Mój sposób na naturalną odporność

Z sentymentem przeglądam stare posty. Od czasu do czasu. Zwłaszcza te z samego początku blogowania. Odkrywam perełki, śmieję się często sama z siebie, wspominam. Jakiś czas temu grzebiąc w archiwum natrafiłam na wpis o wzmacnianiu naturalnej odporności u dzieci. Wpis obrazujący same oczywistości doskonale każdemu znane.  Jako początkująca mama nie wiedziałam zbyt wiele.  Nie oznacza to oczywiście, że obecnie jako mama dwójki wiem znacznie więcej. Bogatsza jednak w doświadczenia chorobowe doszłam do pewnej prawdy oczywistej, którą chciałabym się z Wami podzielić. U nas sprawdza się super. Może i Wam się przyda podobna wiedza, bo w dzisiejszym pędzie po prostu Wam ta oczywistość umknęła.

 

Czytałam kiedyś wpis, ale zabijcie mnie nie pamiętam u kogo, w którym mama radziła, by do przedszkola puszczać dziecko z katarem i kaszlem. Bo w ten sposób nabiera naturalnej odporności na choroby. Gdy Mati zaczynał swoją przygodę z przedszkolem widziałam w tym wpisie sporo racji.  Nie miałam wtedy kompletnie żadnego doświadczenia jeśli chodzi o choroby, bo do 3 roku życia Mateusz chorował raz na trzydniówkę i jeden raz na bostonkę. Wydawało mi się, że owszem lekki katar i pokasływanie to nie powód, by trzymać dziecko w domu. Życie zrewidowało trochę mój pogląd gdy posłaliśmy go do przedszkola. Przyznaję, trzymał się świetnie przez pierwszy miesiąc. Potem chwycił drobną infekcję, którą spędził w domu, bo i tak w tym czasie na świecie pojawił się Antoś i bałam się żeby z przedszkola osłabiony infekcją nie przyniósł czegoś innego. Niestety od stycznia do maja mieliśmy w domu istny maraton chorobowy, gdzie głównym objawami właśnie był kaszel i katar. Wystarczyło, że puściłam Mateusza z lekkim katarem do przedszkola, po kilku h wracał z mega kaszlem. To nauczyło mnie nie bagatelizować u niego kataru i reagować od razu.

 

A reaguję w ten sposób, że jak tylko widzę katar i lekkie pokasływanie to Mati zostaje w domu. Zwykle w takim przypadku po 2-3 dniach w domu i nebulizacji samą solą potencjalna infekcja ucieka. Puszczam go do przedszkola dopiero jak całkowicie ustaną wszelkie objawy i nic mnie nie niepokoi. Dzięki temu nie ma ryzyka nadkażenia osłabionego dziecka. Stosuję się do tego w tym roku przedszkolnym i naprawdę działa. Ubiegły rok przeminął nam pod znakiem leku na literkę N do inhalacji, który zapisywał nam każdy jeden lekarz. Pomagał szybko, fakt. Mati po tygodniu był na nowo w przedszkolu. Co z tego, skoro już po kilku dniach zaczynało się na nowo choróbsko. Po kilku takich sesjach ręce mi opadły. Gdy kolejna lekarka wynalazła u niego astmę, zwątpiłam. Wpakowałam dziecko do auta, stos recept wrzuciłam do torebki i pojechałam do znajomego, który jest lekarzem. Jak się to skończyło możecie się domyślać. Recepty wylądowały w koszu, a ja dostałam w prezencie 3 słoiki własnoręcznie przez znajomego zebranego miodu. Z przykazem, by popijać z wodą jak najczęściej. Do inhalacji lekiem na literkę już nie wróciliśmy.

