Ściąga na gwiazdkę, czyli pomysł na prezent dla niej i dla niego

Ho, ho, ho. Grudzień prezentami stoi. I dobrze, bo któż nie lubi dostać coś miłego albo obdarować wyjątkowo bliską mu osobę. U nas maraton prezentowy listopad otwiera, a styczeń kończy (choć i luty serduszkowo- walentynkowy przecież). Urodziny,imieniny- Matiego, moje i męża, Mikołajki i gwiazdka.
Lubię sprawiać przyjemność bliskim mi osobom, tak samo jak z podekscytowaniem lubię otwierać niespodzianki dla mnie zapakowane. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy pomysł na prezent przyjść nie chce, a pójście na łatwiznę i kolejny portfel czy skarpetki do kolekcji wywołują co najwyżej uśmiech- politowania.
O ile z Matim problemów nie ma żadnych, bo dziecko zafiksowało się totalnie na punkcie koparek, pociągów i klocków duplo, tak z mężem ustaliliśmy już jakiś czas temu, że szczęściu trzeba dopomóc i pomysły na prezenty podsuwamy sobie sami. Przekrój cenowy dość szeroki, każdy coś dla siebie zawsze znajdzie. Poza tym ciągle tylko te prezenty dla dziecka i dla dziecka. A my dorośli to co? 🙂
Bez zbędnego marudzenia. Tegoroczna ściąga dla mojego męża  🙂

Pufa i koc z DUKA (1 i 2) chodzą za mną już jakiś czas. Wiecie, oczami wyobraźni widzę już te rzeczy w salonie w moim nowym drewnianym domku 🙂
Wyciskarka do soku to prezent, który posłużyłby całej rodzinie, ale na mojej liście rzeczy do kupienia jest już od dłuższego czasu. Tylko stale mi nie po drodze z tym wydatkiem i nie do końca wiem na co się zdecydować. Fajnie gdyby „ktoś” decyzję podjął za mnie 😉
Elektryczny pilnik do stóp Scholl (4)  oglądałam za każdym razem podczas swojej wizyty w Rossmannie. Kilka razy nawet wylądował w koszyku, by tuż przed kasą odłożyć go na półkę. Byłam bardzo grzeczna w tym roku, bo Mikołaj już mi go przywiózł (jupiiii). Relację z jego użytkowania zdam Wam na pewno, bo wart jest napisania słów kilku. Jednak już dziś mogę Wam ręczyć, że na prezent nadaje się idealnie. Zwłaszcza w takim fajnym zestawie z kremem i kosmetyczką jaki mam ja.
Perfumy– która kobieta ich nie lubi? Tych z Lancome nie znam, ale podoba mi się ich nazwa. Bo życie jest piękne, nieprawdaż?
Jestem gadżeciarą i w dość prosty sposób można mnie uszczęśliwić. Zatyczka do wejścia słuchawkowego Sonny Angel czy też fajne etui na mojego iPhone to coś co na pewno wywoła uśmiech na mojej buzi. Podobnie jak miła i ciepła piżamka. Ważne, żeby była wygodna i nadawała się do leniwego wypicia porannej kawy. Albo czekolady na gorąco o smaku Oreo (9). Choć zwykle nasz ekspres budzi nas poranną kawą, tak powyższej czekolady z chęcią bym spróbowała. A jak już znaleźliśmy się w kuchni to może jakaś książka kucharska do mojej kolekcji? 😉
Na koniec prezent, który w tym roku ucieszyłby mnie jednak najbardziej (11)  ;)))

A dla tych co podobne ściągawki lubią bardzo mogą też spojrzeć na listę, którą przygotował mój mąż 🙂

