Hity 2014 roku u tere fere kuku

Pamiętacie naszą ubiegłoroczną listę hitów? Kolejny rok minął niepostrzeżenie, więc czas najwyższy i tym razem podsumować co szczególnie przypadło nam do gustu.
Lecimy. Zaczynając z listą hitów Mateuszkowych. Dość szeroka tematycznie. Produkty, które nasz synek specjalnie sobie upodobał oraz takie, które nam jako rodzicom okazały się przydatne w związku z opieką nad Młodym.

Listę otwierają klocki lego. I choć są hitem dopiero od jakiś 4 miesięcy to z całą stanowczością mogę stwierdzić, że opanowały ten rok. Najwięcej mamy duplo, ale wcale nie muszą być tylko tej marki. Doskonale sprawdzają się również podróbki np Unico, których mega wielkie opakowanie klocków podstawowych upolowaliśmy w Aldim za niecałe 40zł. Chociaż zestawy duplo, zwłaszcza te zawierające zwierzęta i pojazdy, a już na pewno pociąg są hitem nad hitami.
Pozycja nr 2 to jeździk grawitacyjny plasma car. O zaletach plasma car mogliście przeczytać już jakiś czas temu. Nic się od tamtej pory nie zmieniło. Wciąż go uwielbiamy całą rodziną.
Trójka (choć tu kolejność jest przypadkowa) to chusteczki Fitti i pieluchomajtki Pampers. O pantsach też już pisałam. Fitti natomiast to biedronkowy hit za niecałe 10zł/3 opakowania. Sprawdzają się dobrze, a ponoć i skład jest przyzwoity.
Fotelik rowerowy mimo, że model Kross Snug nie do końca nam spasował (okazał się za niski do roweru taty) znajduje się na liście hitów. Dlaczego? Bo przejechaliśmy z nim mnóstwo kilometrów (podejrzewam, że setki) i wciąż wygląda jak nowy. Mati zwykle nie narzekał podczas jazdy (chyba, że znudziły mu się widoki), a wsiadał do niego z chęcią. Wierzę, że i w roku 2015 będzie hitem.
Bamy, czyli kopary rządziły przez większą część roku, co zaowocowało nawet przyjęciem urodzinowym w tym klimacie.  Co prawda teraz zastąpiły je Pruty (czyli pociągi), ale wciąż na widok kopary i innych sprzętów budowlanych Mati wydaje okrzyk radości.
Książka „Na wsi 1001 drobiazgów” pobiła wszystkie inne na łopatki. Mimo, że pisałam Wam o niej jeszcze w wakacje, do tej pory jest najczęściej wybieraną przez Mateuszka.
Masza i niedźwiedź” to bajka, którą kochamy całą rodziną. Nie znam osoby, która nie wciągnęłaby się w przygody małej dziewczynki i leśnego przyjaciela. Nie przeszkadza nam nawet fakt, że oglądamy ją po rosyjsku. „Świat małego Ludwiczka” natomiast uratował nam niejedną podróż i Mati również bardzo ją lubi.
 
