Podróże z dzieckiem: Zakopane i Dolina Kościeliska

Dziecko jednak zmienia postrzeganie świata, nasze przyzwyczajenia i plany. Nie mówię oczywiście, że jest gorzej i przy maluchu to już człowiek jest kimś zupełnie innym. Jest jednak zupełnie inaczej, bo większość planów dostosowujemy do potrzeb małego człowieka.
Zdałam sobie z tego doskonale sprawę podczas jednego z ostatnich weekendów. Być może część z Was wie, że spędziliśmy go na spotkaniu blogujących rodzin u podnóża Tatr. O samym spotkaniu napiszę jednak dużo więcej innym razem.
Zakopane nie jest nam obce. Był okres, że do zimowej stolicy Polski jeździliśmy bardzo często. Zwykle po prostu Zakopiec był nam bazą wypadową do przemierzania górskich szlaków lub miejscówką do poimprezowania, np. podczas skoków.
Mam w pamięci kilka takich wyjazdów, które wspominam z ogromnym sentymentem. Do końca życia nie zapomnę smaku grzanego piwa z miodem pitego podczas skoków, gdy za oknem mróz dochodził trzydziestu kresek. Wracając spod Krokwi kupiłam sobie ogromną futrzaną czapkę z uszami, którą zasłoniłam całą buzię, tak że wystawały mi tylko oczy. Kilometry przemierzone z Krupówek na Krzeptówki, ciepło bijące z kominka, smak chleba ze smalcem w Siuchajsku.
W tamten weekend spacerując po Dolinie Kościeliskiej, wspominaliśmy też z mężem pewien letni wieczór, kiedy to po przemierzeniu części Czerwonych Wierchów moczyłam w lodowatym strumieniu obolałe od schodzenia w dół palce u nóg. A także noc, kiedy po innej całodniowej wycieczce puściliśmy się biegiem z Hali Ornak, by zdążyć na ostatniego busa, który zabierze nas do Zakopca.
I pewien spacer w mroźny zimowy dzień, który mało nie zakończył się tragicznie, bo czasem człowiek zagapi się na wspaniałe okoliczności przyrody i szlak potrafi pomylić.
Tych wspomnień są tysiące, każde wiąże się z którymś z górskich szczytów, dolinek i wyjątkowych miejsc. Bo Podhale właśnie takie jest. Wyjątkowe.

Dlatego moje zgłoszenie na Spotkanie na Szczycie wysłałam nie zastanawiając się nawet minuty. Wiedziałam, że musimy tam być. I już.
Jakże jednak różny był to weekend od dobrze nam znanych wcześniej. Rodzinny, bardziej stacjonarny, pełen radości. Odwiedziliśmy miejsca doskonale nam znane, ale i zrobiliśmy coś, czego nigdy wcześniej podczas naszych pobytów nie robiliśmy.
Zacznę od miejsca, w którym się zatrzymaliśmy. Jeśli kiedykolwiek będziecie w Kościelisku lub Wasze plany wakacyjne/ zimowe będą uwzględniały to miejsce, z czystym sumieniem polecam Wam Pensjonat Reymontówka. 

 

