Rozkładamy wózek na części pierwsze, czyli czym kierować się przy wyborze idealnego wózka

Rodzicom oczekującym na pierwsze maleństwo jest szczególnie trudno zdecydować jaki wózek będzie dla nich najlepszy. Ci, którzy wybierają już kolejny pojazd dla dziecka, znają swoje potrzeby i oczekiwania, ale w natłoku informacji mogą mieć problem z odnalezieniem takiego, który spełni wszystkie wymagania. Na co więc zwracać szczególną uwagę przy zakupie wózka? Jest kilka elementów, które mają kluczowe znaczenie, ponieważ przekładają się na funkcjonalność pojazdu oraz zadowolenie rodziców i radość maluszka.

Koła i amortyzacja

Szukając najlepszego wózka dla swojego dziecka należy wziąć pod uwagę powierzchnię, po której najczęściej będziecie jeździć. Jeśli mieszkasz poza miastem lub lubisz obcowanie z naturą, szczególną uwagę zwróć na rodzaj kół. Muszą być duże i posiadać dobry system amortyzacji. W przeciwnym razie spacery po nierównej powierzchni będą dla maleństwa nieustannym trzęsieniem, a Ty zmęczysz się próbując przejechać przez piasek czy śnieg. Rodzice mieszkający w miastach mają nieco łatwiej – ich wózki powinny przede wszystkim być zwrotne, co zapewniają przednie obrotowe kółka. Mimo gładkich nawierzchni w miastach, warto wybierać wózki, które wyposażone są w amortyzatory. Krawężniki, nierówne płytki chodnikowe, nieodśnieżone drogi czy przeszkody w parkach, to niestety codzienność spacerujących rodziców. Idealnie, jeśli pojazd posiada możliwość szybkiego blokowania obrotowych kółek, jak w przypadku wózka Chicco Urban. Kiedy planujesz wycieczkę do lasu – zablokuj je, a prowadzenie po korzeniach i szyszkach będzie o wiele łatwiejsze. Jeśli wybierasz się na zakupy do supermarketu, docenisz możliwości obrotowych kółek – między wąskimi alejkami sklepowymi, nawet prowadzenie jedną ręką nie będzie stanowić problemu. Wózek Chicco zapewnia także dobrą amortyzację, dzięki której nawet przy nierównej drodze, maluszek może spokojnie spać.

Stelaż

Stelaż wózka powinien być nie tylko trwały, ale również lekki – nawet jeśli w Twoim bloku jest winda lub wydaje Ci się, że właściwie nigdy nie będziesz go nosić. Większość rodziców przyznaje, że dopóki nie mieli dziecka, nie zauważali trudności w poruszaniu się wózkiem po swojej okolicy. Sklepy, urzędy, komunikacja miejska, przewożenie wózka autem – to potencjalne sytuacje, w których docenisz jego lekką wagę. Najlepiej wybrać wózek, którego stelaż składa się na płasko – wtedy zajmuje najmniej miejsca, np. w bagażniku auta. Wózek Chicco Urban poza powyższymi cechami, posiada dodatkową zaletę – uchwyt, który pozwala na wygodne trzymanie złożonej ramy. Doceni to każdy rodzic, który wie jak trudno jest przenieść złożony wózek i jednocześnie nie ubrudzić swoich jasnych spodni 😉 Jeśli jesteś osobą o niestandardowym wzroście, zwróć również uwagę na możliwość regulacji rączki. W wózku Chicco Urban można ustawić 4 poziomy wysokości, dzięki którym spacery będą przyjemne zarówno dla rodziców o wyższym, jak i niższym wzroście.

