Z miasta na wieś

Myśl ta dojrzewała we mnie, w nas długi czas. Choć we mnie to najpewniej tęsknota. Całe swoje dzieciństwo spędziłam na wsi. Mieszkałam tam przez pierwsze lata swojego życia, wracałam na długie letnie miesiące, na każde ferie zimowe. Oczywistym, że wieś jest mi więc bliska. Miasto pomimo wielu plusów sprawia, że się duszę. Brakuje mi przestrzeni, zieleni, kawałka swojej „ziemi”.

Dlatego dwa lata temu zapadła decyzja. Kupujemy działkę. W miarę blisko Krakowa. By móc ogarnąć jakoś logistycznie pracę, dzieci, dom. Sami wiecie. Jarałam się, że wreszcie mamy ten swój kawałek ziemi. Sadziłam drzewka, rozmyślałam. A im więcej rozmyślałam tym częściej pojawiała się myśl, że czuję się tam obco. Nie czuję tej „chemii”, swojsko, przytulnie. Jakbym nie była u siebie. Musiałam to chyba powiedzieć na głos. Czarę goryczy przelała kradzież śliwki. Ciężko mi w to uwierzyć, ale ktoś najzwyczajniej w świecie wykopał z działki drzewko. Drzewko o wartości 15zł. Dosadziliśmy nowe, ale kiedy przy kolejnej wizycie okazało się, że ktoś złamał mu czubek coś we mnie pękło. Nie chcę mieć takich sąsiadów. Choćby mieszkali na drugim końcu wsi. Zwyczajnie ciężko zaufać drugiemu człowiekowi. Zawsze tliła by się podejrzliwość czy to aby nie ten co mi to drzewko buchnął. Czy aby źle mi nie życzy.

I co raz częściej pojawiała się myśl, że w tej mojej rodzinnej wsi to takie coś nigdy miejsca by nie miało. Że ludzie nawet jeśli skłóceni, bo przecież różnie w życiu się układa, to świń sobie nie podkładają. Przechodzą obok, dzień dobry co najwyżej nie powiedzą, ręki nie podadzą, ale człowiek człowiekowi nie jest wilkiem.

I myśl ta raz po raz wracała, a wraz z nią tęsknota.

Dziś tak sobie dumam, że gdyby nie te ciepłe myśli to może i życie by nam się inaczej potoczyło, los scenariusz zupełnie inny napisał. Nie pakowałabym w kartonowe pudła swoich książek, pieczołowicie kolekcjonowanych przez ostatnie lata.

Tymczasem…Jedziemy na wieś. Przeprowadzamy się. Tak na stałe, zupełnie.Jeszcze miesiąc z hakiem, do czasu aż Mateuszek skończy przedszkole urzędujemy w Krakowie, a potem wywracamy życie do góry nogami.

Marzenia o małym, drewnianym domku zaczynają się spełniać. Mamy już projekt, mamy wykonawcę. Jesteśmy w trakcie uzyskiwania pozwolenia na budowę. Szaleństwo. Mamy też wielką kupę piachu i ponad 1000sztuk pustaków, z których powstanie budynek gospodarczy. Czekamy tylko na załatwienie formalności i ruszamy. Jeszcze latem.

Mamy też zupełnie nową działkę. Ogromną, piękną. Z wysokimi brzozami na wjeździe. Na końcu wsi, tam gdzie asfalt ustępuje miejsca polnej drodze do lasu. Cisza i spokój. Słychać śpiew ptaków i liście brzóz powiewające na wietrze. Kawałek od drogi, tuż na górce stanie nasz dom. Z tarasem skierowanym na południe, widokiem na brzozowy gaik na samym końcu. Tam hen za rowem jeszcze. W rowie stoi woda, bo nieopodal bobry zrobiły sobie żeremie. Przez rów przerzucę drewniany mostek, a wzdłuż obsadzę niezapominajkami. Z mostku będzie się schodzić nad staw. Staw, który w głowie nam siedzi, ale realnego kształtu nabierze, gdy chłopaki podrosną. Co bym nie osiwiała zbyt wcześnie. Będzie też sad ogromny. I ogródek przy domu. Pełen malw, naparstnic, ostróżek, jeżówki, łubinu, floksów i piwonii. Wertuję książki, babcię wypytuję o szczegóły, bo pamięta jeszcze czasy, gdy w wiejskich ogródkach zamiast równo przyciętej trawy królowało morze kwiatów.