To co za chwilkę napiszę wcale nie jest efektem sponsorowanego weekendu, a słowa padają, „bo wypada”. Może nie jeździmy zbyt wiele po hotelach, pensjonatach, ale przyznać Wam muszę, że wróciliśmy z mężem pod mega wrażeniem. Sam pensjonat super. Pokoje przestronne, czyściutkie, dobrze wyposażone. Co jednak wyróżnia Reymontówkę od pozostałych nam znanych to fakt, że jest to miejsce wprost stworzone dla rodzin z dziećmi.
Dziecko zasnęło, a Ty masz ochotę z drugą połówką zejść na dół? Masz pecha, bo zapomniałeś niani elektronicznej? Nie ma problemu, wystarczy podejść do recepcji, a niania szybko się znajdzie.
Chcesz pospacerować po okolicy z dzieckiem, ale wizja pchania wózka lub o zgrozo! spacer piechotą, który z pewnością zajmie cały dzień, a nie dojdziecie nawet do wejścia do Doliny, skutecznie Cię zniechęca? Wypożycz nosidło. Profesjonalne. I zupełnie za free. Łóżeczko turystyczne, sanki, narty, wózek, pościel antyalergiczna(!), krzesełka do karmienia. Co jeszcze potrzebujesz? Pokoiku pełnego zabawek, w którym Twój maluch „zniknie” na dłuższą chwilę? Mówisz i masz.
Serio jestem totalnie oszołomiona miejscem. Zwłaszcza pokoik zrobił na mnie wrażenie. Bo wiedzieć musicie, że wcale nie wyglądał on jak z żurnala, gdzie dzieci grzecznie siedzą przy stoliku i rysują kredeczkami. Swoją drogą, na samym początku, przy meldunku Mati otrzymał od Pana Karola pudełko z kredkami i kolorowankę 😉
Ale wracając do pokoiku. Wyobraźcie sobie miejsce, w którym rządzą dzieci. To widać. Wystarczy spojrzeć na jego ściany i ślady bytności maluchów w pensjonacie. Tam nikt nie krzyczy i nie rwie sobie włosów z głowy, bo o raju, raju ten mały Jasio co to przyjechał do nas z nad morza właśnie świecówką ćwiczy swój talent na ścianie.
Przeglądanie „dziecięcych wpisów” zajęło mi dłuższą chwilę i za serce chwyciło. Czuć, że to miejsce jest dla dzieci.
Był jeszcze jeden taki „szczegół”, który utwierdził mnie w przekonaniu, że nic nie jest na pokaz. Sobota koło południa. Część rodzin wybrała się na wycieczkę. Ktoś z gości pensjonatu został. Czekam przy recepcji na moich Panów. Tuż przy kontuarze znajduje się „mini recepcja” (totalnie świetny pomysł na docenienie maluchów!) przy której głośno urzędują maluchy. Za ladą siedzi Pan Karol i niewzruszony stuka coś w komputerze posyłając maluchom uśmiechy. Szok! Jak w takim hałasie i rozgardiaszu można pracować. I jeszcze się uśmiechać? 🙂
Na koniec wspomnę o jedzeniu, choć na tę okoliczność Gosia przepytała Pana Karola. Ja tylko powtórzę, co mi przekazała i co sama znalazłam na stołach. Menu układane jest w oparciu o produkty, które dostępne są w okolicy. Sery, mleko, pieczywo, warzywa. Spod samiuśkich Tater.
O niejadkach też pomyślano. Widziałam na stronię ofertę Baby Lunch. Codziennie coś innego, coś bardziej wymyślnego. Powiedzcie, komu by się chciało gdzieś indziej tak?
Czułam się w Reymontówce jak w domu. Z tą różnicą, że u mnie w Krakowie widok za oknem tak piękny nie jest. A tam? Na lewo Giewont, na wprost szczyty Czerownych Wierchów. Otwieram oczy.
W niedzielę przed wyjazdem, staję przed oknem i patrzę na te szczyty. Zamykam oczy, uśmiecham się sama do siebie. Wrócę tu jeszcze. Miejsce dołączyło do mojej listy. Tej, którą wspominam z ogromnym sentymentem.
Spacer po Dolinie Kościeliskiej także polecam. Po Chochołowskiej zresztą też.
A w sobotni wieczór wybierzcie się na Krzeptówki, do Siuchajska i przy blasku kominka posłuchajcie góralskiej orkiestry. Najlepiej gdy za oknem mróz. Herbata z sokiem malinowym, owcze skóry, w które można się przyjemnie wtulić.

Ahhh…A teraz zapraszam Was na garstkę naszych wspomnień, zamkniętych w obrazie.

 Pierwszy raz w życiu na Gubałówkę pojechaliśmy kolejką. 
 Oscypki z owczego mleka już się skończyły. Do wiosny będziemy jeść krowie.
Uwaga, miód malinowy to po prostu zwykły miód z dodatkiem soku malinowego 😉
Pszczółki wcale nie zbierały pyłku na kwiatach malin.

Z relacją z naszego pobytu w Kościelisku jeszcze do Was wrócimy 🙂

Ps. Za piękne zdjęcia z Reymontówki podziękowania należą się Emilii&Łukaszowi Szczepańskim 

Wakacje z dzieckiem. Świnoujście i wyspa Uznam

Kiedy planowaliśmy wakacje w tym roku wiedziałam, że chcę nad morze. Oczywiście, najchętniej jak każdego roku pojechałabym do Francji, jednak zarówno odległość jak i poczynione inwestycje nie pozwoliły nam na tego typu szaleństwa.
Początkowo, więc ze względu na odległość stanęło na Chorwacji o czym nawet rozpisywałam się na facebooku, pytając Was czy z blisko dwuletnim maluchem warto brać kamieniste plaże pod uwagę.
W ostateczności jednak pojechaliśmy nad polskie morze i choć nie wierzę, że to piszę jestem meeeeeega zadowolona z wyboru. Do tej pory nad Bałtykiem byłam dwa razy. Za pierwszym razem na obozie harcerskim (o losie!) jeszcze w podstawówce, drugim razem będąc w ciąży. Moje wrażenia? Hmm. No cóż, nie byłam specjalnie zadowolona. Powiedziałabym raczej, że Bałtyk i kapryśność pogody nie pozostawiły najmilszego śladu w moich wspomnieniach.
Za to tegoroczne wakacje nie dość, że zatarły złe wrażenie, to jeszcze nadrobiły samymi plusami. Wróciłam wypoczęta (no prawie!), lekko opalona (tyci tyci) i zadowolona. Przy tym miałam okazję spotkać się z fajną kobietką (klik), pogoda nam sprzyjała mimo, że w większości kraju aura dość kapryśnie dała się we znaki to jeszcze zwiedziliśmy troszkę, a miejscówkę mieliśmy bardzo fajną.
Post ten dedykuję każdemu, kto postanowi spędzić wakacje na wyspie Uznam, a konkretnie w Świnoujściu.
Opowiem Wam co ciekawego można tam robić z dzieckiem, gdzie warto zjeść (choć nie oczekujcie cudów, bo głównie stołowaliśmy się w domu), czy plaża jest rzeczywiście taka fajna jak o niej piszą, co można kupić u zachodniego sąsiada i czy warto wybrać się tam z wizytą. Polecę Wam także mieszkanko, w którym się zatrzymaliśmy. 