Plac wodny Intex również udało nam się dorwać latem w Aldim. Gdyby nie fakt, że dziadkowie posiadają duży ogród, nawet nie wzięłabym zakupu pod uwagę. I wiele byśmy stracili. Cały gorący sezon taplaliśmy się w basenie, aż miło. Zjeżdżalnia i natrysk w postaci palemki szczególnie spasował Młodemu. Więcej zdjęć z harców w basenie znajdziecie w słonecznym, letnim poście 🙂
Pozycja z numeru 10 może wprawić niektórych w małe osłupienie. Cóż poradzić. Wózek, który posiada na swoim koncie już kilkanaście wiosen i został odziedziczony w spadku po kuzynce jest hitem każdego pobytu na wsi. Różowy stelaż wózka to znak rozpoznawczy Matiego 😛
Sok wyciskany z klementynek. Kupowałam dla siebie, a wypijał Mati. Nie ma szans, by ukryć przed nim obecność soku w domu. Dostępny w Auchan i ten smakuje mu najbardziej. Mi zresztą te. Co tu dużo pisać, jest naprawdę pyszny i często dziękuję w duchu, że mam gotowy pod ręką.
Attipasy to kapcioszki, które towarzyszyły nam przez cały rok. Serio nie wiem jakim cudem Mati dopiero teraz z nich wyrósł (nad czym ubolewam okrutnie, ale planuje już zakup kolejnych). Pomimo tego, że nóżka bez skarpetki pociła się i zapachem powalała jak u dorosłego to buciki są hitem nad hiciorami.
 Crocsy natomiast królowały w sezonie letnim i pewna jestem, że w 2015 r jako pierwszy zamówię dokładnie ten sam model.
A hity nasze, czyli moje i męża? Było kilka takich, choć szczerze mówiąc ciężko było nam skompletować listę tak, by być w 100% zgodnym i pewnym.
 Nie przesadzę jeśli napiszę, że posiadanie iPhona odmieniło moje życie. Jest ze mną blisko rok i szczerze, z ręką na sercu przyznaję, że nigdy wcześniej nie miałam lepszego telefonu. Nie zawiódł mnie ani razu. Nie zawiesił się ani razu. Robi piękne zdjęcia i kocham go równie mocno co męża. A tak szczerze to męża oczywiście kocham bardziej (bo mi go kupił :P). Podobno teraz mąż czeka na rewanż 😉
O obiektywie wspominałam już w ubiegłorocznej liście hitów. Prawda jednak jest taka, że cały ten rok robiłam zdjęcia (zarówno te na bloga jak i te na Bambooko– które swoją drogą nieskromnie mówiąc też okazało się hitem) i wiele razy pytaliście mnie o sprzęt, na którym pracuje pisząc, że zdjęcia bardzo Wam się podobają. Jest to dla mnie mega komplement, a zasługa zdjęć to nic innego jak obiektyw Nikkor 35mm f/1.8g.
Rower- holenderka. Długo szukałam tego jedynego. Koniecznie miał być miejski, koniecznie czarny z białymi oponami. Szczęście dopomogło, że na giełdzie staroci znalazłam swój wymarzony z pięknym skórzanym i stylowym siodełkiem Brooks w cenie. Hit zakupowy roku przysięgam. W dodatku mega wygodny, bo zarówno sam rower jak i siodełko to klasa sama w sobie. Jakiś czas później w tk maxx upolowałam piękny pleciony koszyk na skórzanych paskach pasujący jak ulał. Widać pisany był mi ten zestaw 🙂
Święcące kule Cotton ball lights, o których pisałam w jednym z postów. Koniecznie od Agnieszki z Cottonovelove, bo jest mistrzynią jeśli chodzi o fachowe doradztwo! No i nieskromnie mówiąc jest moją koleżanką 😉
Kule umilają nam wieczory od wiosny. Pięknie też prezentują się w towarzystwie naszego Bambooko.
O snapseed powiedziała mi Ania. Wiadomość ta odmieniła moje życie i jakość zdjęć na instagramie. Dziękuję Ci kochana, bez tych dwóch to nie byłoby to samo 😉
Świnoujście i Warszawa. Dwa miasta, które pokochaliśmy w tym roku z mężem równie mocno. Świnoujście będzie już na zawsze kojarzyć nam się z najlepszymi wakacjami spędzonymi w Polsce. Głęboko jestem przekonana, że nie z ostatnimi w tym miejscu.
Warszawa natomiast okazała się hitem, głównie dla mojego męża. Kto zna dobrze Krakusów ten wie, że z Warszawiakami nie najlepsze mają stosunki. A tu proszę, mąż mój, Krakus z krwi i kości Stolicą zauroczony na całego.
O Le Petit Marseillais pisałam Wam już kilka miesięcy temu. Żel z kwiatów lipy wciąż jest moim hitem. Zmieniło się tylko to, że dołączył do niego balsam z masłem shea, bez któego nie wyobrażam sobie wieczoru po kąpieli.
Jak burgery to tylko U Szwagra. Krakusy pewnie wiedzą o co chodzi. Przyjezdni niech koniecznie odwiedzą jeden z kilku punktów w Krakowie. Poleca mój mąż, ale i ja przytakuję smacznie 🙂
A jak smutas to tylko w McDonald. Zwłaszcza ten mango- ananas. Hit mojego lata.
Najpiękniejsza książka jaką czytałam w tym roku. Jedyna, która tak mocno siedzi w mojej głowie. Położna, kobieta anioł. Pisząc tamtego posta nie przypuszczałam, że kilka miesięcy później uścisnę na żywo dłoń Jeannette podczas przypadkowego spotkania na targach książki.
Za jakie grzechy, dobry Boże oraz Wkręceni to dwie komedie, na których zrywaliśmy boki w tym roku. Jeśli w 2015 roku uda nam się obejrzeć choć jeden równie śmieszny film, będzie super.
Ostatnie na liście perfumy z Zary. O tym, że zapach przypadł mi do gustu wiedziałam (inaczej bym nie wybrała). Obawiałam się trwałości- bardzo miłe zaskoczenie. Zapach wyczuwalny praktycznie przez cały dzień. Polecam.
Tyle z mojej strony. A może Wy dacie się wciągnąć do zabawy w tym roku? Nie zapraszam nikogo szczególnie, ale będzie mi miło jeśli się przyłączycie i podzielicie z nami swoją listą hitów 2014.