Mąż mój ma pewną niezwykle ważną zaletę. Co jakiś czas odnajduje w sobie pasję do jakiejś rzeczy, z którą wiążą się niewyczerpane możliwości prezentowe. I tak np przerabialiśmy zamiłowanie do aut terenowych (na szczęście mu przeszło, bo na gadżety związane z tym hobby nie uzbierałabym przez całe życie) czy klasyków (tu pasja trwa nieprzerwanie jednak z mniejszym natężeniem co nie oznacza wcale, że modeli vw u nas ubywa), wędkarstwo (zieeeeeeew- ile można kupować haczyków i spławików?) czy też od kilku lat sport pod postacią roweru.
Dzięki temu ostatniemu wybór prezentu w pewnym sensie jest znacznie ułatwiony. Odzież rowerowa czy akcesoria to rzeczy, które się niszczą i których tak naprawdę nigdy zbyt wiele. Wiem, że mój mąż nie pogardziłby nowymi butami (1), plecakiem (2) czy okularami.
Ostatnio będąc na jakiejś wystawie Timexa, zajawił się też na ich zegarek, jednak moja świnka skarbonka nie nazbierała jeszcze tyle drobniaków 😉
Perfumy, choć klasyk w zestawie prezentowym zawsze cieszą się uznaniem w oczach mojego męża (co się dziwić, zaoszczędzoną na perfumach kasę pewnie wyda na coś rowerowego w przyszłości 😉 ). Sprawdzone kosmetyki (5) to też strzał w 10. U nas akurat te z serii Homme Vichy. Mąż balsam, piankę i żel dostaje każdego roku (i zawsze ma równie szczęśliwą minę lub zawsze równie dobrze udaje 😛 ).
Mężczyzna mój w ciągu tego roku nabawił się nowego nałogu, a mianowicie nauczył się pić kawy. Zawsze się złości jak podbieram mu jego late, więc w tym roku na pewno pod choinką znajdzie kapsułki z ulubionym smakiem (7) oraz jakiś wypaśny kubek. Może nawet termiczny. I taki odjechany motoryzacyjnie? (6). A na rozgrzewkę coś mocniejszego, bo dobrą whisky nigdy nie pogardzi.(8).
I jeszcze mały bonus. Nie taki jak u mnie. Od dziadka. W tym roku zamiast golarek elektrycznych rządzą szczoteczki. (9).
 Wypatrzyliście coś dla siebie? 🙂

Zimowy powóz, czyli jakie sanki wybrać

Jedną z rzeczy, poza Świętami, która cieszy mnie na myśl o nadchodzącej zimie to jazda sankami. O ile oczywiście spadnie dostatecznie dużo śniegu.
Gdy byłam mała, jazda na sankach, a potem na łyżwach wypełniała cały mój, wolny czas.
Ta zima, to odpowiedni moment, by zaopatrzyć Mateuszka w sanki. Bardzo bym chciała, żeby Święty Mikołaj wrzucił przez komin coś takiego dla mojego synka 🙂 (nie mamy kominka, ale ciiii- zawsze może wejść tradycyjnie)

Już od jakiegoś czasu przeglądam sanki, bo choć wydawać by się mogło, że cóż to za problem kupić sanki, to wcale nie jest tak łatwo.

Wybór jest naprawdę spory. Sanki różnią się między sobą, designem, materiałem, z którego są wykonane.

A jakie są najlepsze dla rocznego malucha? Na pewno takie, na których będzie mu ciepło, więc po prostu trzeba zadbać o to by dzieciak był ciepło ubrany, bo jednak będzie przemieszczał się bliżej ziemi. Warto pomyśleć o dodatkowym śpiworku, jednak o nich będzie na końcu.

Na razie sanki. Do wyboru drewniane, metalowe i plastikowe. Te ostatnie dla mnie odpadają, bo kłócą się z moim wyobrażeniem. Z sanek będących w ofercie sklepów najbardziej przemawiają do mnie metalowe. Jednak sentyment do drewna, nie pozwala dokonać wyboru na rzecz tych drugich.
I tym samym jestem w kropce, bo sanki, które sobie wymarzyłam są poza moim zasięgiem.

A marzą mi się takie starodawne, wykonane z twardego drewna bukowego. Nie takie chińskie, które po roku używania będą nadawać się na szrot. Muszą mieć oparcie, co jest logiczne w przypadku malucha. I jeszcze coś… tzw. baranie rogi. No muszą! A jakby jeszcze miały takie wysięgniki na rogach, na których mogłabym zawiesić malutkie dzwoneczki to już w ogóle będę w pełni usatysfakcjonowana.

Wpadło mi w oko kilka modeli, dostępnych za oceanem. Wyszukiwarka na polskich stronach wyrzuca mi tylko chińskie koszmarki.

