Życie na wsi kontra życie w mieście

Osiem miesięcy życia na wsi minęło nie wiadomo kiedy. Czas leci nieubłaganie szybko. Mam wrażenie, że jeszcze bardziej niż w mieście, w którym przecież zgodnie z opinią czas mija szybciej. Jak przez palce przelatują mi dni. Jednego dnia jest poniedziałkowy poranek, drugiego sobotnie popołudnie. Nie wiem kiedy Antek z pełzającego maluszka przemienił się w biegającego malucha. Nie ma czasu na nudę i lenistwo. Ma to związek z pracą, która w naszym przypadku trwa 7 dni w tygodniu, praktycznie cały czas kiedy nie śpimy. Takie już uroki „bycia na swoim”. Ale nie narzekam. Choć wolnego czasu często mi brak. Na dobrą książkę, na dłuższy spacer.

Ale wróćmy do życia na wsi. Wyprowadziliśmy się z Krakowa, miasta tętniącego życiem. Pełnego ludzi, których najbardziej mi brak.  Brakuje mi moich koleżanek, rozmów z nimi. Tu na wsi, mimo że jest to wieś, na którą przyjeżdżałam od narodzin najbardziej brakuje mi właśnie bratniej duszy. Koleżanki. Do pogadania, podzielenia radości i smutku także.  Wypadu na kawę, do kina nie wiążącego się z kilkugodzinnym wyjściem z domu. Kiedyś mogłam wyjść na kawę do koleżanki i wrócić po godzinie. Teraz od naszego dawnego życia dzieli mnie 100km. 1,5h jazdy samochodem. 3h jazdy w dwie strony. Każdorazowy wypad do Krakowa to całodzienna wycieczka. Wyjeżdżam rano, wracam wieczorem. Gdybym była samotna, gdybym nie miała dzieci to pewnie nie stanowiłoby dla mnie tak dużego problemu logistycznego.

Żałuję, że nie mam nikogo tu na miejscu. Może kiedyś, gdzieś w sąsiedniej wsi. Może uda się nawiązać nić porozumienia. A póki co czuje się trochę jak outsider. Trochę dziwnie na mnie patrzą jak wyjadę poza granice mojej wioski. Bo na mojej wsi to jestem u siebie. Wychowałam się tu, przyjeżdżałam na każde wakacje, weekendy. Ale wystarczy, że wybiorę się do pobliskiego miasteczka. I już jest inaczej. Inaczej ludzie podchodzą. Zwłaszcza Ci, którzy wiedzą,że przyjechaliśmy z miasta. Matki kolegów i koleżanek z przedszkola Matiego dziwią się. Pamiętam ich wyraz twarzy po pierwszym spotkaniu w przedszkolu, gdy kilka z nich dowiedziało się, że my z Krakowa na naszą wioskę się wynieśliśmy. One chętnie, ale w drugą stronę. Traktują mnie trochę jak „obcego”. Przecież nie jestem stąd. Tu wszyscy się znają. Chodzili ze sobą do przedszkola, szkoły. Zaliczali wspólne imprezy. Wiedzą co w trawie piszczy. A ja nie wiem nic. Panują tu zupełnie inne zwyczaje, o których dowiaduje się zwykle po fakcie. Kiedy już człowiek walnie swoje faux pas. Czasem nie potrafię się w tym świecie odnaleźć. Mimo, że się staram.  Oni też się starają, są przecież mili i uprzejmi.  Ale mimo wszystko trzymają dystans, który jest odczuwalny.

Brak bratniej duszy w podobnym do mojego wieku to minus. Największy mojego życia tutaj. I chyba jedyny przeszkadzający mi.

Odległość od wielkiego miasta ma tylko znaczenie w przypadku krótkich wypadów. Gdy chce jechać na dłużej, bo taką mam potrzebę to od czasu do czasu mogę to przecież zorganizować tak, że dzieciaki nie ucierpią. Zwłaszcza, że mam cudowną mamę, która zajmuje się nimi bez mrugnięcia okiem. Gdy wyjeżdżamy razem z mężem coś załatwić to i mój tata chętnie pomaga. Odbierze Matiego z przedszkola, weźmie Antka na spacer. Pod tym względem mam komfort nieporównywalny do życia w Krakowie. Tam albo musiałam wyjść sama bez męża, albo wychodziliśmy w trójkę, a potem po narodzinach Antosia w czwórkę.