 

Pewnie przyczyną kaszlu było również powietrze jakim oddychaliśmy w Krakowie. Tu na wsi powrót do zdrowia jest znacznie szybszy i łatwiejszy. Ale… Przyznaję, poszłam też po rozum do głowy. Zaraz Wam o tym opowiem. Jak do tej pory mieliśmy jedną dłuższą przygodę chorobową w czasach gdzie cała Polska zmagała się z grypą. Obyło się bez wizyty u lekarza, bo Mati miał tylko katar i kaszel, który wyleczyliśmy inhalacjami z soli. Nie dostał żadnego chemicznego leku, bazowałam na ziołowych syropach. Tych przygotowanych przeze mnie (z lipy z dodatkiem ogólnie dostępnych ziół) i jednego aptecznego – prawoślazowego. Ale trzymałam się swojej zasady-  tzn jak tylko zobaczyłam katar Mati został w domu. I pozostał w domu blisko dwa tygodnie, mimo że już po tygodniu nie miał żadnych chorobowych objawów. Ta sama zasada obowiązuje nas dorosłych.Jeśli czuję, że mnie coś bierze siedzę w domu. Nie jeżdżę na zakupy, nie wychodzę do ludzi. Profilaktycznie robię sobie inhalację z soli, smaruje klatkę piersiową maścią na bazie ziół. Zwiększam ilość wypijanych ciepłych płynów, głównie soku z czarnego bzu. Następnym razem podam Wam przepis na taki domowej roboty, który Wy i maluchy możecie popijać codziennie zamiast herbaty. U nas idzie jak woda i działa cuda. Już na drugi dzień jestem w pełni sił. Odpukać cały sezon trzymam się dzielnie, a epidemia grypy ominęła nas szerokim łukiem.

 

Jak się tak nad tym głębiej zastanowić to dojdziecie do wniosku, że sami jesteśmy sobie winni. Wiecie, teraz panuje taka presja. Że do pracy chodzimy chorzy. Bo wyścig szczurów, bo co powie szef, bo to tylko lekkie przeziębienie (no bez jaj! z katarem mam siedzieć w domu! nic mi nie jest!). Odwiedzamy pobliską aptekę wychodząc z całą siatką cudownych specyfików. Nałykamy się leków maskujących objawy choroby i zmierzamy do pracy zamiast do lekarza. Zamiast na L4 to do biura.  Zarażamy innych, zupełnie o tym nie myśląc. Posyłamy na wpół chore dzieci do przedszkola, bo szef wymaga od nas dyspozycyjności. Nasze dzieci sprzedają wirusy innym maluchom, z którymi muszą w domu zostać ich rodzice. A gdy sami zachorują, złapawszy coś od dzieciaków oczywiście idą do pracy. I podają dalej. Osłabionym wcześniejszą chorobą, niedoleczonym. Takie błędne koło. Wiem, to wina obecnego systemu. Ludzie pilnują pracy, bo z czego mają żyć? Szefowie też wymagają, bo Firma musi działać. Ale jesteśmy tylko ludźmi, a zdrowie mamy jedno. Nie kupimy go za żadne pieniądze. Niestety.

 

Nie mamy czasu na chorowanie. Nie mamy czasu na leczenie. Konsekwencje są takie, że nasze dzieci nie mają jak naturalnie nabierać odporności, bo presja czasu powoduje, że każdy chce żeby szybko były zdrowe. Maluch musi wrócić do przedszkola a my do pracy. Naciskamy na lekarza, by wypisał receptę na coś mocniejszego. Bo jak to sama witamina C i odpoczynek, skoro jutro trzeba dla szefa sprawozdanie za cały miesiąc przygotować. Że ta lekarka to chyba oszalała skoro mojemu kaszlącemu dziecku tylko inhalacje z soli zleca, a ja widzę, że mu to od razu nie pomaga. Rozmawiałam ze znajomą lekarką i potwierdziła moje spostrzeżenia. Często zganiamy winę na lekarzy, że źle leczą, a tymczasem sami w gabinecie bawimy się w doktorów sugerując przepisanie mocniejszego leku. Z drugiej strony lekarze często postępują odruchowo, nie diagnozują należycie. Sami jesteśmy sobie winni. Przykre jest to co napiszę, ale mamy na własne życzenie to co mamy. Chcemy być szybko w formie. A organizm to niestety nie jest maszyna, w której wystarczy szybko wymienić jakiś trybik. Często latami pracujemy na swoje dolegliwości, a oczekujemy cudów. Że jedną pastylką załatwimy lata naszych wybryków. Podobnie postępujemy z dziećmi.

