Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Mapa polskich szpitali.

Blisko rok minął od mojego wpisu, w którym przybliżyłam Wam jakie prawa mają opiekunowie hospitalizowanych dzieci. Na koniec mojego posta poprosiłam Was o wypełnienie króciutkiej ankiety, zawierającej pytania odnośnie aktualnej sytuacji na oddziałach pediatrycznych. Jej wyniki znajdziecie na końcu. Dowiecie się z nich o wysokości opłat w szpitalach większości polskich miast. O tym, co w ramach tej opłaty przysługuje (np czy dostaniesz osobne łóżko, czy w sali będzie wc itp) oraz na jakie niestety niedogodności możecie trafić. Mam nadzieję, że będą one podpowiedzią gdy przyjdzie Wam wybrać się z dzieckiem do szpitala.


W ferworze ciąży, narodzin drugiego syna zapomniałam zupełnie o ankiecie. Wybaczcie. Myśl o niej wróciła dwa tygodnie temu, gdy ponownie trafiłam do szpitala we Włoszczowej, który już kiedyś odwiedziłam z małym Mateuszem. I tym razem zastałam bardzo dobre warunki, a jako mama zostałam potraktowana z należytą godnością. Wszelkie zabiegi przy Antku odbywały się za moją zgodą oraz w mojej obecności. Lekarze na bieżąco (tak, tak!) informowali mnie o stanie jego zdrowia i prowadzonym leczeniu. Nie musiałam nigdzie chodzić, dopytywać. Godzinę po tym jak pobrano Antosiowi krew, zrobiono rtg, przyszła Pani doktor i poinformowała mnie o wynikach. Przedstawiła plan leczenia, odpowiedziała na pytania krążące w mojej głowie, uspokoiła. Wpadała zajrzeć do synka, nie tylko podczas obchodu. Ujęła mnie tym bardzo. Pielęgniarki były delikatne i troskliwe. Traktowały mojego synka jak dobre ciocie. Gdy któregoś wieczora nie mógł zasnąć, przyszły, wzięły na ręce i zabawiły. Mnie samej pomogły, gdy w nocy złapał mnie ból woreczka żółciowego, zaprowadzając na nocną opiekę. Wdzięczna też jestem jednej z Pań za pomoc z zatkanym uchem. Dla mnie to takie nieporównywalne po tym co przeszłam tu w Krakowie, po narodzinach Antka. Że można z sercem do pacjenta, do opiekuna. Ozłociłabym te Panie, gdybym mogła. Medal dała. Wdzięczna jestem niezmiernie każdej napotkanej tam osobie.  W całym tym chorobowym nieszczęściu dziękuję Bogu, że trafiliśmy do tego szpitala.

Na sali akurat byliśmy sami. Nie było wielkiego obłożenia, ale wszystkie sale są max dwuosobowe. I choć pamiętają jeszcze czasy moich narodzin (po małym remoncie) to na prawdę czułam się tam komfortowo. Miałam swoje osobne łóżko (spałam z Antosiem, ale na wyciągnięcie ręki było również łóżeczko). W sali znajdywała się umywalka oraz wanienka dla dziecka. Na korytarzu wc i prysznic. Dostęp do kuchni, lodówki, mikrofalówki. Wielka sala zabaw z ogromem zabawek, co by starszaki się nie nudziły zbytnio. Na korytarzu automat, dzięki któremu można było wykupić dostęp do wi-fi, tv, e-booków.

Chciałabym, aby podobny standard był we wszystkich polskich szpitalach. Gorąco wierzę, że jeśli będziemy głośno mówić o problemie (a ten niestety istnieje – jak zobaczycie zaraz w wynikach ankiety) to wspólnie uda nam się coś zmienić. Szczerze mówiąc temat aż się prosi, by ktoś tam na górze się tym zajął. Może macie swój pomysł jak sprawić, by ordynatorzy oddziałów dziecięcych pochylili się nad tematem i zapewnili matkom oraz opiekunom godne warunki w swoich placówkach? Piszcie, może razem uda nam się coś zdziałać. Pociągnąć za odpowiednie sznurki. Nagłośnić, by dotarło do odpowiednich uszu. Sprawić, by dziecko i rodzic dostało godne warunki na oddziale. Takie na jakie zasługują. By matka czy ojciec nie musieli przez cały pobyt spać na zimnej szpitalnej podłodze i prosić się lekarzy o informacje na temat zdrowia swojej pociechy.