Na wsi jednak nie rozmyślam zbytnio o tych wyjściach. Choć w promieniu 20km znajdzie się dobra pizza, dobra kawa, kino z najnowszymi produkcjami. Mamy basen, pyszne lody (a tak było mi żal krakowskich Argasińskich). Mamy też przewagę nad miastem – mnóstwo lasów, by pójść na spacer i pooddychać świeżym powietrzem. A to właśnie jakość powietrza jest niezaprzeczalnym plusem życia na wsi. To naprawdę czuć. Nie śmierdzi. Ba, powietrze pachnie. Oddycham pełną piersią. Dzieci nie chorują (tfu tfu). Mieszkamy w wiosce, otoczonej z dwóch stron lasem, choć powoli i trzecia strona zaczyna zarastać. Razem z nami żyje mnóstwo dzikich zwierząt. Jest pełno saren, jeleni, lisów, zajęcy. Są bobry. Każdego dnia słychać żurawie zamieszkałe tuż obok. Nasza działka jest na samym kraju wsi, przy drodze do lasu. Widok  z sypialnianego okna będziemy mieć na sosny kołyszące się na wietrze. Z tarasu będziemy oglądać stado jeleni. Przychodzą każdego dnia do nas. Kilkanaście sztuk. Zwykle 14. Mniejsze i duże. Taka gromadka robi wrażenie. Lubią naszą działkę. Mają gdzie się schować, bo na jej końcu znajduje się brzozowy lasek.

Uwielbiam ten aspekt wiejskiego życia. Możliwość obcowania z naturą. Z jej mieszkańcami. W mieście to było niemożliwe.

Staram się wygospodarować choć małą chwilę i korzystać z tej możliwości ile mogę. Doceniam dar.  W tym roku zakładam swój własny ogródek. Z warzywami, które już posiałam i pięknie wzeszły. Chciałabym pracą własnych rąk wyhodować pożywienie dla siebie i swojej rodziny. Wolne od chemii. Mam taką możliwość, czego nie mogłam zrobić mieszkając w Krakowie. To kolejny ogromny plus życia na wsi.

Mogę być sobą. Nie muszę się martwić sąsiadami. Każdy kto mieszka lub mieszkał w bloku wie o co chodzi. Chociaż w Krakowie mieliśmy naprawdę super sąsiadów, którzy nigdy nie narzekali na hałasy dobiegające spod „piątki”  to mimo wszystko zawsze miałam obawę, że Pani Marysia mieszkająca pod nami ma dość Matiego jeżdżacego na plasma car czy Szelmy szczękającej na balkonie (choć robiła to jak to labrador raz na ruski rok). Dziecko moje wracające z placu zabaw nie jeden raz było słychać na 9 piętrze, wiem bo kilka razy wspominała o tym mieszkająca tam koleżanka. Zawsze gdy kłóciłam się z mężem, a my z tych co kłócą się głośno i intensywnie miałam wrażenie, że cały blok nasłuchuje przez ściany i zwyczajnie potem było mi głupio. A ściany mieliśmy grube, bo mieszkaliśmy w bloku z wielkiej płyty. Nie te cieniutkie kartonowe jak we wszystkich nowych blokach. Na wsi nie muszę się o to martwić. Co się dzieje za zamkniętymi drzwiami jest sprawą mieszkańców domu. Nikt nic nie słyszy. Mam ochotę poskakać na skakance, robię to. Nawet o 12 w nocy. Zrobić grilla na balkonie. A proszę bardzo.Chociaż w krk też robiliśmy elektrycznego i nikt nigdy nie zgłaszał obiekcji. Dziecko wyje na cały regulator wczuwając się w Elzę? A niech ma tę moc!