 

Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, moje dzieci chorują zupełnie inaczej. Tak, chorują. Muszą chorować, by ich organizmy uczyły się jak z chorobą walczyć. Ale mają czas na pełne wyzdrowienie, dzięki czemu nabierają naturalnej odporności. I to jest wg mnie właśnie recepta na to jak wspomóc naturalną odporność dziecka. Dorosłych też. Oczywiście dobrze wszystkim znane sposoby jak hartowanie, dieta, zdrowy tryb życia także.  Pozwólmy jednak dziecku zachorować.I spokojnie dojść do siebie. Dajmy się organizmowi zregenerować, wrócić do sił. A potem cieszmy się zdrowiem 🙂

 

Ps. Na koniec mały gratis. Najbardziej naturalny w świecie sposób na kaszel i katar. Potrzebujemy drewno sosnowe, najlepiej pocięte na plastry. Musi pachnieć. Gotowe kawałki rozkładamy/ rozwieszamy w sypialni. Olejki eteryczne wydobywające się z drewna działają na nasze drogi oddechowe w sposób kojący. Inhalujemy się na zdrowie 🙂

 

Jak dobrze trafić z prezentem? Nasze hity prezentowe roku 2016

Z prezentami jest jak z obiadem. Dobrze jest dobrze zjeść, gdy nie trzeba gotować. I wymyślać, bo to dla mnie zawsze największy problem. Gdy z ust męża pada pytanie „co na obiad?” odechciewa mi się wszystkiego. I z prezentami jest podobnie. Gdy wiem, że ktoś o czymś marzy to ograniczać mnie może jedynie budżet. Gorzej gdy trafiamy na kogoś, kto już wszystko ma, nic mu nie jest potrzebne, niczym specjalnym się nie interesuje. Można oczywiście obdarować taką osobę mniej wymyślnym (czyt. oklepanym) prezentem, ale ja zawsze staram się, aby mój dar sprawił drugiej stronie przyjemność. Tylko, że zazwyczaj dylemat co dać sprawia, że długi czas zastanawiam się, jeszcze dłuższy szukam i zdecydowanie nie jest to co misie lubią najbardziej.

Z dzieciakami w sumie nie ma większego problemu. One zawsze czymś się fascynują, coś jest na topie. I marzą. O nowych klockach, nowym wozie strażackim, parowozie czy domku dla lalek. Rodzice doskonale widzą czym zauroczona aktualnie jest ich pociecha. Tylko co zrobić gdy maluch ma już pokaźną kolekcję figurek z ulubionej bajki, a nic poza tym go szczególnie nie interesuje? Gdy pół domu zawalone jest zabawkami, a dziecko chce kolejną? No cóż,  w naszym przypadku doskonale sprawdza się… perswazja 😉 Już Wam tłumaczę o co chodzi. Mati jest ogromnym fanem pociągów. Od dwóch lat. Właściwie na każdą okazję mógłby dostawać ciuchcię. Znacie to? No, ale ile można? Gdzie to wszystko trzymać? Ciuchcie z duplo, drewniane kolejki, zestaw z Tomka, Stacyjkowa,pojedyncze egzemplarze wynalezione na sklepowych półkach, straganach. I do tego elektryczna, profesjonalna kolejka dla hobbystów. Przygody Tomka, Ekspres polarny obejrzane milion razy. Do tego wycieczki do muzeum parowozów, na przegląd makiet. O ile mamy taką możliwość i jest okazja. Fajnie, że dziecko ma hobby, swoje zainteresowanie…ale może już czas żeby zafascynować go czymś jeszcze? 😉 Nie chodzi o to, by porzucał dotychczasowe hobby, ale by otworzył się także na nowe. By w sytuacji, w której babcia, dziadek, ciocia czy ktoś inny pyta co kupić dziecku Ty będziesz mieć problem z odpowiedzią. A nie machinalnie odpowiesz „ciuchcię!”.

