Atopowe zapalenie skóry u dziecka czy skaza białkowa

Wiedziałam, że istnieje. Wiecie, na zasadzie „dzwoni, ale nie wiadomo, w którym kościele”. Z Matim niemowlakiem życie pod tym względem było proste. Zero problemów skórnych, wzdętych brzuszków, kolek, nieprzespanych nocy. Trzymałam się diety matki karmiącej (nie będąc do końca przekonaną o micie tego zjawiska), dzięki czemu pierwsze miesiące upłynęły w błogim spokoju.

Z Antosiem sprawa się posypała. Od początku był wrażliwszy. Pewnie dlatego, że i ja od początku pozwalałam sobie na wszystko. Jadłam nabiał, cytrusy, czekoladę. Już dwa dni po wyjściu ze szpitala wysypało go na buzi i szyjce. Lekarka zdiagnozowała trądzik niemowlęcy. Intuicja podpowiadała mi, że winowajcą jest cytryna w herbacie. Nie pomyliłam się. Jak tylko odstawiłam wszystko zeszło i nie wróciło więcej.

Generalnie Antek od początku miał tzw sapkę niemowlęcą. Mi to brzmiało jak zatkany nosek. Ulewał do tego często. Dostał syropek na refluks i jakoś daliśmy radę przetrwać. A potem trafiłam na usg bioderek i lekarza, który przy okazji badania rzucił pytaniem czy karmiąc jem nabiał. Bo dziecko ma suchą skórę. I brzuszek zagazowany. Wiecie co ja wtedy pomyślałam? Co tam się FACET może znać na karmieniu piersią. Lekarz od usg.

Żyliśmy dalej. Jakoś na początku roku Mati przyniósł z przedszkola zapalenie krtani. Chwilę potem zaczął pokasływać Antoś. Nie minęło kilka dni jak trafiliśmy do szpitala. Lekarze nie do końca byli w stanie postawić diagnozę. Był katar, spory kaszel. Rtg nic nie wykazało. CRP bliskie zeru. Mimo to podano antybiotyk. Z jednej strony pluję sobie teraz w brodę, że go podano, z drugiej po 2 dniach dziecko zaczęło w końcu normalnie oddychać.

Dwa tygodnie po wyjściu ze szpitala zaczął kasłać ponownie. Co kilka dni jak pielgrzymi zmierzaliśmy do placówki medycznej na osłuchanie. Poznaliśmy wszystkich pediatrów Lux Med w Krakowie. Kaszel trwał z przerwami ponad 2 miesiące. Oprócz niego na zgięciach łokci pojawiły się suche, czerwone placki. Klasyczne AZS. Klasyczne AZS pojawiające się w okolicy 4-5 miesiąca życia dziecka.

Milion razy zadawałam sobie pytanie „SKĄD?”

Któregoś wieczoru Mati zażyczył sobie na kolację kakao. Patrząc jak pije pociekła mi ślinka. Wypiłam cały kubek. To była ciężka noc. Nieprzespana. Rano Antoś kilka razy chlusnął mlekiem. Byłam pewna, że przyplątała się jakaś jelitówka. W pieluszce znalazłam malutkie pasemko krwi, które lekarz skwitował jako efekt pękniętego naczynka podczas wysiłku przy wypróżnianiu. Suche placki zaczęły się powiększać. A ja zaczęłam się co raz bardziej upewniać w przekonaniu, że COŚ jest na rzeczy z nabiałem. Przypomniałam sobie rozmowę z lekarzem od usg. Rozmowę, którą sama zamiotłam w daleki kąt pytając jeszcze innych pediatrów czy kaszel może mieć związek z tym co sama jem.

Na bilans półroczniaka zaczęłam drążyć temat. Bo akurat trafiłam na dość wygadaną lekarkę (to niestety rzadkość). Obejrzała rączki, stwierdziła, że winne jest kakao. Że gdyby nabiał to dziecko miałoby krew w kale. Żarówka w głowie oświetliłaby całą ziemię. BINGO! I wtedy przypomniało mi się jeszcze jak zaraz po porodzie zjadłam drożdżówkę z serem. I płacz Antosia w nocy. I malutkie pasemko krwi w pieluszce rano, o które oskarżyłam witaminę K podaną mu wieczorem.