Mam posadzoną jeszcze jesienią lipę, opiekunkę naszego przyszłego domostwa. O lipie pisałam nie jeden raz na blogu. Drzewo to uwielbiam ponad wszystkie. Nie mogło jej zabraknąć. Ale są też klony, dwa jesiony, które same się zasiały w ubiegłym roku na moim balkonie, a które „na pamiątkę miastowego życia” przywieźliśmy na wieś. Posadziliśmy też kasztany, niestety zrobiliśmy to zbyt wcześnie i wiosenne przymrozki dały im radę.Mamy modrzewie, które są nawiązaniem do tych, które rosną wzdłuż działki, ale już po stronie sąsiada. I mnóstwo sosen, wtapiających się w wiejski krajobraz.

Zamiast równego trawnika za domem będzie łąka kwietna. Zupełnie naturalna. Z makami, chabrami, maciejką, rumiankiem. Tak mi się wymarzyło, że pół wsi na nogi przez tą moją łąkę postawione. Każdy duma jak zrobić żeby było dobrze. Każdy chętny do pomocy. Płot tymczasowy  z żerdzi zbija. Siewnik do traktora mocuje, nawozem podsypuje, walcuje, ręcznie trawę zarzuca. A ja na tym traktorze na siewniku jadę, wiatr we włosach, ciepłe słońce na ramieniu czuję. I znów mam kilka lat. I pamiętam jak z dziadkiem na łąkę po siano jechałam. Na wozie, w kierunku lasu. Tuż obok tej mojej działki. I tylko smutno, że on tego zobaczyć nie może. Ale wiem, że uśmiecha się tam z góry na to moje nieszkodliwe szaleństwo.

Z sercem do sprawy podchodzę. Choć i obawy są. Najbardziej o męża mojego, jak on się odnajdzie w tej nowej rzeczywistości. To mieszczuch z krwi i kości. Tym bardziej doceniam, że podjął taką decyzję. Że dla mnie, dla naszych dzieci. Całe swoje dotychczasowe przyzwyczajenia zmienia. Życie, kolegów, wszystko zostawia. Choć w obecnych czasach, w dobie internetu, samochodów to chyba nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Ufnie patrzę w przyszłość, wierząc że będzie dobrze. Nie może być inaczej 🙂

zdjęcie 5zdjęcie 3-4zdjęcie 1-4zdjęcie-3 zdjęcie 1-3zdjęcie 2-3

 

 

Żółtaczka związana z karmieniem piersią

To były ciężkie dni. Radość z narodzin drugiego synka, faktu, że wkrótce całą czwórką będziemy razem przesłoniła choroba.

O żółtaczce fizjologicznej noworodków słyszałam już wcześniej. Właściwie co druga rodząca koleżanka miała z nią styczność, nic dziwnego. Kilka/ kilkanaście godzin fototerapii i po sprawie. Wypis do domu i przykaz obserwacji.

Czasem jednak żółtaczka przedłuża się lub pomimo zastosowanej fototerapii jej poziom nie spada jak zakładają lekarze. Czas spędzony w szpitalu wydłuża się z 3 dni do 5,7,10. Masakra. Zwłaszcza dla mamy, która w domu zostawiła starsze dziecko (dzieci).

Dla mnie to była trauma. Bynajmniej, nie szafuję słowem. O tym, co przeżyłam w szpitalu napiszę Wam jak tylko myśli poukładam w głowie. Choć może i dam sobie spokój. W końcu ten koszmar mam już za sobą.