Dzieci są wzrokowcami, w mig łapią czym interesują się ich rówieśnicy. I my to trochę wykorzystaliśmy. Gdy mieszkaliśmy w Krakowie Mati niespecjalnie interesował się jazdą na rowerze. Pomimo rowerostrady tuż pod blokiem nie załapał, że jazda może być frajdą. Do czasu, aż przeprowadziliśmy się na wieś i zakumplował się z Mikołajem. Rówieśnikiem, który pewnego dnia dostał rowerek z pedałami. O rowerze zamarzył i Mati. Baliśmy się jednak, że może to być chwilowa fascynacja i zupełnie przypadkiem zastosowaliśmy mechanizm perswazji. Zaczęliśmy go nakręcać na ten rowerek, mówiąc, że dostanie go na urodziny. Termin dość odległy, bo Mati jest z listopada, a rzecz się działa pod koniec lipca. Gdy widzieliśmy, że co raz chętniej sięga po swoją biegówkę, że wspomina o rowerze z pedałami kupiliśmy… skarbonkę. I uzgodniliśmy, że będziemy wrzucać tam wszystkie pieniążki, które uda nam się zaoszczędzić nie kupując tanich, przypadkowo napotkanych podczas spożywczych zakupów zabawek (do tej pory to była plaga – w koszu wylądowała cała sterta zepsutych po 1 dniu zabawek).  Im cięższa robiła się skarbonka tym większe było wyczekiwanie prezentu, a tym samym i zainteresowanie rowerem . Aż któregoś dnia doszliśmy do wniosku, że to już czas i rowerek kupimy. Dużo przed urodzinami, bo byliśmy pewni, że prezent go naprawdę ucieszy, a chcieliśmy by z niego skorzystał przed zimą.

Wtedy zdałam sobie sprawę, że to jest dobry sposób by zainteresować malucha czymś jeszcze i wykorzystać to przy okazji innych zbliżających się okazji. By prezenty, które wybierze nie wylądowały w kącie po kilku minutach zabawy. Gdy zbliżały się Mikołajki poprosiłam Matiego, abyśmy usiedli i napisali list do Świętego. Nie byłam zdziwiona, gdy parowóz pojawił się jako jedna pozycja z wielu. Wiedziałam, że się pojawi, bo w dalszym ciągu jest to zainteresowanie nr 1. Ale pojawiły się też pozycje, które podłapał z zabaw w przedszkolu czy z naszych sugestii. Słuchamy gdy o czymś mówi i staramy się to wyłapywać. Mój mąż pod tym względem jest mistrzem. Gdy jest to coś czego jeszcze nie ma, coś co fajnie wpłynie na jego rozwój, staramy się podsycać zainteresowanie. Jeśli mu szybko nie minie istnieje szansa, że prezent zajmie go na dłużej. Oczywiście nie zawsze sprawdza się to w 100%, ale zazwyczaj odnosimy sukces.

Poniżej prezenty, które były hitem w roku 2016. Może zainspirują Was – do małej perswazji jeśli macie dość strażaków/ciuchć/czegokolwiek.

dziecko-prezenty

 

  1. Wspomniany rowerek. Ale równie dobrze może to być cokolwiek innego wymagającego ruchu na świeżym powietrzu. Hulajnoga, trampolina, piłka do skakania. Nasz rowerek to KidsBike. Dostępny w sklepach BMW.
  2. Płyta z nową bajką. Wiem, wiem trochę mało pedagogiczne. Ale są takie dni, kiedy pogoda za oknem nie sprzyja, dziecko nie w przedszkolu, a Ty musisz posprzątać/ ugotować obiad/ popracować. Ps. nie ograniczaj się do klasycznych wyborów. I nie sugeruj aktualnymi zainteresowaniami. U nas hitem okazała się Kraina Lodu, choć w życiu nie podejrzewałabym Matiego o zainteresowanie tą bajką.
  3. Ale czasem nawiąż do zainteresowań. My połączyliśmy przyjemne z pożytecznym. Nigdy nie mieliśmy problemów z higieną jamy ustnej, ale odkąd Tomek dba o odpowiedni czas mycia ząbków Mati mógłby je myć non stop. Tomek to zestaw dr Fresh. Znajdziecie w wielu sklepach internetowych.
  4. Czasem coś co nam się podoba, nie koniecznie będzie podobało się dziecku. I na odwrót. Lampka Miffy znalazła się u nas jako rekwizyt do zdjęć. Przysłużyła się jednak odganiając nocne lęki i to Mati zadecydował, że z nami zostanie.
  5. Klocki. U nas akurat duplo. To jedyna zabawka przed której kupnem nie oponuję. Wiem, że będzie się bawił dziś, jutro, za miesiąc i rok. Mamy naprawdę ogromną kolekcję poupychaną w pudełkach i nie ma dnia, by to wszystko nie było w użyciu. Nie ma znaczenia jaki zestaw kupię/ kupi ktoś bliski. Zawsze jest trafiony i sprawi radość.
  6. Domek garaż także był pomysłem Mateuszka. Potrzebowaliśmy czegoś do przechowywania pokaźnej kolekcji autek. W pierwszej kolejności powstała ciuchcia. To był jednak mój błąd, bo pokoik zrobił się monotematyczny (wszędzie te ciuchcie!). A chodziło mi przecież o małe odwrócenie zainteresowań. Dlatego gdy padło hasło garażu powstał domek. Dziś na ścianie wisi ich kilka i codzienne parkowanie całego dobytku pochłania sporo czasu, a przy tym sprawia sporo frajdy.
  7. i 8. Puzzle i gry. U nas królują od dłuższego czasu, zmienia się tylko ich ilość i poziom trudności w układaniu. To całkiem prosty i przyjemny sposób na zainteresowanie malucha danym tematem. Wystarczy wybrać te z motywem, który nas interesuje. Jeśli chodzi o jakość to my najchętniej sięgamy po te z Czuczu i Trefl.