Rozmowa z lekarzem była długa. Początkowo diagnozowane AZS okazało się klasyczną skazą białkową. Całkowicie odstawiłam mleko krowie i jego pochodne. Całkowicie odstawiłam czekoladę. Przerzuciłam się na mleka roślinne. Kozie sery. Antoś kaszlał co raz mniej. Suche, czerwone placki zaczęły blednąć, aż zniknęły całkowicie po około 2-3 tygodniach. Skóra na rączkach i boczkach zrobiła się gładka i mięciutka. Kaszel ustał.

U tak małego dziecka poza dietą eliminacyjną matki (prowadzoną pod okiem lekarza – pamiętajcie!) warto również zrobić ogólne badanie kału. Zwłaszcza gdy zawartość pieluszki ma często charakter śluzowy. Wyniki pokażą czy obecne są ciała redukujące świadczące o nietolerancji laktozy. Ich brak jednak wcale nie oznacza, że skaza nie występuje. Mylnie określa się skazę jako białkową, może mieć ona jednak podłoże w innym rodzaju produktów. Np w kakao, orzechach, cytrusach itp.

W tym czasie przerobiłam sporo kosmetyków do pielęgnacji skóry maluszka. Choć moim faworytem pozostaje balsam z LRP, który pokochałam już przy Matim, to miałam okazję również przetestować kosmetyki marki DEMSA.

IMG_4020

 

Kosmetyki otrzymaliśmy do testów dużo wcześniej, więc mogliśmy wypróbować całą rodziną. Akurat trwała zima. Suche powietrze, mróz. Mąż ma w tym czasie spore problemy z przesuszoną skórą twarzy. Używał w tym czasie kremu, który ma lekką i dobrze wchłaniającą się konsystencję. Zapach ma neutralny, bardzo apteczny. Zima się skończyła, a wraz z nią opakowanie kremu.

Moją bolączką zimą są natomiast suche, swędzące dłonie. Istny koszmar. Choć staram się nie zapominać o rękawiczkach to dłonie i tak obrywają najbardziej. Ratowałam się w tym czasie balsamem na suchą i swędzącą skórę. Muszę przyznać, że działał rewelacyjnie. Dobrze nawilżał, co sprawiło, że skóra nie łuszczyła się i nie była czerwona. Zużyłam całe opakowanie i z czystym sumieniem mogę Wam ten balsam polecić.

Gdy zaczęły się problemy Antosia miał niewiele ponad 4 miesiące. Kosmetyki DEMSA mimo, że nie zawierają sterydów i parabenów, przeznaczone są dla dzieci od 6 miesiąca życia. Balsamu do pielęgnacji wypróbowaliśmy gdy Antoś miał już dość poważnie zaostrzone objawy- w okolicy 7 miesiąca. W tym czasie też wprowadziłam Antosiowi pierwszy warzywny posiłek. I niestety Antoś dostał wysypki po kilku dniach. Najpewniej miało to związek z nowym posiłkiem, problemami związanymi z nabiałem, jednak nie odważyłam się posmarować balsamem kolejny raz. Balsamem smaruje się Mati 🙂

DSC_0109

Wypróbowaliśmy natomiast płyn do mycia i kąpieli. Zarówno przy Antosiu jak i Matim. Płyn pieni się bardzo delikatnie, co jest bardzo dużym plusem przy niemowlaku. Bardzo dobrze nawilża, skóra jest miękka i gładka. Przy czym ma równie delikatny zapach. W tym przypadku u Antosia nie wystąpiła żadna reakcja alergiczna 🙂

DSC_0102

DSC_0117DSC_0144

Na koniec mam dla Was małą NIESPODZIANKĘ.