Kiedyś spotkałam się z zarzutem, że na wsi nie można być anonimowym. Że w mieście wychodzisz, nikt Cię nie zna. Robisz co chcesz, nikt nie ocenia. Pewnie sporo w tym racji. Ale czy to aby na pewno jest plus? Nasza wieś jest malutka, mamy ok 20 domów. Niektóre samotne, bo właściciele pomarli. Każdy każdego zna. Wie o innych sporo. Jesteśmy jak rodzina i jest w tym sporo prawdy, bo praktycznie w co drugim domu jakoś się więzy krwi splatają. Ale nie wiem czy sąsiadka spogląda przez firankę, gdy idę z chłopakami na plac zabaw i czy myśli sobie „oho! znowu nie ubrała im czapeczek”. Nie wiem, bo nie mam zwyczaju gapienia się w cudze okna. Ale nawet jeśli to szczerze mówiąc równie dobrze mogłaby robić to sąsiadka w mieście. To nie kwestia tego gdzie ktoś mieszka, a charakteru po prostu. Nie odczułam przez te 8 miesięcy, by ktoś z naszej wioski mnie oceniał. Mnie, moje dzieci, moją rodzinę. Owszem, czasem ktoś zagadnie, z ciekawości zapyta o nasze plany. Przez to, że jest tu dom rodzinny mojej mamy, a ja sama się tu praktycznie wychowałam nie czuję skrępowania. Mogę zostawić Matiego na placu zabaw i poprosić Pana Zenka mieszkającego tuż obok, by miał na niego oko przez płot, gdy ja na chwilę wyskoczę do domu po zapomnianą zabawkę. W Krakowie w życiu nie zostawiłabym Mateusza samego na placu zabaw. Tu sam wsiada na rowerek i jedzie do swojego kumpla  z przedszkola dwa domy dalej, jeśli akurat jest u dziadków. Bartek też przychodzi do nas i nikt się nie krępuje. Serio, nie ma skrepowania i sztywności. Listonosz wchodzi do domu, czasem zapuka, a czasem nie. Jak nas nie ma w pobliżu to list czy paczkę zostawi na ganku. Albo u babci. Nie wypisuje awiza i każe jechać 3km na pocztę. Ludzie się znają, ufają sobie. Jeden drugiemu życia nie utrudnia. Nie wiem czy podobny luz czułabym gdybyśmy zamieszkali na działce, którą kupiliśmy pod Krakowem. Pewnie nie.

Nikt nie komentuje mojego sposobu wychowania i podejścia do życia. Ja się trochę wyłamuje z utartych tu schematów. Nikt nie czyta dogłębnie internetów, nie studiuje najnowszych zaleceń. Dzieci jedzą słodycze, jeżdżą na poddupnikach, oglądają telewizję, ale są szczęśliwe. Ich mamy także. I co ważniejsze nie w głowie im przekonywanie mnie, że skoro robię inaczej to nie mam racji. I choć często boli mnie serce na słodkie napoje w przedszkolu to słowem się na głos nie odzywam. Bo Mati ma najcudowniejszą Panią jaką tylko mógł mieć. Pokazuje im świat w każdej odsłonie. Głównie w tej kolorowej. Pozwala się bawić, bo dzieciństwo jest czasem zabawy, a na naukę przyjdzie swój czas. Mati uwielbia chodzić do przedszkola. A jak przyjeżdżam po niego to widzę jak szaleje z kolegami, cały w wypiekach na buzi z zadowolenia. Nikt nie stawia do kąta za to, że jest się dzieckiem z masą energii. Pani Ula znajduje sposób na to, by tą energię dobrze rozładować. Czuję, że jest przywiązana do każdego dziecka w swojej grupie. Nie czułam tego w Krakowie, chociaż Panią Alicję również bardzo miło wspominamy.

Jest jednak jeszcze coś co mi przeszkadza. W Krakowie gdy chciałam zrobić coś co wymagało pomocy fachowca, wystarczyło, że wybrałam numer a za godzinę słyszałam dzwonek do drzwi. Zasada ja płacę, więc oczekuję, że traktujemy się po partnersku. I ktoś szanuje mój czas. Tu spotykam się z trochę innym podejściem. Umawiam się z gościem, że w poniedziałek przywiezie mi ziemię. Mija poniedziałek, wtorek, czwartek. Pana nie ma. Nie dzwoni i nie mówi, że coś mu wypadło. To ja muszę zadzwonić i dowiedzieć się dlaczego nie przyjechał. Nie ma zbyt wielu usługodawców, więc nie ma konkurencji.Jesteś zdany na usługi konkretnej osoby, więc czekasz. Obecnie mi to przeszkadza. Może za kilka lat wsiąknę w system i będę zachowywać się podobnie?

Na koniec wrócę jeszcze do odległości, bo przyszło mi na myśl, że na ten tekst trafią osoby zainteresowane przeprowadzką z miasta na wieś. Charakter naszej pracy sprawia, że pracujemy u siebie. Ne wiąże się to z dojazdami do pracy i czasem, który musielibyśmy poświęcić na ten dojazd. Gdybym musiała każdego dnia wstawać godzinę lub dwie wcześniej, stać potem w korku to pewnie miałabym dylemat. Chociaż swego czasu kupiliśmy działkę pod Krakowem oddaloną o 20km i to było takie maksimum, które zgodziliśmy się wtedy pokonywać w drodze do pracy. Tu dojazdy wiążą się tylko z dowozem Matiego do przedszkola. Mamy do niego 3km. Wozimy syna autem, chociaż jeździ autobus. Przy okazji rano zaopatrujemy się w świeże pieczywo, a popołudniami mąż i tak przeważnie wraca skądś i go zgarnia. Póki co nie mamy z tym problemu. Być może pojawi się jak chłopaki będą starsze, gdy pójdą do szkoły średniej, a potem może na studia. Jednak wiele dzieci wychowanych na naszej wiosce świetnie sobie w życiu dało radę, jestem pozytywnej myśli, że moi chłopcy też podołają 🙂

