Dzień Mamy – zrób sobie i mamie prezent

Maj od zawsze kojarzy mi się z pachnącymi konwaliami i Dniem Mamy. Gdy byłam małą dziewczynką nie mogłam doczekać się, aż przyjdzie poranek i będę mogła wręczyć mamie jakiś upominek, który wcześniej starannie wyszukiwałam, a to wśród swoich skarbów, a to wśród półek sklepowych. Moje prezenty dla mamy z biegiem lat oczywiście ewoluowały. Jak każda z nas zaczynałam od laurek, zapewne na perfumach kończąc. Jak dziś pamiętam, jak jednego roku moja mama otrzymała ode mnie szminkę i cienie do powiek. Miałam wtedy jakieś 10 lat, nie więcej. Z uśmiechem na ustach przyjęła podarunek. Nie ważne, że to nie były jej kolory. W końcu każda mama dla swojego dziecka jest piękna, choćby pomalowała usta na bordowo, a powieki na niebiesko.
Innym razem podarowałam jej malutkie granatowe pudełeczko, z przyklejonym na wierzchu aniołkiem. Bibelot totalny, durnostojka jak mówią. Ale moja mama znalazła w tym pudełeczku sens głębszy, okazało się bowiem być pudełeczkiem na anielską cierpliwość, która wierzcie mi z każdym rokiem mojej młodzieńczej natury zaczynała wisieć na coraz to cieńszym włosku.
Lubię obdarowywać moich bliskich i bardzo często nie potrzebna mi jest do tego specjalna okazja. Ale gdy już przyjdzie taki dzień, przyjdzie Święto to.. no właśnie. Czasem mam problem. Co podarować, żeby nie były to kolejne oklepane perfumy czy kosmetyk? Wszystko zależy oczywiście od tego co dana osoba na codzień lubi, ale śmiem twierdzić, że dobra książka zwykle bywa trafnym pomysłem. Nawet jeśli ktoś nie przepada za czytaniem powieści czy też innego gatunku literatury, zawsze można sprezentować pięknie wydany album, książkę kucharską pełną inspirujących przepisów czy też fotoksiążkę upamiętniającą szczególnie ważne chwile.

Książką, którą czytałam w tym roku, a szczególnie zapadła mi w pamięć jest „Położna” Jeannette Kalyta. Mieliście możliwość zapoznania się z moją recenzją w styczniu. Wielkie wrażenie na mnie wywarła. Tak wielkie, że bardzo często wracam do niej myślami, z entuzjazmem opowiadam każdemu, kto nie miał przyjemności przeczytać. Opowiadam, bo wierzę, iż cud narodzin zawarty na każdej ze stron jest warty tego, by każdy mógł go doświadczyć. Czy to wracając myślami to najważniejszych chwil w swoim życiu, czy też wybiegając w przyszłość.

Dlatego pomyślałam sobie, że Położna z pewnością byłaby wspaniałym podarunkiem dla niejednej mamy. Moja mama nie czytała, mam nadzieję, że z uśmiechem sięgnie po egzemplarz, który jej podaruję.

Jeśli nie wiecie jaki prezent sprawić swojej mamie, śmiało podsuńcie jej tę pozycję. Dla siebie też możecie kupić, jeśli nie czytaliście. Warto. A jak już będziecie zdecydowani na zakup, to śmiało skorzystajcie z kodu rabatowego, dedykowanego czytelnikom mojego bloga na stronie Znak.

http://www.znak.com.pl/specjalna,oferta,promo_znaczkijakrobaczki

Każdy, kto dokona zakupu książki J. Kalyta otrzyma rabat w wysokości 35% do całego zamówienia.
Kod jest ważny do 31 maja 2014 roku.

http://www.znak.com.pl/specjalna,oferta,promo_znaczkijakrobaczki

W sekrecie jednak zdradzę Wam, że to nie koniec niespodzianek związanych z tą książką.
Już wkrótce będę miała dla Was coś jeszcze 🙂

 