Świnoujście jak każdy doskonale pamięta z lekcji geografii leży w części na wyspie, na którą dostać się możemy wyłącznie promem. Już samo przepłynięcie jest ogromną atrakcją zarówno dla dziecka jak dla dorosłych. A przynajmniej dla nas było. 
Promy są dwa, choć tak naprawdę duży prom zarezerwowany jest dla turystów. Mały prom w centrum miasta przeznaczony jest dla mieszkańców, ale mąż mój wyczytał, że w weekendy mogą skorzystać również turyści. Nie potwierdzę tej informacji, bo nie płynęliśmy. 
Promy odpływają średnio co 20 minut w ciągu dnia, a dopłynięcie na drugi brzeg zajmuje ok 5 minut. 
Jak już będziecie dopływać zwróćcie uwagę na brzeg z lewej strony, tuż przy skraju lasku. My widzieliśmy tam stadko brykających młodych dzików. Totalnie oswojonych z łowiącymi tuż obok wędkarzami. Widok niesamowity, zwłaszcza dla maluchów. Nasz akurat nie piszczał z radości, bo jeszcze za młody na tego typu atrakcje, ale inne dzieciaki na promie były wyraźnie zainteresowane. 
Pierwsze co rzuca się w oczy tuż po przekroczeniu granic miasta to budki z papierosami. Jest ich dużo. Znaczy się papierosów. Po chwili zastanowienia fakt ten przestaje dziwić. Toż zupełnie niedaleko jest granica niemiecka, a jak wiadomo u naszego zachodniego sąsiada ceny zwłaszcza na wyroby tytoniowe znacznie wyższe. 
Gdzie się zatrzymać? 
Świnoujście ma bardzo dużo ofert wynajmu apartamentów i to właśnie z tej opcji skorzystaliśmy. W cenie około 130zł/ dobę mieliśmy do naszej wyłącznej dyspozycji mieszkanie w bloku na nowym osiedlu. Dokładnie salon połączony z kuchnią, sypialnię i łazienkę, co dla naszej 3-osobowej rodzinki było rozwiązaniem idealnym. I tanim, bo porównując do cen pokoi w hotelach, a warunków metrażowych zdecydowanie na korzyść wynajmu apartamentu. 
Do plaży mieliśmy około 10 minut spacerkiem, czyli jakieś 800m. Patrząc z perspektywy czasu, przy naszym maluchu mogliśmy poszukać czegoś odrobinę bliżej. Nie narzekamy jednak, w końcu trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło 😉
Szukając apartamentu skorzystałam po prostu z ofert w internecie. Gdy już znalazłam obiekt, który mnie zainteresował, napisałam z zapytaniem o możliwość wynajmu. Po potwierdzeniu, wpłaciłam 20% zaliczki,a resztę pieniążków w gotówce już na miejscu odbierając klucze do mieszkania od właściciela. Na zwrot kluczy umówiliśmy się w dniu wyjazdu. W cenie wynajmu jest sprzątanie końcowe, więc nie musimy martwić się porządkami na sam koniec (chociaż ja nie potrafiłabym zostawić garów w zlewie, rozwalonego łóżka i włosów pod prysznicem :P). 
Wyposażenie takiego apartamentu to w większości to samo co mamy u siebie w domu. W łazience jest, więc pralka, a w kuchni lodówka, niezbędne naczynia, sztućce, garnki, kuchenka. Dzięki temu na miejscu można sobie przeprać rzeczy czy też ugotować obiad. Dla mnie istotne, bo o ile podróżując sami jadaliśmy na mieście, tak z Matim skupialiśmy się, by zachowane były rytuały (w tym domowy obiad).

Zaletą wynajęcia aparatamentu jest jeszcze umiejscowienie. W pobliżu znajdują się sklepy takie jak Lidl, Intermarche, Biedronka. Na osiedlu, na którym wynajmowaliśmy apartament jest również ogromnych rozmiarów plac zabaw dla dzieci. Poza tym w całym Świnoujściu tego typu atrakcji dla maluchów jest całe mnóstwo.
Gdzie zjeść?
Tu pewnie okażę się mało pomocna, bo jak wspomniałam obiady jadaliśmy w domu. Nawet na smażoną rybę nie udało nam się wybrać, bo mąż wyczytał że w Świnoujściu dobrej nie dostaniemy. Ale jeśli możemy sami ją przygotować to warto wybrać się kilkanaście kilometrów dalej, do naszych sąsiadów i w miejscowości Kamminke tuż nad Zalewem Szczecińskim rybkę kupić prosto od rybaka. 
Z przekąsek natomiast możemy polecić zapiekanki przy wejściu na plażę z ulicy Bolesława Prusa. Tuż obok są też pyszne domowe lody. Zrobione jak należy z mleka, jaj, cukru i śmietany, bez zbędnych dodatków co serio czuć.  Dostępne wyłącznie w trzech czy czterech smakach. Gałka kosztuje 3zł. Smak dzieciństwa. Warto. Bardzo dobre okazały się też gofry przy bodajże drugim wejściu licząc od strony promenady (latarni morskiej). Z żółtej budki. (choć te budki na zmiane gofrowe- kawowe są przy każdym wejściu, więc pewnie smak ten sam skoro firma jedna). Dziewczyna piekła gofry na miejscu, bita śmietana była robiona ze śmietanki w kartoniku, a owoce wyglądały na świeże i tak też smakowały. Ogromnie polecamy, bo porcja była naprawdę od serca. Koszt od 4- 12zł (w zależności od dodatków).