Dla mnie obecne życie tu jest lepszym wyborem niż miasto. Plusy zdecydowanie przeważają nad minusami. Każdy jednak patrzy ze swojej perspektywy. Mam już swoje lata (oho! jak to zabrzmiało) i doceniam spokój, który mnie otacza. Będąc nastolatką czy nawet zaraz po ślubie, zanim na świecie pojawiły się dzieci nie myślałam tymi kategoriami. Teraz jest zupełnie inaczej. Jak się tu przeprowadziliśmy miałam wrażenie, że zrobiliśmy to z myślą o dzieciach. Dziś wiem, że zrobiliśmy to również dla siebie.

 

17 miesięcy Antosia

17 miesięczny Antoś to alpinista i kaskader w jednym.Wspina się na wszystko co popadnie, aż włos się jeży na głowie. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Jest jak tajfun. Wszystko co w zasięgu małych rączek za chwilę ląduje na ziemi. No nie może być czysto, poukładane.

Bardzo dużo uczy się od Matiego. Miny, gesty, zachowania. Czasem aż oczy ze zdumienia przecieramy. Zwłaszcza, że nabywa te umiejętności z minuty na minutę.

Gdy słyszy muzykę, zwłaszcza skoczną od razu tańczy. W dalszym ciągu dzień mija mu z uśmiechem na buzi, choć ostatnie trójki ostro dają nam popalić i bywa, że ból daje za wygraną. Mamy za sobą dwie ciężkie noce. Uwielbia Olafa z Krainy Lodu. Jeśli gdzieś widzi bałwanka od razu woła Gagan. Podobnie jest z czołgiem zdalnie sterowanym. Najlepiej gdy w Gugu są baterie i można postrzelać.

W ciągu dnia ma jedną drzemkę, zwykle 2h. Choć czasem potrafi przespać i 3-4 h. O 20:00 zwykle już śpi, a pobudki robi nam ok 6:30-7.

Nie wybrzydza, je wszystko. Często to co porwie starszemu bratu. Nie daje sobie w kaszę dmuchać i zazwyczaj to starszy brat mu ustępuje. Sygnalizuje już swoje potrzeby pieluszkowe, więc myślę że powoli będziemy szykować się do nauki nocnika. Mówi sporo, łatwo go zrozumieć. Naśladuje odgłosy zwierząt, pokazuje i powoli nazywa części ciała. Jest też małym uparciuszkiem, podobnie jak jego brat.

Sto lat Antosiu! <3

Zima na budowie

Jeszcze trzy miesiące. Około. Tyle musimy czekać, aż wióry zaczną lecieć, a nasz dom zacznie nabierać kształtu. Jesteśmy umówieni na maj.Wtedy przyjedzie ekipa i ruszą prace. Oczywiście wszystko będzie zależało od pogody, więc mam szczerą nadzieję, że wiosna w tym roku nie okaże się kapryśną Panią. W każdym bądź razie drzewo już od jesieni zimuje i czeka na budowę. A ja razem z nim. Choć cierpliwość nie jest moją najmocniejszą cechą charakteru, muszę przyznać, że oczekiwanie ma swoje plusy. Mam więcej czasu na zastanowienie się czego tak naprawdę chcę, na naniesienie pewnych małych drobnych poprawek. Mam czas by jeszcze dopytać o coś, o czym wcześniej nie pomyślałam.

 

Ja bardzo często robię wszystko na hura, wiedziona impulsem. Potem trochę żałuję. Tak było jak remontowaliśmy nasze mieszkanie przed ślubem. Pamiętam jak u stolarza zamawiałam kuchnię w kolorze wenge. Przez mój pośpiech przy okazji zamówiłam meble do salonu, sypialni i przedpokoju. W kolorze wenge oczywiście. Dobrze, że brakło nam kasy na łazienkę, bo i tam musiałabym przez kolejne lata oglądać ten kolor. I płakać nad własną głupotą. Dlatego cieszę się, że z musu zostałam przystopowana w realizacji swoich planów.