O relacjach z rodzicami

Odkąd sięgam pamięcią, zawsze miałam dobry kontakt z moimi rodzicami. Wiadomo, mama dla dziecka, zwłaszcza malutkiego jest niezastąpiona, ale jako dziewczynka, w dodatku jedynaczka byłam też przysłowiową córeczką tatusia. I chyba w dalszym ciągu nią jestem.
Bo z moim tatą to jest tak – on nigdy nie gasi mojego zapału, zawsze mogę liczyć na jego wsparcie, a jeśli już wyjątkowo odmienne zdanie mamy i dojdzie między nami do zgrzytu (a dochodzi dosyć często) to z uczuciem ulgi po kilku dniach przestajemy się na siebie boczyć. Gdy byłam malutka, a tata studiował na szkole oficerskiej we Wrocławiu zawsze przywoził mi upolowane buciki czy ubranka. Potem, gdy byłam w liceum, a tata większość czasu spędzał na misjach też zawsze przywoził mi odjazdowe ciuchy, kosmetyki czy płyty cd z ulubioną muzyką. Nawet teraz, kiedy jestem już „na swoim” razem z prezentem dla Matiego wpadnie też coś dla mnie. Takie prezenty bez powodu.To na taty ramionach przemierzałam kilometry podczas spacerów, na które wspólnie z mamą wybierali się każdego dnia. To chyba tata był tym surowszych rodzicem, choć staram sobie prYpomnieć jakąś sytuację, w której by to udowodnił i nic mi do głowy nie przychodzi. Jednak przed tatą zawsze czułam większy hmm respekt? 
Mama natomiast w liceum była mi wyjątkowo bliska. Oczywiście była też wcześniej,i jest wciąż, ale to liceum, mimo że to wiek typowo wybrykowy i buntowniczy wspominam jako czasy największej bliskości. Wiedziałam, że cokolwiek bym nie zrobiła mama zawsze stanie po mojej stronie. Traktowała mnie jak dorosłą osobę, mimo że często robiłam naprawdę wielkie głupoty. Nigdy nie zabrakło z jej strony zrozumienia czy czasu, by poświęcić mi uwagę. Mimo, że podobnie jak tata- pracowała.
Jasne, były kłótnie z mojej strony, było trzaskanie drzwiami. Były niekończące się rozmowy, próba przetłumaczenia mi, że nie koniecznie właściwie postępuję. A ja nie byłam idealna. Chodziłam na wagary, popijałam piwo na imprezach, buntowałam się dla zasady, czego przejawem było podpalanie papierosów, kolczyk w pępku czy zrobienie tatuażu ( o którym swoją drogą najprawdopodobniej czytając tego posta właśnie się dowiedzieli).
Wydaje mi się, że nie było ze mną lekko. No i cały ciężar z próbą ogarnięcia nastoletniego buntu poniekąd spoczął na mamie, bo tata akurat wtedy był poza krajem. 
Teraz patrzę na te lata, z odległej już perspektywy i mam dla moich rodziców ogromny podziw. Różnych głupot narobiłam, ale to jakim jestem człowiekiem i co w życiu osiągnęłam to głównie ich zasługa. 

Ostatnio Wydawnictwo Mamania przesłało mi do przeczytania najnowszą książkę Agnieszki Stein „Dziecko z bliska idzie w świat”. Jest to kontynuacja pierwszej części. Autorka na łamach książki odsłania rodzicom świat ich starszy dzieci. 
Mateuszek jest jeszcze zbyt mały, więc bardzo ciężko przełożyć mi słowa Agnieszki na nasze życie, na mój model wychowywania, na nasze relacje. Ale z każdą przeczytaną stroną i w każdym dobrym słowie widziałam odbicie moich rodziców.
Moi rodzice, te 15-20 lat temu z pewnością nie czytali książek mówiących w jaki sposób mają ze mną postępować, jak mają mnie wychować. Działali kierując się własną intuicją, własnym doświadczeniem, modelem, który wynieśli z własnych rodzinnych domów. Myślę, że właśnie taka jest ta książka. To nie jest zbiór jakiś tam sztywno narzuconych zasad, tylko duża dawka doświadczenia, intuicji, a także pasji w odkrywaniu dziecięcego i nastoletniego świata po prostu ubrana w słowa. Nie trzeba okrzyknąć się rodzicem wychowującym w duchu rodzicielstwa bliskości, tak modnym ostatnimi czasy, a zupełnie naturalnym od dawien dawna, by zrozumieć książkę i słowa kierowane do czytelnika. Tak naprawdę każdy mądry rodzic, a wierzę, że każdy kto sięga po jakąkolwiek pozycję, kto stara się spojrzeć na dziecko z innej perspektywy jest mądry, bez problemu odnajdzie siebie i swoje zachowania w zdaniach spisanych przez Agnieszkę. 
Czytając, nie miałam wrażenia, że autorka cokolwiek na mnie wymusza, a często z podobnymi uczuciami spotykałam się przy lekturze niektórych artykułów. Także tych traktujących o rodzicielstwie bliskości. Nie sprawia, że człowiek czuje się winny, raczej wskazuje w którym momencie można popełnić błąd. A także jak go naprawić. Wskazuje drogę, a reszta należy już do nas samych.
 
