Dziecięce wspomnienia

Miałam jakieś 4 lata. Może 5. Warszawa. Było już ciemno. I chyba padało, bo w kałużach odbijały się światła przejeżdżających aut. Nie pamiętam czy było lato czy wręcz przeciwnie. Szliśmy ulicą. Pamiętam, że byłam wystraszona tym wielkim miastem. A z drugiej strony podekscytowana. Bo tato kupił mi lalkę, bobasa. Miał materiałowy tułów, gumowe ręce, nóżki i głowę. Była ogromna, jak roczne niemowlę.

Pamiętam duży drewniany dom wśród drzew. Wchodziło się wysoko po schodach, a pierwsze co rzucało się w oczy po otwarciu drzwi to ogromne akwarium pełne ryb. W całym domu było ich więcej. Były też  zwierzęta w klatkach. Świnki morskie, chomiki. Ptaki.Pamiętam poranek w tym wielkim domu. I uśmiech mojej mamy na widok nowej maszyny do szycia.

Odgłos kół wózka, w którym jechałam po starym drewnianym moście. O jakże się bałam tej drewnianej konstrukcji i wielkiej, ciemnej Wisły pode mną.

Smak śledzi w barze na krakowskim dworcu podczas przesiadki w drodze do nowego domu. Strułam się nimi tak, że całą noc wymiotowałam, a następnego dnia mama prowadziła mnie za rękę na rozpoczęcie roku szkolnego. Szłam do 1 klasy. Pamiętam pokrzepiający uśmiech Pani Lasek, mojej nowej wychowawczyni.

Wspomnieniami mogłabym sypać jak z rękawa. Czasem są to wyraźne obrazy, a czasem przebłyski. Jedne wiążą się z ważnymi wydarzeniami w życiu, inne z zupełnie błahymi. Czemu o tym piszę?

Byliśmy ostatnio w Warszawie. Obiecałam Matiemu, że przejedziemy się metrem. Jest wielkim fanem maszyn szynowych, metra nie widział wcześniej na żywo.

Tak się złożyło, że dzień nam szybko upłynął i był już wieczór gdy wsiedliśmy do metra na Dworcu Wileńskim. Wysiedliśmy pod Pałacem Kultury, skąd przeszliśmy do Złotych Tarasów. I gdy tak szliśmy za rękę, oboje troszkę wystraszeni (mąż z Antosiem został w apartamencie), przypomniała mi się moja wycieczka z tatą. Wspomnienia uderzyły we mnie z taką siłą, że miałam wrażenie jakby ktoś cofnął czas o 30 lat. Potuptaliśmy sobie do sklepu, gdzie Mati wybrał na pamiątkę małą zabawkę. Wróciliśmy do apartamentu.

 

Nic specjalnego się nie wydarzyło, chociaż dla mnie ten wieczorny wypad we dwójkę miał w sobie magię. Magię wspomnień mojego dzieciństwa. Jestem ciekawa czy za 30 lat Mati będzie jeszcze pamiętał ten wieczór 🙂

 

 

 

 

 

Życie wciąż uczy nas jak żyć

Jedna z najmądrzejszych bajek mojego dzieciństwa. Klasyka Alberta Barillé. Będąc dzieckiem każdy odcinek oglądałam z wypiekami na buzi. Dziś mnie wzrusza po stokroć bardziej niż blisko trzydzieści lat temu. Oglądam razem z Matim, zachodząc w głowę dlaczego nie wróciłam do niej będąc w szkole podstawowej, później średniej, zakuwając do kolejnej klasówki z biologii. Wiedza podana w tak przystępny i zabawny sposób była na wyciągnięcie, a człowiek się męczył czytając podręczniki, dukał przy tablicy odpowiedzi na pytania czym są leukocyty, co to jest mitoza lub jaką funkcję pełni układ nerwowy. Ahh życie, wciąż uczysz nas jak żyć…

 