 

Wyniki. Wybaczcie, że nie są poukładane w kolejności alfabetycznej. Ponad setka ankiet- przy małym dziecku nie do ogarnięcia tak jak bym chciała. Na początek miasta, z których dostałam najwięcej odpowiedzi. Jeśli ktoś nie wypełnił ankiety, a chciałby to zrobić jeszcze może: ANKIETA – Mapa szpitali przyjaznych matkom.

Dane pochodzą z 2015 roku. Obecne ceny i warunki mogą się minimalnie różnić. Opinie nt szpitali są cytowane bezpośrednio z ankiet. Każda ankieta jest anonimowa.

Postaram się w miarę na bieżąco aktualizować wyniki. W komentarzach również możecie wpisywać swoje doświadczenia. Niech będą opinią dla innych rodziców.

Mapa szpitali przyjaznych rodzicomKraków-2Kraków-3wARSZAWAPoznańpozostałe-1pozostałe-2pozostałe-3pozostałe-4pozostałe-5pozostałe-6pozostałe-7pozostałe-8

 

I mały dodatek spoza PL 😉

eDYNBURG

Ps. Będzie mi miło jeśli udostępnicie wpis dalej.

mapa

WPIS dotyczący praw opiekunów: Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Kto płaci za pobyt matki?

ANKIETA: Mapa Szpitali przyjaznych matkom.

Ciasto marchewkowe – zdrowa alternatywa

Przepis na marchewkowe specjały już się kiedyś na blogu pojawił. Marchewkowymi muffinkami zajada się Mati od małego. KLIK

Tym razem coś dla nas, dorosłych lub dla starszych dzieciaków (mój trzylatek wcinał, aż mu się uszy trzęsły).

Zdrowa wersja ciasta marchewkowego. Smaczna i prosta w przygotowaniu. Proporcje na oko (serio, tu nie ma co zepsuć, ciasto i tak nie wyrasta, więc o zakalec martwić się nie musimy).

 

Potrzebujemy:

– około kilograma marchewek (trzemy na drobnym oczku lub puszczamy przez wyciskarkę- wtedy bierzemy tylko „odpad” a sok pijemy na zdrowie)

– 2-3 szklanki płatków owsianych (dałam błyskawiczne, ale można i górskie)

– 4 jajka

– szczypta soli, 1,5 łyżeczki przyprawy do piernika

– 3- 4 łyżki miodu (dałam wielokwiatowy)

– łyżeczka sody oczyszczonej

– 2 garście orzechów (włoskich, ale można zrobić miks np z laskowymi, nerkowca, migdałami- wszystko drobno siekamy, można w blenderze)

– 2-3 łyżki oleju kokosowego (nierafinowanego! ma pachnieć:) )

Do posmarowania serek naturalny (np Mocarz (świetny skład!), Prsident, Philadelphia itp)

 

DSC_0158

Marchewkę obieramy, trzemy na najdrobniejszym oczku. Odciskamy sok. Ja użyłam wyciskarki, więc wióry były suche. W takim przypadku potrzeba mniej płatków owsianych. Płatki mielimy w blenderze na mąkę – zwykle około 20 sekund. Ma wyjść mąka. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę ze szczyptą soli. Dodajemy żółtka i delikatnie mieszamy. Następnie dodajemy startą marchew partiami. Mieszamy. Znów dodajemy mąkę z płatków i wszystkie przyprawy, 2 łyżki miodu i orzechy. Mieszamy oczywiście. Na koniec dodajemy 2 łyżki oleju kokosowego. Zgadnijcie co robimy? Podpowiem- mieszamy 😉

Małą blaszkę smarujemy pozostałą 1 łyżką oleju kokosowego. Ciasto wykładamy. Równamy i wkładamy do nagrzanego na 175 stopni piekarnika. Pieczemy około godziny (trzeba zaglądać- im niższe ciasto z uwagi na wielkość blaszki, tym krócej pieczone).

Po wystygnięciu wierz możemy posmarować delikatnym, kremowym serkiem z domieszką miodu lub soku cytrynowego.

Ciasto jest ciężkie, mokrawe.