Wierzę, że model rodziny jaki wyniosłam z mojego domu za te kilka czy też kilkanaście lat wciąż będę mieć w pamięci. Jeśli jednak w którymś momencie poczuje się bezsilna, bo mój syn da mi porządną dawkę macierzyńskiej adrenaliny, sięgnę do tej lektury. Mam nadzieje, że któregoś dnia, w tej odległej, ale w sumie całkiem niedalekiej przyszłości podpowie mi, którą z dróg wybrać, by dojść do celu bez pokonywania zbyt wielu wybojów i zakrętów.

Położna – Kobieta Anioł

Patrzę na elegancką okładkę książki leżącej przede mną na ławie. 
Piękna kobieta jedną dłonią podtrzymuje główkę noworodka, nachyla się nad nim jakby coś szeptała. 
A może próbuje pocałować dziecko? 
Wśród delikatnych kolorów doskonale widać wyróżniający się tytuł 
POŁOŻNA
3550 cudów narodzin
I nazwisko… Jeannette Kalyta.

Patrzę na nazwisko i wracam myślami do sytuacji sprzed kilku lat.
Siedzę w pracy, w tle dobiegają jakże znane, przecież powtarzające się każdego dnia po kilkadziesiąt razy te same odgłosy z radia.
„Nazywam się Żanetka Leta. Jestem położną z wieloletnim doświadczeniem. Codziennie spotykam wyjątkowe kobiety, takie jak Ty…”
Po raz kolejny przez moją głowę przebiega ta sama myśl. Dlaczego Żanetka? Dlaczego dorosła kobieta publicznie zdrabnia swoje imię. 
Większość z Was wie, że mam na imię Żaneta. To pewnie dlatego ta myśl wtedy nie dawała mi spokoju za każdym razem gdy słyszałam reklamę środka do higieny intymnej. Gdyby kobieta przedstawiała się imieniem Kasia, Asia, Basia itp chyba nawet nie zwróciłabym na to uwagi. Swoje imię zawsze się wyłapie. 
Wtedy nie przypuszczałam, że „Żanetka Leta” wróci do mnie po kilku latach. Wróci i sprawi, że będę oczarowana jej osobą.

Jak się okazało- tak naprawdę Jeannette Kalyta. Moja imienniczka. Moja pokrewna dusza. Gdyby dane było mi spotkać tę kobietę na żywo bez chwili wahania uścisnęłabym ją. 
Bez słów. Za to za słowa. Te, które wywarły na mnie tak ogromne wrażenie.
Jak chyba żadne inne nigdy wcześniej.