 

Zima na budowie to dobry czas, by poplanować, przyjrzeć się temu co sobie założyliśmy. Niewiele się dzieje, bo pogoda na to nie pozwala. Mróz ściął wszystko na kość. Korzystając z chwilowego ocieplenia nadganialiśmy prace, które mogliśmy. Tym samym udało nam się wstawić okna do budynku gospodarczego. Okna, które miały być gotowe już w październiku. Ale tak to jest, gdy człowiek sobie wymyśli coś, co nie jest ogólnie dostępne w sklepach. Czas przygotowania się wydłużył, potem trochę czekaliśmy na szyby. W każdym bądź razie już są. Takie jak chciałam. W wiejskim stylu, rozwierane na pół, dzielone na górze. Zamykane na haczyki, jak dawniej u mojej babci. W budynku jest takie jedno, pozostałe trzy są w klasycznym kształcie.

Takie same okna będą w całym domu. Choć w planie projektant naniósł zupełnie inne, kwadratowe. Nowoczesne. Któregoś dnia jak grom z jasnego nieba spadła na mnie myśl, że przecież będą się różnić. Że wcale a wcale nie pomyślałam o ich kształcie. Skupiłam się na ilości, na tym, że mają być skrzynkowe. A zapomniałam o tym, że chce wyższe. Chce nawiązać do wiejskiego stylu. W końcu budujemy się na wsi. Typowej wsi ze swoimi wszystkimi urokami.

Poza oknami udało nam się też zrobić podbicie w budynku. Mamy piękny, drewniany sufit. Boguś wyłożył też wełnę. Miało zrobić się cieplej, ale nie jestem pewna czy to dużo dało. Bez całkowitego ocieplenia budynku możemy tylko pomarzyć o tym, że temperatura wewnątrz podczas mroźnych zim będzie znośna pomimo ogrzewania. Oczywiście ocieplenie jest w planie, ale dopiero jesienią. Budynek będzie biały z dodatkami drewnianymi. Na wzór starych, wiejskich chat. Myślę, że będzie pasował do naszego drewnianego domu. Planujemy w nim zrobić część stolarni.

Zimą testujemy naszą piwniczkę. Niestety pomimo wstawienia drzwi okazało się, że nie jest pokryta wystarczającą warstwą ziemi. Wnętrze pokryło się lodem i utrzymywała się temperatura ok -1 . Oznacza to, że wiosną będziemy musieli dowieźć ziemi i dodatkowo ją obsypać. Choć i tak było to w planie, może nie w takiej ilości. Planuję posadzić na niej bluszcze, by całkowicie pokryły jej wierzch swoimi liśćmi. Tej zimy Mati korzysta i służy mu jako górka, z której może zjeżdżać na sankach.

I to byłoby na tyle prac związanych z budową. Pozostałe to plany. Na wiosnę. Lista rzeczy, które musimy zrobić zanim na działkę wjedzie ekipa budowlana. Musimy uporać się z rozłożeniem instalacji wodnej, zalać fundament do końca. To już w marcu, jak tylko trochę się ociepli. W budynku gospodarczym czeka nas rozciągnięcie instalacji wodnej, postawienie ścianek działowych.

Moja głowa zaprzątnięta jest też planowanym ogrodzeniem. Jak się domyślacie będzie po wiejsku, więc płot typowo ze sztachet. Drewniany. Popuściłam trochę fantazji i zrobię je zdobione. Ten sam motyw zdobienia chciałabym powtórzyć na domu i wykończeniu budynku. Pokażę Wam w następnym poście dotyczącym budowy, bo pierwsze sztachety mamy zamiar zamawiać już niebawem.

Rozmyślam też o wiośnie z myślą o założeniu ogródka. Nakupiłam całą masę nasion. Mam zamiar zrobić warzywniak, będzie miejsce na kwiaty. Chciałabym wyhodować coś swojego, zdrowego. By mieć co włożyć zimą do piwniczki : ) Pomysł mam, plan także. Czeka mnie tylko sporo pracy, bo wymyśliłam uprawę metodą Back to Eden Garden, której przyglądam się od długiego czasu i jestem nią zafascynowana. Jeśli ktoś z Wam ma doświadczenie będę wdzięczna za podzielenie się radami 🙂 A jeżeli jesteście ciekawi metody chętnie podzielę się z Wami swoją wiedzą i tym jak zabieram się do pracy. Dajcie tylko znać, że temat Was interesuje 🙂

Good night, sleep tight

Moje serce zawsze szybciej bije gdy dostaję zaproszenie na któryś z eventów w Warszawie. Wielokrotnie wspominałam Wam, że jest to dla mnie okazja spotkania się z rzadko widywanymi koleżankami. A tak się w większości przypadków składa, że na tego typu spotkaniach dość często spotykam te same, bardzo lubiane przeze mnie twarze.