Wrócę jednak do żółtaczki, bo duży procent dzieci choruje, a większość mam jest wprowadzana w błąd.

Antkowi w drugiej dobie życia zażółciła się skóra. Lekarka kazała pobrać krew do badań. Wyszedł podwyższony poziom bilirubiny przy pozostałych parametrach krwi i moczu w normie. Klasyka, niektóre dzieci mają żółtaczkę fizjologiczną, która mija sama. U niektórych trzeba naświetlać. U nas zadecydowano o naświetlaniu. Zanim przejdę dalej- mała uwaga. Żółtaczka fizjologiczna noworodków absolutnie NIE MA nic wspólnego z żółtaczką typu B (WZW B). To dwie odrębne jednostki chorobowe.

Naświetlaliśmy przez całą dobę tzw płetwą. To taka mini lampa, którą wkłada się dziecku pod ubranko, na brzuszek. Różnie źródła mówią, jedni radzą nie okrywać dziecka ubraniami, inni nie widzą przeciwwskazań.

IMG_9843

IMG_9846

U nas po pierwszej dobie takich naświetleń poziom bilirubiny skoczył do wyniku około 14,5 (norma do 12). To spowodowało, że o wypisie w 3 dobie mogliśmy zapomnieć. Włączono naświetlania w cieplarce (które dla mojej laktacji były horrorem). Żeby fototerapia zadziałała dziecko musi być pod lampami jak najdłużej bez przerw. Przynajmniej 3h. O ile w ciągu dnia nie było większego problemu, bo odciągnięte mleko na moich oczach położna podała Antosiowi gdy był w środku, o tyle w nocy lekko nie było. Antoś ewidentnie chciał się przytulać. Ja nie mogłam go wyciągnąć, objąć, poczuć jego zapachu. Ba, nie mogłam być nawet w sali gdzie on się znajdował. Siedziałam sama w środku nocy na łóżku, próbując przywołać w pamięci jego widok, by pobudzić odruch oksytocynowy.. Zamiast mleka leciały mi łzy. Słyszałam kwilenie maluszków obok i serce mi pękało, że moje dziecko gdzieś na innej sali, beze mnie.  Po całej nieprzespanej nocy, gdzie ledwie odciągnęłam kilkanaście mililitrów położna oddała mi go do łóżka i na tym zakończyła się przygoda z cieplarką. Rano wynik był minimalnie niższy co oznaczało, że jednak spędzimy jeszcze trochę w szpitalu. Sytuacji nie poprawiała tęsknota za starszakiem, który czekał w domu i baby blues rozkręcony na całego.

To spowodowało, że wypisałam nas na żądanie do domu. Skrajnie wyczerpana psychicznie, bez sił do walki z systemem. Walki, bo na moje postanowienie o karmieniu piersią położne prychały pod nosem, aż ostatecznie zgłosiłam lekarce, że nie wyrażam zgody na dokarmianie z prośbą o przypilnowanie tego tematu. Sprawę żółtaczki natomiast skonsultowałam z dwoma lekarzami, w tym z neonatolog w szpitalu. Powiedziałam, że chcę dokończyć fototerapię w domu, bo wiem, że jest taka możliwość.

Szczęśliwie się złożyło, że znalazłam w Krakowie miejsce, które za opłatą wypożycza do domu lampę Bilibed marki Medela (lampę można pożyczyć w NZOZ Arka http://www.nzoz-arka.eu/inne-uslugi-medyczne – od razu zaznaczam, nie jest to żadna reklama. Chcę wskazać możliwość, z której ja skorzystałam).

IMG_9910134IMG_9882

Nie zastanawiałam się ani minuty. Zadzwoniłam zanim wypisałam się ze szpitala, zarezerwowałam lampę. Gdy dotarliśmy do domu, mąż przywiózł łóżeczko. To był piątek. Naświetlaliśmy Antosia do wtorku (na zmianę kładąc go to na brzuszku, to na pleckach z przerwami na karmienie). W sobotę ( po 1 dniu naświetlania) pojechaliśmy zbadać krew. Bilirubina spadała – powoli, ale spadała.