Optymizm ekspensywny czy obronny? Co wolisz?

Nowy Rok to dobry czas, by poczynić jakieś postanowienia. To czas dobry na zmiany, o ile oczywiście wierzymy, że coś uda się zmienić. Dlatego ja zwykle niczego sobie nie obiecuję. Żadnych cud diet, wygranej w totka czy lotu na Marsa. Bo nie wierzę, że się uda.

Jeden jedyny wyjątek zrobiłam 7 lat temu, gdy postanowiłam rzucić palenie. Byłam całkowicie pewna, że tego chcę. Udało się i od tamtej pory jestem wolna od nałogu. Zrobiłam to dla siebie, dla stanu swojego zdrowia.

 

Odkąd jestem mamą, dbam głównie o zdrowie swoich dzieci. Ważne jest dla mnie to, co jedzą, czym oddychają, jak żyją. Skupiając się jednak na nich, poniekąd zapomniałam o sobie. Staram się w miarę zdrowo jeść ze względu na Antka. Jednak brak ruchu, odpowiedniej ilości świeżego powietrza, słońca, nadprogramowe kilogramy ciążowe i stres sprawiają, że moje ciało powiedziało PAS.

 

Któregoś grudniowego popołudnia dostałam zaproszenie do wzięcia udziału w projekcie „Zostań optymistą w 30 dni„. Pierwsza myśl była – rany, nie mam czasu na takie pierdoły. Przeczytałam jednak założenia programu i gdzieś między wierszami dotarło do mnie, że nie jestem szczęśliwa. Nie jestem, bo nie myślę o sobie. Dlatego postanowiłam po raz drugi zrobić wyjątek i złożyć sobie noworoczne postanowienie. ZADBAM o SIEBIE, nie tylko o innych.

 

Mam tu na myśli przede wszystkim swoje zdrowie. Dobrze wiem, w którym momencie je zaniedbałam i jak wiele pracy przede mną. Niestety odczuwam już skutki swojego zaniedbania.

 

Patrzę jednak na tę sytuację i wyciągam wnioski. Pozytywne. Bo przecież lepiej późno niż wcale. Szklanka jest do połowy pełna, nie pusta, co uświadomiłam sobie po raz kolejny, czytając artykuł na stronie revitasens.pl

 

Spisuję więc swoje postanowienia. I nawet jeśli w 100% nie uda mi się osiągnąć założonego celu, to mam świadomość, że przynajmniej się staram. Nie nastawiam się biernie.

 

  1. W pierwszej kolejności zadbam o odpowiedni poziom wit D w organizmie. Już będąc w ciąży pisałam Wam, że mam ogromne niedobory tej witaminy. Mój cel na ten rok to wyrównanie poziomu do naprawdę optymalnych wartości, które pozwolą mi cieszyć się dobrą formą i pożegnać wszelkie niedogodności związane z niedoborem. Ospałość, nerwowość, niewesołe myśli, suchą skórę.
  2. Przyjrzę się rygorystycznie swojej diecie. Chciałabym w dużej mierze wyeliminować cukier oraz gluten. Jeść więcej warzyw. Może uda mi się odłożyć na porządną wyciskarkę do soków?
  3. Ruch. Celowo nie piszę sport. Podziwiam wszystkie koleżanki wrzucające zdjęcia z siłowni, biegające. Ja wiem, że z moim brakiem systematyczności może być ciężko. Dlatego obiecuję sobie codzienną porcję ruchu w postaci spaceru. A, że mam niemowlaka w domu, tej obietnicy dotrzymać ciężko być nie powinno. Jeśli dodatkowo uda mi się zapisać na bieżnię i nie szukać powodu do wymigania się po 1 razie, to już będzie dobrze.
  4. Słońce i odpoczynek. Wybiorę się na wakacje. W ciepłe i słoneczne miejsce. Może znów Chorwacja. A może gdzieś indziej.
  5. Poprawię sobie nastrój i zadbam również o wygląd. Zmienię fryzurę, kupię trochę nowych ciuchów, dodatków. Na wakacje zrobię sobie rzęsy, żeby nie musieć używać tuszu. Wybiorę się też gdzieś, gdzie zrobią mi porządny masaż pleców.

 

Zrobię to wszystko dla siebie. Egoistycznie. O!