Skosztowaliśmy też pizzy z GrillHaus. Na bardzo cienkim cieście, w smaku dość dobra. Jedyna wada to czas oczekiwania. Przy niecierpliwości Matiego oczekiwanie 30 minut w lokalu graniczy z cudem.
Co warto zobaczyć? Co sami zobaczyliśmy?

Na pewno nie wymienię wszystkiego co warto, bo jestem pewna, że przez ten tydzień 1/10 nie zobaczyliśmy. Bo tak szczerze mówiąc poza spacerami wzdłuż morza i odwiedzinach w centrum to niespecjalnie się fatygowaliśmy na zwiedzanie. Ale! Zawsze jest jakieś ale. Dlatego spacerując, zupełnie przypadkiem trafiliśmy na płot z kredek, który co tu dużo pisać sprawił, że zrobiłam jedno wielkie WOW! Dzieciakom na bank się spodoba. Płot znajduje się przy ul. J.Słowackiego.

Kolejna rzecz warta uwagi, a bardzo dobrze znana to wiatrak „Młyny” na falochronie. Kojarzy mi się bardzo skandynawsko, a można z niego z maluchami oglądać promy wypływające z portu i zmierzające właśnie w kierunku Północy. Mati był bardzo zafascynowany przepływającymi właściwie na wyciągnięcie ręki statkami i promami.

Oczywiście spacery wzdłuż promenady i brzegiem morza. Te zwłaszcza sprawiały nam największą przyjemność. Po to w końcu nad morze pojechaliśmy. I dla samego plażowania także. Bo jest gdzie. Plaża jest rzeczywiście tak wspaniała jak zapewniają. Czysta przede wszystkim. I dla każdego starczy miejsca. A jak ktoś lubi bardziej samotnie to wystarczy, że skieruje się w kierunku falochronu. Tam co prawda plaża nie jest strzeżona, ale i tym samym ludzi coraz mniej.

Jeśli chodzi o spacery, to któregoś dnia wybraliśmy się na przechadzkę wzdłuż ulicy Zdrojowej. Na samym końcu odkryliśmy duży parking tuż przy Forcie Gerharda. Nie wybraliśmy się jednak do Fortu. Skręciliśmy tuż nad brzeg morza, gdzie w zaciszu można podziwiać wypływające na morze statki. W zaciszu dosłownie, bo jest to miejsce, gdzie nawet przy najbardziej wietrznej pogodzie można spokojnie posiedzieć na plaży. Stąd jest też bardzo blisko do wiatraka.

Targ wzdłuż ulicy Wojska Polskiego prowadzący aż do granicy z Niemcami.

Poszliśmy z ciekawości. A nóż trafi się coś ciekawego. Poza budkami z papierosami (ilość przekraczająca nasze wyobrażenie) cała masa stoisk z ubraniami, butami, żywnością i innym misz maszem z całego kraju. W cenach polskich, ale nie dla polaków. W cenach europejskich dla Niemców. Dla przykładu – znaleźliśmy plastikową koparkę Wadera, którą Mati podpatrzył na plaży u jednego z chłopców. Koparka normalnie koło 100zł. Tam drugie tyle.
Za to jeśli ktoś jest fanem „markowego” obuwia to na jednym ze stoisk może nabyć Conversy, Lacoste itp za „małe” ceny. Tylko 30 euraczy i piękne turkusowe czeszki Lacoste są Twoje 😉

Przy samej granicy po prawej stronie znajduje się Baltona. Ten kto był w tym sklepie na lotnisku wie o co chodzi. Inni niech sobie wygooglują. Ci co byli niech nie spodziewają się cudów. Budka jeszcze z czasów sprzed otwarcia granic. W środku alkohol, papierosy, trochę słodyczy i perfum. Ceny bez szału, znaczy się takie jak wszędzie. Duty free z nazwy 😉


Międzyzdroje

Byliśmy, zobaczyliśmy. Nie byłam szczególnie zachwycona. Masa atrakcji dostosowanych pod turystę. Czuć, że miasto nastawione na turystykę. Zdecydowanie wolę Świnoujście.
Choć promenadą gwiazd z ciekawości warto się przejść.

Z wizytą w Niemczech

Do Niemiec pojechaliśmy głównie, by zobaczyć muzeum zabawek w Pennemunde. O tym czy warto i co zobaczyć w muzeum pisałam w poście o symbolice zabawek.