Książka, która trafiła do moich rąk, dzięki uprzejmości Wydawnictwa Otwarte zapisała mi się w pamięci i wiem, że pozostanie tam już na zawsze. Wiem też, że jeszcze nie jeden raz do niej wrócę. Jeżeli kiedykolwiek będzie dane mi zostać babcią, to posunę się o stwierdzenie, że zanim to nastąpi dam egzemplarz swojej synowej. A już na pewno córce o ile kiedyś ponownie zostanę mamą – dziewczynki.
Żeby miały wspaniały poród. Taki jak te, które opisuje Jeannette.
Wymarzony. Taki jak mój.
Pozwólcie, że tak jak autorka na kartach książki, tak i ja będę wracała wspomnieniami do pewnych wydarzeń…
Bałam się porodu, tego co ma nastąpić. W końcu to miało być nieznane dla mnie doświadczenie. Uczęszczaliśmy do szkoły rodzenia. Rozmowy z położną mnie uspokajały. Filmy z porodów również. Tak samo jak myśl o tym, że nie będę sama.
Dużo czytałam. Skupiałam się jednak tylko i wyłącznie na pozytywnych historiach. Nie chciałam czytać i słuchać o bólu, strachu, krwi. 
W głowie miałam wizję swojego porodu. Tak silną, że stała się rzeczywistością. 
Nie planowałam minuty po minucie, chciałam jednak, żeby było to dla mnie wspomnienie, do którego będę z chęcią wracać w przyszłości.
Trafiłam na położną anioła. Agnieszka Serafin. Nawet nazwisko miała anielskie. 
Gdybym ponad rok temu miała możliwość przeczytania książki Jeannette byłoby mi jeszcze łatwiej. Zmieniłoby się jedno. Chciałabym urodzić w domu. 
Lektura sprawiła, że to co chodziło mi po głowie, a wydawało fanaberią okazuje się być czymś naturalnym. 
Tak samo naturalnym jak to, że pierwsze godziny życia Mateuszka spędziliśmy wtuleni w siebie. Cała nasza trójka. 
Często wracam myślami do tych chwil. Często wypowiadam je głośno, gdyż nie mogę zapomnieć tego mistycznego uczucia. Opowiadam raz po raz o tym mojej mamie, która słucha mnie ze łzami w oczach.
Gdy ja się rodziłam mama mogła na mnie tylko spojrzeć. 
Zaraz potem zabrano mnie. 
Był grudzień 83 roku. Mróz, w szpitalu nieszczelne okna. Z tego powodu nie przywozili matkom swoich dzieci nawet na karmienie. Mama straciła mnóstwo krwi podczas porodu. Spędziłyśmy w szpitalu równy tydzień. Do dziś mama wspomina jak podczas tych krótkich chwil, kiedy przynosili małe zawiniątko położna żartowała do mamy „karmić, karmić, nie przyglądać się”. A moja mama patrzyła w moje oczy, które współgrały z granatową obwódką na białym rożku i kręciła loczka z tej garstki włosów, które miałam na czubku główki. 
Mimo, że znam tą historię na pamięć, ciężko mi było wyobrazić sobie i zrozumieć dlaczego w tamtych czasach zabierano matkom to co najpiękniejsze w porodzie. Dlaczego kobiety się na to godziły…
Odpowiedź poznałam już po pierwszych rozdziałach, gdzie Jeannette wspomina swój poród, ten w którym na świat przyszło jej pierwsze dziecko. A także ten, w którym uczestniczyła jako młodziutka położna, która sprzeciwiając się ordynatorowi dwukrotnie kładzie dopiero co narodzone dzieci na brzuchach ich matek. 
To wtedy po raz pierwszy przyszło mi na myśl, że z chęcią przytuliłabym tą kobietę. 

Takich momentów podczas czytania było mnóstwo. Nie będę Wam ich opisywać, opowiadać książki. Nie będę Wam zabierać uczucia ciekawości, poznania tego co znajduje się na następnej stronie. I na kolejnej. 
Książka przede wszystkim wzrusza, choć nie brakuje w niej zabawnych scen.
Nie jeden raz jednak odkładałam na bok swój egzemplarz, bo łzy przeszkadzały mi czytać dalej. Próbowałam je przełykać, ocierać wierzchem dłoni. Tak, by nie widział mój mąż. Nic z tego. Każdą z historii musiałam poukładać sobie w głowie i w sercu. Zaakceptować słowa. 
Dopiero wtedy mogłam czytać dalej. 
Wieczorem, kładąc się do łóżka sceny wracały do mnie. Przeżywałam je na nowo. Nie mogłam się doczekać, by sięgnąć po książkę ponownie.
Jeannette na samym początku książki wspomina, iż żałuje, że nie mogła opisać wszystkich porodów, które przez te wszystkie lata odebrała. Książka liczyłaby wtedy co najmniej trzy tysiące stron. 
Myślę, że  nawet taka ilość pozostawiłaby we mnie niedosyt. 
Każda historia tak inna, tak niesamowita. Chciałoby się do nich wracać i wracać.
Tak samo często jak wracam myślami do 19 listopada 2012 roku.