Jako że wszystkie te punkty nierozerwalnie wiążą się z potrzebą gotówki, a nie chciałabym przyprawić męża mego o zawał (na wakacje to jednak fajnie mieć towarzystwo) poproszę Was o pomoc. Numer konta wyślę w wiadomości prywatnej wszystkim, którzy zechcą mnie wesprzeć. No dobra, żartowałam!

 

Wierzę, że i Wy macie swoje noworoczne postanowienia, które mogą wymagać zastrzyku finansowego. Nie będę taka okropna i dziś zadowoli mnie fakt, że też o siebie zadbacie, motywując mnie do działania i dzieląc się swoim optymizmem! Jeśli Wam go na co dzień brakuje, tak jak wielu innym, możecie skorzystać ze wspomnianego programu (http://www.revitasens.pl/program). Program jest darmowy, do niczego nie zobowiązuje. Być może pomogą nam zmienić choć odrobinę nastawienie do życia, a nasze noworoczne postanowienia spełnią się w oka mgnieniu 😉

 

Spoko koko, nie jest to żaden link afiliacyjny. Im więcej z Was się zapisze (do czego nie namawiam a zachęcam), tym większa szansa, że dostanę jeszcze kiedyś zlecenie napisania posta i uzbieram chociaż na karnet na siłownię. A wtedy to już głupio byłoby nie chodzić, co nie? 😉

 

Dodam, że jeśli chcecie, możecie też otrzymać zupełnie za free opakowanie produktu Revitasens, którego producent jest pomysłodawcą programu. Składniki preparatu pomagają w utrzymaniu równowagi emocjonalnej i prawidłowego nastroju. Czyli dla nerwusów (takich jak ja), dla tych, którzy nie mogą się skupić (np. przed sesją), dla zestresowanych. Osobiście jeszcze nie stosowałam (a przydałoby się), bo nie zaleca się matkom karmiącym, ale skład jest całkiem naturalny i przyzwoity. Kwasy tłuszczowe DHA, kwas foliowy, witaminy z grupy B i niejaki L-tryptofan, którego nazwę specjalnie wrzuciłam w wujka Google i dowiedziałam się, że nazywany jest PIGUŁKĄ SZCZĘŚCIA (hell yeah!).

 

To jak, zbudujemy optymistyczny, blogowy krąg? 🙂

Baby blues czy depresja? Mnie to nie dotyczy. Czy aby na pewno?

Baby Blues, trochę o nim słyszałam. W pierwszej ciąży.

Teraz w ciąży z Antkiem głowy sobie nie zaprzątałam tematem. Bo i po co? Skoro za pierwszym razem było idealnie to i teraz nie mogło być inaczej.

Wszystko miałam zaplanowane, idealnie poukładane. Miało być naturalnie i po mojemu.

A potem odeszły mi wody… Zupełnie nie w porę, choć wiedziałam już wcześniej, że się zaczęło. Biegłam do salonu, a wody kapały na podłogę. Obudziłam mamę. Buziak w czółko Matiego, moja ręka na jego delikatnym ramionku i niema obietnica. Wrócę syneczku szybciutko. Przekraczam próg. Nie ma strachu. Jest tęsknota.

Środek nocy i taksówka, która nie chce przyjechać, mimo że miała być za 7 minut. Stoję przed blokiem, trzymając się pałąka bagażówki. Czuję parcie. Nie skurcze. I powiew zimnego powietrza na kostkach stóp, które doskonale studzi emocje. Mam na sobie szare legginsy do łydek i górę od pidżamy, w której położyłam się spać. Niebieskie chipie i parkę w kolorze khaki. To ważny szczegół, pewnie za 20 lat ze śmiechem będę wspominać fakt, że zapomniałam ciuchów, jadąc na porodówkę.

Jest położna. Bada mnie. Rozwarcie na 6 cm. Czuję lekkie skurcze. Piszą się na ktg. Może zaraz urodzę. Ekscytacja.  Trafiam na salę porodową, tę samą, w której na świat przyszedł Mateusz. Nie do domu narodzin, jak planowałam. Choć przecież wszystko jest prawidłowo. Przeszłam wstępną kwalifikację. Mówię o tym. Zwątpienie.

Przychodzi lekarka. Bada. Rozwarcie na 2 opuszki. Jak to? Godzinę temu było na 6 cm!