 

Z młodszym dzieckiem powyższe dylematy jeszcze nie są aktualne. Ale gdybyście nie wiedzieli co podarować okruszkowi to pokazuję co sprawdziło się u nas odkąd w domu pojawił się Antoś 🙂 Możecie też podesłać babciom, ciociom, wujkom, znajomym, którzy chcą wpaść z prezentem.

 

niemowle-prezenty

 

  1. Mata wielofunkcyjna do zabawy. Miałam przy Matim, kupiłam też dla Antosia. Postawiłam na markę Ebulobo, bo zdecydowanie przemawia do mnie ich wzornictwo. Bardzo dobre wykonanie, żywe, intensywne kolory (dzieci to lubią), super jakość. Warte każdej wydanej złotówki.
  2. Słyszałam, że nie na wszystkie dzieci działa szum Misia (doprawdy nie wiem jak to możliwe? 😉 ). Ale nawet jeśli nie to miś na bank będzie super pamiątką, gdy na jednej z nóżek można poprosić o wyhaftowanie dowolnego napisu 🙂
  3. Każdy dzidziuś pewnego dnia przestaje być małym dzidziusiem i poza mlekiem zaczyna interesować się innymi pokarmami. Talerzyk, miseczka, a nawet cały zestaw na bank będzie super przydatnym prezentem. Na zdjęciu nasz wybór od Jour de Paris- z serii Farma.
  4. Suchy basen jest u nas hiciorem. Nie ma dnia bez wygłupów w piłkach. Bawią się oboje. Mati ogląda w nim bajki, czyta książeczki. Nie wyobrażam sobie, żeby go już w domu miało nie być. Doskonale wpływa na rozwój dziecka (ruch, stymulacja). Zakopujemy w piłkach różne rzeczy i bawimy się w ich wyszukiwanie. Rozkładamy na podłodze pudełka i z basenu rzucamy piłkami starając się trafić do pudełek.  Nawet sprzątanie porozrzucanych piłeczek nie jest takie straszne gdy robimy to wspólnie.
  5. Attipasy to świetny pomysł na pierwsze buciki dla malucha. Pisałam o nich już przy okazji pierwszych kroków Matiego. Nie zmieniłam zdania przez 3 lata. Dalej je uwielbiam i dalej polecam. Te w świątecznym wzorze są cudne i na prezent idealne.
  6. Który maluch nie lubi się bujać? Znacie takiego? Jeśli nie mamy miejsca na domową huśtawkę (ubolewam, my teraz nie mamy gdzie jej zawiesić) to możemy w pokoju zameldować np Wilka 🙂 Mati miał konika, ale zasada bujania ta sama. Marka ta sama co maty, więc nie muszę dodatkowo zachwalać 🙂
  7. Każdy maluch pewnego dnia dostaje gryzaczek. Ja wiem, że nieprzerwalnie króluje żyrafa Sophie, ale gryzaczki z literkami są dla niej mega konkurencją. Są równie fajną pamiątką, bo spersonalizowaną. Do tego mają tasiemki, które przyciągają malucha jak magnes. Gryzak towarzyszył nam od samego początku. Najpierw wisiał i przyciągał Antosia wzrok, potem zaczął łapać za tasiemki, by w końcu ulżyć dziąsełkom. Teraz spoczął w moim pudełku z pamiątkami. Kiedyś pokażę wnukom 🙂
  8. Pod pierwszym zdjęciem wspomniałam o prezentach, które wydają nam się zupełnie abstrakcyjne jeśli chodzi o dane dziecko. A jednak się sprawdzają. Drewniany tort wbrew moim przewidywaniom okazał się super dla rocznego Antosia. Frajda ze składania elementów bardzo duża. Bawi się z bratem, ale najczęściej sam. Chociaż zdecydowanie małe elementy dekoracyjne musiałam pochować. Torcik trafił do nas podczas spotkania w Warszawie, tam też poznałam sklep PATATOY. Istne pogotowie prezentowe. Znajdziecie w sklepie ABSOLUTNIE wszystko, ABSOLUTNIE dla każdego.To jedno z takich miejsc, w którym kupicie prezent dla niemowlaka, przedszkolaka i starszaka. Na blogu sklepowym dodatkowo znajdziecie więcej ciekawych pomysłów 🙂 A jeśli sami nie dacie rady wybrać, wyślijcie alert, podając budżet, wiek dziecka i płeć. Dziewczyny, tfu! Elfy Świętego Mikołaja szybciutko pomogą Wam się na coś zdecydować 🙂