Powyższe propozycje to sanki, które najbardziej trafiają w mój gust. Są to modele firm takich jak Paris Company czy Lucky Bums. Niestety, o ile dostępne to poza granicami naszego kraju. No i cena, bo z wysyłką to koszt rzędu 200$. Tyle kasy za sanki to ja nie dam…

Ale szukam i wierzę, że w końcu znajdę coś co w głowie siedzi. Nadziei nie tracę, bo niedaleko mnie jest sklep, który latem w ofercie ma retro rowery, a zimą przed sklepem stoją piękne, starodawne, drewniane sanie. Coś czuję, że oni mogą mnie zaskoczyć. Tylko muszę się tam wybrać.

Poinspirujmy się jeszcze trochę.. Bardzo chciałabym, któreś z tych… Ktokolwiek widział w Polsce?

Lucky Bums– genialne, bo składane. Mimo, że nie mają baranich rogów urzekły mnie najbardziej.

Firma ma jeszcze w ofercie coś takiego. Dla dorosłych i trochę starszych dzieci. Od razu mi się górka zamarzyła 🙂

Do kupienia TU.

I takie…

Dostępne TU.

Z duszą. Naprawdę piękne. Oczywiście nie dla niemowląt, ale chciałabym coś takiego mieć 🙂

Wspominałam o zaczepianych dzwoneczkach… te nadałyby się idealnie.

A może sanie? 🙂

Kurczę, coś jest w tej farbie, w jej kolorze, że mi się tak podoba i miło kojarzy.

I jeszcze ten typ sanek, również dla starszaka.

http://images.cdn.bigcartel.com/bigcartel/product_images/81191421/max_h-1000+max_w-1000/Wooden_Sled_LOGO.jpg

 

Cudne!

Chcieć, a móc to dwie różne kwestie, więc najprawdopodobniej skończy się na czymś takim. Na pewno posłużą nam dłużej. Po zdemontowaniu dodatków robią nam się zwykłe sanki. Śpiworek też fajny, bo z odpinanymi nóżkami, co chyba ma znaczenie w przypadku dziecka chodzącego.

Na klasyczne drewniane raczej się nie zdecyduje, bo niestety opinie krążące po forach nt ich jakości nie przemawiają za ich kupnem.

A jakie Wy macie doświadczenie w temacie?

Nowe odkrycie Tape à l’oeil

Pisałam już kiedyś, że uwielbiam wszystko co francuskie? Pisałam!
No, to znów się potwierdziło.

Gdy tylko zobaczyłam szyld, kolorowe balony, a na wieszakach malutkie spodenki i t-shirty dla mojego Mateuszka przepadłam. W dodatku w paseczki. Bo wiedzieć musicie, że ten wzór jednak darzę miłością dozgonną.

O czym mowa? O nowym sklepie Tape à l’oeil, który został dziś otwarty w centrum handlowym tuż obok mojego miejsca zamieszkania.

Miałam oszczędzać, ale przysięgam, no nie da się! Zwłaszcza, gdy kuszą człowieka na każdym kroku.
Nie dość, że wszystko ładne to jeszcze te promocje….

Mam jednak usprawiedliwienie. I tak miałam w planie zakup bawełnianych szortów dla Mateuszka, stąd moja wycieczka do centrum handlowego.
A to, że takie jak akurat poszukiwałam trafiły się w dwupaku…i do tego promocja, to jak nie skorzystać?

Oto, co kupiłam.

Koszulkę dorzuciłam właśnie z uwagi na trwającą promocję, która polegała na…

Spodenki oczywiście musiałam przymierzyć.
Tzn. Mati musiał. Potem szybkie zdjęcia dla Was i całość do prania.

Kojarzą mi się bardzo wakacyjnie, stąd styl zdjęcia…

Spodenki leżą bardzo fajnie. Ciuszki wykonane są z mięciutkiej bawełny, bardzo starannie uszyte. Nie ma mowy o wystających nitkach, złych przeszyciach itp.

Bardzo podoba mi się krój szortów. A zwłaszcza przeszycia na pupce oraz urocze kieszonki z przodu.