Ci z Was, którzy pamiętają serię „Było sobie życie” na pewno teraz się uśmiechną do siebie. Może nawet zanucą pod nosem jakże znane i wpadające w ucho słowa „Ody do życia” Michel Legrand rozpoczynającej bajkę …. My, wychowani w latach 80, 90 doskonale znamy „Było sobie życie”. Być może część z Was wciąż do niej wraca, pokazuje swoim dzieciom. Ja przyznaję, gdzieś przez te wszystkie lata trochę o niej zapomniałam.  Dobrze się jednak złożyło, bo podczas mojej ostatniej wizyty w Warszawie miałam możliwość poznać osoby odpowiedzialne za obecność bajki w Polsce. Ucieszyła mnie wiadomość, że seria obchodzi swoją 30 rocznicę i w związku z tym Firma Hippocampus postanowiła wydać „Było sobie życie” w wersji HD. To okazja sięgnięcia do przeszłości w zupełnie nowym wydaniu. Oczywiście odcinki pozostają bez zmian, w dalszym ciągu cała seria liczy ich 26. Poprawiona jednak została kolorystyka. Jest dużo żywsza, kreska jest mocniejsza. Do tego w pełni polska wersja językowa.  Kadr jest pełny. Ogląda się bardzo przyjemnie! Pokazałam Matiemu starą wersję, dostępna na youtube i stwierdził, że woli nową.

 

 

Miałam też możliwość wysłuchania kilku ciekawostek na temat samego Alberta Barillé. Zupełnym zaskoczeniem był dla mnie np fakt, że mówił po polsku;)

 

„Sprawić, by dzieci chciały wiedzieć, obudzić w nich ciekawość. Uwierzyć, że rozumieją więcej, niż wydaje się dorosłym…”

to motto przyświecało Albertowi Barillé.

 

Ktoś kto zadbał o to, by w tak prosty i ciekawy sposób przekazać dzieciom wiedzę musiał być wyjątkowym człowiekiem. Wielka szkoda, że nie ma go już z nami, bo myślę, że usłyszałby mnóstwo miłych słów od każdego kto ponownie sięgnął po jego dzieło. Fajnie, że Hippocampus zadbał o to, by „Było sobie życie” ujrzało znów światło dzienne.

 

W serii Wydawnictwa znajdują się także gry i zabawy edukacyjne nawiązujące do bajki. (swoją drogą mam problem nazywać serię bajką, bo to tak naprawdę bardziej serial animowany). Sięgniemy po nie z pewnością.

 

 

O tym, że dla mnie będzie to swoisty powrót do przeszłości wiedziałam. Nie miałam jednak pojęcia, że bajka zafascynuje mojego Mateuszka. Jak to dziecko, lubi bajki, ale on jest nią tak zauroczony, że po pierwszym odcinku nie mógł przestać zadawać pytań. Wprawiło nas to w ogromne zdumienie i serio ucieszyło. Myślałam, że będzie zdecydowanie niezrozumiała dla czterolatka. Ja jednak byłam troszkę starsza jak zaczęłam przygodę z „Było sobie życie”. Oczywiście jest sporo kwestii dla niego niezrozumiałych, jednak z czystym sumieniem mogę polecić każdemu czterolatkowi.

 

Niesamowite z jakim przejęciem można odbierać animacje. Ile musi się w tej małej główce dziać, ile może się rodzić pytań. „Mamusiu kichnąłem! A co teraz robią moje białe krwinki?”. „Tato, a pamiętasz jak miałem dziurkę w głowie. Czy wtedy bakterie też chciały być w moim brzuszku?”.  To wspaniała lekcja życia. Sporo tych lekcji jeszcze przed nami, bo mamy zasadę, że maksymalnie jeden odcinek na dzień, by mieć czas na przemyślenie i rozmowę.

 

Na pewno też będziemy wracać do odcinków, bo już teraz widzę, że coś np dużo bardziej mu się spodobało i prosi o ponowne włączenie. Zadbam też o to, by na wyciągnięcie ręki miał wszystkie odcinki kiedy przyjdzie mu zmierzyć się z niezrozumiałą wiedzą przed klasówką z biologii 😉

 

 

Myślę, że do „Było sobie życie” nie ma co przekonywać. Każdy z Was doskonale wie o czym mówię.

Jeśli chcecie odbyć tę sentymentalną podróż, macie teraz świetną okazję. Złota kolekcja Alberta Barille jest już od 15 marca dostępna na 6 płytach DVD.