Do rozdania mam aż 3 zestawy emolientów DEMSA. Napiszcie w komentarzu dlaczego akurat do Was mają one trafić. W związku z tym, że producent chce aby kosmetyki wypróbowało jako najwięcej osób, prosimy aby osoby które wygrały zestaw na innym blogu dały szansę innym 🙂 Udział w konkursie oznacza akceptację regulaminu.

Na Wasze przekonujące komentarze czekam przez najbliższy tydzień, tj. do końca dnia 12 czerwca. Trzynasty przyniesie szczęście trzem osobom 🙂

DEMSA_grafika_blog_znaczkijakrobaczki

 

Jeśli nie wierzycie w swoje szczęście lub chcielibyście wypróbować kosmetyki już teraz, możecie je zakupić w nowo- otwartym sklepie DEMSA.

Demsa sklep 01WYNIKI KONKURSU:

Po nagrody zapraszamy Kamilę, Justynę Pindral oraz Magdalena Świtała 🙂

Podajcie namiary gdzie mamy wysłać zestawy kosmetyków (mail w zakładce kontakt).

 

Żółtaczka związana z karmieniem piersią

To były ciężkie dni. Radość z narodzin drugiego synka, faktu, że wkrótce całą czwórką będziemy razem przesłoniła choroba.

O żółtaczce fizjologicznej noworodków słyszałam już wcześniej. Właściwie co druga rodząca koleżanka miała z nią styczność, nic dziwnego. Kilka/ kilkanaście godzin fototerapii i po sprawie. Wypis do domu i przykaz obserwacji.

Czasem jednak żółtaczka przedłuża się lub pomimo zastosowanej fototerapii jej poziom nie spada jak zakładają lekarze. Czas spędzony w szpitalu wydłuża się z 3 dni do 5,7,10. Masakra. Zwłaszcza dla mamy, która w domu zostawiła starsze dziecko (dzieci).

Dla mnie to była trauma. Bynajmniej, nie szafuję słowem. O tym, co przeżyłam w szpitalu napiszę Wam jak tylko myśli poukładam w głowie. Choć może i dam sobie spokój. W końcu ten koszmar mam już za sobą.

Wrócę jednak do żółtaczki, bo duży procent dzieci choruje, a większość mam jest wprowadzana w błąd.

Antkowi w drugiej dobie życia zażółciła się skóra. Lekarka kazała pobrać krew do badań. Wyszedł podwyższony poziom bilirubiny przy pozostałych parametrach krwi i moczu w normie. Klasyka, niektóre dzieci mają żółtaczkę fizjologiczną, która mija sama. U niektórych trzeba naświetlać. U nas zadecydowano o naświetlaniu. Zanim przejdę dalej- mała uwaga. Żółtaczka fizjologiczna noworodków absolutnie NIE MA nic wspólnego z żółtaczką typu B (WZW B). To dwie odrębne jednostki chorobowe.

Naświetlaliśmy przez całą dobę tzw płetwą. To taka mini lampa, którą wkłada się dziecku pod ubranko, na brzuszek. Różnie źródła mówią, jedni radzą nie okrywać dziecka ubraniami, inni nie widzą przeciwwskazań.

IMG_9843

IMG_9846

U nas po pierwszej dobie takich naświetleń poziom bilirubiny skoczył do wyniku około 14,5 (norma do 12). To spowodowało, że o wypisie w 3 dobie mogliśmy zapomnieć. Włączono naświetlania w cieplarce (które dla mojej laktacji były horrorem). Żeby fototerapia zadziałała dziecko musi być pod lampami jak najdłużej bez przerw. Przynajmniej 3h. O ile w ciągu dnia nie było większego problemu, bo odciągnięte mleko na moich oczach położna podała Antosiowi gdy był w środku, o tyle w nocy lekko nie było. Antoś ewidentnie chciał się przytulać. Ja nie mogłam go wyciągnąć, objąć, poczuć jego zapachu. Ba, nie mogłam być nawet w sali gdzie on się znajdował. Siedziałam sama w środku nocy na łóżku, próbując przywołać w pamięci jego widok, by pobudzić odruch oksytocynowy.. Zamiast mleka leciały mi łzy. Słyszałam kwilenie maluszków obok i serce mi pękało, że moje dziecko gdzieś na innej sali, beze mnie.  Po całej nieprzespanej nocy, gdzie ledwie odciągnęłam kilkanaście mililitrów położna oddała mi go do łóżka i na tym zakończyła się przygoda z cieplarką. Rano wynik był minimalnie niższy co oznaczało, że jednak spędzimy jeszcze trochę w szpitalu. Sytuacji nie poprawiała tęsknota za starszakiem, który czekał w domu i baby blues rozkręcony na całego.