Niemieckie miasteczka są bardzo urocze. Tak naprawdę wystarczy przekroczyć granicę, przejechać 2 czy 3 km i już to czuć. Spacer po Alhbeck, Heringsdorf. Piękne i zadbane kamienice, stare drewniane molo. To trzeba zobaczyć koniecznie. W Alhbeck też doszczętnie przepadłam w jednej z księgarni dla dzieci, gdzie odnalazłam całą masę gadżetów z Pettsonem i Findusem.

Wizyta w Niemczech to także zakupy. Nam udały się szczególnie. Po pierwsze na spotkanym przypadkowo w drodze do Pennemunde floh mark kupiłam za euro nowiutkie puzzle Djeco. A w jednym z Netto różne gry z serii Bardzo głodnej gąsienicy Erica Carle. Akurat trwała wyprzedaż.

No i słodycze, słodycze, słodycze 🙂

To był nasz pierwszy raz w Świnoujściu. Na pewno nie ostatni. Jesteśmy zauroczeni. Następnym razem koniecznie weźmiemy rowery (choć bez problemu można wypożyczyć na miejscu, także z fotelikiem dla dziecka). Przyjedziemy na dłużej. Może nawet po sezonie. Mamy jeszcze dużo do zobaczenia 🙂

Targ śniadaniowy i Festiwal Dyni

Jestem wzrokowcem. Często łapię się na tym, że kupuję np produkt ze względu na jego walory estetyczne. A właściwie estetykę opakowania. Lubię otaczać się ładnymi przedmiotami, bywać w przytulnych miejscach. 
Dlatego widząc plakat Festiwalu Dyni, który odbył się w miniony weekend w Krakowie nawet przez moment się nie zawahałam. Wiedziałam, że chcę tam być.
Oczami wyobraźni widziałam te wszystkie dynie, poukładane w stosikach, różniące się barwą i kształtem. Raj dla mojego obiektywu. Chciałam chłonąć tę wyimaginowaną atmosferę, uwiecznić ją na kolorowych fotografiach i móc dzielić się z Wami radością jaką niesie jesień.

Niestety, przykro mi to pisać – zawiodłam się.

Na przyszłość chyba jednak będę trzymać fantazję na wodzy. Nie zawsze bowiem ładne opakowanie skrywa równie ciekawe wnętrze. Plakat, który sprawił, że wyobraźnia zaczęła pracować na najwyższych obrotach okazał się być najciekawszym, co na całym festiwalu zobaczyłam <smuteczek>.
Być może stało się to za sprawą pogody, która troszkę pokrzyżowała plany gospodarzom festiwalu. Na sam koniec imprezę przeniesiono z Parku Ratuszowego do pomieszczeń Klubu Wersalik. Klubu, który trzeba przyznać bardziej straszy wnętrzem niż przytulną atmosferą. 
Nici ze stosików poukładanych dyń. W jednym z pomieszczeń leżały po prostu rozłożone na biurkach szkolnych. Kilka znalazło się w koszach. Te porozkładane fantazyjnie powycinane przez uczniów, klubowiczów. Na miejscu też czekały na dzieciaki atrakcje plastyczne. Mati za mały, więc nie zgłębiałam tematu. Była jakaś loteria, możliwość skosztowania zupy dyniowej (za całe 2zł), a nawet warsztaty carvingowe (przynajmniej tak zapewniał plakat). Zabrakło jednak „tej” wyjątkowej atmosfery. Bo ja wiem, jesień dyniowa kojarzy mi się z ciepłem, kolorami, balami słomy, strachami na wróble. 
Przeboleć tego zawodu nie mogę, serio. 
Zwłaszcza, że niecałe 2 tygodnie wcześniej, wracając z Lublina przejeżdżaliśmy przez wioskę, gdzie wzdłuż drogi poustawiane były stosiki różnych wielkości dyń. Ehh. 
Ogólnie pomysł fajny, plakat mega zachęcający, a wyszło nijak. Mam nadzieję, że kolejna edycja będzie lepiej zorganizowana, bo pomysł ogólnie jest rewelacyjny! 
W tym samym czasie w Parku Ratuszowym odbył się też targ śniadaniowy. Oczywiście poszliśmy na niego przy okazji wizyty festiwalowej. Przyznaję ciekawa byłam tego wydarzenia, bo od dłuższego czasu czytam relacje z innych miast. 
Jak było u nas? Pysznie. 
Na widok tych wszystkich smakołyków ślinka ciekła, oj ciekła, mimo że byliśmy już po śniadaniu. Ceny niestety troszkę zniechęcały. Co najważniejsze – klimat panujący troszkę zatarł zawód wywołany festiwalem. Szkoda, że Mati szybko się zbuntował, bo akurat przypadła wtedy pora jego drzemki, bo pogościlibyśmy się troszkę dłużej. No nic, może następnym razem się uda? 🙂

Kiedy iść z dzieckiem do zoo po raz pierwszy?