Znajdziecie w wielu miejscach, w naprawdę fajnej cenie poniżej 100zł za całość. Super pomysł na prezent. Nie tylko dla siebie.

Polecam gorąco!

 

Targi Kid’s Time 2017

Ponownie zawitaliśmy do Kielc na Targi Kid’s Time. Podobnie jak w roku ubiegłym zostałam zaproszona w ramach Klubu Mam Ekspertek. Wiedziałam, że spotkanie będzie okazją, by poznać nowinki w branży dziecięcej oraz by może nauczyć się czegoś nowego. Nie pomyliłam się.

 

Spotkanie rozpoczęło się wykładem Pawła Zawitkowskiego. Większości nie trzeba przedstawiać osoby Pawła. Jest znanym i cenionym fizjoterapeutą, a ja sama nie jeden raz powoływałam się na jego słowa na moim blogu. To dzięki instrukcjom Pawła mogłam przekazać Wam wiedzę podczas testowania pierwszego obuwia dla Mateuszka. Dla przypomnienia możecie poczytać o tym TU.

I tym razem z przyjemnością wysłuchałam tego co miał do powiedzenia, a temat dotyczył wpływu prawidłowej pozycji ciała dziecka na komfort oraz bezpieczeństwo (!) podróżowania. I nie tylko, bo Paweł dość ciekawie rozwinął temat choćby spowijania. Ale o tym opowiem Wam w następnym wpisie. Wybór tego konkretnego tematu był uzasadniony, gdyż przy współpracy z firmą Avionaut stworzono wkładkę do fotelika dziecięcego, która w znaczący sposób wpływa na bezpieczeństwo jazdy oraz wygodę maluszka. Firma zaprezentowała także swój nowy fotelik Ultralite dedykowany najmłodszym, a który zdobył nagrodę Kid’s Time Star 2017.

Bezpieczeństwo było głównym tematem tegorocznego spotkania. Po wystąpieniu Pawła, przy stanowisku Marko (znanego mi doskonale z naszego fotelika BeSafe) pałeczkę przejęła Magda Kordaszewska z Zabawkowicza, która opowiedziała nam o wynikach ankiety przeprowadzonej wśród rodziców. Ankieta oczywiście dotyczyła czego? Bezpieczeństwa dzieci w domu.

 

Pewnie część z Was widziała krążący po sieci film, w którym dwaj bracia wspinają się na komodę , by po chwila ta runęła na ziemię i przycisnęła jednego z chłopców. Niewyobrażalne, ale owszem takie rzeczy się dzieją. Przeglądając wyniki ankiety dotarło do mnie, że mimo różnych zabezpieczeń moje dzieci wcale nie są w domu bezpieczne. Bo niebezpieczeństw czeka na malucha sporo. Począwszy od gniazdek, nie zamocowanych do ścian szaf i regałów, po noże, szklanki z gorącymi napojami czy schody. Niektóre oczywiste, inne mniej.

Sporo się mówi o bezpieczeństwie jazdy w aucie, o odpowiednim foteliku, zbędnych przedmiotach, które podczas uderzenia z ogromną siłą mogą uderzyć w dziecko. Ale czy wiedzieliście, że nawet klakson może zabić jedzącego w trakcie jazdy malucha? Ja nie wiedziałam. A tak działają odruchy dziecka, że wystraszy się i zakrztusi.

Magda oczywiście pokazała nam też różne ciekawe wynalazki, dzięki którym dom może stać się bardziej przyjazny dziecku.Mnie zdecydowanie najbardziej wpadła w oko rozciągana bramka. Jak wiecie mieszkamy obecnie w domu moich rodziców. Na każdym poziomie znajdują się schody. Gdy MAti był mały i wpadaliśmy w odwiedziny korzystaliśmy ze zwykłej bramki, która odgradzała schody na dół.  Do góry zawsze ktoś miał oko, by nie wchodził. Teraz przecież musimy normalnie na co dzień funkcjonować, więc mamy barierki ustawione tak, by odgradzały jadalnię od kuchni, a przy tym i schody w górę i na dół.Ale Antoś to ciekawski mały człowiek, a przy tym całkiem dobry obserwator i w mig łapie to czego uczy go brat.. Co raz częściej udaje mu się otworzyć bramkę. A i przestrzeń samej jadalni zrobiła się nudna, skoro w kuchni tyle ciekawych rzeczy. Rozwijana bramka byłaby fajnym rozwiązaniem. Podobnie jak zabezpieczenie płyty grzewczej, tak aby dziecko nie sięgnęło rączką do gotującego się np rosołu. Innym wartym uwagi rozwiązaniem są pasy mocujące do wolnostojących szafek czy tv.