Ściąga na gwiazdkę, czyli pomysł na prezent dla niej i dla niego

Ho, ho, ho. Grudzień prezentami stoi. I dobrze, bo któż nie lubi dostać coś miłego albo obdarować wyjątkowo bliską mu osobę. U nas maraton prezentowy listopad otwiera, a styczeń kończy (choć i luty serduszkowo- walentynkowy przecież). Urodziny,imieniny- Matiego, moje i męża, Mikołajki i gwiazdka.
Lubię sprawiać przyjemność bliskim mi osobom, tak samo jak z podekscytowaniem lubię otwierać niespodzianki dla mnie zapakowane. Problem pojawia się tylko wtedy, gdy pomysł na prezent przyjść nie chce, a pójście na łatwiznę i kolejny portfel czy skarpetki do kolekcji wywołują co najwyżej uśmiech- politowania.
O ile z Matim problemów nie ma żadnych, bo dziecko zafiksowało się totalnie na punkcie koparek, pociągów i klocków duplo, tak z mężem ustaliliśmy już jakiś czas temu, że szczęściu trzeba dopomóc i pomysły na prezenty podsuwamy sobie sami. Przekrój cenowy dość szeroki, każdy coś dla siebie zawsze znajdzie. Poza tym ciągle tylko te prezenty dla dziecka i dla dziecka. A my dorośli to co? 🙂
Bez zbędnego marudzenia. Tegoroczna ściąga dla mojego męża  🙂

Pufa i koc z DUKA (1 i 2) chodzą za mną już jakiś czas. Wiecie, oczami wyobraźni widzę już te rzeczy w salonie w moim nowym drewnianym domku 🙂
Wyciskarka do soku to prezent, który posłużyłby całej rodzinie, ale na mojej liście rzeczy do kupienia jest już od dłuższego czasu. Tylko stale mi nie po drodze z tym wydatkiem i nie do końca wiem na co się zdecydować. Fajnie gdyby „ktoś” decyzję podjął za mnie 😉
Elektryczny pilnik do stóp Scholl (4)  oglądałam za każdym razem podczas swojej wizyty w Rossmannie. Kilka razy nawet wylądował w koszyku, by tuż przed kasą odłożyć go na półkę. Byłam bardzo grzeczna w tym roku, bo Mikołaj już mi go przywiózł (jupiiii). Relację z jego użytkowania zdam Wam na pewno, bo wart jest napisania słów kilku. Jednak już dziś mogę Wam ręczyć, że na prezent nadaje się idealnie. Zwłaszcza w takim fajnym zestawie z kremem i kosmetyczką jaki mam ja.
Perfumy– która kobieta ich nie lubi? Tych z Lancome nie znam, ale podoba mi się ich nazwa. Bo życie jest piękne, nieprawdaż?
Jestem gadżeciarą i w dość prosty sposób można mnie uszczęśliwić. Zatyczka do wejścia słuchawkowego Sonny Angel czy też fajne etui na mojego iPhone to coś co na pewno wywoła uśmiech na mojej buzi. Podobnie jak miła i ciepła piżamka. Ważne, żeby była wygodna i nadawała się do leniwego wypicia porannej kawy. Albo czekolady na gorąco o smaku Oreo (9). Choć zwykle nasz ekspres budzi nas poranną kawą, tak powyższej czekolady z chęcią bym spróbowała. A jak już znaleźliśmy się w kuchni to może jakaś książka kucharska do mojej kolekcji? 😉
Na koniec prezent, który w tym roku ucieszyłby mnie jednak najbardziej (11)  ;)))