Budka

Zadowolony maluch, to udane spacery. Nawet najbardziej pogodnemu dziecku, może zepsuć humor słońce świecące w oczka. Dlatego zawsze sprawdzaj maksymalną długość budki wózka – im bardziej obszerna, tym lepiej. Dobrze jeśli ma dodatkowe przedłużenie daszka oraz siateczkową wstawkę do wentylacji. W upalne dni, zapewnimy maluszkowi odpowiednią cyrkulację powietrza otwierając okienko, bez konieczności składania budki, która chroni przed promieniami słonecznymi. Niektóre budki posiadają dodatkową ochronę przed słońcem, w postaci filtru UV, jak na przykład w wózku Chicco Urban (UV 50+).

Gondola / Siedzisko

Jeśli zdecydujesz się na zakup wózka wielofunkcyjnego musisz sprawdzić zarówno funkcjonalność gondoli, jak i spacerówki oraz sposób wymiany jednej opcji na drugą. Wybór gondoli, to prosta sprawa. Jeśli budka jest odpowiednia, pozostaje ocenienie okrycia na gondolę (czy jest łatwo odpinane) i wyściółki gondoli (czy łatwo zdjąć do prania, czy materiały będą przyjemne dla dziecka).

Kwestia siedziska w spacerówce jest bardziej skomplikowana. Dokładnie sprawdź jakie są poziomy regulowania oparcia, ponieważ na różnych etapach rozwoju zmieniają się preferencje dziecka. Maluszki, które nie potrafią siedzieć, powinny jeździć w pozycji półleżącej. Wózek spacerowy musi również rozkładać się do pozycji leżącej, gdy maluch zaśnie. Niektóre dzieci lubią siedzieć lekko oparte, inne zupełnie prosto. Wózek powinien zapewniać jak najwięcej opcji rozkładania, aby pasować do różnych upodobań dzieci. Regulowanie siedziska może odbywać się na przykład na zasadzie trójstopniowej regulacji (pozycja siedząca, półleżąca i leżąca) z możliwością dodatkowego dopasowania każdej z nich poprzez odpowiednie ułożenie materiału. Taki dwustopniowy system został wykorzystany w wózku Chicco Urban. Bardzo ważne jest, aby siedzisko spacerówki było odwracane, gdyż mniejsze dzieci wolą być zwrócone przodem do mamy. Czują się bezpiecznie, a jednocześnie mogą obserwować świat. Ciekawskie starszaki lubią patrzeć na wszystko, co je otacza – wtedy można obrócić siedzisko przodem do kierunku jazdy. Wózek Chicco Urban posiada także tę opcję.

W przypadku wózków wielofunkcyjnych koniecznie dowiedz się w jaki sposób przekształcić gondolę w spacerówkę. Zwykle należy zdemontować wózek głęboki i zamontować gondolę. Aby zaoszczędzić czas oraz miejsce (niepotrzebną już gondolę trzeba gdzieś przechowywać) warto zdecydować się na wózek głęboko-spacerowy, czyli łączący obie funkcję. Chicco Urban w zaledwie 3 prostych ruchach zmienia się gondoli w wózek spacerowy lub odwrotnie. Dno gondoli jest twarde, ale podzielone na 3 części – po spięciu dwóch klamr otrzymujemy wygodne siedzisko kubełkowe spacerówki. Czynność tą można wykonać nawet ze spokojnie leżącym maluchem w środku. Jeśli dziecko zaśnie, możemy również odpiąć klamry i zapewniamy mu sen w naturalnej pozycji, na płaskiej powierzchni.

Kosz

Kosz na zakupy to niezwykle ważne akcesorium każdego wózka. Dostęp do niego powinien być łatwy, a wielkość wystarczająca, by spakować zakupy lub najpotrzebniejsze rzeczy – kocyk, folię przeciwdeszczową, napój, przekąskę. A także inne niezmiernie ważne przedmioty, bez których spacer nie może się odbyć… maskotki, autka, lalki, klocki… Wyobraźnia maluchów nie ma granic!