To spowodowało, że wypisałam nas na żądanie do domu. Skrajnie wyczerpana psychicznie, bez sił do walki z systemem. Walki, bo na moje postanowienie o karmieniu piersią położne prychały pod nosem, aż ostatecznie zgłosiłam lekarce, że nie wyrażam zgody na dokarmianie z prośbą o przypilnowanie tego tematu. Sprawę żółtaczki natomiast skonsultowałam z dwoma lekarzami, w tym z neonatolog w szpitalu. Powiedziałam, że chcę dokończyć fototerapię w domu, bo wiem, że jest taka możliwość.

Szczęśliwie się złożyło, że znalazłam w Krakowie miejsce, które za opłatą wypożycza do domu lampę Bilibed marki Medela (lampę można pożyczyć w NZOZ Arka http://www.nzoz-arka.eu/inne-uslugi-medyczne – od razu zaznaczam, nie jest to żadna reklama. Chcę wskazać możliwość, z której ja skorzystałam).

IMG_9910134IMG_9882

Nie zastanawiałam się ani minuty. Zadzwoniłam zanim wypisałam się ze szpitala, zarezerwowałam lampę. Gdy dotarliśmy do domu, mąż przywiózł łóżeczko. To był piątek. Naświetlaliśmy Antosia do wtorku (na zmianę kładąc go to na brzuszku, to na pleckach z przerwami na karmienie). W sobotę ( po 1 dniu naświetlania) pojechaliśmy zbadać krew. Bilirubina spadała – powoli, ale spadała.

Wtedy usłyszałam o naparze ze znamion kukurydzy. Eliza- dzięki kochana! W Polsce nikt o tym nie mówi, a w Niemczech podobno same położne na wizytach dają pacjentce. Znamiona smakują obrzydliwie, ale skutecznie obniżają poziom bilirubiny. Oczywiście piłam ją ja i karmiłam piersią. Ważne żeby pić tego dużo! Równy tydzień po wyjściu ze szpitala powtórzyliśmy badania. Bilirubina była na poziomie około 10. Za radą lekarza daliśmy już sobie spokój z kontrolowaniem poziomu. Cieszyłam się macierzyństwem i starałam nadgonić stracone pierwsze chwile, przystawiając synka jak najczęściej. Jedynie w nocy musiałam pamiętać, by wybudzać go na karmienie co 2h. To ważne, bo nocne, tłuste mleko doskonale obniża poziom bilirubiny. Sprawie też, że dziecko częściej się wypróżnia co jest istotne przy tej chorobie.

Szukając jednak informacji o żółtaczce natrafiłam na różne porady. Jedna z nich mówi jakoby odstawić dziecko od piersi na jeden dzień i podać mm. Ewentualnie odciągnąć mleko i podgrzać do jakiejś tam temperatury. Szczerze mówiąc wydawało mi się to absurdalne, co potwierdziła lekarka. Jeżeli przedłużająca się żółtaczka jest powiązana z karmieniem piersią to należy karmić jak najczęściej, bo właśnie opóźnianie karmienia przyczynia się do wzrostu bilirubiny. Są oczywiście przypadki, gdzie żółtaczka utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie i niezbędne jest podanie leków, a nawet transfuzja. Nasz przypadek jednak dotyczył dość łagodnego poziomu.