Nie wypowiem się jeszcze na temat tego jak się będą zachowywać materiały po praniu, ale sądząc po pierwszym wrażeniu powinno być dobrze. Na pewno dam Wam znać.

Jeśli będzie tak w rzeczywistości to mogę śmiało stwierdzić, że znalazłam alternatywę dla moich ulubionych ciuszków z KappAhl i H&M.

A tu szybki przegląd niemowlęcej kolekcji. Muszę jeszcze dodać, że w ofercie sklepu poza rozmiarem 68 i 74 znalazłam na wzrost 71cm. Fajnie, bo to w sam raz na Mateuszka w tym momencie 🙂

Powyżej nasze spodenki.

A poniżej nasz t-shirt.

I coś dla małych kobietek.

I dla małych okruszków.

Bardzo Lubię to!

A tak wyglądał dziś sklep T-A-O.

Zdjęcia ubranek oraz sklepu zapożyczyłam ze strony Tape à l’oeil oraz z profilu t-a-o na FB.

Pieluszki rozm. 3 pod lupą

Zaczyna mi wchodzić w krew testowanie pieluszek.
Tym razem pod lupą rozmiar 3, przeznaczony dla niemowląt o wadze od ok. 5- 9kg. Pieluchy w tym rozmiarze są stale przez nas używane, choć w zanadrzu czeka już paczka w rozmiarze 4.
Notka tak naprawdę jest dziełem przypadku, gdyż zbieg okoliczności sprawił iż poza Pampersami, które używamy na codzień kupiliśmy paczkę Huggies’ów.
Jak wiecie z poprzedniej notki, w której opisywałam wrażenia po przejściu z rozmiaru 2 na 3- TU, sprawdziły się u nas Pampersy Active Baby. Skusiłam się też raz na zakup pampków Sleep&Play.
Tak, więc na temat tych 3 rodzajów pieluch napiszę dziś słów kilka.

 

Wszystkie trzy pieluchy wyglądają podobnie jeśli chodzi o krój i wykończenie z przodu.
Jak widać różnią się grafiką.


Pampers Active Baby

Tym pieluszkom jesteśmy wierni od samego początku. Tak się złożyło, że sprawdziły się u nas idealnie, więc szczerze mówiąc nie rozglądałam się zbytnio po rynku za innymi. Zwłaszcza, że dość często w okolicznych hipermarketach robią na nie promocje i za giga pak 150 szt. płacimy niecałe 80zł. Co daje ok. 0,53gr na pieluszce.
Sama pieluszka niczym nie różni się od tej w rozmiarze 2. Ma identyczny krój, wypełnienie, rozciągliwe boczki. Nie zdarzyło nam się, by odparzyła Mateuszka. Używamy ich (rozmiaru 3) bodajże od ok. 3 miesiąca życia Matiego i jak na taką ilość sztuk przeciekły może 3 czy 4. Powodem zawsze było złe zapięcie. Sprawdzają się zwłaszcza teraz, gdy Mati przesypia całe noce, więc nie zmieniam mu pieluszki.
Po około 12h pieluszka waży tonę i jest gigantycznych rozmiarów, ale mimo tego cała zawartość pozostaje w środku zmieniając swą konsystencję w żel.
Pieluszka jest mięciutka, ładnie dopasowuje się do ciałka młodego, nic nie uwiera, nie obciera.
Jedna wada- śmierdzą. Ten specyficzny zapach czuć już w opakowaniu, po połączeniu z moczem nie da się go nie wyczuć.

Nasz hit, stale i wszędzie.

Pampers Sleep&Play

Pieluszki te kupiłam czytając dobre opinie innych mam. Niestety, u nas się nie sprawdziły. Dwa razy sprawiły, że pupka Mateuszka zrobiła się czerwona.
Boczki są sztywne, nierozciągliwe,wykonane ze sztywnego materiału- coś a’la fartuchy lekarskie tylko twardsze. Stale mam wrażenie, że pielucha jest źle zapięta i nie współpracuje z dzieckiem. Być może to jest powodem braku dopływu powietrza i tym samym zaczerwienienia. Ogólnie jest miękka, zapach troszkę różni się od Active Baby.
Dużo niższa jest też cena, gdyż bez promocji za pieluszkę zapłaciłam ok. 0,50gr.
Jednak nie kupię kolejnego opakowania. Wykańczamy obecne zakładając pieluszkę na godzinę przed kąpielą, w innym przypadku boję się, że przy dłuższym użytkowaniu odparzy małemu pupę.