Akcesoria

Zanim zdecydujesz się na wózek, sprawdź jakie akcesoria są oferowane w komplecie, a które należy dokupić osobno. Dopiero wtedy porównuj ceny poszczególnych modeli. Najbardziej przydatne dodatki do wózka, to: folia przeciwdeszczowa, okrycie na gondolę, okrycie na nóżki, cieplejsze okrycia zimowe, torba do wózka, adaptery – jeśli wybieramy opcję 3 w 1 (z fotelikiem samochodowym).

Kwestia akcesoriów została ciekawie rozwiązana w wózku Chicco Urban. Do każdego wózka dobiera się w cenie tzw. Color Pack, czyli zestaw kolorystyczny zawierający budkę, wkładkę do spacerówki, kolorowe osłonki na pasy, okrycie na gondolę i spacerówkę. Dzięki temu już na starcie można wybrać odpowiadający nam kolor zestawu lub wybrać jeszcze jeden, alternatywny. Zestawy kolorystyczne dla wózków Chicco są proponowane w wersji letniej i zimowej. Warto w cenie zakupu wybrać jeden z nich, a drugi dokupić osobno. Możemy wtedy cieszyć się oryginalnym wyglądem wózka i zmieniać kolory w zależności od nastroju czy… ubioru mamy! Color Packi to również idealne rozwiązanie dla rodziców dzieci o różnej płci.

Co daje podział na pory roku? Opcja zimowa zawiera materacyk, który z jednej strony wykonany jest z miękkiego, ciepłego futerka, a z drugiej ze standardowego materiału. W wersji zimowej Color Pack posiada także mufkę na ręce mamy lub dziecka – w zależności czy zamontujesz ja na pałąku malucha czy rączce wózka. Opcja letnia to delikatne kolory oraz bardzo praktyczne okrycie na gondolę i nóżki dziecka z siatkowymi wstawkami umożliwiającymi dobrą cyrkulację powietrza. Budka w wersji na lato również posiada odpinane okienko z siateczką.

 

* wpis powstał dzięki specjalistom od wózków Chicco 🙂

Obdzielić miłość

Gdy się urodził zalała mnie fala miłości. Takiej od pierwszego wejrzenia. Mąż, który był tuż przy moim łóżku, widział jak położna podaje mi go w ramiona. Całowałam jego mokrą główkę i mówiłam, że kocham.

Ale prawdziwe zaskoczenie przyszło kilka godzin później. Leżał ze mną na łóżku szpitalnym. Malutki okruszek. Spał, przeciągając się i robiąc miny. Ja nie mogłam. Jak zahipnotyzowana patrzyłam na cud. Z każdą jego miną i moją myślą zalewało mnie bezgraniczne uczucie szczęścia i spełnienia. Byłam jak na haju. Zmęczenie porodem, strach przed nieznanym – tego nie było. Był on. Mój malutki synek.

Pierwsze tygodnie w domu wyglądały podobnie. Wszystko mnie rozczulało, musiałam mieć go jak najbliżej siebie. Nie mogłam odłożyć go na noc do łóżeczka. Nie mogłam wyjść na zakupy. Od dentysty wracałam biegiem, mimo że nie było mnie dosłownie 30 minut. Czułam zazdrość, gdy ktoś brał go na ręce. Jedynie mąż mógł to robić. Serce mi pękało, gdy zaczynał płakać. Myśl o tym, że mogłoby mu się coś stać sprawiała, że drżałam na całym ciele.

Mijały miesiące, a moja miłość ewaluowała. Zaborczość ustąpiła miejsca innym uczuciom. Poziom oksytocyny wrócił do normy. Dojrzałam jako matka. Pierwsze wyjście, dłuższy wyjazd. Pierwszy wieczór, gdy Mati zasypia z babcią. Pierwsza noc osobno, choć tylko w innym pokoju, bo zasnął w ramionach taty i żal było mi ich budzić. Co raz częstsza myśl, by zrobić coś tylko dla siebie. Nie dla matki, ale dla kobiety.

