, to nigdy nie dopuszczam do tego, by naskórek rogowaciał. Dlatego przynajmniej raz w tygodniu lecę po nich zwykłą tarką. Ktoś powie w takim razie po co mi elektroniczny pilnik? Otóż jest świetnym dodatkiem, bo nic tak dobrze nie wygładza skóry jak on.

DSC_0835

Kojarzycie miękkość stópek dziecka? Takie właśnie w dotyku są stopy po kilku minutach z elektronicznym pilnikiem. Wystarczy wieczorem przed wieczornym prysznicem poświęcić 2-3 minuty i potraktować nim stopy. Raz w tygodniu poświęcić także 20 minut na wymoczenie stóp i użycie zwykłej tarki. Wierzcie mi, Wasze stopy odwdzięczą Wam się pięknem i delikatnością, którego na pewno nie zapewni samo używanie pumeksu.

Ja dodatkowo wspomagam się kremem, który miałam w zestawie z pilnikiem. Jest super wydajny. Używam go od 5 miesięcy i wciąż coś na dnie się znajdzie (ale już kombinuję gdzie go samego dostanę). Czemu kombinuję? Bo jest to produkt niemiecki, dołączony do pilnika. Dlatego jeśli ktoś ma możliwość zakupu zestawu Scholl Velvet Smooth to właśnie ten zestaw polecam. Krem nakładam dopiero po prysznicu, na dobrze osuszone stopy. Wchłania się błyskawicznie, pozostawiając na skórze aksamitną powłokę. Serio jest rewelacyjny!

Raz w tygodniu moczę też stopy w wodzie z dodatkiem ręcznie robionej kulki musującej do kąpieli. Przepis na nie poznałam podczas warsztatów z Zielonym Zagonkiem. Do ich zrobienia wystarczy soda oczyszczona, kwasek cytrynowy, mąka ziemniaczana, oliwa z oliwek oraz suszone kwiaty – np rumianek, lawenda. Ich zrobienie zajmie kilka minut, a mnóstwo przepisów znajdziecie w internecie. Stopy po takim zabiegu są fantastycznie miękkie, odświeżone.

DSC_0829

I to właściwie całość rytuałów związanych z pielęgnacją skóry stóp. Stosując je sumiennie nie muszę się martwić, że lato mnie zaskoczy i nie będę mogła włożyć nowych sandałków, gdy tylko temperatura na to pozwoli. Do tego ulubiony lakier do paznokci i voila. Gotowe 🙂

Ps. Czytałam w necie opinie, że bateria w pilniku szybko się rozładowuje. Że lepszym rozwiązaniem byłby akumulatorek. Chyba dostał mi się wyjątkowo mocny egzemplarz, bo przez 5 miesięcy praktycznie codziennego użytkowania bateria wciąż daje radę! 😉 Jedynie do wymiany poszła rolka, ale też nie jest to wymiana co chwilę jak niektórzy sugerują (no chyba, że pilnika używa się do naprawdę zapuszczonych stóp).

 

Mały Marsylczyk, który zabrał mnie do Prowansji

Kto czyta bloga od dłuższego czasu ten wie. Wie, że my z mężem oboje, na punkcie podróży do Francji bzika mamy totalnego. Że rok w rok kierujemy się na Zachód, przemierzając długaśne kilometry niemieckiej autostrady, by spędzić chwil kilka tam gdzie ciągnie nas niezmiernie.
Tak było przed nadrodzinami Mateuszka, tak było i rok temu, kiedy to naszego 9 miesięcznego szkraba zabraliśmy na wakacje do Normandii.

Nie trudno się domyślić, że i w tym roku marzy nam się podróż. I choć na chwilę obecną nasze finanse nie pozwalają na zaplanowanie takiego wyjazdu, to po cichu wierzę, że jak za każdym razem dobry los sprawi, że decyzja zostanie podjęta z dnia na dzień.

W tym roku marzę o ponownym zobaczeniu Prowansji. Tęskno mi do ciepła, długich letnich wieczorów, odgłosu cykad. I oczywiście zapachu lawendy, w której rozkochałam się jeszcze na długo, długo przed naszą pierwszą podróżą.

Prowansja pachnie cała. Nie tylko fioletowym kwieciem. Przypomniał mi o tym pewien Mały Marsylczyk, który zawitał do mojego domu tuż przed długim weekendem. Wraz z paczką, którą otrzymałam wróciły ciepłe wspomnienia, a serce gdyby mogło niczym ptak wyfrunęłoby z piersi do tych dawnych chwil spędzonych właśnie tam.