Huggies Super Dry

Zakup tych pieluszek to czysty przypadek. Podczas spotkania mam blogerek, mój mąż miał okazję zapoznać się z mężem Marceliny. Panowie wymienili spostrzeżenia na temat pieluszek używanych przez ich chłopców! 😉 Tym samym mój B. dowiedział się, że Huggiesy są tak samo chłonne jak pampki, ale nie pęcznieją tak bardzo. No i nie śmierdzą. A przy tym, w związku z wycofywaniem się producenta z rynków europejskich można je kupić w sklepach za 50% wartości.
Trafiliśmy na nie podczas wizyty w Tesco. Były akurat w rozmiarze 3. Paczka 128 szt. w cenie ok. 43zł.
Opłaca się bardzo, bo to ok. 0,33 za szt.
Muszę też przyznać, że potwierdziła się zasłyszana opinia. Pieluszki są chłonne, tak jak w przypadku Pampersów przez całą noc nic nie przeciekło.
Różnica polega w elastyczności. Huggiesy posiadają rozciągliwą gumeczkę na pleckach zamiast boczków. Dzięki temu fajnie dopasowują się do ciałka dziecka i dobrze współpracują. Wkład chłonny umiejscowiony jest na całej długości pieluszki. Pieluszka jest odrobinę sztywniejsza niż pozostałe.
W moim odczuciu pieluszki są bardzo fajne. Nie widzę różnicy w użytkowaniu pomiędzy tymi, a pampkami Active Baby. A skoro nie ma różnicy to po co przepłacać?
Jeżeli trafię na rozmiar 4 w takiej promocji to z pewnością zakupię.

PS. W zestawieniu brakuje pieluch DADA. Zużyliśmy 1 małą paczkę i niestety w miejscu zapięcia pieluszki pojawiało się uczulenie 🙁

Ciążowe hity i kity ciuchowe

Ostatnio jedna z czytelniczek bloga poprosiła mnie abym wspomniała coś na temat odzieży dla kobiet w ciąży.
Żadna ze mnie fashionistka, więc cudów się proszę nie spodziewać.
Będąc w ciąży starałam się po prostu ubierać tak, aby było mi wygodnie i by brzuś nie był ściskany.
Jak każda kobieta starałam się przy tym ubrać tak, by czuć się dobrze i ładnie. Modnie? Hmm owszem, choć w przypadku odzieży ciążowej niejednokrotnie słowo to wiąże się nierozerwalnie z drugim- drogo. Niestety. Choć na wszystko można znaleźć jakieś rozwiązanie.
Choćby promocje, które uwielbiam jak większość z Was. Lubię ubierać się w sieciówkach, a jak wiadomo wyprzedaże trafiają się dość często. Korzystałam, więc z tej okazji.
Choć nie wszystkie sklepy oferują odzież dla przyszłych mam, a tak naprawdę jest ich niewiele (przynajmniej tych, które można spotkać w galeriach handlowych) możemy przecież też wstąpić na zwykły dział damski i poszukać czegoś co się świetnie nada- np. dłuższej tuniki, bluzki typu oversize czy luźne koszule.
Osobiście miałam kilka rzeczy, które teraz nazwałabym „must have” jeśli zaszłabym w kolejną ciąże. Trafiły się również istne kity, o których zaraz wspomnę.
Ciekawa jestem czy moje zestawienie pokrywa się z opiniami innych mam? 🙂
Ale zacznijmy od rzeczy, które naprawdę się sprawdziły i mogę je z czystym sumieniem polecić każdej przyszłej mamie.