Każda historia zostawiła w moim sercu ślad i choć od czasu mojego porodu pogląd na wiele kwestii mam ten sam, to mimo wszystko książka ugruntowała mnie w przekonaniu, że warto żyć w zgodzie z samym sobą, słuchać tego co podpowiada nam intuicja. Jak dotąd nigdy mnie nie zawiodła i wierzę, że tak pozostanie.

Książka jednak to nie tylko zbiór historii porodowych. To również wspomnienia dotyczące życia autorki. Swoista autobiografia. Z przesłaniem.

Uczy. Miłości. Szacunku do drugiej osoby, nawet tej znajdującej się w brzuszku mamy. Pokazuje nam, że warto szukać swojej drogi, dać się ponieść nurtowi. Daje też wiarę i odwagę, by spełniać swoje marzenia i być wiernym wyznawanym poglądom. 

Żałuję, że nie miałam nigdy okazji poznać autorki. Ciepło bijące ze słów na każdej stronie, troska o innych, serdeczność sprawia, że przed oczami mam Kobietę – Anioła.
Taką samą, o której wspomina Jeannette na początku książki, opisując historię spotkania położnej z czasów, gdy sama była małą dziewczynką.

Dla mnie ta książka jest świadectwem wiary w drugiego człowieka, tego, że los stawia na naszej drodze wspaniałych ludzi. Tylko nie zawsze potrafimy ich dostrzec. Ci ludzie właśnie są jak anioły.

Mimo tego, że nie przytulę jej nigdy i nie podziękuję osobiście za każde słowo, co tak bardzo chciałabym uczynić, nie czuję smutku. Czuje, że przez tą książkę w pewien sposób spotkałam Anioła. Wiem bowiem, że jeśli któregoś dnia najdą mnie wątpliwości, sięgnę wtedy ponownie po książkę Jeannette.  I ona doda mi sił.
I wiary. Że chcieć znaczy móc.

Od dziś, także i Wy możecie.

Specjalnie czekałam z wpisem na oficjalną premierę, aby każdy kto poczuje potrzebę przeczytania książki, mógł ją zakupić.

Książka już jest dostępna na stronie empiku, pod adresem 

http://www.empik.com/polozna-kalyta-jeannette,p1086608124,ksiazka-p

Na koniec mam także dla moich czytelników niespodziankę. 

Każdy z Was, kto w komentarzu pod wpisem zostawi swoje pierwsze, najpiękniejsze dla Was wspomnienie z dzieciństwa będzie miał szanse na zdobycie książki Jeannette. 

Do rozdania mam aż 3 książki!

Na wpisy czekam do niedzieli 19 stycznia. Szczęśliwców wybiorę do przyszłej środy.

Bardzo jestem ciekawa Waszych wspomnień 🙂

Książki kucharskie z przepisami (nie tylko) dla dzieci

Odkąd jest z nami Mateuszek dużo częściej korzystam z przepisów na różne dania niż do tej pory. Jeśli chodzi o gotowanie dla nas, dorosłych, zazwyczaj gotuję ze sprawdzonych pomysłów na dania. Naprawdę sporadycznie korzystam z tych polecanych w książkach czy też na internecie.
Mimo, że książek w domu mam mnóstwo, to kucharskich akurat tyle co kot napłakał. Przybyło ich jednak trochę od momentu, kiedy Matiemu rozszerzyłam dietę. Nie raz, nie dwa i nie trzy razy pisałam o rozterkach związanych z wprowadzaniem nowych pokarmów i o tym jak ustalić Matiemu jadłospis. Przyznaję, że większość pomysłów na obiadki, a także na śniadanka zaczerpnęłam z literatury.
Dziś kilka słów właśnie o tego typu literaturze.