Mały Marsylczyk, czyli Le Petit Marseillais to kosmetyki doskonale mi znane z naszych podróży. Za każdym razem wracamy do domu obładowani po dach w francuskie dobra, między innymi w mydło marsylskie. Możecie o tym przeczytać w notce „Podaruj mi trochę słońca„, którą napisałam dla Was w ubiegłym roku.

Dlatego bardzo miło zrobiło mi się, gdy napisała do mnie Pani Anna, że ma dla mnie niespodziankę od Małego Marsylczyka. Wiedziałam, że to będzie coś pachnącego i takiego, co każda kobieta lubi. Nie pomyliłam się.
Bardzo chciałam wypróbować żel do mycia i kąpieli z kwiatem Tilii oraz oliwą z oliwek. Kwiat Tilii to odmiana lipy ( o czym dowiedziałam się z fanpage LRP) , a ja wprost uwielbiam jej zapach. Ten kosmetyk zdecydowanie należy do mnie. Łączy w sobie to, co jest bliskie memu sercu – miłość do Francji i uwielbienie do zapachu lipy. O ważnym miejscu, jakie zajmuje to pachnące drzewo w moim życiu możecie przeczytać TU.
Żel wspaniale się pieni. A jako, że zawiera w składzie mydło marsylskie ma ten charakterystyczny „śliski dotyk”, który uwielbiam. Nakładanie go na ciało jest dla mnie zawsze przyjemnością. No i zapach. Delikatny, a zarazem obłędny. Uwielbiam go. Jest faworytem w mojej łazience, mimo że żeli pod prysznic mam sporo. Gdy Mati trochę podrośnie będziemy mogli używać go wspólnie, bowiem kosmetyk przeznaczony jest również dla dzieci od 3 roku życia.
W ofercie Le Petit Marseillais znajdują się również inne kompozycje zapachowe.Na pewno każdy znajdzie coś dla siebie i będzie mógł zrelaksować się w kąpieli.

Kolejny kosmetyk, którego zapach koniecznie muszę wypróbować to połączenie miodu i lawendy. Jeśli pachnie równie dobrze jak smakuje miód lawendowy to będę jego wierną fanką.

Mały Marsylczyk to nie tylko żele pod prysznic i do kąpieli. Firma ma dużo bogatszy asortyment. Do Polski zawitała całkiem niedawno, ale wierzę, że będzie nam dane poznać osobiście każdy z produktów.

Ja, poza żelem mam również przyjemność używania balsamu, który wspaniale dba o moją skórę. Połączenie masła shea, aloesu i wosku pszczelego jest idealne. Skóra jest nawilżona i pięknie pachnie.

Kolejnym, który na pewno wypróbuję jest ten z dodatkiem oleju arganowego. Zwłaszcza, że już od 09 maja będzie on w Rossmannie w promocyjnej cenie 13,49zł. Swoją drogą żel z kwiatem Tilii również w promocji. (przez te rossmannowe promocje zbankrutuję kiedyś, słowo daję).

Ogromnie dziękuję Le Petit Marseillais za tą miłą niespodziankę i za podróż wspomnień do ukochanej Prowansji.

Mimo, że do tej pory byliśmy z mężem fanami głównie mydeł LPM w kostce i przez myśl nam nie przeszło, żeby z podróży przywozić np. ich żele pod prysznic, tak teraz całkowicie zmieniliśmy zdanie.
Dlatego bardzo cieszy fakt, że bez problemu dostaniemy kosmetyki Le Petit Marseillais w pobliskim Rossmannie czy Carrefourze.

Polecamy!

https://www.facebook.com/LePetitMarseillaisPolska?fref=ts
Ps. Wszystkie zdjęcia we wpisie są autorstwa Le Petit Marseillais Polska i zostały użyte za zgodą. Moje zdjęcia zdecydowanie nie umywają się do piękna tych, które zamieściłam, więc darowałam sobie ich publikację 😉 Gwarantuję jednak, że posiadam w domu kosmetyki, o których wspominam w poście 😛
Ps. 2 Zachwyt nad kosmetykami nie jest powodowany faktem otrzymania ich w prezencie. Fanami LPM byliśmy już wcześniej 😉

Renowacja dla Matki Rodzicielki

Świąteczny, leniwy poranek spędzamy wylegując się na sofie w salonie. Mateuszek zasuwa swoją ciufcią za Szelmą, a mąż skacze pilotem po kanałach w tv.
Zatrzymuje się na chwilę na serialu Rodzinka.pl
Nie oglądam często tv, ale akurat ten serial jeśli już leci zawieszę na nim oko. Dla śmiechu. I podglądniecia troszkę życia innych.Podobają mi się wnętrza i luźne rodzinne dialogi.