Dodatkowo również na temat bezpieczeństwa dzieci w czasie podróży wypowiadał się koordynator akcji Bezpieczny Maluch – Kamil Kasiak – ratownik medyczny.  Miałam okazję poznać go już wcześniej podczas jednych z warsztatów w Krakowie. I tym razem ciekawie opowiedziany temat, z kilkoma anegdotami z życia dającymi do myślenia każdemu rodzicowi. Nawet mojemu mężowi, który często miewa odmienne zdanie od mojego 😉

Ale Targi to nie tylko wykłady, ale przede wszystkim spotkania. Możliwość poznania produktów. I wspaniałych ludzi. Kilka dni przed Targami dostałyśmy listę Firm, które chciałyby się spotkać z blogerkami i zaprezentować im swoją ofertę. Ja zrobiłam sobie także swoją listę, na której znajdowały się Firmy, które bardzo chciałam w tym roku odwiedzić z racji poszerzenia oferty sklepu. Niestety czasu nie było aż tyle, by móc zajrzeć do każdego i dłużej porozmawiać. Nie założyłam jednego- że przy niektórych stoiskach rozmowa wciągnie mnie na całego 🙂

 

I tak na przykład z blogerskiej listy zawitaliśmy z mężem do Firmy Gonzo Toys, gdzie kompletnie zwariowaliśmy na punkcie żywych Smoków – Aqua Dragons. Niestety Smoki nie trafiły jeszcze na półki sklepowe, więc mogliśmy je sobie tylko pooglądać. Jesteśmy jednak pewni, że jak tylko się pojawią to Mati będzie miał się kim opiekować. Bo tymi stworzeniami trzeba opiekować się dokładnie tak samo jak rybkami. Trzeba je karmić, napowietrzać wodę. W zamian za opiekę Smoki rosną, składają jaja i rodzą się nowe. Opieka jednak wymaga troszkę cierpliwości od dziecka, bo Smoki wcale nie rosną w szybkim tempie. Te które widzieliśmy na Targach miały kilka mm długości, a liczyły sobie już kilka tygodni życia. Żeby jednak maluchowi uatrakcyjnić opiekę, w ofercie Firmy znajdują się fajne zestawy bazowe. Tzn akwaria. Np z ośmiornicą. Podświetlane, kolorowe. Smoki można także z latarką podglądać w nocy. Nie możemy doczekać się kiedy pojawią się w sklepach!

Na kolejne stoisko zaglądnęliśmy przyznam szczerze troszkę z ludzkiej ciekawości. To Firma Oloka Gruppe Działamy w jednej branży, więc fajnie było poznać kogoś z podobnymi doświadczeniami. W ofercie Oloka znajdują się drewniane zabawki w postaci wózków czy pchaczy, a także domki, które przykuły naszą uwagę. Ale spokojnie, nasz asortyment różni się diametralnie i właśnie dlatego pomyślałam, że fajnie byłoby móc zaoferować moim klientom coś zupełnie różnego. Wykonanego przy tym z należytą starannością, z naturalnych surówców. No i ten design. Przyznajcie sami, że produkty dodają charakteru wnętrzu 🙂 Mój mąż zadecydował, że wóz koniecznie znajdzie się w ofercie Bambooko. A Wy co byście chętnie widzieli w naszym sklepie? 🙂