 

Mam też małą ściągę dla Panów – tzn dla kobietek i ich Mikołajów 😉

 

kobieta-prezenty

 

  1. Taki gadżet, ale dość uroczy. Lusterko w sam raz do torebki. Ale gdy je wyciągam to zawsze wzbudza uśmiech, nie tylko mój 🙂
  2. Na ten obiektyw chorowałam dłuższy czas. No dobra, nie na ten konkretny, bo miałam ogromny dylemat wybierają szeroki kąt. Dlatego gdyby ktoś poszukiwał to szczerze polecam -Sigma 10-20mm od pół roku ze mną. Zaprzyjaźniliśmy się całkiem dobrze i co raz bardziej jestem zadowolona ze swoich zdjęć 🙂
  3. Nie miałam zbyt wiele czasu na czytanie w tym roku. Ubolewam bardzo, jednak kilka pozycji udało mi się przeczytać, a Sekretne życie drzew zostało głęboko w moim serduchu. To książka zdecydowanie dla takich sentymentalnych babek jak ja 😉
  4. Lubicie świąteczny czas? Tę piękną, kolorową otoczkę? Bo ja bardzo. Dla gadżeciarzy mojego pokroju powstała drewniana choinka półka.
  5. Odkąd mieszkamy na wsi zmieniłam sporo swoich starych przyzwyczajeń. Życie tu samo narzuca by było zdrowiej, lepiej, naturalniej. A odkąd poznałam kosmetyki Phenome praktycznie nie sięgam po inne. A już na pewno nie kupuję nic ogólnie dostępnego w pobliskiej drogerii. O moich naturalnych wyborach bez chemii (nie tylko kosmetycznej) opowiem Wam następnym razem.
  6. Nowy telefon to była mała (!) fanaberia z mojej strony. Przyznaję. Mój stary iphone cieszył się dobrym zdrowiem, mimo że był ze mną od 3 lat. Wiedziałam, że jeśli kiedyś będę wymieniać na inny to tylko na tę samą markę. Nowy telefon to zawsze dobry prezent. Ale pisząc list do Mikołaja nie spodziewałam się, że byłam aż taką grzeczną dziewczynkom. Chociaż podobno trochę zołzowatą.
  7. O biżuterii z mleka pisałam Wam już w jednym z postów. Powtarzam się, wiem. Ale serio to bardzo fajny pomysł na prezent. Będziecie zadowolone! 🙂

 

A dla Pana mężczyzny? No cóż, mój mąż jest typem z początkowego opisu. Listów do Mikołaja nie pisze,  nic mu nie jest potrzebne, wszystko ma. A jedyna rzecz o jakiej aktualnie marzy to powrót do pewnego, dawnego hobby, które aktualnie jest poza moim zasięgiem finansowym (pkt 1). Ale jak każdy coś chciałby dostać.

mezczyzna-prezent

Dlatego chyba będzie musiał się zadowolić bardziej oklepanym (choć moim zdaniem wciąż wyjątkowym!) prezentem w postaci np  skarpetek od Jemsushi (2) 😉 Albo klasycznym porfelem spod lady (3). A jako, że ulubione określenie mojego męża na wszystko co mu podstawiam pod oczy podczas zakupów ciuchowym to „DZIADOSTWO”  jest więc spora szansa, że i taka koszulka trafi pod choinkę (5) 😛 Ewentualnie powrócę do pomysłu sprzed lat i otrzyma kolekcję płyt ze swoim ulubionym serialem (4) 🙂

 

 

Roczek Antosia. Przepis na tort śmietankowo malinowy i dekoracje.