A dla tych co podobne ściągawki lubią bardzo mogą też spojrzeć na listę, którą przygotował mój mąż 🙂

Mąż mój ma pewną niezwykle ważną zaletę. Co jakiś czas odnajduje w sobie pasję do jakiejś rzeczy, z którą wiążą się niewyczerpane możliwości prezentowe. I tak np przerabialiśmy zamiłowanie do aut terenowych (na szczęście mu przeszło, bo na gadżety związane z tym hobby nie uzbierałabym przez całe życie) czy klasyków (tu pasja trwa nieprzerwanie jednak z mniejszym natężeniem co nie oznacza wcale, że modeli vw u nas ubywa), wędkarstwo (zieeeeeeew- ile można kupować haczyków i spławików?) czy też od kilku lat sport pod postacią roweru.
Dzięki temu ostatniemu wybór prezentu w pewnym sensie jest znacznie ułatwiony. Odzież rowerowa czy akcesoria to rzeczy, które się niszczą i których tak naprawdę nigdy zbyt wiele. Wiem, że mój mąż nie pogardziłby nowymi butami (1), plecakiem (2) czy okularami.
Ostatnio będąc na jakiejś wystawie Timexa, zajawił się też na ich zegarek, jednak moja świnka skarbonka nie nazbierała jeszcze tyle drobniaków 😉
Perfumy, choć klasyk w zestawie prezentowym zawsze cieszą się uznaniem w oczach mojego męża (co się dziwić, zaoszczędzoną na perfumach kasę pewnie wyda na coś rowerowego w przyszłości 😉 ). Sprawdzone kosmetyki (5) to też strzał w 10. U nas akurat te z serii Homme Vichy. Mąż balsam, piankę i żel dostaje każdego roku (i zawsze ma równie szczęśliwą minę lub zawsze równie dobrze udaje 😛 ).
Mężczyzna mój w ciągu tego roku nabawił się nowego nałogu, a mianowicie nauczył się pić kawy. Zawsze się złości jak podbieram mu jego late, więc w tym roku na pewno pod choinką znajdzie kapsułki z ulubionym smakiem (7) oraz jakiś wypaśny kubek. Może nawet termiczny. I taki odjechany motoryzacyjnie? (6). A na rozgrzewkę coś mocniejszego, bo dobrą whisky nigdy nie pogardzi.(8).
I jeszcze mały bonus. Nie taki jak u mnie. Od dziadka. W tym roku zamiast golarek elektrycznych rządzą szczoteczki. (9).
 Wypatrzyliście coś dla siebie? 🙂

Zimowy powóz, czyli jakie sanki wybrać

Jedną z rzeczy, poza Świętami, która cieszy mnie na myśl o nadchodzącej zimie to jazda sankami. O ile oczywiście spadnie dostatecznie dużo śniegu.
Gdy byłam mała, jazda na sankach, a potem na łyżwach wypełniała cały mój, wolny czas.
Ta zima, to odpowiedni moment, by zaopatrzyć Mateuszka w sanki. Bardzo bym chciała, żeby Święty Mikołaj wrzucił przez komin coś takiego dla mojego synka 🙂 (nie mamy kominka, ale ciiii- zawsze może wejść tradycyjnie)

Już od jakiegoś czasu przeglądam sanki, bo choć wydawać by się mogło, że cóż to za problem kupić sanki, to wcale nie jest tak łatwo.