Odcinek, którego kawałek obejrzeliśmy przedstawia Małgosię Kożuchowską rozprawiającą z Agatą Kuleszą o ciele kobiet. Matka trójki dzieci, kontra kobieta bezdzietna (a tak przynajmniej wnioskuję z dialogu, bo niestety nie wiem na pewno czy serialowa bohaterka dzieci nie posiada). Rozchodzi się o stan kobiecego ciała po ciąży. A nawet po trzech. Że macierzyństwo to obwisłe piersi, rozstępy na brzuchu.W domyśle dres i kołtun na głowie. A i stan emocjonalny z pewnością wisi na włosku.

I nagle w dialogu pojawia się coś, co rozładowuje całą sytuację, a co bardzo lubię w tym serialu, kiedy uda mi się trafić na niego w tv. Otóż rozwiązanie jakże banalne i satysfakcjonujące każdą kobietę- Państwo powinno każdej rodzącej fundować „renowację”. Wiecie- SPA, liftingi, naciąganie tu i tam, lasery, szmery bajery i inne takie. Nawet i operację plastyczną biustu. Genialne!
Że też politycy na to nie wpadli przed żadnymi wyborami.Taką kiełbaską przedwyborczą sporo kobietek by się najeść mogło. A polityka prorodzinna? Sami pomyślcie ile by zyskała! 😉 Rodziłoby się więcej dzieci, kobiety byłyby zadowolone, bo po ciąży a nawet wielu wyglądałyby lepiej niż przed!

Ktoś powie budżet Państwa by ucierpiał? Spoko, bohaterka o tym też pomyślała. Każdy nowo-narodzony obywatel przecież na ten budżet będzie pracował 😉

To co dziewczyny? Na jakie zabiegi się zapisujecie? Wybory całkiem niedaleko 😉

Sucha skóra stóp i dłoni po ciąży i porodzie – na pomoc!

Sucha skóra – moja zmora odkąd urodził się Mateuszek. Zimą oczywiście dolegliwości się nasilają, więc czekam na lato jak na wybawienie. Największy problem dotyczy stóp, a zaraz potem dłoni. Reszta ciała znośna, aczkolwiek gdybym zostawiła ją samą sobie to zrzuciłabym pancerz. Złuszczyłabym się niczym wąż.
Masakra.
Wiem, że to kwestia gospodarki hormonalnej. Karmiąc synka nie mam większych szans na jej wyregulowanie, więc staram się jak mogę walczyć z efektem. Jeśli nie mogę z przyczyną.
Skoro idzie lato i zrzucę skarpetki, jest nadzieja, że moje stopy chociaż trochę odetchną.
Przed ciążą moje stopy wymagały ode mnie pedicure raz na jakiś czas. Pumeks w tamtych czasach mógł nie istnieć. Skóra była gładka i miękka. Jedynie kolor na paznokciach zmieniałam co po chwila, bo latem lubię jak się coś dzieje.
Teraz istna rozpacz. Pumeks, peeling, maseczka, krem do stóp. Czego jeszcze nie mam, a co wynaleziono? Mimo licznych i częstych zabiegów moje stopy nie wyglądają jak dawniej. Owszem, zaraz po pielęgnacji są gładkie, ale wystarczy, że minie kilka godzin i wracają do stanu wyjściowego.
Sytuacji nie polepsza fakt nałogowego podkurczania nóg przy siedzeniu. W efekcie siadam pośladkiem na stopie i w miejscu gdzie jest kostka skóra zrobiła się twarda i przesuszona. Za nic nie mogę sobie z tym poradzić, a stale zapominam się i oczywiście siadam nieprawidłowo.