Kilka dni temu zabraliśmy Mateusza do zoo. To była jego druga wizyta wśród zwierząt. Za pierwszym razem mając niewiele ponad rok, podczas pobytu w Warszawie. Tym razem, korzystając z urlopu męża postanowiliśmy odwiedzić nasze krakowskie zoo. 
Nie będzie jednak dziś o samym zoo, nie będzie też porównań obu odwiedzonych ogrodów zoologicznych. Jeśli ktoś ma ochotę wybrać się z maluchem pooglądać zwierzęta, bez względu na to czy będzie w Krakowie, Warszawie, Gdańsku czy też poza granicami kraju, zrobi to. Będzie natomiast o odpowiednim czasie, kiedy to na wycieczkę do zoo warto zabrać i jakie są tej decyzji plusy. Minusów bowiem nie odnotowaliśmy 🙂

Chodząc po alejkach naszego ogrodu spotykaliśmy sporo mam z dziećmi. To całkowicie normalne, w końcu zoo jest dla maluchów przede wszystkim. Jako, że na wycieczkę wybraliśmy się w środku tygodnia, nie spotkaliśmy dzikich tłumów. Nie było też wycieczek szkolnych. Troszkę zdziwił mnie widok dziewczyn spacerujących z 2-3 miesięcznymi bobaskami. Zaczęłam się wtedy zastanawiać kiedy tak naprawdę przychodzi ten moment, że dziecko zaczyna być świadome gdzie się znajduje, zaczyna czerpać radość z wycieczki, a wizyta w ogrodzie ma w pewnym sensie wartości edukacyjne. Z góry założyłam, że takie maluszki poza przyjemnym spacerem na łonie natury i zrelaksowaną mamą niewiele skorzystają. Ale już dzieci siedzące i obserwujące świat dookoła jak najbardziej. 

Wydaje mi się, że odwiedziny w zoo mają sens praktycznie na każdym etapie rozwoju. Wiadomo, że im dziecko starsze tym lepiej rozumie otaczającą go rzeczywistość, widzę jednak, że zarówno podczas pierwszej wizyty, jak i teraz Mati wykazywał spore zainteresowanie. Jednak w zupełnie inny sposób.

Za pierwszym razem, jadąc w wózku głównie obserwował. Tym razem, biegając swobodnie wśród alejek, spędził aktywnie czas wśród zwierząt. Zatrzymywaliśmy się na dłużej przy klatkach, które go szczególnie interesowały. Zachęcaliśmy do przystanięcia przy tych, które omijał szerokim łukiem, jak np papugi Ary robiące okropny hałas. Pokazywaliśmy, że z niektórymi zwierzętami jak domowe osiołki można się zaprzyjaźnić i pogłaskać, kozy nakarmić, ale lwy i dzikie koty lepiej zostawić w spokoju. 

Osiołek polubił nas do tego stopnia, że najpierw próbował zjeść mnie, a następnie Matiego 🙂

Tłumaczyliśmy różnice w zwierzętach pokazując na ich wielkości, kolory i sposób w jaki się poruszają. Nie wiem ile z tego, że słoń jest ogromny, a żółw mały zapamiętał, słuchał jednak z zainteresowaniem. 
Wzięliśmy też ze sobą z domu figurki zwierząt. Odnajdując w zoo ich odpowiedniki pokazywaliśmy Mateuszkowi, że ma w domu miniaturkę tego zwierzątka. Mam nadzieję, że od teraz zabawy figurkami zyskają inny wymiar, nie dziś bowiem zauważyłam, że Mati dużo wyraźniej interesuje się czymś co jest mu już znane. 

Pokazywał paluszkiem gdy coś go wyraźnie zainteresowało. Wdrapywał się wyżej na ławkę, by lepiej dojrzeć leżące dalej zwierzę. Powtarzał odgłosy jakie wydają zwierzęta. Uważam, więc że wizyta z pewnością miała walory edukacyjne. 
Za jakiś czas wybierzemy się ponownie. Bardzo jestem ciekawa co nowego wtedy zaobserwujemy.
Z ogrodu zoologicznego zaczerpnęliśmy również pomysł na zabawę na przyszłość. W planach mamy małe DIY, dzięki któremu stworzymy domek dla owadów, które będziemy mogli potem obserwować. 
Może i Wam pomysł przypadnie do gustu? 🙂
Swoją drogą zobaczcie jaka jesień już u nas, a dopiero początek września <3

O symbolice zabawek. Z wizytą w muzeum zabawek w Peenemünde

Kiedy podczas przeglądania atrakcji turystycznych na wyspie Uznam natrafiłam na informację o Muzeum Zabawek w Peenemünde pomyślałam „ok, może podjedziemy w ostateczności jak pogoda nam nie dopisze”. Mateusz jest jeszcze za mały na tego typu wyjścia, a przecież i w Polsce podobnych atrakcji nie brakuje.
Jednak los chciał inaczej i gdy natknęłam się na informację na temat symboliki zabawek tam się znajdujących, szybko zmieniłam zdanie.

Muzeum, poza tym, że zachwyca ogromem ilości zabawek z przeszłości ukazuje również głęboką symbolikę czasów wojny. Symbolikę, którą w pewien sposób spotykamy i w ówczesnych zabawkach, jednak zupełnie inną. Bo naznaczoną piętnem wojny oraz nazistowskiej i komunistycznej doktryny, a nie wpajanego nam kobietom (i nie tylko) od dłuższego czasu kanonu piękna w postaci barbie.