Wybór jest naprawdę spory. Sanki różnią się między sobą, designem, materiałem, z którego są wykonane.

A jakie są najlepsze dla rocznego malucha? Na pewno takie, na których będzie mu ciepło, więc po prostu trzeba zadbać o to by dzieciak był ciepło ubrany, bo jednak będzie przemieszczał się bliżej ziemi. Warto pomyśleć o dodatkowym śpiworku, jednak o nich będzie na końcu.

Na razie sanki. Do wyboru drewniane, metalowe i plastikowe. Te ostatnie dla mnie odpadają, bo kłócą się z moim wyobrażeniem. Z sanek będących w ofercie sklepów najbardziej przemawiają do mnie metalowe. Jednak sentyment do drewna, nie pozwala dokonać wyboru na rzecz tych drugich.
I tym samym jestem w kropce, bo sanki, które sobie wymarzyłam są poza moim zasięgiem.

A marzą mi się takie starodawne, wykonane z twardego drewna bukowego. Nie takie chińskie, które po roku używania będą nadawać się na szrot. Muszą mieć oparcie, co jest logiczne w przypadku malucha. I jeszcze coś… tzw. baranie rogi. No muszą! A jakby jeszcze miały takie wysięgniki na rogach, na których mogłabym zawiesić malutkie dzwoneczki to już w ogóle będę w pełni usatysfakcjonowana.

Wpadło mi w oko kilka modeli, dostępnych za oceanem. Wyszukiwarka na polskich stronach wyrzuca mi tylko chińskie koszmarki.

Powyższe propozycje to sanki, które najbardziej trafiają w mój gust. Są to modele firm takich jak Paris Company czy Lucky Bums. Niestety, o ile dostępne to poza granicami naszego kraju. No i cena, bo z wysyłką to koszt rzędu 200$. Tyle kasy za sanki to ja nie dam…

Ale szukam i wierzę, że w końcu znajdę coś co w głowie siedzi. Nadziei nie tracę, bo niedaleko mnie jest sklep, który latem w ofercie ma retro rowery, a zimą przed sklepem stoją piękne, starodawne, drewniane sanie. Coś czuję, że oni mogą mnie zaskoczyć. Tylko muszę się tam wybrać.

Poinspirujmy się jeszcze trochę.. Bardzo chciałabym, któreś z tych… Ktokolwiek widział w Polsce?

Lucky Bums– genialne, bo składane. Mimo, że nie mają baranich rogów urzekły mnie najbardziej.

Firma ma jeszcze w ofercie coś takiego. Dla dorosłych i trochę starszych dzieci. Od razu mi się górka zamarzyła 🙂

Do kupienia TU.

I takie…

Dostępne TU.

Z duszą. Naprawdę piękne. Oczywiście nie dla niemowląt, ale chciałabym coś takiego mieć 🙂

Wspominałam o zaczepianych dzwoneczkach… te nadałyby się idealnie.

A może sanie? 🙂

Kurczę, coś jest w tej farbie, w jej kolorze, że mi się tak podoba i miło kojarzy.

I jeszcze ten typ sanek, również dla starszaka.

http://images.cdn.bigcartel.com/bigcartel/product_images/81191421/max_h-1000+max_w-1000/Wooden_Sled_LOGO.jpg

 

Cudne!

Chcieć, a móc to dwie różne kwestie, więc najprawdopodobniej skończy się na czymś takim. Na pewno posłużą nam dłużej. Po zdemontowaniu dodatków robią nam się zwykłe sanki. Śpiworek też fajny, bo z odpinanymi nóżkami, co chyba ma znaczenie w przypadku dziecka chodzącego.

Na klasyczne drewniane raczej się nie zdecyduje, bo niestety opinie krążące po forach nt ich jakości nie przemawiają za ich kupnem.

A jakie Wy macie doświadczenie w temacie?