HIT ciążowy nr 1- legginsy z H&M
Pewnie niejedna mama w tej chwili uśmiecha się pod nosem. Zakładam, że jak i u mnie, tak i u pozostałych kobietek w końcu przyszedł czas, aby wskoczyć w legginsy. U mnie nastąpiło to dość szybko, bo gdzieś w 5 miesiącu, ale wiem, że jest sporo wytrwałych mam, które z tą odzieżą przepraszają się dopiero w 7-8, a nawet 9 miesiącu. Nie wiem skąd mój początkowy opór do legginsów, okazało się bowiem, że to najwygodniejszy ciuch, który można sobie sprawić posiadając rosnący brzuszek. Nic nie krępuje ruchów, nie ciśnie, nie wżyna się, a przy tym pięknie podkreśla naszą piłeczkę.
Warto jednak rozejrzeć się za takimi, które po ubraniu nie będę ukazywać naszej bielizny, a w miejscu gdzie są szczególnie naciągnięte nie będą się świecić. To niestety wygląda mało estetycznie i chyba dlatego miałam takie opory przed kupnem. Ale trafiłam na legginsy z h&m, które wszystkie moje obawy rozwiały. Pierwsze legginsy zakupiłam właśnie w 5 miesiącu, kolejne  chyba w miesiąc później. Mam zarówno wersję 3/4 jak i długie. W kolorze czarnym- pasującym do wszystkiego. Służą mi do tej pory. Pomimo tylu miesięcy używania, częstego prania wciąż wyglądają jak nowe. Ubieram po domu zamiast spodni dresowych, panel fajnie maskuje brzuszek pociążowy- nic nie wisi- ani materiał, ani brzuś 😛 Dobra alternatywa dla pasa poporodowego, którego nie kupowałam.
Dodam jeszcze, że przez całą ciążę nosiłam rozmiar S tych legginsów i dobrze leżały, więc nie trzeba kupować na wyrost.
Cena 39,99zł. Nie dużo i nie mało jak na legginsy. Jednak patrząc na długość eksploatowania- warto zakupić.
Z czystym sumieniem daje im 5/5.
Z legginsów kupiłam również swego czasu 2 sztuki w Lidlu. Gatunkowo bardzo fajne, mięciutkie, nic się w praniu nie działo. Jednak panel na brzuszek nie był podszyty i tym samym ściągał się w dół. Być może dlatego, że wzięłam większy rozmiar- L i był po prostu zbyt duży na mnie. Cena około 20zł- być może się jeszcze trafią.
HIT ciążowy nr 2 – bluzki poszerzane na brzuch
U mnie hitem okazały się te z H&M, choć nie upieram się przy ich kupnie. Chodzi po prostu o fason, w którym dobrze się czułam. A mianowicie dopasowane w biuście i lekko odcinane na brzuchu. Rozpinane na piersiach, dzięki czemu służą mi do tej pory przy karmieniu. Do tego posiadają podwijane rękawy, dzięki czemu nadają się na cieplejsze dni, ale i te bez słonka.
Posiadam sztuk dwie. Jedną kupiłam w sklepie, a drugą w granatowym kolorze udało mi się upolować za śmieszne pieniądze w sh. Niestety nie znalazłam zdjęcia, ale coś w ten deseń, tylko z przeszyciem pod piersiami.
 Ode mnie również 5/5. Na pewno zakupię jeśli spowrotem „zachoruję” na brzusia 🙂
HIT ciążowy nr 3 – topy
Nie wyobrażam sobie przetrwania ciąży bez tego typu bluzek. Primo- podkreślały moje krągłości, dzięki czemu czułam się kobieco. Secundo- było mi w nich wygodnie. Tertio- wystarczył dodatek w postaci sweterka, marynarki, apaszki czy biżu, by zmienić jego oblicze. To tak jak w przypadku ciuchów na codzień, nie ma różnicy jeśli chodzi o odzież ciążową. Wychodziłam z założenia, że rosnący brzuszek jest moim atutem, a nie powodem by go ukrywać pod szerokimi t-shirtami.
Te konkretne pochodzą z H&M, ale ja kupowałam również w sklepach, które nie oferują ciuszków dla przyszłych mam. Sporo kupiłam w Butiku, bo akurat krój miały fajny- tzn były dłuższe i na tyle rozciągliwe, że spokojnie brzuszek się w nich mieścił. Wracając jednak do powyższych z serii h&m mama- uważam, że warto. Cena 29,99zł jak na ciuch ciążowy nie jest wygórowana.
Moja ocena 5/5.
Hit ciążowy nr 4- sukienki