Różne źródła podają, że za wczesną postać żółtaczki u dziecka odpowiada między innymi zbyt późne rozpoczęcie karmienia piersią (lub mało efektywne) oraz opóźniony pasaż smółki. Ani z jednym, ani z drugim nie było w naszym przypadku problemu. Antek pierś złapał leżąc jeszcze na moim brzuchu, zaraz po odcięciu pępowiny. Smółkę oddał jakieś 3 h później.

Podaje się jeszcze przyczyny związane ze słabo rozwiniętym układem pokarmowym dziecka. Nie jestem lekarzem, mogę tylko gdybać. Mogę się też zastanawiać czy na wystąpienie żółtaczki nie miało wpływu np podanie pierwszej dawki witaminy K, którą dostał w pierwszej dobie na noc. Dosłownie kilkanaście minut później zaczął mocno płakać i się prężyć.  Ewidentnie bolał go brzuszek, a rano pojawiła się krew w kale. W badaniach wyszedł wtedy podwyższony poziom bilirubiny. Gdybam,ale jeśli nie podano by mu tej witaminy może bilirubina nie wzrosłaby?

A może wpływ miał mój tragicznie niski poziom witaminy D3 w ciąży? Z niedoborem zmagałam się przecież całe 9 miesięcy.

Teraz już się tego nie dowiem.Mam jednak nadzieję, że mój post będzie pomocny tym mamom, które będą podobnie jak ja, martwić się o zdrowie swojego nowo narodzonego maluszka.

Jeśli macie jakieś pytania, np o samą lampę to piszcie w komenatarzach. Na pewno odpowiem.

 

Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Mapa polskich szpitali.

Blisko rok minął od mojego wpisu, w którym przybliżyłam Wam jakie prawa mają opiekunowie hospitalizowanych dzieci. Na koniec mojego posta poprosiłam Was o wypełnienie króciutkiej ankiety, zawierającej pytania odnośnie aktualnej sytuacji na oddziałach pediatrycznych. Jej wyniki znajdziecie na końcu. Dowiecie się z nich o wysokości opłat w szpitalach większości polskich miast. O tym, co w ramach tej opłaty przysługuje (np czy dostaniesz osobne łóżko, czy w sali będzie wc itp) oraz na jakie niestety niedogodności możecie trafić. Mam nadzieję, że będą one podpowiedzią gdy przyjdzie Wam wybrać się z dzieckiem do szpitala.


W ferworze ciąży, narodzin drugiego syna zapomniałam zupełnie o ankiecie. Wybaczcie. Myśl o niej wróciła dwa tygodnie temu, gdy ponownie trafiłam do szpitala we Włoszczowej, który już kiedyś odwiedziłam z małym Mateuszem. I tym razem zastałam bardzo dobre warunki, a jako mama zostałam potraktowana z należytą godnością. Wszelkie zabiegi przy Antku odbywały się za moją zgodą oraz w mojej obecności. Lekarze na bieżąco (tak, tak!) informowali mnie o stanie jego zdrowia i prowadzonym leczeniu. Nie musiałam nigdzie chodzić, dopytywać. Godzinę po tym jak pobrano Antosiowi krew, zrobiono rtg, przyszła Pani doktor i poinformowała mnie o wynikach. Przedstawiła plan leczenia, odpowiedziała na pytania krążące w mojej głowie, uspokoiła. Wpadała zajrzeć do synka, nie tylko podczas obchodu. Ujęła mnie tym bardzo. Pielęgniarki były delikatne i troskliwe. Traktowały mojego synka jak dobre ciocie. Gdy któregoś wieczora nie mógł zasnąć, przyszły, wzięły na ręce i zabawiły. Mnie samej pomogły, gdy w nocy złapał mnie ból woreczka żółciowego, zaprowadzając na nocną opiekę. Wdzięczna też jestem jednej z Pań za pomoc z zatkanym uchem. Dla mnie to takie nieporównywalne po tym co przeszłam tu w Krakowie, po narodzinach Antka. Że można z sercem do pacjenta, do opiekuna. Ozłociłabym te Panie, gdybym mogła. Medal dała. Wdzięczna jestem niezmiernie każdej napotkanej tam osobie.  W całym tym chorobowym nieszczęściu dziękuję Bogu, że trafiliśmy do tego szpitala.