Wtedy usłyszałam o naparze ze znamion kukurydzy. Eliza- dzięki kochana! W Polsce nikt o tym nie mówi, a w Niemczech podobno same położne na wizytach dają pacjentce. Znamiona smakują obrzydliwie, ale skutecznie obniżają poziom bilirubiny. Oczywiście piłam ją ja i karmiłam piersią. Ważne żeby pić tego dużo! Równy tydzień po wyjściu ze szpitala powtórzyliśmy badania. Bilirubina była na poziomie około 10. Za radą lekarza daliśmy już sobie spokój z kontrolowaniem poziomu. Cieszyłam się macierzyństwem i starałam nadgonić stracone pierwsze chwile, przystawiając synka jak najczęściej. Jedynie w nocy musiałam pamiętać, by wybudzać go na karmienie co 2h. To ważne, bo nocne, tłuste mleko doskonale obniża poziom bilirubiny. Sprawie też, że dziecko częściej się wypróżnia co jest istotne przy tej chorobie.

Szukając jednak informacji o żółtaczce natrafiłam na różne porady. Jedna z nich mówi jakoby odstawić dziecko od piersi na jeden dzień i podać mm. Ewentualnie odciągnąć mleko i podgrzać do jakiejś tam temperatury. Szczerze mówiąc wydawało mi się to absurdalne, co potwierdziła lekarka. Jeżeli przedłużająca się żółtaczka jest powiązana z karmieniem piersią to należy karmić jak najczęściej, bo właśnie opóźnianie karmienia przyczynia się do wzrostu bilirubiny. Są oczywiście przypadki, gdzie żółtaczka utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie i niezbędne jest podanie leków, a nawet transfuzja. Nasz przypadek jednak dotyczył dość łagodnego poziomu.

Różne źródła podają, że za wczesną postać żółtaczki u dziecka odpowiada między innymi zbyt późne rozpoczęcie karmienia piersią (lub mało efektywne) oraz opóźniony pasaż smółki. Ani z jednym, ani z drugim nie było w naszym przypadku problemu. Antek pierś złapał leżąc jeszcze na moim brzuchu, zaraz po odcięciu pępowiny. Smółkę oddał jakieś 3 h później.

Podaje się jeszcze przyczyny związane ze słabo rozwiniętym układem pokarmowym dziecka. Nie jestem lekarzem, mogę tylko gdybać. Mogę się też zastanawiać czy na wystąpienie żółtaczki nie miało wpływu np podanie pierwszej dawki witaminy K, którą dostał w pierwszej dobie na noc. Dosłownie kilkanaście minut później zaczął mocno płakać i się prężyć.  Ewidentnie bolał go brzuszek, a rano pojawiła się krew w kale. W badaniach wyszedł wtedy podwyższony poziom bilirubiny. Gdybam,ale jeśli nie podano by mu tej witaminy może bilirubina nie wzrosłaby?

A może wpływ miał mój tragicznie niski poziom witaminy D3 w ciąży? Z niedoborem zmagałam się przecież całe 9 miesięcy.

Teraz już się tego nie dowiem.Mam jednak nadzieję, że mój post będzie pomocny tym mamom, które będą podobnie jak ja, martwić się o zdrowie swojego nowo narodzonego maluszka.

Jeśli macie jakieś pytania, np o samą lampę to piszcie w komenatarzach. Na pewno odpowiem.

 

Bracia

Jestem jedynaczką. Choć zdążyłam się już do faktu, że nie mam i nie będę mieć rodzeństwa przyzwyczaić, nie ukrywam, że chciałabym mieć kogoś bliskiego jak brat czy siostra. Gdy się jest dzieckiem nie przykłada się do tego chyba większej wagi. Choć były momenty, że chciałam mieć np młodszą siostrę, to nie przypominam sobie, żeby ta chęć była szczególnie mocna.