Jedna z mam poprosiła mnie o polecenie książki kucharskiej z przepisami na fajne i szybkie dania. Nie polecę konkretnej pozycji, ale podzielę się z Wami tym co sama posiadam. Może i Wam coś przypadnie do gustu.

Najlepsze na świecie domowe jedzenie dla dzieci

Książka, z której przy sporządzaniu posiłków dla Mateusza korzystam najczęściej. Pisałam o niej wcześniej, powtarzam się i dziś. Jest świetna. Przepisy podzielone są wg miesięcy życia. I uwzględnia sposób karmienia początkowego (czy dziecko karmione piersią czy sztucznie).

Z tej książki hitem okazały się frytki dla niemowląt. Sama nigdy nie wpadłabym, że tego typu danie można zaserwować już 9-cio miesięcznemu dziecku.

Bobas Lubi Wybór- książka kucharska

Tę pozycję kupiłam dawno, dawno temu, kiedy jeszcze byłam w 100% przekonana, że będę się stosować do założeń BLW. Nie wyszło. Książka przeleżała na regale kilka miesięcy.
Wróciłam do niej na nowo jakiś czas temu i okazała się hitem. Dzięki niej mam gotowe pomysły na dania, które możemy jeść wspólnie. Zwłaszcza teraz, kiedy Mateusz coraz częściej chce jeść sam.
Przepisy są zdrowe, szybkie i przewidują zaspokojenie głodu całej rodzinki. Z pewnością będę często po nią sięgać.



Pokonaj alergię Bożena Kropka

Tytuł sporo sugeruje, jednak nie jest to pozycja przeznaczona tylko i wyłącznie dla osób z problemami alergicznymi. To rodzaj poradnika, w którym znajduje się mnóstwo informacji nt prawidłowego modelu żywienia dzieci i dorosłych, wszelkie niezbędne informacje o witaminach i składnikach mineralnych, rodzaje diet, a także przepisy. Na codzienne, proste obiady.
Muszę koniecznie zakupić dla siebie egzemplarz, gdyż ten, który posiadam w domu pożyczyła mi koleżanka z pracy. A naprawdę warto go mieć na regale.

Słodkie pieczone kasztany i Zielona Toskania Aleksandry Seghi

Uwielbiam do tych pozycji wracać, zwłaszcza zimą. Poza sielskimi opisami przyrody, urokami życia na toskańskiej prowincji znajduje się w nich mnóstwo przepisów na regionalne dania.
Nie ma nic przyjemniejszego niż smakowa podróż do słonecznej Italii w środku zimy. Polecam.
W sumie nie tylko dla dorosłych, bo propozycje autorki na dania ekologiczne jak najbardziej pasują dla naszych maluchów.



Zapraszam do stołu. Kuchnia Jerzego Knappe

Byłam ogromną fanką „Przepisu na życie”. Książkę otrzymałam w prezencie od męża. Średnio przypadła mi do gustu, ale mimo wszystko ma w sobie kilka przepisów, do których wracam. Serialu niestety już nie jestem w stanie przełknąć. Obecna seria to dla mnie nic ciekawego, nawet dialogi Beatki i Żabci nie śmieszą jak dawniej.

Ale książkę mam i lubię do niej zajrzeć. Z sentymentu.

http://www.znaczkijakrobaczki.pl/wp-content/uploads/2013/11/DSC_6335.jpg

Kuchnia Filmowa Paulina Wnuk

Nowość w mojej biblioteczce. Książkę otrzymałam w prezencie od Wydawnictwa Otwarte. Byłam jej ogromnie ciekawa, bo jak możecie przeczytać została wydana na podstawie bloga Pauliny Wnuk.
W książce znajdują się przepisy, które odnajdziemy na blogu. Czemu kuchnia filmowa? Bo pomysły na potrawy pochodzą z kultowych filmów i seriali.
Sama Paulina pisze o niej tak:
„W tej książce jest kilkadziesiąt przepisów inspirowanych filmami i serialami. Myślę, że każdy kiedyś zastanawiał się, jak Bridget Jones zrobiła niebieską zupę albo jak przygotować kremowe piwo, które pił Harry Potter. Sporządziłam przepisy na dania z ekranu, abyście we własnej kuchni mogli ugotować to, co jedzą bohaterowie Waszych i moich ulubionych filmów.”
Książkę mam od jakiegoś tygodnia, a już się przydała. Na podstawie przepisu z serialu Dexter powstała tarta limonkowa, którą zaserwowałam gościom podczas roczku Mateuszka.
 Co prawda moja wersja była zmodyfikowana, bo zamiast czekoladowego spodu użyłam biszkoptu, który pozostał z nadwyżek tortowych, jednak masa zgodnie z przepisem.