Na sali akurat byliśmy sami. Nie było wielkiego obłożenia, ale wszystkie sale są max dwuosobowe. I choć pamiętają jeszcze czasy moich narodzin (po małym remoncie) to na prawdę czułam się tam komfortowo. Miałam swoje osobne łóżko (spałam z Antosiem, ale na wyciągnięcie ręki było również łóżeczko). W sali znajdywała się umywalka oraz wanienka dla dziecka. Na korytarzu wc i prysznic. Dostęp do kuchni, lodówki, mikrofalówki. Wielka sala zabaw z ogromem zabawek, co by starszaki się nie nudziły zbytnio. Na korytarzu automat, dzięki któremu można było wykupić dostęp do wi-fi, tv, e-booków.

Chciałabym, aby podobny standard był we wszystkich polskich szpitalach. Gorąco wierzę, że jeśli będziemy głośno mówić o problemie (a ten niestety istnieje – jak zobaczycie zaraz w wynikach ankiety) to wspólnie uda nam się coś zmienić. Szczerze mówiąc temat aż się prosi, by ktoś tam na górze się tym zajął. Może macie swój pomysł jak sprawić, by ordynatorzy oddziałów dziecięcych pochylili się nad tematem i zapewnili matkom oraz opiekunom godne warunki w swoich placówkach? Piszcie, może razem uda nam się coś zdziałać. Pociągnąć za odpowiednie sznurki. Nagłośnić, by dotarło do odpowiednich uszu. Sprawić, by dziecko i rodzic dostało godne warunki na oddziale. Takie na jakie zasługują. By matka czy ojciec nie musieli przez cały pobyt spać na zimnej szpitalnej podłodze i prosić się lekarzy o informacje na temat zdrowia swojej pociechy.


 

Wyniki. Wybaczcie, że nie są poukładane w kolejności alfabetycznej. Ponad setka ankiet- przy małym dziecku nie do ogarnięcia tak jak bym chciała. Na początek miasta, z których dostałam najwięcej odpowiedzi. Jeśli ktoś nie wypełnił ankiety, a chciałby to zrobić jeszcze może: ANKIETA – Mapa szpitali przyjaznych matkom.

Dane pochodzą z 2015 roku. Obecne ceny i warunki mogą się minimalnie różnić. Opinie nt szpitali są cytowane bezpośrednio z ankiet. Każda ankieta jest anonimowa.

Postaram się w miarę na bieżąco aktualizować wyniki. W komentarzach również możecie wpisywać swoje doświadczenia. Niech będą opinią dla innych rodziców.

Mapa szpitali przyjaznych rodzicomKraków-2Kraków-3wARSZAWAPoznańpozostałe-1pozostałe-2pozostałe-3pozostałe-4pozostałe-5pozostałe-6pozostałe-7pozostałe-8

 

I mały dodatek spoza PL 😉

eDYNBURG

Ps. Będzie mi miło jeśli udostępnicie wpis dalej.

mapa

WPIS dotyczący praw opiekunów: Pobyt z dzieckiem w szpitalu. Kto płaci za pobyt matki?

ANKIETA: Mapa Szpitali przyjaznych matkom.

Krakusie odpocznij od smogu. Odwiedź tężnię solankową.

Powinna być taka akcja promocyjna. Billboardy z hasłem „Krakusie odpocznij od smogu! Odwiedź naszą tężnie” „Zamiast smogu wdychaj sól” czy coś w ten deseń.