Najzwyklejsze dzianinowe, odcinane pod biustem, bądź z tymi marszczeniami na talii. Mi osobiście bardzo przypadły do gustu, zwłaszcza jeśli potrzebowałam wyglądać bardziej elegancko niż na codzień.
Ja swoje kupowałam w Mothercare oraz w Orsay. Jednak niezliczoną ilość znajdziecie na allegro- naprawdę jest w czym przebierać.
Liczę na to, że gdy przyjdzie lato, bez obaw będę mogła je jeszcze ubrać. Choćby dlatego, że nie będzie problemu z karmieniem i troszkę zamaskują brzuszek, który niestety jeszcze do formy sprzed ciąży nie wrócił. Cena około 40-80 zł w zależności od sklepu.
Moja ocena 5/5.
Hit ciążowy nr 5- szorty i spodenki.
 Znów muszę polecić słynną sieciówkę, gdyż to właśnie tam udało mi się dostać szorty, które nie dość, że idealnie leżały przez cały czas, nie rozciągały się to w dodatku nie czułam różnicy w fakcie, że noszę odzież typowo ciążową.
Pierwsze z nich to szorty bawełniane z tzw. nadgarstnikiem (nie wiem skąd ta nazwa- jednak taka figuruje na metce). Nadgarstnik różni się tym od panelu, że jest to szeroka gumka powleczona materiałem, zszyta na zakładkę. Całość po ubraniu znajduje się pod brzuszkiem, nic nie uciska, nie uwiera. Przy tym delikatnie podtrzymuje brzuch- dobry efekt w końcówce ciąży lub przy sporym brzusiu.
Posiadam egzemplarz w kolorze granatowym w rozmiarze M- w ciąży były dopasowane, głównie w udach. Z uwagi na ich niekoniecznie ciążowy charakter z pewnością w wakacje jeszcze mi posłużą jako luźniejsze, sportowe spodenki. Cena około 50zł.
Moja ocena 5/5.
I kolejne szorty z H&M, które udało mi się upolować na wyprzedaży za bodajże niecałe 30zł. Wersja bojówkowa, z wywijanymi nogawkami. Posiadają materiałowy- elastyczny panel na brzuszek oraz wiązanie pod. Fajne i wygodne. Pasują do większości bluzek. Idealne na lato, gdyż są przewiewne.
Moja ocena 5/5.
Neutrale ciążowe
Są to rzeczy, które średnio przypadły mi do gustu (nie ze względu na fason czy kolor), jednak bez nich najzwyczajniej w świecie bym się nie obyła. Coś jak mała czarna w szafie, której wiadomo nie nosimy na codzień, ale przychodzi okazja i trzeba ubrać. Może porównanie nie do końca trafne, bo w tym przypadku chodzi mi o jeansy ciążowe. Na codzień chodzę w jeansach, bądź w legginsach z jeansu. Nie wyobrażałam sobie, że w ciąży będę musiała z tego zrezygnować. Niestety. Z ręką na sercu muszę przyznać, że bardzo ciężko trafić w takie, które będą leżały idealnie, zwłaszcza kiedy nie wiesz czy za 2 tygodnie w ogóle będziesz w stanie się w nie wcisnąć. U mnie problem był jeden, a mianowicie uda. Coś co było dobre w udach w biodrach było o rozmiar za duże. Śmieje się do męża, że mam uda jak murzynka lub J.Lo. Jest to jeden z moich odwiecznych kompleksów. Wybór spodni jeansowych to był koszmar.
Coś jednak utrafiłam. Oczywiście w H&M. Tak na marginesie- nie współpracuje w żaden sposób z tą marką, po prostu często uda mi się tam coś kupić i jest mi „po drodze”.
Spodnie typu alladyny.
Może nie najtrafniejszy fason przy mojej figurze. I przy okazji ciąży. Jednak były wygodne. Luźne w nogawkach, uniwersalne. Dostałyby 1 plusa więcej gdyby panel był bardziej opięty. Niestety przy luźnych bluzkach mi się zsuwał z brzucha. Plus za wiązanie pod brzuchem, dzięki któremu spodnie nie zleciały mi z tyłka.
 Cena około 80 zł.
Moja ocena 3/5.
Tregginsy.
Szukając spodni jeansowych pomyślałam o rurkach- legginsach, oczywiście z tego materiału.
Traf chciał, że znalazłam tzw. tregginsy. Zamiast panelu posiadają szeroką gumkę.
Fajne, bo czułam się w nich kobieco. Dość wygodne. Jednak problem z udami nie rozwiązany, po dodatkowych kilogramach uda zaczęły ciągnąć materiał w dół, więc ciągłe podciąganie spodni doprowadzało mnie do szału.
Dla dziewczyn o szczupłych nogach polecam w 100%.