I nagle wiadomość, że będzie drugi. Zagościł pod sercem. Daje już o sobie wyraźnie znać. Z każdym kopniakiem pojawiają się myśli. Czy ja go pokocham równie mocno? Jak będę w stanie obdzielić tą miłość między ich dwóch? A co jeśli nie będę potrafiła? Płakać mi się chce, gdy myślę, że coś będę musiała odebrać Mateuszowi. Płakać mi się chce, gdy myślę, że ten drugi nie doświadczy tego co pierworodny. Wiem doskonale, że to natura steruje naszymi uczuciami i ich poziomem. Wiem, że jeśli tylko wszystko pójdzie zgodnie z planem, naturalnym planem to tak właśnie będzie. Że miłości starczy dla nich obojga. A mimo wszystko siedzę i się gryzę. I ściska mnie w dołku, że mogłabym być lepszą mamą tylko dla jednego, raniąc drugiego.

Chłopiec czy dziewczynka? Byleby zdrowe!

Najważniejsze, że zdrowe. Tak się mówi i taka przecież jest prawda. Gdy podczas usg okazuje się, że wszystkie parametry są w normie, a dzieciątko jest zdrowe człowiek czuje niewysłowioną ulgę. Tak było w przypadku Mateuszka i teraz. Z Matim szłam do gabinetu z gulą w gardle, strach na samą myśl paraliżował mnie już tydzień wcześniej. Tym razem było jednak ciut inaczej, bo już 2 tygodnie temu dowiedziałam się, że NT jest niskie, a kość nosowa obecna.

Gdy nosiłam Mateuszka pod sercem czułam, że będzie chłopak. Czułam to od początku. Zresztą zawsze chciałam mieć synka. O imieniu Kubuś, żeby było zabawniej. Nawet spierałam się z mężem, bo on był pewien, że będzie dziewczyna. Wtedy lekarka coś przebąknęła o wózku moro, a ja już wiedziałam. Będę mieć syna. Potwierdziło się na usg połówkowym.

Teraz wiedziałam, że poznam płeć. Tzn wiedziałam, że są na to spore szanse, o ile dziecko ułoży się jak należy. Oczywiście marzyła się dziewczynka. Bo fajnie mieć synka, ale po ponad 2 latach męskich ciuszków, koparek, samochodów i garaży zachciałam różowych sukienek i falbanek. Tak egoistycznie zachciałam. I jeszcze kokardek i kucyków. I znajomi życzyli, bo przecież parka to marzenie większości rodziców. Gdzie w sercu czułam jednak, że znów facet. Nawet jak mówiłam do brzucha to ciągle w męskiej formie. Kwestia przyzwyczajenia, w końcu chłopak w domu.

Gdy Ewa, moja ginekolog, a prywatnie koleżanka z dzieciństwa, z którą dzieliłam ławkę w podstawówce powiedziała „Żaneta, nie chcę Cię martwić..” to wiedziałam. Wiedziałam, że to jest chłopak i już. Obejrzałyśmy go z każdej strony. Nie ma siły, chłop jak nic.

Czy czuję się rozczarowana? Tak, trochę tak. Z tych egoistycznych pobudek. Mam do tego prawo. Nie będę się zapierać, że zawsze marzyłam o dwóch chłopcach. Nie i już. Miałam nadzieję na dziewczynkę, więc ukłucie zawodu jest.

Ale w tym wszystkim śmieję się trochę z siebie. Obracam w żart. Bo przecież najważniejsze, że zdrowe. A mąż dla żartu przekomarza się i mówi, że następną zrobi dziewczynę. A jak nie wyjdzie to będziemy jak rodzinka.pl 😉

I przypomina mi się sytuacja sprzed miesiąca może dwóch. Zadzwoniła do mnie mama, z nowiną. Mama chrzestna Mateuszka spodziewa się drugiego dziecka. Na usg okazało się, że znów chłopiec. Wychodząc z budynku, gdzie miała robione badanie z roztargnienia nie mogła odnaleźć męża w samochodzie. Wtedy się śmiałam z tej sytuacji. Wczoraj chyba targały mną podobne uczucia.