Na Targach przywitaliśmy się także z naszymi znajomymi. Np z królikami Maileq. Siedziały w centralnym punkcie hali na drewnianej ławeczce i zachęcały do odwiedzin. Więc podeszliśmy przywitać się z Panem Jackiem, którego do tej pory znaliśmy tylko z wirtualnego świata. Wizyta zaowocowała, bo po powrocie do domu uzupełniłam braki i szybciutko złożyłam zamówienie na to co skradło moje serducho. Tym samym w sklepie znajdziecie troszkę nowych mebelków od Maileg, a które świetnie pasują do naszych domków 🙂

Miałam także okazję poznać w końcu na żywo Panią Kamilę z Firmy Mavero. Produkty marki Ebulobo dość często pojawiały się na blogu lub instagramie od czasu narodzin Antosia, gdyż mamy ich całkiem sporo i na prawdę bardzo lubimy zarówno wzornictwo jak i fakt, że łączą się one z ulubionymi bajkami z dzieciństwa. I tu wizyta poza miła rozmową zaowocowała poznaniem czegoś nowego. Już niebawem na polskim rynku znajdą się laleczki Levenye. Będziemy je mieć także w swoim sklepie 🙂

Dłuższą pogawędkę ucięłam sobie także z dziewczynami z Mouse in a House. I tu miałyśmy okazję w końcu poznać się w prawdziwym życiu, bo z sieci już się trochę znamy. Zdjęcia niestety nie zrobiłam, ale miałam za to okazję obejrzeć kolekcje na następną jesień/ zimę i muszę Wam powiedzieć, że będzie super. A materiały jak zawsze- najwyższa jakość!

Starałam się przy każdym stoisku przycupnąć choć na chwilkę. Niestety czasu było zbyt mało na dokładne obejrzenie oferty. Zrobiłam kilka zdjęć. I wróciliśmy z myślą, że za rok nadrobimy. Bo kto wie, może następnym razem sami się wystawimy przedstawiając ofertę Bambooko? 🙂

 

17 miesięcy Antosia

17 miesięczny Antoś to alpinista i kaskader w jednym.Wspina się na wszystko co popadnie, aż włos się jeży na głowie. Nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Jest jak tajfun. Wszystko co w zasięgu małych rączek za chwilę ląduje na ziemi. No nie może być czysto, poukładane.

Bardzo dużo uczy się od Matiego. Miny, gesty, zachowania. Czasem aż oczy ze zdumienia przecieramy. Zwłaszcza, że nabywa te umiejętności z minuty na minutę.

Gdy słyszy muzykę, zwłaszcza skoczną od razu tańczy. W dalszym ciągu dzień mija mu z uśmiechem na buzi, choć ostatnie trójki ostro dają nam popalić i bywa, że ból daje za wygraną. Mamy za sobą dwie ciężkie noce. Uwielbia Olafa z Krainy Lodu. Jeśli gdzieś widzi bałwanka od razu woła Gagan. Podobnie jest z czołgiem zdalnie sterowanym. Najlepiej gdy w Gugu są baterie i można postrzelać.

W ciągu dnia ma jedną drzemkę, zwykle 2h. Choć czasem potrafi przespać i 3-4 h. O 20:00 zwykle już śpi, a pobudki robi nam ok 6:30-7.

Nie wybrzydza, je wszystko. Często to co porwie starszemu bratu. Nie daje sobie w kaszę dmuchać i zazwyczaj to starszy brat mu ustępuje. Sygnalizuje już swoje potrzeby pieluszkowe, więc myślę że powoli będziemy szykować się do nauki nocnika. Mówi sporo, łatwo go zrozumieć. Naśladuje odgłosy zwierząt, pokazuje i powoli nazywa części ciała. Jest też małym uparciuszkiem, podobnie jak jego brat.

Sto lat Antosiu! <3

Good night, sleep tight

Moje serce zawsze szybciej bije gdy dostaję zaproszenie na któryś z eventów w Warszawie. Wielokrotnie wspominałam Wam, że jest to dla mnie okazja spotkania się z rzadko widywanymi koleżankami. A tak się w większości przypadków składa, że na tego typu spotkaniach dość często spotykam te same, bardzo lubiane przeze mnie twarze.