„Medal macierzyństwa” czyli Mutti Barbara kontra Barbie

To właśnie przeczytana gdzieś w internecie informacja o niemieckiej lalce- matce sprawiła, że któregoś dnia zamiast na plażę wybraliśmy się do Peenemünde . Uwielbiam tego typu ciekawostki, a każda zasłyszana w ten sposób lekcja historii pozostaje w pamięci najdłużej. 
Zadaniem niemieckich kobiet było rodzenie jak największej ilości zdrowych dzieci dla Rzeszy. Każda z kobiet wydająca na świat potomka płci męskiej odznaczana była medalem macierzyństwa. Medal ten w zależności od ilości męskich potomków był brązowy, srebrny lub złoty, a jeśli w rodzinie była dziewczynka miała ona niezaprzeczalny i powodujący zazdrość wśród innych dziewczynek w tamtych czasach  przywilej zabawy lalką, której sukienkę zdobiło takie samo odznaczenie jakie miała matka.


W ten oto sposób wpajano dziewczynkom od małego jaka rola czeka je w życiu. Dziecko, które nie mogło bawić się podobną lalką czuło się gorsze wśród swoich rówieśniczek.
Każda z lalek była sygnowana i nie do zdobycia na rynku jeśli matka nie dopełniła obowiązku wobec ojczyzny. Lalki dla Rzeszy produkowała firma Schildkröt, która na szyi lalki, tuż pod linią włosów umieszczała specjalny numer i logo w kształcie żółwia. Lalka oczywiście miała typowo nordycki typ urody- blond włosy, niebieskie oczy, jasną cerę z rumianymi policzkami i silną, wysportowaną sylwetkę, która symbolizowała zdrowie i siły do pracy. Dobrze znana nam Barbie nie mogła nawet stanąć w konkury z lalką – matką. 



Miś inwalida wojenny 

Całkiem niedawno, przy okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego w Polsce dość głośno zrobiło się w temacie zabawek nawiązujących swoim charakterem do wspomnień z tamtego okresu. Tematyka niektórych oburzała, innych wprowadzała w osłupienie. Z jednej strony padały głosy, że to jawne bezczeszczenie pamięci ludzi, którzy ginęli w obronie ojczyzny, z drugiej strony przekonanie, że zabawki tego typu nie są odpowiednie dla dzieci.
Tymczasem faszystowskie czy komunistyczne doktryny były wręcz wpajane w dzieci w tamtych czasach. Każde dzieciństwo rządzi się swoimi prawami i bez względu na to czy z nieba leci deszcz czy też bomby, dzieci chcą się bawić. Starsze dzieci świadome tego co się dzieje, jednak te młodsze nie zdawały sobie sprawy, że jest wojna. 
Ogromnie poruszyła mnie historia misia uszytego z tapicerki starej kanapy przez matkę dla synka. Rodzina uciekała z Rosji i nie mogła nic ze sobą zabrać. Dziecko nie rozumiało dlaczego. Miś podobnie jak chłopiec przeszedł wiele, a historia i czas odcisnęła na nim swoje piętno. Być może oboje chowali się w schronie przed gradem armatnich kul. Być może miś w swoim ciałku oprócz historii zawiera morze wylanych przez osamotnionego chłopca łez. Tego nie wiemy. Patrzyłam jednak na misia i ja sama przełykałam łzy, bo jestem przecież mamą. Mamą chłopca, który dzięki Bogu póki co nie musi w strachu tulić do siebie podobnego misia. 


Misiów w muzeum jest bardzo wiele. Właściwie do każdego moglibyśmy dopisać historię sami. Symbolikę okrucieństwa wojny wspaniale obrazuje wystawa z  misiem inwalidą. Jego widok budzi niepokój, ma jednak  w sobie coś, co sprawia, że człowiek zatrzymuje się przed gablotą. Pluszowe misie, choć wytarte od przytulania przez małe ciałka zawsze mają w sobie coś pozytywnego. Te znajdujące się w muzeum są po prostu w większości smutne. 




Niektóre ubrane w mundury wojskowe podobnie jak laleczki Hitlerjugend, dzięki którym od małego wpajano dzieciom ówczesne oficjalne doktryny polityczne.Taki mały krakowiak i krakowianka w wersji niemieckiej. Symbol jakże podobny, przecież każda z laleczek ubrana w strój coś oznaczający. Jednak przesłanie zupełnie inne. 


Są wystawy, które dosłownie przerażają, gdy patrzy się na aranżację gabloty i dociera do człowieka, że przecież elementami scenek w rzeczywistości bawiły się kiedyś dzieci. Od razu przychodzi na myśl wspomniane wcześniej oburzenie dotyczące zabawek nawiązujących do Powstania Warszawskiego.

Aranżujący wystawę specjalnie umieścił pewne figurki by oddać artystyczną wizję. Spójrzcie na zdjęcie poniżej, na którym widzicie scenkę egzekucji.


A teraz przesuńcie wzrok w lewo. Widzicie figurkę Matki Boskiej?