Dziś patrzę na sytuację z zupełnie innej perspektywy. Dziś, gdy pielęgnowane w latach szkolnych przyjaźnie gdzieś rozjechały się po świecie zwyczajnie brakuje bliskiej osoby, której powiesz co w duszy gra. Jako jedynaczka mam pewnie wyidealizowany obraz relacji pomiędzy rodzeństwem, jednak znam kilka przykładów gdzie siostry miedzy sobą czy nawet brat z siostrą nie żyją jak przysłowiowy pies z kotem. Znam takich, którzy są ze sobą na prawdę blisko i wiem, że jedno dla drugiego zrobiłoby wszystko. Znam też niestety takich, których los jest sobie obojętny. Nie chciałabym, aby moi synowie w przyszłości podchodzi do siebie w ten sposób.

Nie wiem czy jest skuteczny patent jak wychować dzieci, by nauczone były do siebie szacunku, by dawały sobie wzajemne wsparcie. Zewsząd tylko słyszę o etapie, że będą się bić, kłócić, a potem przyjdzie chwila, w której albo podadzą sobie ręce albo powiedzą cześć.

Póki co cieszę się ich braterską miłością. Sprawia nam, rodzicom, dużo radości. Czułość Mateuszka w stosunku do Antosia nie jeden raz wycisnęła ze mnie łzy wzruszenia. Był chwilowy moment zazdrości, który na szczęście minął niepostrzeżenie. Na chwilę obecną Mati sam, przez nikogo nieproszony dzieli się z Antosiem. Zabawkami, które są przecież teraz najcenniejsze. Mamą, którą miał do tej pory na każde zawołanie. Wie, że młodszy brat wymaga więcej uwagi i zaangażowania. Czasem ma chwilę słabości lub gorszy dzień, ale jestem z niego bardzo dumna. Że tak ładnie wziął na klatę bycie starszym bratem. Rekompensuje sobie ten stracony czas będąc u dziadków. Wtedy potrafi zagarnąć babcię tylko dla siebie. Ale wcale mu się nie dziwię. Któż z nas nie lubi, gdy dla drugiej osoby jesteśmy całym światem? 🙂

Bałam się o tę zazdrość okropnie. Że skrzywdzę go zabierając mu tę cząstkę mnie, która siłą rzeczy musiała być oddana młodszemu. Że czas, do tej pory należący w 100% do niego, będę musiała podzielić na obu. Że poczuje się niechciany, odtrącony. On natomiast poradził sobie doskonale. Nie napiszę, że przeszedł nad pojawieniem się Antka do porządku dziennego. Wcale tak nie było. Wiem, że mocno to przeżył. Był moment, że był smutny, wyciszony. W przedszkolu nie chciał bawić się z dziećmi, nie chciał malować. Te wszystkie rady o angażowaniu dziecka do pomocy przy młodszym są cudowne, ale nie sprawią, że rozwiążą problem jeśli się pojawi. U nas sprawa była prosta. Pierś. Mateuszek, który porzucał karmienie piersią, po narodzinach poczuł się o nią zazdrosny. Bał się, że młodszy brat wraz z piersią zabierze mu mamę. Tak sobie to utożsamiał. Pierś = mama. Zupełnie naturalne. Trwało to około 3-4 tygodni. Poszliśmy na pewien kompromis i się udało. Chciałam, żeby wiedział że jest równie ważny co wcześniej. Że kocham go równie mocno jak przed pojawieniem się brata, który w żaden sposób nie może mu zabrać mamy. Dziś jestem ja, a piersi może nie być.

Na nowo jest radosnym chłopcem. Trochę głośnym, zbyt szybkim, pełnym energii. Moim Mateuszkiem.