Poszłam na zakupy z myślą, że kupię w końcu coś temu małemu okruszkowi. Skarpetki na Matiego czekały odkąd zobaczyłam dwie kreski na teście. Wczoraj obeszłam kilka sklepów i ciągle w oczy rzucały mi się delikatne sukieneczki i body w różowe kwiatuszki. Szlag by to. Wyszłam z pustymi rękoma.

Kocham tego małego człowieczka. Jego stópki, których widok na usg rozczulił mnie na całego. Małe piąsteczki, którymi zasłaniał sobie oczka. Miałam ochotę głaskać monitor. Tylko gdzieś tam w sercu na dnie, bardzo bardzo głęboko ten zawód.

Przywyknę do myśli, choć w małym procencie łudzę się, że może to się jeszcze zmieni. W końcu 12 tc, narządy rodne są bardzo do siebie podobne. Choć najlepiej by było, gdybym założyła, że nie zmieni się już nic. Tak jak było z Mateuszkiem.

Siedzę nad kubkiem parującej kawy zbożowej i zastanawiam się jak to będzie mieć dwóch takich urwisów w domu. Czy będą się lubić? Czy tłuc przy byle sprzeczce? Czy będą do siebie podobni? Z charakteru, z wyglądu? Jak my mu damy na imię, skoro nawet Mateusz nie dostał drugiego, bo rodzice na nic nie mogli się zdecydować?

Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Kto płaci za pobyt matki?

Jak to się mówi, „wszystko dobrze, kiedy jest zdrowie”. Natomiast kiedy zaczyna go brakować na jaw wychodzą różne, często niespodziewane okoliczności.

Pamiętam jak kilka tygodni po narodzinach Mateuszka spanikowani pojechaliśmy na nocny dyżur. W domu kaszlący dziadek, zakatarzona babcia i rozkładający się ojciec. Do tego Święta Bożego Narodzenia i ja, świeżo upieczona, zielona mama 6 tygodniowego noworodka. Nie do końca pewna stanu jego zdrowia, bo nie wiedziałam czy ma katar czy po prostu oddycha tak dziwnie sam z siebie.

Lekarka, która nas przyjęła, chyba nie do końca pewna słuszności swojej diagnozy, postanowiła nie ryzykować. Późny wieczór, do szpitala około 20km. Wystawiła skierowanie na oddział. Na miejscu horror, bo trzeba dziecku pobrać krew, a mimo największej delikatności siostry oddziałowej płacz niesie się po całym korytarzu. W tym wszystkim pada pytanie czy mogę zostać z dzieckiem. Bo przecież jestem jego mamą i nie wyobrażam sobie, żeby było inaczej. Bo przecież karmię go piersią i będzie mnie potrzebował. Bo przecież on jest taki malutki i MUSI ktoś przy nim być 24/24h.

Oddycham z ulgą słysząc, że tak oczywiście, zostanę z synkiem. Choć chyba nawet przez moment nie zakładałam, że mogłoby być inaczej. Słyszę jeszcze, że doba będzie kosztować mnie 15zł. Mąż ze zdziwieniem pyta, skąd ta opłata. Dowiadujemy się, że to indywidualna cena ustalona przez szpital. Mamy szczęście. Bo w cenie 15zł, mogę spać z dzieckiem na jednym łóżku. Inne mamy nie mają tak dobrze. Nie w tym konkretnym szpitalu, ale gdzieś indziej.

Dowiaduję się o tym jakiś czas później, gdy już uda mi się zapomnieć, że odbyliśmy tą szpitalną przygodę. Słowa, które padają z ust innych matek są jak wiadro zimnej wody. Jako matka nie masz żadnych praw. Pacjentem jest Twoje dziecko, a o tym czy możesz zostać z nim na oddziale decyduje personel szpitala. Także o tym w jakich warunkach przyjdzie Ci spędzić kilka dni.