Okłamała mnie. Osoba, która miała przyjąć mój poród, powitać na świecie moje dziecko okłamała mnie…. Jak mam jej zaufać? Akcja porodowa hamuje. Siedzę na piłce, kołysząc biodrami, a łzy ciekną mi ciurkiem. Tęsknię za Mateuszkiem. Mam ochotę stąd uciec. Rezygnacja, dół.

Jesteś. Cudownie mięciutki z aksamitnymi w dotyku włoskami. Leżysz przy mnie, szukając mojej piersi. Euforia. Radość. Miłość. Niedowierzanie. Boże, synku jak ja Cię kocham.

Zabierają go, zawiniętego w rożek zrobiony z poszewki szpitalnej. Jest w niebieskim, wypłowiałym kolorze. Sięgam do torby po woreczek opisany „Witaj na świecie maluszku”, gdzie równo poukładałam ciuszki, które miał po raz pierwszy na siebie założyć. Woreczek opisany, by mąż nie miał problemu z odnalezieniem rzeczy w torbie. By nie zrobił wielkiego bałaganu. Trzymam w ręce woreczek, ale nie mam komu go dać. Położna wyszła, nie zwracając na mnie uwagi. Lęk.

Wraca po kilku minutach. Sadza mnie na wózku inwalidzkim, na nogach kładzie mi moją bagażówkę. Mija godzina. Cały czas czekam aż przyniosą mi dziecko, lecz zaczynam się już niepokoić. Czy aby na pewno wszystko jest dobrze? Strach.

Mija kolejne pół godziny. Nie wytrzymuję tej niepewności. Wstaję i trzymając się ściany, powoli idę na oddział noworodków. Czuję jak wnętrzności w moim brzuchu mi ciążą. Robi mi się słabo. Leży zawinięty w tę samą poszewkę co wcześniej. Dotykam jego główki, starając się jak najszybciej przełykać łzy.

Tulimy się. Mały ma żółtaczkę. Trafia do inkubatora. Proszę położne, by wołałaby mnie na karmienia. Słyszę, że nie ma takiej potrzeby. One nakarmią. Jak to? Ja chcę go karmić piersią. Nie ufam im. Dokarmiają jak leci, bez pytania. Proszę lekarkę, by przekazała, że mój syn ma nie być dokarmiany mieszanką. Nieliczna dobra dusza na całym oddziale, o czym przekonam się jeszcze później.

Wieczorny telefon z domu. W słuchawce Mateuszek. „Mama chodź do mnie”. Nie mogę się pozbierać. Dół.

Karmię co 2-3h, w międzyczasie odciągam. Jakieś 30-40ml. Kładę się i czuję jak pęka mi serce, słysząc kwilenie dziecka dziewczyny obok. Telefon wzywający na karmienie. Maksymalnie 20 minut bliskości. Odnoszę go i odciągam mleko. Nie chce lecieć. Idę pod gorący prysznic. Jest 4 w nocy. Odciągam jakieś 10ml. Więcej nie chce lecieć. Zanoszę to co mam. Po kilku minutach znów telefon. Dziecko jest głodne. Koło inkubatora stoi moja pusta butelka. Zabieram Antka. Kątem oka widzę inną butelkę. Z moją siarą!

Dół. Przepaść bez dna.

Południe. Są wyniki. Bilirubina nieznacznie spadła, ale wciąż jest podwyższona. Rozmawiam z lekarką. Szczerze. Wypisuję nas do domu. Na własne żądanie. Dom. Euforia. Starszy synek, jego ramionka wokół mojej szyi. Euforia. Wspomnienia. Dół.

Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół. Euforia. Dół.

Spotkał mnie tzw. baby blues. To łagodny rodzaj depresji poporodowej. Jak widać, to że po pierwszym porodzie mnie ominęło nie oznacza wcale, że przy kolejnym musiało być tak samo. Dotyczy około 50-80% kobiet po porodzie. Poradziłam sobie. Z pomocą i wsparciem bliskich udało mi się z tego wyjść, mimo że hormony wciąż jeszcze buzują. Typowy Baby Blues mija wraz z połogiem.