Dobra, poniosła mnie troszeczkę fantazja. Ale sądzę po prostu, że takie miejsca jak to powinny być bardziej reklamowane. A niestety nie są. Ja o tężni w Wieliczce dowiedziałam się przypadkiem od pediatry, która poleciła nam wybrać się tam w któryś dzień z dzieciakami. Dlatego polecam dalej, może jakiś Krakus lub zbłąkany turysta skorzysta. Zwłaszcza, że pod samą kopalnię aktualnie dojeżdża pociąg prostu z dworca PKP w Krakowie.

d

Na przybywających autem czeka parking w cenie 5zł/h. Żadne zdzierstwo. Wejście do tężni to wydatek 9zł dla osoby dorosłej. Dzieci do lat 4 wchodzą za free. W cenie biletu również wejście na taras widokowy. Warto pokonać te kilkadziesiąt (kilkaset?) schodów, bo wysiłek sprawi, że głębiej oddychamy.

c

A o to właśnie w tężni chodzi. Głęboko wdychać unoszące się w powietrzu drobinki soli. Inhalować na całego. Dzieciaki warto przegonić po wielkim placu tężni. Niech biegają na całego. Gwarantuję, że wieczorem padną do łóżek bez mrugnięcia okiem. I może jeszcze gdzieś katar zgubią po drodze. I kaszel.

Można też wziąć ze sobą rowerek lub hulajnogą. I po alejkach spacerowych w parku obok tężni pośmigać. Na plac zabaw uderzyć. Jest co robić z dzieckiem.

b

Fajne, zdrowe miejsce. Na kłopoty z katarem, zatokami, alergią, astmą, chorobami płuc itp. Na odpoczynek od codziennych spraw. Dla dużego i małego.

Tężnia działa od 2014 roku. Całkiem nowy projekt. Zachęcam Was gorąco do odwiedzenia. To był nasz pierwszy raz, ale na bank nie ostatni. Jeśli tylko będziemy mieć wolny weekend na pewno pojedziemy się inhalować.

a

Tu zaglądnijcie przed wizytą i poczytajcie coś więcej:

Tężnia solankowa w Wieliczce

Ps. Ubierzcie się ciepło. Wilgoć wewnątrz sprawia, że odczuwalność temperatury jest zupełnie inna.

 

Bostonka – co za choroba?

Ni przypominam sobie abym jako dziecko chorowała na Bostonkę. Także i moja mama z chorobą bostońską spotkała się po raz pierwszy. Można pomyśleć, że albo przyszła do nas stosunkowo niedawno albo po prostu jej przebieg nie wzbudza szczególnego strachu. Jednak objawy są dość specyficzne i przyznaję ciężko je przegapić.

To co piszą w sieci na temat choroby u nas nie miało praktycznie żadnego pokrycia. Gdybym sugerowała się opisami uznałabym, że Mati nagle dostał alergii. Były i takie podejrzenia. Stawialiśmy na truskawki, czereśnie i na jajko kinder. Lekarka, która oglądała Mateusza także jednoznacznie nie mogła stwierdzić. Dopóki nie pojawił się objaw charakterystyczny. Ale po kolei..

Wpis ten ma służyć innym rodzicom. By dowiedzieli się, że nie u każdego dziecka choroba bostońska  klasycznie trwa 7-9 dni, a wypryski pojawiają się na stópkach i rączkach. Może być tak jak u nas..

A u nas było tak…


 

Pewnej soboty Mati wstał z drzemki z wysypką w lewym zgięciu łokcia. Pewna byłam, że to potówki. Akurat było ciepło na zewnątrz, spał ze zgiętą rączką. Nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Na targu akurat pojawiły się polskie czereśnie i truskawki. Miałam ogromną ochotę, więc kupiłam po trochu. Mati także załapał się na przekąskę. Następnego dnia jednak obudził się z wysypką z tyłu uda. Ta wyglądała mi już na alergiczną i obstawiłam jako przyczynę owoce.