O podobnej scenie przeczytałam w jednym z artykułów polecających muzeum. Pole bitwy, żołnierze, krew, przejeżdżające czołgi. Obraz wojny. A w tle figurka ukrzyżowanego Chrystusa. Symbolika, która nakazuje nam zatrzymać się i w pewnym sensie zastanowić kiedy następnym razem w sklepie staniemy przed półką pełną ołowianych żołnierzyków i sięgniemy po czołg, o który prosi nas nasze dziecko. 

W sali oprócz wcześniej wymienionych scen znajdziemy też inne scenki. Właściciel muzeum wspaniale zaaranżował z figurek zwierząt scenę pochodzącą ze Starego Testamentu doskonale każdemu znaną. Wielkość Arki Noego, mnogość zwierząt robi wrażenie i przykuwa uwagę. Spędziłam przy tej gablocie sporo czasu. Plastikowe figurki, które sama namiętnie kupuję Mateuszkowi nie muszą przecież służyć tylko do zabaw przedstawiających gatunek istoty. Równie dobrze mogą nawiązywać do historii, którą chcemy dziecku przekazać. 


W muzeum poza gorzką lekcją historii odnajdziemy też miejsca, które wzruszają w inny sposób. Przeglądając eksponaty co rusz napotykamy zabawki doskonale nam znane z czasów własnego dzieciństwa. Podczas zwiedzania prym w okrzykach radości wiódł mój mąż, który co po chwila odnajdywał a to samochód- skarbonkę a to wagoniki kolejki, którą bawił się mając kilka lat. 

Drobnych zabaw, przywracających miłe wspomnienia nie brakuje. Witają nas już od wejścia, poukładane w gablotkach.




Są też wystawy, które wzbudzają ciekawość. Nie tylko dlatego, że piękno zabawek przyciąga uwagę. Były miejsca, przy których przystawałam na dłużej zastanawiając się co dana scena oznacza. Czym była konkretna zabawka, jaką spełniała rolę. 

Niestety, oznaczenia w muzeum są wyłącznie w języku niemieckim, więc ktoś nieznający języka powinien po prostu wybrać się na zwiedzanie w towarzystwie słownika. 
To jedyny minus całego muzeum jaki odnalazłam. Bardzo brakowało mi możliwości dowiedzenia się w ojczystym języku (przecież to tak blisko polskiej granicy) czy choćby po angielsku jaka historia wiąże się z konkretną zabawką. 

Do tego typu scenek należała ta z papierowymi rożkami. Na pulpicie znajdującym się w sali można było znaleźć karty książek, zdjęcia dzieci. Zachodziliśmy z mężem w głowę, cóż rożki mogły oznaczać. Czy były opakowaniem na prezenty przynoszone przez króliczka z okazji Wielkanocy?




Do czasów szkolnych cofnęłam się w sali poświęconej nauczaniu. Drewniane pulpity, tablice, eksponaty na szafkach. I rózga, leżąca na biurku, którą pewnie srogi nauczyciel wyznaczał razy po rączkach niegrzecznych dzieci. Tak wyglądała klasa z początku XX wieku. 


Podczas wakacji dla grup zorganizowanych udostępniana jest atrakcja w postaci lekcji z dawnych lat. Dzieci mogą zasiąść w ławkach, a nauczycielka opowiada jak wyglądała nauka w tamtych czasach.

Preparaty zarodków zwierzęcych, przekrój świni i człowieka, te przypominały mi własną sale z lekcji biologii. W szafach, których ciąg znajdował się wzdłuż jednej ze ścian znajdowały się właśnie zamknięte w ogromnych słojach ciała zarodków, tasiemca i różnych innych zwierząt. 

Ściany zdobią natomiast plakaty, które przywodzą mi wspomnienia lekcji w początkach szkoły podstawowej. Odkąd zobaczyłam je w muzeum chodzi mi po głowie myśl, by podobny plakat, który zawsze oglądałam w sali do języka polskiego odnaleźć dla mojego dziecka. Przedstawiał jesień i dzieci zbierające kasztany i liście pod ogromnym drzewem. 


Wśród muzealnych eksponatów odnajdziemy także zabawki, które są nam znane przy okazji posiadania własnych dzieci. Różnica polega tylko na tym, że mają „trochę” więcej lat. Przeznaczenie jednak to samo 🙂


W muzeum znajduje się też sala kinowa, gdzie siadając w drewnianych fotelach możemy obejrzeć bajki takie jak Wilk i Zając. 


Gorąco Was zachęcam do odwiedzenia muzeum jeśli będziecie w pobliżu. 
Za cenę 6 euro od osoby dorosłej (Mateuszek wszedł za darmo – można wjechać wózkiem) można zapewnić sobie naprawdę porządną dawkę wspomnień i wrażeń. 



Muzeum znajduje się w miejscowości Peenemünde, oddalonej około 40km od Świnoujścia. Traficie bez problemu, gdyż w samej miejscowości na terenie dawnych zakładów znajdują się same muzea (w  tym muzeum historyczno- techniczne, u-boot). i zawiera w swoich zbiorach ponad 20 tysięcy eksponatów. 
Parking przy samym muzeum kosztuje 3 euro, jednak warto podjechać kawałek dalej na ogólnie dostępny parking, gdzie za pozostawienie samochodu zapłacicie 1/3 tej ceny.