Przyczyn depresji poporodowej jest wiele. Zmiany hormonalne w czasie ciąży, porodu i połogu oraz stres związany z nową sytuacją i fizyczne wyczerpanie są głównymi jej przyczynami. Jeśli ciężarna lub ktoś z rodziny dojdzie do wniosku, że znajduje się ona w grupie ryzyka, powinni wcześniej zatroszczyć się o kobietę – może nawet nawiązać kontakt z lekarzem. Nie daje to wprawdzie gwarancji, że uchroni ja to przed depresją, ale jeśli nawet nie, to będąc już w trakcie terapii, na pewno szybciej powróci do zdrowia.

Jedną z terapii wspierających zdrowie psychiczne, szczególnie w przypadku depresji, jest wyrażanie emocji poprzez sztukę. W sieci możecie zobaczyć obrazy namalowane przez osoby z depresją, znajdziecie je na stronie „We are the people” Gallery www.wearethepeoplegallery.pl. Firma Glenmark zorganizowała warsztaty plastyczne na oddziałach szpitali psychiatrycznych, dzięki czemu pacjenci zmagający się z chorobą mogli wyrazić swoje uczucia poprzez malowanie. Już 1 grudnia ruszy ich sprzedaż, a cały dochód zostanie przekazany fundacjom dbającym o zdrowie psychiczne. Bardzo mi się podoba ta inicjatywa. Cel jest szczytny! Wykorzystanie choroby do walki z nią samą i fakt, że mówi się o tym głośno. Że człowiek chory jest po prostu osobą, która nie radzi sobie ze swoimi uczuciami i że warto podjąć różne kroki, by go zrozumieć.

Galerię akcji „We are the people” możecie znaleźć tutaj: www.wearethepeoplegallery.pl Zobaczcie, obrazy są naprawdę przejmujące. Może znajdziecie coś dla siebie?

 

 

 

 

Krakusie odpocznij od smogu. Odwiedź tężnię solankową.

Powinna być taka akcja promocyjna. Billboardy z hasłem „Krakusie odpocznij od smogu! Odwiedź naszą tężnie” „Zamiast smogu wdychaj sól” czy coś w ten deseń.

Dobra, poniosła mnie troszeczkę fantazja. Ale sądzę po prostu, że takie miejsca jak to powinny być bardziej reklamowane. A niestety nie są. Ja o tężni w Wieliczce dowiedziałam się przypadkiem od pediatry, która poleciła nam wybrać się tam w któryś dzień z dzieciakami. Dlatego polecam dalej, może jakiś Krakus lub zbłąkany turysta skorzysta. Zwłaszcza, że pod samą kopalnię aktualnie dojeżdża pociąg prostu z dworca PKP w Krakowie.

d

Na przybywających autem czeka parking w cenie 5zł/h. Żadne zdzierstwo. Wejście do tężni to wydatek 9zł dla osoby dorosłej. Dzieci do lat 4 wchodzą za free. W cenie biletu również wejście na taras widokowy. Warto pokonać te kilkadziesiąt (kilkaset?) schodów, bo wysiłek sprawi, że głębiej oddychamy.

c

A o to właśnie w tężni chodzi. Głęboko wdychać unoszące się w powietrzu drobinki soli. Inhalować na całego. Dzieciaki warto przegonić po wielkim placu tężni. Niech biegają na całego. Gwarantuję, że wieczorem padną do łóżek bez mrugnięcia okiem. I może jeszcze gdzieś katar zgubią po drodze. I kaszel.

Można też wziąć ze sobą rowerek lub hulajnogą. I po alejkach spacerowych w parku obok tężni pośmigać. Na plac zabaw uderzyć. Jest co robić z dzieckiem.

b

Fajne, zdrowe miejsce. Na kłopoty z katarem, zatokami, alergią, astmą, chorobami płuc itp. Na odpoczynek od codziennych spraw. Dla dużego i małego.

Tężnia działa od 2014 roku. Całkiem nowy projekt. Zachęcam Was gorąco do odwiedzenia. To był nasz pierwszy raz, ale na bank nie ostatni. Jeśli tylko będziemy mieć wolny weekend na pewno pojedziemy się inhalować.

a

Tu zaglądnijcie przed wizytą i poczytajcie coś więcej:

Tężnia solankowa w Wieliczce

Ps. Ubierzcie się ciepło. Wilgoć wewnątrz sprawia, że odczuwalność temperatury jest zupełnie inna.