Podobnie było i tym razem. Choć natłok codziennych obowiązków sprawia, że raczej powinnam zająć się tym, co tu i teraz, nie potrafiłam odmówić wiedząc kogo spotkam. Nie będę ukrywać, że miałam i inne pobudki, o których za chwilę. W każdym bądź razie, jak wiecie z instagrama zaproszenie przyjęłam. I pojechałam w świat, chociaż los różne przeciwności rzucał mi pod nogi, bym tylko nie zdążyła na czas. Najważniejsze jednak, że dotarłam. Wyściskałam kogo miałam wyściskać, zrobiłam sobie (bardzo ważne) zdjęcie pamiątkowe, porozmawiałam, pośmiałam się, trochę powspominałam. I oczywiście także pozachwycałam. Nad czym? Nad nową kolekcją marki Mona Moon stworzoną przy współpracy Anny Wendzikowskiej.

Kolekcję tworzą trzy wyjątkowe wzory: Boho Style rodem z indiańskiej wioski, Magical Garden pełna wróżek na tle tajemniczego ogrodu oraz przeznaczona dla maluszków oraz niesamowicie delikatna w swej urodzie, z motywem leśnych zwierzątek Little Friends.

Pierwsze co zwraca uwagę, gdy tylko dotknie się pościeli to jej wyjątkowa miękkość. Wiecie, człowiek często z odruchu dotyka czegoś. I tak było w moim przypadku. Bezwiednie sięgnęłam ręką do pościeli na ekspozycji i w tej samej chwili poczułam miłe zaskoczenie. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej dotykała równie miłej pościeli. Większość, z którymi miałam do tej pory do czynienia było zazwyczaj lekko sztywne. Tu materiał poddaje się pod dłonią, gładzi ją, co dla delikatnej skóry maluszka zwłaszcza ma ogromne znaczenie. Owa delikatność to zasługa ekologicznych i hipoalergicznych tkanin – 100% bawełny satynowej. Rozmawiając z dziewczynami- właścicielkami marki dowiedziałam się, że przykładają one wagę nie tylko do wyboru tkanin, ale także pozostałych elementów tworzących pościel takich jak choćby nici. Możecie być pewni, że pościel od Mona Moon uszyta jest z najlepszych produktów. Z innego, bardzo wiarygodnego blogerskiego źródła dowiedziałam się także, że kolory są bardzo trwałe i nie blakną podczas prania.

Wszystkie trzy wspomniane przeze mnie wzory są piękne, każdy wyróżnia się czymś innym. Otrzymałam w prezencie wzór Boho i oczywiście dla moich chłopców jest to strzał w dziesiątkę. Rysunek pozwala puszczać wodze fantazji, co doskonale widać było pierwszego wieczoru, gdy Mati położył się do łóżka. Z jednej strony mamy rysunek wioski indiańskiej, pełnej tipi i apaczy. Druga strona z indiańskim motywem, bardziej stonowana. Pozostałe wzory również są dwustronne.

Pościele dostępne są w dwóch rozmiarach, do wyboru mamy też ochraniacze na dziecięce łóżeczka.

Każdy, kto zwraca szczególną uwagę na to co kupuje swoim dzieciom na pewno będzie zadowolony.

Z myślą o takich właśnie osobach wybrałam się do Warszawy. Po cichutku zdradzę Wam, że chciałabym niebawem poszerzyć ofertę naszego sklepu o wyjątkowe, ale sprawdzone przez nas produkty. Chciałabym móc oferować Wam wyselekcjonowane przez nas rzeczy, co do których mam stuprocentową pewność. Stawiam na materiały przyjazne środowisku i ludziom, rzeczy niebanalne, charakteryzujące się wyjątkowym designem. Rzeczy, z których na serio będziecie zadowoleni. Podobnie jak my. Mam nadzieję, że znajdą się wśród nich produkty od Mona Moon 🙂

Jak wspomniałam był jeszcze jeden powód mojej wizyty. Przyznam się Wam, że była to ciekawość. Jako wieloletnia fanka serialu M jak Miłość ( z wiekiem wcale mi nie przeszło, zaległości nadrabiam na Ipadzie wieczorami jak maluchy pozasypiają) nie mogłam przepuścić poznania Pani Ani Wendzikowskiej. Drobna, piękna i z uroczym uśmiechem kobieta. Niesamowicie sympatyczna 🙂

 

Mój sposób na naturalną odporność

Z sentymentem przeglądam stare posty. Od czasu do czasu. Zwłaszcza te z samego początku blogowania. Odkrywam perełki, śmieję się często sama z siebie, wspominam. Jakiś czas temu grzebiąc w archiwum natrafiłam na wpis o wzmacnianiu naturalnej odporności u dzieci. Wpis obrazujący same oczywistości doskonale każdemu znane.  Jako początkująca mama nie wiedziałam zbyt wiele.  Nie oznacza to oczywiście, że obecnie jako mama dwójki wiem znacznie więcej. Bogatsza jednak w doświadczenia chorobowe doszłam do pewnej prawdy oczywistej, którą chciałabym się z Wami podzielić. U nas sprawdza się super. Może i Wam się przyda podobna wiedza, bo w dzisiejszym pędzie po prostu Wam ta oczywistość umknęła.