image_2

Minął tydzień, a wysypka na nóżce jak była tak była. Ta w zgięciu łokcia utrzymywała się również. W niedzielę, 8 dnia od pojawienia się wysypki na rączce Mati zagorączkował. Wstał z drzemki z temperaturą 39 stopni. To był upalny dzień, a rano był z mężem na dłuższym spacerze. Przyszło nam do głowy, że może po prostu się przegrzał. Przyszło jednak pierwsze podejrzenie, że wysypka z gorączką może być powiązana. Mati sporo pił i pokładał się. Schładzałam mu łydki chłodnym kompresem. Po jakiejś godzinie zasnął znów. Spał około 45 minut, podczas których co jakiś czas kontrolowałam temperaturę ciała. Spadała. Z 39 do 38,5. Następnie o kolejny stopień. Czekałam co będzie dalej, bo zbliżał się wieczór. Gorączka nie wróciła. Noc przespał spokojnie. Rano obudził się radosny jak zawsze. W ciągu dnia zaczęła pojawiać się wysypka na rączkach i nóżkach. Nie jakoś specjalnie dużo. Dopiero we wtorek nad ranem obudził się drapiąc dłonie. Wiedziałam, że to Bostonka mimo, że wcześniej tylko o niej słyszałam. Przyjrzałam się dłoniom Matiego. Nie było typowej wysypki, a raczej czerwone placki jakby się przewrócił wcześniej upadając na rączki. Mimo, że miał apetyt zaglądnęłam do buzi. Na brzegach języka zobaczyłam 3 ciemniejsze plamki. Zjedliśmy śniadanie i wybraliśmy się spacerkiem do przychodni. Tam, czekając do lekarki na paluszku jednej dłoni zauważyłam, że schodzi skóra. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że mamy do czynienia z wirusem bostońskim. Chwilę później Pani doktor potwierdziła przypuszczenia dodając, że równie dobrze może to być coś alergicznego. Leczenie? Tylko obserwacja. Gdyby się coś działo przyjść ponownie.

image_3 image_4

To był wtorek, a w niedzielę planowaliśmy wyjazd na Chorwację. Nie wiedziałam czy mogę zabrać dziecko w takim stanie. Lekarka jednak nie widziała przeciwwskazań. Kazała jedynie sprawdzać czy wysypka blednie przy nacisku czy pozostaje równie mocno zaogniona. Nasza bledła.

Skóra na kciukach zaczęła schodzić co raz bardziej. Nie wyglądało to dobrze. W drodze na wakacje wysypka rozprzestrzeniła się już na tułów, pokrywając miejsca pod paszkami. Całe nóżki i ręce były w drobnej kaszce. Miałam moment zwątpienia czy aby nie zawrócić. Ale Mati był pogodny i radosny, nie drapał się. Kilka krostek na dłoniach i stopach pojawiło się też u mnie. Swędziały, ale zeszły po dwóch dniach. Dowiedziałam się też od lekarki, że nie zagraża maleństwu w moim brzuchu.

U Mateuszka definitywnie zniknęły tydzień po powrocie z Chorwacji. Wysypka w jego przypadku trwała około 3 tygodnie. Obejmowała całe ciałko, choć nierównomiernie. Oszczędziła twarz. W najbardziej wysypanych miejscach była czerwona, w innych jakby podskórna kaszka, widoczna tylko pod pewnym kątem. Gorączka pojawiła się raz i trwała 2 godziny. Zeszła skóra tylko z kciuków u rąk.


 

To zupełnie inny przebieg niż podają na internecie, chociaż wspólne objawy są zachowane. Pani doktor twierdzi, że jest kilka szczepów wirusa i każdy może dawać różne objawy przy innym dziecku. Wszystko też zależy od jego odporności.Są dzieci (ale i dorośli także), którzy chorobę przechodzą bardzo ciężko, włącznie z efektami w postaci schodzących paznokci po miesiącu czy dwóch. A są też tacy, u których pojawiają się dwie czy trzy krostki. U nas choroba, mimo że upierdliwa ze względu na wysypkę przeszła w miarę łagodnie. I oby tak było w przypadku pozostałych chorób wirusowych 😉

Ps. W sieci można wyczytać, że chorobę wywołują wirusy te same co ospę. Obie choroby mają podobny przebieg, różnica polega jednak na tym, że w przypadku bostonki wypryski pojawiają się również na dłoniach i stopach. W naszym przypadku w krostach nie zbierał się też płyn surowiczy, a taki ma miejsce w przypadku ospy. Przy okazji jednak, z czystej ciekawości zrobię kiedyś Matiemu badanie przeciwciał w kierunku ospy.