Antoś. Nasz uśmiechnięty i radosny Antoś. Ma rok. Omójbożejedyny kiedy to zleciało! Czasem łapię się na tym, że patrząc na Antosia widzę Matiego. Przecież on dopiero co kończył rok. A wszystko jak schemat. Swoim torem zmierza. Utartym. Widzę te podobieństwa w swoich dzieciach. Ale i różnice. Jeden pewne umiejętności nabywa szybciej, drugi w więcej ciałka obrastał. Bo nie ma dwoje takich samych ludzi przecież.

Antosiu, ale dziś o Tobie. Bo przecież to Twój dzień niedawno świętowaliśmy. Chcę Ci napisać, na pamiątkę, bo być może przeczytasz to w przyszłości. Takiego grzecznego chłopca to ze świecą szukać. Uśmiech z Twojej buzi praktycznie nie schodzi. Budzisz się z drzemki, schodzisz z łóżka i potrafisz sam zabawić. Bez wołania i płaczu. Tak grzecznie, że zapomnieć by można, że dziecko w domu. Jedynie minka się krzywi do obcych. Gdy próbują za nóżkę złapać. Wtedy wzrokiem mamy szukasz i buźkę w podkówkę robisz.

Nie dajesz sobie w kaszę dmuchać. Pierwsze boje o zabawki z bratem stoczone. Znienacka potrafisz w głowę zabawką przyłożyć, więc każdy już uważa na Twoje podchody. I ząbki, bo i gryzienia frajdę Ci sprawia.

Roczek skarbie przetuptałeś, co dla wszystkich było zaskoczeniem. Już na 11 miesięcy pierwsze kroki próbowałeś postawić, ale ostatecznie dwa tygodnie później sam poszedłeś.

Jesteś bardzo kontaktowy. W mig łapiesz różne zabawy, które pokazuje Ci Mati. Uwielbiasz jeździć autkami po dywanie naśladując ich odgłosy. Z piskami radości wskakujesz do basenu z kulkami. Próbujesz układać duplo. Tańczysz gdy tylko coś zagra. Śpiewasz kołysanki, przytulasz się i dajesz buzi. Paluszkiem pokazujesz, że mamy usiąść, że mamy Ci coś dać. Każdy dzień przynosi coś nowego, jest przygodą. Nawet nie wiesz jak jestem szczęśliwa, że mogę w niej uczestniczyć.

Kochany synku, rośnij nam. Zdrowo. W szczęściu i miłości. Bądź zawsze taką iskierką. Wszystkiego najlepszego!

dsc_0868roczekdsc_0896dsc_0909dsc_0902dsc_0940

 

PRZEPIS NA TORT DLA ROCZNIAKA:

 

Biszkopt:

  • 7 jajek
  • szklanka cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1,5 szklanki mąki
  • 7 łyżek oleju

Białka oddzielić od żółtek, ubić ze szczyptą soli na sztywną pianę. Dodać cukier i zmiksować. Następnie dodać jajka, mąkę, proszek i olej. Dobrze zmiksować. Całość wylać na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Piec w 180 stopniach przez 30 minut.

Z ciasta wycinamy krążki wielkości talerzyka. Przekrajamy wzdłuż, by krążków było ok 5-6.

 

Masa:

  • 1 opakowanie serka mascarpone
  • śmietana kremówka 30% – 0,5l
  • cukier puder
  • maliny 20dkg
  • galaretka o smaku malinowym

 

Śmietanę kremówkę miksujemy z cukrem pudrem. Dodajemy opakowanie serka mascarpone. Galaretkę rozpuszczamy, studzimy, żeby stężała, ale nie całkowicie. Maliny miksujemy. Dodajemy galaretkę. Rozdzielamy ubitą śmietanę z serkiem pół na pół. 3/4 malin mieszamy z masą śmietanową. Plastry biszkopta przekłądamy malinami, masą malinową i masą śmietankową.  Z wierzchu gotowy torcik okładamy bitą śmietaną.