Czytam o matkach, które za 20zł/ dobę dostają krzesło, na którym mogą „czuwać” przy swojej pociesze. O matkach, które muszą sobie organizować materac, by móc się zdrzemnąć przy łóżeczku dziecka. O matkach karmiących piersią kilkutygodniowe maleństwa zmuszone zostawić je w obcym miejscu, bo regulamin szpitala zabrania na pozostawanie w sali po godzinie 22. O kobietach po porodzie, które wychodzą do domu zostawiając w szpitalu kilkudniowe dzieci, bo nie ma dla nich miejsca.

Nawet jeśli płacą, to najczęściej właśnie za możliwość bycia z dzieckiem. Nie za miejsce do spania, nie za posiłek. Posiłek jest dla pacjenta, a skoro Twoje dziecko dostaje mleko (najlepiej Twoje) to o czym mowa? W cenę wliczona jest woda w kranie i w ubikacji. Może papier toaletowy. Tyle. Aż tyle.

Przecieram oczy ze zdumieniem. Miałam szczęście. Dostaliśmy w miarę wygodne łóżko w dwuosobowym pokoju. Mogłam skorzystać z toalety. Prysznica nie było, ale kto by wtedy myślał o relaksie w kąpieli. Jedzenie dowoził mi mąż. Ale mogłam być z dzieckiem. A to było dla mnie najważniejsze.

Wciąż jednak czytając tego wpisy na forach czuję wewnętrzny sprzeciw. Jak to? Czy nam, opiekunom prawnym naszych dzieci kompletnie nic się nie należy? Opiekujemy się przecież pacjentami, w pewnym sensie wyręczając personel szpitala. Karminy, przewijamy, czuwamy. Grzebię po internecie w poszukiwaniu jakiejś ustawy, rozporządzenia. Do cholery, przecież to nie może tak być?

  • Co się okazuje?

Narodowy Fundusz Zdrowia w ramach ubezpieczenia pokrywa  koszty świadczeń zdrowotnych udzielonych pacjentowi, czyli dziecku. Wyjątek stanowi jedynie przedłużona hospitalizacja matek karmiących piersią od 5 doby po porodzie. Oznacza to, że jeśli zajdzie konieczność pozostawienia dziecka w szpitalu ze względów zdrowotnych, prawem matki karmiącej jest obecność przy dziecku. Hospitalizacja ta jest opłacana przez NFZ w wysokości 102zł/ dobę. Całkiem bogata doba hotelowa. I nie ma tłumaczenia, że NIE MA miejsc. Nie mają prawa wypisać matki ze szpitala, zostawiając dziecka.

Sytuacja ta nie dotyczy niestety kobiet karmiących piersią, które trafiają do szpitala z dzieckiem już po wypisie poporodowym. Nie tylko zresztą kobiet karmiących piersią. Każdego jednego opiekuna.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia oraz Rzecznika Prawa Pacjenta, każdy pacjent ma prawo do dodatkowej opieki pielęgnacyjnej (art. 34 Ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta*). Zgodnie z art. 35 tejże ustawy koszty tej opieki ponosi pacjent jeżeli realizacja tej opieki skutkuje kosztami poniesionymi przez zakład zdrowotny. Czyli jednym słowem, każdemu pacjentowi przysługuje w szpitalu opieka zdrowotna i ta jest finansowana przez NFZ, a poza tym ma prawo do opieki pielęgnacyjnej na swój koszt. Czyli jeśli matka zostaje z dzieckiem i przejmuje opiekę pielęgnacyjną jest ona na jej koszt. Za co płaci? Za koszty, które generuje dla szpitala, czyt. wodę, prąd, środki czystości.

Opłata jest ustalana indywidualnie przez każdą placówkę (uwzględniając rzeczywiste koszty realizacji praw), ale zgodnie z ustawą musi ona być podana do jawnej wiadomości i udostępniona na terenie placówki.

Podsumowując. Zgodnie z obowiązującym prawem każda położnica ma prawo do bezpłatnego pobytu na terenie szpitala ze swoim dzieckiem, ze względów zdrowotnych.