Cena ok. 120zł.
Moja ocena 3/5.

No i kity, czyli coś co w moim przypadku okazało się kompletną porażką. Jestem pewna, że tego typu rzeczy nigdy więcej nie kupię.

KIT ciążowy nr 1- bluzki do karmienia z H&M.

Może nie do końca ciążowe, bo w tym przypadku jeszcze się sprawdzają. Gorzej jeśli chodzi o karmienie po porodzie. Zakładki na piersi są po prostu zbyt małe. I nie chodzi o rozmiar bluzki. Po prostu jest to tak uszyte, że moje dość małe piersi (miseczka C) bardzo niewygodnie się z nich wyjmowało i przy karmieniu stale musiałam trzymać i pilnować by się nie zsuwały. Klapa.

Dodatkowo cena- bardzo odstraszająca, bo za 2 sztuki 99zł.
Moja ocena 2/5.

KIT ciążowy nr 2 – koszula do karmienia- IF Felicity.

Kupowałam jeszcze będąc w ciąży. Mimo, że to blielizna stricte poporodowa, wrzucam w ciążową z uwagi na fakt, że zwykle tego typu zakupy dokonujemy jeszcze przed rozwiązaniem.
Mój kit nad kity. Sugerując się rozmiarówką producenta wzięłam rozmiar M. Zakładałam, że po porodzie jednak trochę brzuszka pozostaje, a biust jest pokaźniejszych rozmiarów. Nic z tego, pomimo dodatkowych centymetrów koszula najzwyczajniej w świecie jest jak worek. Nawet rozmiar S byłby ogromny, a biust będzie wypływał. Jednym słowem dla drobnych dziewczyn nie polecam.

Cena ok. 40zł.
Moja ocena 1/5.

Pozostając w bieliźnianych klimatach, z czystym sumieniem mogę polecić biustonosz marki Triumph Mamabel Plain. Posiadam 2 sztuki i z chęcią nabędę jeszcze jeden. Świetnie leży, trzyma biust jak należy, wygodnie się go nosi i szybciutko odpina miseczki.

Minusem może być tylko cena, choć prawda jest taka, ze za porządny biustonosz musimy dać troszkę więcej. Cena regularna to około 120zł. Jednak uwaga, warto polować na promocje. Jeden ze swoich egzemplarzy trafiłam na wyprzedaży w cenie 30zł. Warto? No, ba!

Moja ocena 5/5.

Na liście brak spódniczek. Niestety mało w nich chodziłam w ciąży. Jedyne jakie kupiłam to dzianinowe na allegro sztuk 3. Ubrałam może 2 razy. Nie bardzo, więc mogę się wypowiedzieć.

Poza tym w czasie ciąży nosiłam również różne bluzki i tuniki, które akurat na mnie pasowały i niekoniecznie nabyłam je na działach przeznaczonych dla ciężarnych.
Wystarczy się rozejrzeć po okolicznych sklepach, a na pewno coś wpadnie w oko i okaże się, że pasuje.

Na koniec dodam małą podpowiedź, głównie dla mam z Krakowa. Jeżeli chodzi o zakupy w H&M i wyprzedaże to polecam ten w M1. Dział dla mam jest dość dobrze zaopatrzony, a przez to, że sklep nie jest tak oblegany jak np w galerii krakowskiej bardzo łatwo znaleźć coś na promocji. I to w pożądanym rozmiarze.
Sporo rzeczy za małe pieniądze upolowałam też w sklepie Mothercare w galerii Kazimierz. Wyprzedaże tam są rzędu 70%, więc naprawdę się opłaca. Jednak sklep już jest zlikwidowany i pozostaje do dyspozycji krakowska lub Bonarka.