 

Czytałam kiedyś wpis, ale zabijcie mnie nie pamiętam u kogo, w którym mama radziła, by do przedszkola puszczać dziecko z katarem i kaszlem. Bo w ten sposób nabiera naturalnej odporności na choroby. Gdy Mati zaczynał swoją przygodę z przedszkolem widziałam w tym wpisie sporo racji.  Nie miałam wtedy kompletnie żadnego doświadczenia jeśli chodzi o choroby, bo do 3 roku życia Mateusz chorował raz na trzydniówkę i jeden raz na bostonkę. Wydawało mi się, że owszem lekki katar i pokasływanie to nie powód, by trzymać dziecko w domu. Życie zrewidowało trochę mój pogląd gdy posłaliśmy go do przedszkola. Przyznaję, trzymał się świetnie przez pierwszy miesiąc. Potem chwycił drobną infekcję, którą spędził w domu, bo i tak w tym czasie na świecie pojawił się Antoś i bałam się żeby z przedszkola osłabiony infekcją nie przyniósł czegoś innego. Niestety od stycznia do maja mieliśmy w domu istny maraton chorobowy, gdzie głównym objawami właśnie był kaszel i katar. Wystarczyło, że puściłam Mateusza z lekkim katarem do przedszkola, po kilku h wracał z mega kaszlem. To nauczyło mnie nie bagatelizować u niego kataru i reagować od razu.

 

A reaguję w ten sposób, że jak tylko widzę katar i lekkie pokasływanie to Mati zostaje w domu. Zwykle w takim przypadku po 2-3 dniach w domu i nebulizacji samą solą potencjalna infekcja ucieka. Puszczam go do przedszkola dopiero jak całkowicie ustaną wszelkie objawy i nic mnie nie niepokoi. Dzięki temu nie ma ryzyka nadkażenia osłabionego dziecka. Stosuję się do tego w tym roku przedszkolnym i naprawdę działa. Ubiegły rok przeminął nam pod znakiem leku na literkę N do inhalacji, który zapisywał nam każdy jeden lekarz. Pomagał szybko, fakt. Mati po tygodniu był na nowo w przedszkolu. Co z tego, skoro już po kilku dniach zaczynało się na nowo choróbsko. Po kilku takich sesjach ręce mi opadły. Gdy kolejna lekarka wynalazła u niego astmę, zwątpiłam. Wpakowałam dziecko do auta, stos recept wrzuciłam do torebki i pojechałam do znajomego, który jest lekarzem. Jak się to skończyło możecie się domyślać. Recepty wylądowały w koszu, a ja dostałam w prezencie 3 słoiki własnoręcznie przez znajomego zebranego miodu. Z przykazem, by popijać z wodą jak najczęściej. Do inhalacji lekiem na literkę już nie wróciliśmy.

 

Pewnie przyczyną kaszlu było również powietrze jakim oddychaliśmy w Krakowie. Tu na wsi powrót do zdrowia jest znacznie szybszy i łatwiejszy. Ale… Przyznaję, poszłam też po rozum do głowy. Zaraz Wam o tym opowiem. Jak do tej pory mieliśmy jedną dłuższą przygodę chorobową w czasach gdzie cała Polska zmagała się z grypą. Obyło się bez wizyty u lekarza, bo Mati miał tylko katar i kaszel, który wyleczyliśmy inhalacjami z soli. Nie dostał żadnego chemicznego leku, bazowałam na ziołowych syropach. Tych przygotowanych przeze mnie (z lipy z dodatkiem ogólnie dostępnych ziół) i jednego aptecznego – prawoślazowego. Ale trzymałam się swojej zasady-  tzn jak tylko zobaczyłam katar Mati został w domu. I pozostał w domu blisko dwa tygodnie, mimo że już po tygodniu nie miał żadnych chorobowych objawów. Ta sama zasada obowiązuje nas dorosłych.Jeśli czuję, że mnie coś bierze siedzę w domu. Nie jeżdżę na zakupy, nie wychodzę do ludzi. Profilaktycznie robię sobie inhalację z soli, smaruje klatkę piersiową maścią na bazie ziół. Zwiększam ilość wypijanych ciepłych płynów, głównie soku z czarnego bzu. Następnym razem podam Wam przepis na taki domowej roboty, który Wy i maluchy możecie popijać codziennie zamiast herbaty. U nas idzie jak woda i działa cuda. Już na drugi dzień jestem w pełni sił. Odpukać cały sezon trzymam się dzielnie, a epidemia grypy ominęła nas szerokim łukiem.