Jest też cudownym, opiekuńczym bratem. Pomaga ile może. Mamy nasze własne „pogotowie pieluszkowe” które na sygnale dowozi mamie wszystko niezbędne do przewinięcia brata. Często prosi, by sam mógł przebrać Antka. Rano zawsze przytula go, całując i mówiąc dzień dobry. Gdy przychodzimy po niego do przedszkola wita się słowami „przyszedł mój kochany braciszek”.

Wiem, że teraz jest cudownie. Kolekcjonuję te momenty w głowie. I na zdjęciach. Bo przecież kiedyś przyjdzie ten bunt, o którym wszyscy mówią. A może nie będzie tak źle? 🙂

DSC_0534DSC_0519DSC_0527DSC_0520DSC_0547DSC_0544DSC_0555

Dzięki Instabook mogłam zebrać te cudowne momenty w całość. Do moich rąk trafiła książka pełna fotek chłopców. Zwykle ciężko mi się zebrać, by wywołać nasze zdjęcia. Tu kliknięciem myszki przerzucam fotki do aplikacji i w zaledwie kilka minut mam gotową książkę. Książkę, która jest naprawdę fajna gatunkowo. Gruba, ze sztywnymi stronami. Pamiątka na lata. Nie tylko dla siebie, bo warto podarować komuś bliskiemu 🙂

Jeśli chcielibyście zrobić sobie taką książkę, to pod tym linkiem https://printu.pl/lp/instabook-znaczkijakrobaczki znajdziecie specjalną zniżkę prezencie od Instabook 🙂

 

Raj dla mamuśki

Zbieram się do tego wpisu jak pies do jeża. Ogólnie ostatnio ciężko mi się zebrać za pisanie czegokolwiek. Przedkładam życie rodzinne nad blogowanie i jest mi z tym dobrze.W tzw międzyczasie pracuję nad projektami dla Bambooko.

Ten „międzyczas” spowodował, że wybraliśmy się z mężem na targi Kids’Time do Kielc. Największe targi zabawek, artykułów dla dzieci pod jednym dachem. Podczas gdy mąż zwiedzał (i odwiedzał) Firmy, które w pewien sposób łączymy (lub mamy zamiar łączyć) biznesowo, ja oddawałam się przyjemnemu – uczestnictwu w spotkaniu Klubu Mam Ekspertek portalu Zabawkowicz. Lubię te spotkania, bo mam możliwość spotkania dziewczyn, z którymi widzę się właśnie tylko podczas takiej okazji ( dlatego tym razem tak bardzo brakowało mi obecności Ani, Martusi i Ali) oraz oczywiście posłuchania o nowinkach jakie pojawiają się w dziecięcej branży.

Z uwagi na obecność Antosia nie do końca udało mi się skupić na wszystkich prezentacjach (nie wspominając o tym, że i z samych targów niewiele skorzystałam). Mąż dzielnie pomagał w opiece, no ale…

zdjęcie 5

Było jednak kilka produktów, które wpadły mi w oko. Przede wszystkim najmniejszy wózek świata od GB pockit, który mogliście zobaczyć na moim filmiku na instagramie (klik). Z wózkowych tematów i oferta Quinny spotkała się ze sporym entuzjazem (choć ja sama na longboardzie jeździć nie potrafię i nie zamierzam). Była firma, którą bardzo lubię za niebanalne wzornictwo i której produkt trafił w nasze ręce. Kalejdoskop od Londji (szukajcie na toyki.pl) jest u nas w codziennym użytku i sama nie wiem kto ma większą frajdę. My dorośli, czy Mateusz.

gb-pockit-stroller

Było kilka osób, z którymi zamieniłam słowo, którzy podzielili się swoją wiedzą „w kuluarach”. Tu dziękuję Panu z firmy Dorel za rozmowę nt fotelików z pianką balistyczną (swoją drogą wzornictwo ich fotelików jest fantastyczne i jeden z nich bardzo mnie urzekł) 🙂