 

Dekorujemy. Np tak jak my. Całość drukujemy na samoprzylepnym papierze. Wycinamy elementy i przyklejamy do patyczków od szaszłyków.

 

dekoracje-na-tort

 

 

 

 

10 miesięcy Antosia

Ostatni miesiąc przeleciał błyskawicznie. Równie szybkie są postępy w rozwoju Antosia. Dosłownie z dnia na dzień widać jak nabywa nowych umiejętności. Jeszcze wczoraj ćwiczył stanie, dziś już kombinuje jak ustać bez podpierania się. Zamiast pełzać przemieszcza się raczkując. Świetnie sobie radzi na schodach, trzeba tylko pilnować żeby ząbków nie wybił, bo nie patrzy gdzie idzie. A ząbków ma już pięć. I kolejna dwójka (tym razem dolna) w natarciu. Do perfekcji opanował schodzenie z materaca- na główkę. Podpiera się czołem i cała naprzód.

Uwielbia Mateusza co widać na każdym kroku. Chętnie się z nim bawi, co raz częściej też zabiera mu zabawki. Czasem potrafią się posprzeczać. Póki co jeszcze jest to zabawne 😉

Apetyt ma na całego. Zdecydowane przeciwieństwo brata, który mimo, że jadł dużo to bardziej korzystał z mojego mleka. Antek musi mieć zupkę, musi zjeść owoc, kaszkę. Pierś głównie w nocy i przed drzemką w ciągu dnia. A jakby nie było w dzień to też nie ma afery. Mogę zniknąć na cały dzień i bez problemu zostanie np z babcią. Z Matim w tym wieku chyba bym się nie odważyła.

Antoś to mała gaduła. Sporo komentuje po swojemu. Nadaje bawiąc się. Umie się upomnieć o coś mówiąc „da!”. Woła mama, tata, baba, dada. A jak się bawią z Matim to słychać „tutututu” i „brrrrmmmm”.

W dalszym ciągu jest mega spokojnym i pogodnym chłopcem. Płacze jak jest głodny. Nie marudzi bez powodu. Nie płacze w wózku. Nie płacze w aucie. Złote dziecko 😉

 

Wszystkiego kolorowego synku!

Bez nazwy-1

zdjęcie 1-4zdjęcie 2-3zdjęcie 2-4zdjęcie 5-1zdjęcie 4-1zdjęcie 1-3zdjęcie 1-2zdjęcie 2-2zdjęcie 5zdjęcie 3-2zdjęcie 1-5zdjęcie 3-4

 

Za pięknego wilka bujaczka od Ebulobo dziękujemy firmie Mavero 🙂 Mimo, że zabawka jest od 12m już teraz cieszy się u nas dużym powodzeniem. Antoś bezbłędnie rozpracował jak się na niego dostać. Bardzo Wam polecam, bo zabawki od Ebolubo towarzyszą nam praktycznie od narodzin Antosia. Bardzo je lubimy, mają cudowny design, nawiązują do bajek i są bardzo dobrze wykonane. Z serii tych, na które człowiekowi nie żal grosza 🙂

Więcej niż tysiąc słów.. cz.1

Tyle się dzieje dookoła. Tyle ważnych spraw, życiowych decyzji, momentów. Aż się proszą by ubrać w słowa, zostawić ku pamięci. Tylko czasu wciąż brak. I znacznie prościej za aparat chwycić, pstryknąć i wolniejszej chwili przejrzeć. Obraz więcej zatrzyma. Więcej odda. Więcej niż tysiąc słów.

Zostawiam Was ze zdjęciami. Naszych pierwszych dni wiejskiego życia z obietnicą, że wrócę również ze słowami.

lipafoliafitoterapiapuszczanie latawcahunterDSC_0069DSC_0246DSC_0106DSC_0536_SnapseedDSC_0304_Snapseed

345DSC_0433_SnapseedDSC_0275_Snapseed8679zdjęcie 4(4)_Snapseed