Podobnie było i tym razem. Choć natłok codziennych obowiązków sprawia, że raczej powinnam zająć się tym, co tu i teraz, nie potrafiłam odmówić wiedząc kogo spotkam. Nie będę ukrywać, że miałam i inne pobudki, o których za chwilę. W każdym bądź razie, jak wiecie z instagrama zaproszenie przyjęłam. I pojechałam w świat, chociaż los różne przeciwności rzucał mi pod nogi, bym tylko nie zdążyła na czas. Najważniejsze jednak, że dotarłam. Wyściskałam kogo miałam wyściskać, zrobiłam sobie (bardzo ważne) zdjęcie pamiątkowe, porozmawiałam, pośmiałam się, trochę powspominałam. I oczywiście także pozachwycałam. Nad czym? Nad nową kolekcją marki Mona Moon stworzoną przy współpracy Anny Wendzikowskiej.

Kolekcję tworzą trzy wyjątkowe wzory: Boho Style rodem z indiańskiej wioski, Magical Garden pełna wróżek na tle tajemniczego ogrodu oraz przeznaczona dla maluszków oraz niesamowicie delikatna w swej urodzie, z motywem leśnych zwierzątek Little Friends.

Pierwsze co zwraca uwagę, gdy tylko dotknie się pościeli to jej wyjątkowa miękkość. Wiecie, człowiek często z odruchu dotyka czegoś. I tak było w moim przypadku. Bezwiednie sięgnęłam ręką do pościeli na ekspozycji i w tej samej chwili poczułam miłe zaskoczenie. Nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek wcześniej dotykała równie miłej pościeli. Większość, z którymi miałam do tej pory do czynienia było zazwyczaj lekko sztywne. Tu materiał poddaje się pod dłonią, gładzi ją, co dla delikatnej skóry maluszka zwłaszcza ma ogromne znaczenie. Owa delikatność to zasługa ekologicznych i hipoalergicznych tkanin – 100% bawełny satynowej. Rozmawiając z dziewczynami- właścicielkami marki dowiedziałam się, że przykładają one wagę nie tylko do wyboru tkanin, ale także pozostałych elementów tworzących pościel takich jak choćby nici. Możecie być pewni, że pościel od Mona Moon uszyta jest z najlepszych produktów. Z innego, bardzo wiarygodnego blogerskiego źródła dowiedziałam się także, że kolory są bardzo trwałe i nie blakną podczas prania.

Wszystkie trzy wspomniane przeze mnie wzory są piękne, każdy wyróżnia się czymś innym. Otrzymałam w prezencie wzór Boho i oczywiście dla moich chłopców jest to strzał w dziesiątkę. Rysunek pozwala puszczać wodze fantazji, co doskonale widać było pierwszego wieczoru, gdy Mati położył się do łóżka. Z jednej strony mamy rysunek wioski indiańskiej, pełnej tipi i apaczy. Druga strona z indiańskim motywem, bardziej stonowana. Pozostałe wzory również są dwustronne.

Pościele dostępne są w dwóch rozmiarach, do wyboru mamy też ochraniacze na dziecięce łóżeczka.

Każdy, kto zwraca szczególną uwagę na to co kupuje swoim dzieciom na pewno będzie zadowolony.

Z myślą o takich właśnie osobach wybrałam się do Warszawy. Po cichutku zdradzę Wam, że chciałabym niebawem poszerzyć ofertę naszego sklepu o wyjątkowe, ale sprawdzone przez nas produkty. Chciałabym móc oferować Wam wyselekcjonowane przez nas rzeczy, co do których mam stuprocentową pewność. Stawiam na materiały przyjazne środowisku i ludziom, rzeczy niebanalne, charakteryzujące się wyjątkowym designem. Rzeczy, z których na serio będziecie zadowoleni. Podobnie jak my. Mam nadzieję, że znajdą się wśród nich produkty od Mona Moon 🙂

Jak wspomniałam był jeszcze jeden powód mojej wizyty. Przyznam się Wam, że była to ciekawość. Jako wieloletnia fanka serialu M jak Miłość ( z wiekiem wcale mi nie przeszło, zaległości nadrabiam na Ipadzie wieczorami jak maluchy pozasypiają) nie mogłam przepuścić poznania Pani Ani Wendzikowskiej. Drobna, piękna i z uroczym uśmiechem kobieta. Niesamowicie sympatyczna 🙂