Nowe odkrycie Tape à l’oeil

Pisałam już kiedyś, że uwielbiam wszystko co francuskie? Pisałam!
No, to znów się potwierdziło.

Gdy tylko zobaczyłam szyld, kolorowe balony, a na wieszakach malutkie spodenki i t-shirty dla mojego Mateuszka przepadłam. W dodatku w paseczki. Bo wiedzieć musicie, że ten wzór jednak darzę miłością dozgonną.

O czym mowa? O nowym sklepie Tape à l’oeil, który został dziś otwarty w centrum handlowym tuż obok mojego miejsca zamieszkania.

Miałam oszczędzać, ale przysięgam, no nie da się! Zwłaszcza, gdy kuszą człowieka na każdym kroku.
Nie dość, że wszystko ładne to jeszcze te promocje….

Mam jednak usprawiedliwienie. I tak miałam w planie zakup bawełnianych szortów dla Mateuszka, stąd moja wycieczka do centrum handlowego.
A to, że takie jak akurat poszukiwałam trafiły się w dwupaku…i do tego promocja, to jak nie skorzystać?

Oto, co kupiłam.

Koszulkę dorzuciłam właśnie z uwagi na trwającą promocję, która polegała na…

Spodenki oczywiście musiałam przymierzyć.
Tzn. Mati musiał. Potem szybkie zdjęcia dla Was i całość do prania.

Kojarzą mi się bardzo wakacyjnie, stąd styl zdjęcia…

Spodenki leżą bardzo fajnie. Ciuszki wykonane są z mięciutkiej bawełny, bardzo starannie uszyte. Nie ma mowy o wystających nitkach, złych przeszyciach itp.

Bardzo podoba mi się krój szortów. A zwłaszcza przeszycia na pupce oraz urocze kieszonki z przodu.

Nie wypowiem się jeszcze na temat tego jak się będą zachowywać materiały po praniu, ale sądząc po pierwszym wrażeniu powinno być dobrze. Na pewno dam Wam znać.

Jeśli będzie tak w rzeczywistości to mogę śmiało stwierdzić, że znalazłam alternatywę dla moich ulubionych ciuszków z KappAhl i H&M.

A tu szybki przegląd niemowlęcej kolekcji. Muszę jeszcze dodać, że w ofercie sklepu poza rozmiarem 68 i 74 znalazłam na wzrost 71cm. Fajnie, bo to w sam raz na Mateuszka w tym momencie 🙂

Powyżej nasze spodenki.

A poniżej nasz t-shirt.

I coś dla małych kobietek.

I dla małych okruszków.

Bardzo Lubię to!

A tak wyglądał dziś sklep T-A-O.

Zdjęcia ubranek oraz sklepu zapożyczyłam ze strony Tape à l’oeil oraz z profilu t-a-o na FB.

Pieluszki rozm. 3 pod lupą

Zaczyna mi wchodzić w krew testowanie pieluszek.
Tym razem pod lupą rozmiar 3, przeznaczony dla niemowląt o wadze od ok. 5- 9kg. Pieluchy w tym rozmiarze są stale przez nas używane, choć w zanadrzu czeka już paczka w rozmiarze 4.
Notka tak naprawdę jest dziełem przypadku, gdyż zbieg okoliczności sprawił iż poza Pampersami, które używamy na codzień kupiliśmy paczkę Huggies’ów.
Jak wiecie z poprzedniej notki, w której opisywałam wrażenia po przejściu z rozmiaru 2 na 3- TU, sprawdziły się u nas Pampersy Active Baby. Skusiłam się też raz na zakup pampków Sleep&Play.
Tak, więc na temat tych 3 rodzajów pieluch napiszę dziś słów kilka.

 

Wszystkie trzy pieluchy wyglądają podobnie jeśli chodzi o krój i wykończenie z przodu.
Jak widać różnią się grafiką.