Natomiast każda matka lub opiekun ma prawo do przebywania z dzieckiem i sprawowania nad nim opieki w placówce. Pobierana jest jednak opłata ustalana indywidualnie przez placówkę. Nie jest niestety odgórnie ustalone co w ramach tej opłaty szpital ma zagwarantować matce.

Warto jednak o tym rozmawiać głośno i nie dać się zbyć. Mamy całkiem sporą ilość szpitali w Polsce, a większość z nas ma już doświadczenie w pobycie na oddziale za sobą. Podzielicie się swoją wiedzą z innymi mamami? Może wspólnie uda się stworzyć mapę/ zbiór placówek, w których poza poszanowaniem podstawowych praw pacjenta, szanuje się także uczucia rodziców?

Pomożecie mi wspólnie stworzyć taką listę?


Wystarczy, że wypełnicie ankietę stworzoną specjalnie przeze mnie na potrzeby tego wpisu. Ankieta jest króciutka, zupełnie anonimowa, a jej wypełnienie zajmie Wam dosłownie kilka minut. Bardzo proszę też o podzielenie się linkiem ze swoimi znajomymi. Im więcej odpowiedzi, tym szerszy zasięg będzie mieć wygenerowana mapka.


 

Jak tylko zbiorę te informacje stworzę coś na zasadzie mapki i zamieszczę na blogu.

 

*Ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta

Bunt dwulatka – jak nie zwariować?

Żyjemy. Ledwo, ale jeszcze się  trzymamy. STOP.
Blog wcale nie został porzucony jak sugerują niektóre źródła. STOP.
Idą Święta i każdy chce dostać prezent. W związku z czym Bambooko działa pełną parą. Yupi! STOP. Czasu na bloga, więc brak. Wybaczcie. STOP. Pracujemy nad tym, bym mogła do Was wrócić w dotychczasowej formie. STOP.
10919230_1570475206523093_602134319_n
Mateusz daje popalić na całego. STOP.
Bunt, buncior, buncisko. STOP. STOP. STOP. STOP.
STOOOOOOOOOOOOOOOOOOOP!!!
Do jasnej Anielki kiedy się to skończy? Czy bunt dwulatka trwa do trzeciego roku życia? Czy nasze życie będzie jeszcze kiedyś normalne? Czy potem przyjdzie bunt trzylatka? Pięciolatka? Dziewięcio? Osiemnasto? Przy którym buncie osiwieje doszczętnie?
Dziś rano mało nie pogryzłam z nerwów ściany. Moja cierpliwość wisiała na włosku, włoseczku tak cieniuteńkim, że gdybym nie wyszła z pokoju i nie zostawiła Matiego krzyczącego wniebogłosy w proteście przeciwko ubieraniu się, pewnie bym wyskoczyła przez okno. Skończyło się na siniakach (u mnie, bo Mati krzycząc kopie…), jakiś 5 minutach płaczu, aż w końcu zszedł na dół. Chyba lekko skruszony, bo na moją prośbę o przyniesienie bluzeczki, wrócił się i nawet dał ubrać.
Zawsze chodzi o pierdołę. Jak w kłótniach z mężem. Byle bzdet wywołuje lawinę. Ja pierniczę. Pół biedy gdy w domu. Gorzej gdy na zewnątrz. Bo weź uspokój małego potwora, gdy żadne argumenty nie działają? Nie zostawię wrzeszczącego na środku sklepu czy też przed blokiem na kilka minut, bo sąsiadka zaraz skwituje jaka ze mnie matka. Nie mam czasem siły. Tłumaczyć, ganiać za nim, łapać. Częściej mam dość niż ochotę.
Jeśli ktoś mi jeszcze raz powie, że bunty, skoki i inne tego typu (zwał jak zwał) nie istnieją to przysięgam zagryzę. A wcześniej podrzucę swoje dziecko na kilka dni. STOP.