79809571_maxicosi_carseat_babycarseat_pebbleplus_2016_blue_star_3qrt.ashx

zdjęcie 3

zdjęcie 3-1

Usłyszałam też o kosmicznych rozwiązaniach stosowanych do produkcji dziecięcych kocyków w firmie EKO 🙂 Podusia od Eko przyjechała z nami do domu i sprawdza się w wózku Antosia cały czas 🙂

1

Dzięki obecności na targach firmy 4Kids i przedstawiciela Bugaboo miałam okazję sprawdzić przed zakupem dostawkę z siedziskiem dla starszaka 🙂 Miłą niespodzianką okazał się prezent króliczek dla Antosia,za który bardzo dziękujemy 🙂

Marek na spotkaniu było dużo więcej, ale jak wspomniałam moja podzielność uwagi (a właściwie jej brak) nie pozwoliły mi na pełne skorzystanie ze spotkania. Mignęła mi prezentacja firmy Stokkids, których produkty wpisują się w moją estetykę (ale niestety nie miałam okazji bliższego poznania, więc nic więcej Wam nie mogę powiedzieć).

Wielkich recenzji z testowania nie spodziewajcie się. Poza wspomnianym kalejdoskopem Antoś dostał gryzaczek od Nuby oraz dryfującego żółwika, którym póki co podczas kąpieli bawi się Mati. Produkty jednak są bardzo fajne i zasługują na pochwałę. Solidnie wykonane, ciekawe wzornictwo. Adekwatne do wieku dziecka.Zresztą lubię markę Nuby i trochę rzeczy od nich w domu mamy, więc specjalnie nie trzeba mnie przekonywać 🙂 Jeśli szukacie zabawek do kąpieli to żółwik na bank Wam przypadnie do gustu. Ma ten plus, że nie pokrywa się warstwą pleśni czy grzyba po użytkowaniu jak to ma miejsce w większości zabawek do kąpieli (tych gumowych, do których wpada woda i ciężko wysuszyć). Tu niby zwyczajne siteczko do wody, a jednak podane w ciekawy sposób, sprawiający,że maluch zajmie się nim na dłużej 🙂 Polecam.

zdjęcie 2

zdjęcie 2-1

Same targi oceniam bardzo na plus. Takiego ogromu asortymentu pod jednym dachem nie widziałam nigdy. Można było dotknąć, zobaczyć na własne oczy, sprawdzić rozwiązania. Żałuję tylko, że na wszystko zabrakło mi czasu. Zdążyłam odwiedzić tylko szczególnie bliskie mi stoisko firmy Attipas.

Szukałam też stoiska Stokke, ale ostatecznie się poddałam z braku czasu. Wszystko jednak do nadrobienia za rok. Mam nadzieję. Może tym razem już jako Wystawca? 🙂

 

 

 

„Czego się napijesz? Kawy, herbaty, a może wody?”

„Czego się napijesz? Kawy, herbaty, a może wody?” pytasz koleżankę wpadającą z wizytą. Te trzy propozycje większość z nas w domu ma, nawet jeśli sami na co dzień nie pijemy.

U nas zdecydowanie króluje woda. Zimą owszem, pojawia się herbata. Ale to bez wody nie wyobrażam sobie codziennego funkcjonowania. Butelka stoi w kuchni, druga zawsze przy łóżku. W czasach przed dziećmi kupowaliśmy lekko gazowaną. Taka smakowała nam najbardziej. Potem z uwagi na ciążę, karmienie, rozszerzanie diety Matiego przerzuciliśmy się na niegazowaną. I tak już zostało.

Jak wpada ta przysłowiowa koleżanka na przysłowiową kawę i prosi o wodę to czasem mi głupio. Bo tak wiecie, samą wodą człowieka częstować?  Nie chodzi o to, że jakieś ciastko wypada podać. Ale no woda. Nuda. U nas jakoś tak się przyjęło, że bardziej herbata czy kawa. Ale są tacy, co to kłopotu robić nie chcą i o wodę proszą. A potem zamoczą usta dwa razy. Bo może im nie smakuje?