W kolejce Ciasto czekoladowe pani Trunchbull z Matyldy oraz Sos do spaghetti alla Clemenza z Ojca Chrzestnego, które mam zamiar całej rodzince zaserwować już jutro.  Będzie smakowicie. Jestem tego pewna.

Lubię otaczać się książkami, a to jest ten typ pozycji, który po prostu wypada mieć u siebie. Zwłaszcza blogerce. Tym bardziej cieszę się, że do mnie trafiła. Dziękuję bardzo 🙂

Jest jeszcze jedna pozycja, na samym dole, bardzo szczególna. Wspomnę jednak o niej troszkę bliżej Świąt 🙂

Dziewczyny możecie polecić coś od siebie? Tylko nie Nigelle i Jamie Olivier. Coś w klimacie Julii i Julia.
A najlepiej taką, gdzie przepisy nie składają się z produktów, o których istnieniu nie miałam pojęcia 🙂

Kartonowe książeczki

Jestem molem książkowym. Zawsze byłam. Półki w domu uginają się od książek, bo poza tym, że namiętnie je czytam to nie wyobrażam sobie nie posiadać na własność egzemplarza, który skradł moje serce.
Nie dla mnie e-booki. 
Już będąc w ciąży powoli kompletowałam biblioteczkę Mateuszka. I choć większość pozycji takich jak te z serii „Poczytaj mi mamo”, będą musiały poczekać jeszcze trochę na swoją kolej, nie oznacza to, że nie mam swojej listy książeczek, które koniecznie kiedyś kupię. 
Lista ta co jakiś czas wzbogaca się o nową pozycję. A to przeczytam wpis którejś z mam i stwierdzę, że chciałabym tą książeczkę dla Mateuszka, a to przypadkiem natknę się na jakieś cudo wydawnicze w księgarni. 
Mateuszek jeszcze specjalnie nie podziela mojego zamiłowania do słowa pisanego, jednak obrazki jak najbardziej przyciągają jego uwagę. Mamy książeczkę kartonową „Księga dźwięków” i widzę jego zainteresowanie obrazkami. Dlatego też z całej listy książeczek, wybrałam te, które wpasują się w rozwój umiejętności mojego dziecka w ciągu najbliższych miesięcy. 
Stawiam na obrazki. Ładne obrazki, bo tak jak i słowo ma dla mnie moc, tak i jestem estetką jeśli chodzi o ilustracje.Wybrałam pozycje doskonale Wam, drogie mamy znane. Jednak przed kupnem jakimś cudem wciąż się powstrzymuję i biję z myślami, czy to już TEN czas?

Dlatego proszę o radę, czy dziecko w wieku zbliżonym do Mateuszka zainteresuje się książeczkami typowo obrazkowymi takimi jak te z serii 1001 drobiazgów, Mamoko czy Ulica Czereśniowa?

Pytałam już o to kiedyś na fb, jednak odzew nie był wielki, a ja wciąż nie podjęłam decyzji. Książeczki na pewno się nie zmarnują, bo jeśli nie wykorzystamy ich teraz to z pewnością posłużą nam później. Jednak chciałabym teraz kupić coś trafionego, coś co na pewno przyciągnie uwagę Mateuszka.
Nie ukrywam, że mi bardzo przypadły do gustu, głównie ze względu na ilustracje, które nie odstraszają mnie swoją infantylnością. Ale… książki nie mają się podobać mi, tylko Mateuszkowi. 
Czy dziecko w wieku 10-15 miesięcy będzie zainteresowane taką „lekturą”? 
A może polecicie coś innego, co Wasze dzieciaczki szczególnie sobie w tym wieku upodobały?