Pampers Active Baby

Tym pieluszkom jesteśmy wierni od samego początku. Tak się złożyło, że sprawdziły się u nas idealnie, więc szczerze mówiąc nie rozglądałam się zbytnio po rynku za innymi. Zwłaszcza, że dość często w okolicznych hipermarketach robią na nie promocje i za giga pak 150 szt. płacimy niecałe 80zł. Co daje ok. 0,53gr na pieluszce.
Sama pieluszka niczym nie różni się od tej w rozmiarze 2. Ma identyczny krój, wypełnienie, rozciągliwe boczki. Nie zdarzyło nam się, by odparzyła Mateuszka. Używamy ich (rozmiaru 3) bodajże od ok. 3 miesiąca życia Matiego i jak na taką ilość sztuk przeciekły może 3 czy 4. Powodem zawsze było złe zapięcie. Sprawdzają się zwłaszcza teraz, gdy Mati przesypia całe noce, więc nie zmieniam mu pieluszki.
Po około 12h pieluszka waży tonę i jest gigantycznych rozmiarów, ale mimo tego cała zawartość pozostaje w środku zmieniając swą konsystencję w żel.
Pieluszka jest mięciutka, ładnie dopasowuje się do ciałka młodego, nic nie uwiera, nie obciera.
Jedna wada- śmierdzą. Ten specyficzny zapach czuć już w opakowaniu, po połączeniu z moczem nie da się go nie wyczuć.

Nasz hit, stale i wszędzie.

Pampers Sleep&Play

Pieluszki te kupiłam czytając dobre opinie innych mam. Niestety, u nas się nie sprawdziły. Dwa razy sprawiły, że pupka Mateuszka zrobiła się czerwona.
Boczki są sztywne, nierozciągliwe,wykonane ze sztywnego materiału- coś a’la fartuchy lekarskie tylko twardsze. Stale mam wrażenie, że pielucha jest źle zapięta i nie współpracuje z dzieckiem. Być może to jest powodem braku dopływu powietrza i tym samym zaczerwienienia. Ogólnie jest miękka, zapach troszkę różni się od Active Baby.
Dużo niższa jest też cena, gdyż bez promocji za pieluszkę zapłaciłam ok. 0,50gr.
Jednak nie kupię kolejnego opakowania. Wykańczamy obecne zakładając pieluszkę na godzinę przed kąpielą, w innym przypadku boję się, że przy dłuższym użytkowaniu odparzy małemu pupę.

Huggies Super Dry

Zakup tych pieluszek to czysty przypadek. Podczas spotkania mam blogerek, mój mąż miał okazję zapoznać się z mężem Marceliny. Panowie wymienili spostrzeżenia na temat pieluszek używanych przez ich chłopców! 😉 Tym samym mój B. dowiedział się, że Huggiesy są tak samo chłonne jak pampki, ale nie pęcznieją tak bardzo. No i nie śmierdzą. A przy tym, w związku z wycofywaniem się producenta z rynków europejskich można je kupić w sklepach za 50% wartości.
Trafiliśmy na nie podczas wizyty w Tesco. Były akurat w rozmiarze 3. Paczka 128 szt. w cenie ok. 43zł.
Opłaca się bardzo, bo to ok. 0,33 za szt.
Muszę też przyznać, że potwierdziła się zasłyszana opinia. Pieluszki są chłonne, tak jak w przypadku Pampersów przez całą noc nic nie przeciekło.
Różnica polega w elastyczności. Huggiesy posiadają rozciągliwą gumeczkę na pleckach zamiast boczków. Dzięki temu fajnie dopasowują się do ciałka dziecka i dobrze współpracują. Wkład chłonny umiejscowiony jest na całej długości pieluszki. Pieluszka jest odrobinę sztywniejsza niż pozostałe.
W moim odczuciu pieluszki są bardzo fajne. Nie widzę różnicy w użytkowaniu pomiędzy tymi, a pampkami Active Baby. A skoro nie ma różnicy to po co przepłacać?
Jeżeli trafię na rozmiar 4 w takiej promocji to z pewnością zakupię.

PS. W zestawieniu brakuje pieluch DADA. Zużyliśmy 1 małą paczkę i niestety w miejscu zapięcia pieluszki pojawiało się uczulenie 🙁