Dlatego jak dostałam propozycję przetestowania urządzenia SodaStream to przyznaję bez bicia – dwie myśli przyszły mi do głowy. Uff, nie będę musiała kupować butelkowanej gazowanej, a zawsze będę mieć pod ręką na wypadek np jakiejś niezapowiedzianej wizyty. I dwa – zawsze będę mieć pod ręką do przyrządzania naleśników, które Mati pochłania w ilościach hurtowych. I sprawdziło się.

DSC_0215

Za wodą gazowaną nie przepadam. Jeszcze samą wypiję, natomiast w połączeniu z sokami owocowymi mi nie podchodzi. Co innego lekko gazowana. Wystarczy jedno naciśnięcie i mam optymalną ilość bąbelków. Dlatego taką robię najczęściej.

Urządzenie jest banalne w obsłudze. Wlewamy do dołączonej butelki wodę. Można kranówę (ja się nie odważyłam), można przefiltrowaną (już prędzej) lub wodę butelkowaną. Ten ostatni wybór co prawda nijak się ma do założeń idei SodaStream o ekologicznym użyciu wody, jednak woda w Krakowie mimo zapewnień wodociągów, zwyczajnie smakuje obrzydliwie. Co innego gdybym miała dostęp do czystej, dobrej wody (oby już niebawem!).

DSC_0225

Napełnioną butelkę wkładam do ekspresu, naciskam w dół aż do zaświecenia się lampek z kropelkami. W moim przypadku wystarczy jedna kropelka i mam bąbelków na lekko gazowaną wodę. Analogicznie 5 kropelek to woda bardzo gazowana. Jest jeszcze wersja pośrednia- średnio gazowana.

DSC_0226

I to tyle jeśli chodzi o obsługę.Banalne. Dziecko obsłuży bez problemu (mój 3 latek daje radę, a jaką ma frajdę!).

Wewnątrz urządzenia znajduje się nabój (do którego dołączony jest certyfikat, a bez którego nie napełnimy naboju ponownie). Wystarcza on na około 80l wody.

Pamiętacie syfony z naszych (moich na pewno) dziecięcych lat? Zasada działania podobna. Smak podobny, choć sama nie jestem pewna czy do końca go pamiętam. W każdym bądź razie idealizuję, bo teraz tak modnie – wszystko co w tamtych czasach przecież było super – nawet woda z brudnej musztardówki na łańcuchu 😉

Urządzonko jest wolnostojące, nie potrzebujemy prądu do jego obsługi. Mamy różne wersje do wyboru, mniej lub bardziej designerskie. Ja akurat posiadam białą wersję Source i uważam, że jest ona na tyle uniwersalna, a przy tym wyjątkowa, że wpasuje się do każdego wnętrza nadając mu charakteru. Nie zajmuje sporo miejsca. Niewiele więcej niż butelka z wodą.

DSC_0229Do urządzenia można kupić różne syropy smakowe. Można w domu zrobić swoją colę. Jak smakuje, nie wiem. Ale może ktoś z Was miał okazję pić i powie jak ma się smak do oryginalnej butelkowanej wersji? 🙂

DSC_0231

Stawiamy na minimalizm. Nam wystarczą listki mięty, trochę cytryny. Dla walorów smakowych można dodać plasterek imbiru (świetnie wpływa na przemianę materii, a jak wiecie sama woda, już daje dobre efekty).  Dla większego efektu wizualnego można przysłowiową koleżankę uraczyć bąbelkami z dodatkiem owoców. Np pomarańczy, kiwi, a nawet truskawek. Tak podana na pewno wzbudzi zainteresowanie i jest szansa, że koleżanka wypije trochę więcej niż dwa łyki. A my przy okazji poczujemy się dobrze, jak na prawdziwą Panią Domu przystało 😉

DSC_0238

* na zdjęciach woda o dużym nasyceniu gazem.