Mimo wszystko walczę z wrogiem na dwa fronty.
Pierwszy- z pomocą przychodzą kosmetyki i codzienne zabiegi
Moczenie stóp w wodzie z dodatkiem soli morskiej.
Następnie drobnoziarnisty pumeks.
Na koniec smaruje stopy masłem shea i zakładam skarpety bawełniane.
Na codzień krem do stóp. W ogromnych ilościach.
Drugi sposób- odpowiednia dieta
Surowe warzywa i owoce. Poprawiają jędrność i elastyczność skóry. Chwała Panie już niedługo nastąpi ich wysyp, będę więc zajadać codziennie. Podobno warto zwrócić uwagę na produkty zawierające wit A, E i D. A także nisko nasycone kwasy tłuszczowe. Kłaniają się ryby, orzechy, sery, jajka, mleko, morele.
Na liście rzeczy do kupienia mam olej z wiesiołka. Zażywałam go jeszcze przed ciążą, więc doskonale pamiętam o jego właściwościach i dobroczynnych skutkach na mój organizm.
A do tego wszystkiego siemię lniane i produkty z lnu. Los mi cudownie sprzyja. Jedna z moich czytelniczek już jakiś czas temu przesłała mi paczkę pełną zdrowych, lnianych produktów od Instytutu Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich. Część z nich podkradła mi mama, wielka maniaczka siemienia.

A może Wy macie jakiś patent? Cud sposób, który pozwala zapomnieć o suchych stopach i dłoniach?

Karmienie piersią a stosowanie antyperspirantów

Wokół antyperspirantów krąży mnóstwo opinii. Sporo z Was z pewnością słyszało o szkodliwości stosowania, zwłaszcza po goleniu pach, o ich wpływie na raka piersi czy powiększenie węzłów chłonnych.
Niby są różne badania wskazujące, że to jednak mit, bo przepływ płynów ustrojowych w organizmie odbywa się w kierunku od piersi do pach, a nie odwrotnie- mimo wszystko jednak ziarenko niepewności zostaje. A jak jest obawa to ja zwykle chucham i dmucham na zimne.
Zawsze wybieram antyperspirant bez alkoholu i tego się trzymałam. Szukałam też takich bez dodatku glinu. Jakiś czas temu jednak spotkałam się z informacją, że kobieta karmiąca piersią nie powinna używać antyperspirantów dostępnych na półkach sklepowych, a już zwłaszcza tych z dodatkiem soli aluminium. 
Informacja ta pojawiła się na jednej z grup. Próbowałam doszukać się wyjaśnienia tej informacji, jednak wszędzie pojawia się tylko jedno zdanie- kobietom w ciąży oraz karmiącym piersią nie zaleca się stosowania środków z dodatkiem soli aluminium. 

Karmię Mateusza blisko 15m używając antyperspirantu. Jak się okazało tego z dodatkiem aluminium. W ciąży też stosowałam takowy. Szukam informacji jaki może mieć to wpływ na dziecko i kurczę nic nie mogę znaleźć. Nie lubię podawać informacji dalej, gdy nie mam pewnego źródła.

Jest jednak strach i zdenerwowanie. Bo jeśli rzeczywiście coś jest szkodliwe w takim przypadku to dlaczego u licha nie mówi się o tym głośno?
Dlaczego zwykle tego typu informacji musimy wyszukiwać na własną rękę lub dowiadywać się przypadkiem?

Poszukałam i znalazłam na szczęście produkt bez zawartości chemii wszelkiego rodzaju. Kupiłam antyperspirant Alterra. Znalazłam bez większych problemów, bo w pobliskim rossmannie.

Skład wydaje się być bardzo naturalny. Martwi mnie tylko wodno-alkoholowy wyciąg z melisy lekarskiej?
Cena bardzo przystępna- około 6zł.

Jedynie skuteczności nie mogę potwierdzić, bo używam bardzo krótko. Na razie daje radę, nie wiem jak będzie latem (chociaż ja akurat z poceniem się nie mam większych problemów – po porodzie był moment, że mnie zalewało, ale to ma podobno związek również z karmieniem piersią).
Używacie?

Ogólnie myślałam, że będzie problem ze znalezieniem tego typu antyperspirantu na rynku, a jeśli już to okaże się drogi. W rossmannie spotkałam się z jeszcze jednym, oznaczonym logiem różowej wstążeczki – Crystal. W cenie 15zł.

Na internecie natomiast jeszcze kilka innych, które możecie zobaczyć na zestawieniu. Różnią się zdecydowanie ceną. Czy któryś z nich możecie polecić konkretnie? Że się sprawdza naprawdę w awaryjnych sytuacjach i warto dać za niego nawet 80zł? (przyznaję, że dla mnie ta cena jest zdecydowanie zbyt wygórowana jak za antyperspirant, wiem jednak, że są osoby, które mają ogromny problem z poceniem się i za coś skutecznego są w stanie zapłacić sporo).