 

Jak się tak nad tym głębiej zastanowić to dojdziecie do wniosku, że sami jesteśmy sobie winni. Wiecie, teraz panuje taka presja. Że do pracy chodzimy chorzy. Bo wyścig szczurów, bo co powie szef, bo to tylko lekkie przeziębienie (no bez jaj! z katarem mam siedzieć w domu! nic mi nie jest!). Odwiedzamy pobliską aptekę wychodząc z całą siatką cudownych specyfików. Nałykamy się leków maskujących objawy choroby i zmierzamy do pracy zamiast do lekarza. Zamiast na L4 to do biura.  Zarażamy innych, zupełnie o tym nie myśląc. Posyłamy na wpół chore dzieci do przedszkola, bo szef wymaga od nas dyspozycyjności. Nasze dzieci sprzedają wirusy innym maluchom, z którymi muszą w domu zostać ich rodzice. A gdy sami zachorują, złapawszy coś od dzieciaków oczywiście idą do pracy. I podają dalej. Osłabionym wcześniejszą chorobą, niedoleczonym. Takie błędne koło. Wiem, to wina obecnego systemu. Ludzie pilnują pracy, bo z czego mają żyć? Szefowie też wymagają, bo Firma musi działać. Ale jesteśmy tylko ludźmi, a zdrowie mamy jedno. Nie kupimy go za żadne pieniądze. Niestety.

 

Nie mamy czasu na chorowanie. Nie mamy czasu na leczenie. Konsekwencje są takie, że nasze dzieci nie mają jak naturalnie nabierać odporności, bo presja czasu powoduje, że każdy chce żeby szybko były zdrowe. Maluch musi wrócić do przedszkola a my do pracy. Naciskamy na lekarza, by wypisał receptę na coś mocniejszego. Bo jak to sama witamina C i odpoczynek, skoro jutro trzeba dla szefa sprawozdanie za cały miesiąc przygotować. Że ta lekarka to chyba oszalała skoro mojemu kaszlącemu dziecku tylko inhalacje z soli zleca, a ja widzę, że mu to od razu nie pomaga. Rozmawiałam ze znajomą lekarką i potwierdziła moje spostrzeżenia. Często zganiamy winę na lekarzy, że źle leczą, a tymczasem sami w gabinecie bawimy się w doktorów sugerując przepisanie mocniejszego leku. Z drugiej strony lekarze często postępują odruchowo, nie diagnozują należycie. Sami jesteśmy sobie winni. Przykre jest to co napiszę, ale mamy na własne życzenie to co mamy. Chcemy być szybko w formie. A organizm to niestety nie jest maszyna, w której wystarczy szybko wymienić jakiś trybik. Często latami pracujemy na swoje dolegliwości, a oczekujemy cudów. Że jedną pastylką załatwimy lata naszych wybryków. Podobnie postępujemy z dziećmi.

 

Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, moje dzieci chorują zupełnie inaczej. Tak, chorują. Muszą chorować, by ich organizmy uczyły się jak z chorobą walczyć. Ale mają czas na pełne wyzdrowienie, dzięki czemu nabierają naturalnej odporności. I to jest wg mnie właśnie recepta na to jak wspomóc naturalną odporność dziecka. Dorosłych też. Oczywiście dobrze wszystkim znane sposoby jak hartowanie, dieta, zdrowy tryb życia także.  Pozwólmy jednak dziecku zachorować.I spokojnie dojść do siebie. Dajmy się organizmowi zregenerować, wrócić do sił. A potem cieszmy się zdrowiem 🙂

 

Ps. Na koniec mały gratis. Najbardziej naturalny w świecie sposób na kaszel i katar. Potrzebujemy drewno sosnowe, najlepiej pocięte na plastry. Musi pachnieć. Gotowe kawałki rozkładamy/ rozwieszamy w sypialni. Olejki eteryczne wydobywające się z drewna działają na nasze drogi oddechowe w sposób kojący. Inhalujemy się na zdrowie 🙂