Sielskie życie

Przeczytałam właśnie w jednym z komentarzy pod zdjęciem zamieszczonym na instagramie, że mamy piękne życie. Wieś, pszczółki, tylko pozazdrościć. Komentarz taki pozytywny. Jak to nasze życie, które pokazuję na blogu czy zdjęciach na instagramie. Sielskie życie, rzec by można.

Każdego dnia dziękuję Bogu, że tak właśnie nam się życie ułożyło. Choć dokonać tego wyboru wcale nie było łatwo. Ci z Was, którzy są tu po raz pierwszy nie wiedzą, że porzuciliśmy wygodne życie w mieście, nasze dotychczasowe zatrudnienie, znajomych. Zebraliśmy się na wieś, zostawiając wszystko za sobą. Mieszkamy tu już blisko dwa lata. Była i jest tęsknota. W dalszym ciągu, choć z każdym dniem jakby mniej. Nie zawsze jest łatwo. Czasem marudzę, czasem narzekam. Czasem głośno, ale nigdy nie w sieci. Bo złość czy smutek jest chwilowy, szybko mija. A w sieci ślad zostaje na zawsze. I wstyd by mi było potem, że o taką pierdołę… Poza tym kto chciałby dzielić przykre uczucia ze mną? Lepiej się nastrajać pozytywnie, prawda?

Gdy mi źle, narzekam. Do mojego męża. Do moich rodziców. Że na co mi to było. Wiedliśmy sobie spokojne życie, to przeprowadzki mi się zachciało. I z tatą się kłócę, bo charaktery nasze podobne. Walczymy czasem jak dwa uparte barany i za wygraną nie dajemy. O wtedy to mi dopiero wstyd! Ot taka babska natura. Do pomarudzenia. Mąż mój zęby zagryza i choć pewnie bywało mu ciężej niż mi to nigdy mi się nie żalił. Że dla nas wszystko rzucił. A to jemu ciężej. Bo były mieszczuch, taki wiecie na 120% od urodzenia. Te kapcie ciepłe po pracy rzucił. A tu na wsi i rąbanie drewna i ciężka fizyczna praca. Trzeba samemu dużo zrobić, zatroszczyć się. Bo nie wypadałoby, że ktoś za Ciebie robił. Nawet jeśli Cię stać. A on jeszcze mówi, że to lubi! Bo z teściami mieszkać musi on, a nie na odwrót. A wiadomo, że ze swoimi rodzicami to łatwiej jednak.

Miałam o zupełnie czymś innymi pisać, ale siedzę przed laptopem, patrzę jak za oknem ten mój osobisty walczy z wielką brzozą, żebyśmy ciepło zimą mieli. Patrzę jak kreuje naszą sielską rzeczywistość ciężką, fizyczną pracą. Każdego dnia.

I choć na zdjęciach nasze życie może i wygląda jak bajka, bo tak właśnie staram się je pokazać tym, którzy za wsią tęsknią to muszę niektórych rozczarować. Owszem życie na wsi różni się od tego w mieście. Ale manna z nieba nam nie spada, do kominka samo się nie dokłada, a dzień zaczynamy równie wcześnie jak w mieście. Kończymy za to nieporównywalnie bardziej zmęczeni. Ale i szczęśliwsi. Poza obowiązkami wokół domu mamy też naszą pracę. Pracę która zaczyna się o 6:30 rano i kończy po tym jak zaśniemy. Często jeszcze leżąc w łóżku odpisujemy na zaległe wiadomości od klientów. W mieście zostawialiśmy pracę za drzwiami budynku, w którym spędzaliśmy 8 godzin. Tu się tak nie da. Takie uroki na swoim. Nie narzekamy, bo daje nam to satysfakcję. I byt. A o to przecież chodzi.

Dopiero tu na wsi widzę, jak praca potrafi cieszyć. Jak się urobię przy chwastach po kokardę, nachodzę przy podlewaniu czy namacham szpadlem. Ale potem to wszystko pięknie rośnie i daje mi radość. Bo obcowanie z naturą daje mi radość. Nieporównywalnie ogromną. Tego najbardziej brakowało mi w mieście. I nawet najpiękniej ukwiecony balkon był tylko malutką namiastką tego do czego tęskniłam. Dlatego tak bardzo chcę Wam pokazać to piękno i moją radość. Chce by ktoś jeszcze tam po drugiej stronie poczuł to co ja. Być może wrócił do lat dzieciństwa, do jakiś pięknych chwil spędzonych na wsi. Lub popatrzył i się rozmarzył. Bo o tym, że marzyć warto nie jeden raz pisałam. Tym, którzy marzą, tym marzenia się spełniają. Podobno każdemu.

Któregoś dnia znalazłam w sieci ogłoszenie. Oddam w dobre ręce roślinki. Potrzebują nowego domu i kogoś kto je pokocha. Ogłoszenie dotyczyło wyłącznie mieszkańców Warszawy, bo w grę wchodził tylko odbiór osobisty. Nikt się nie zgłaszał. Roślinki z każdym dniem marniały co raz bardziej. Napisałam do dziewczyny, że ja chętnie te bidusie przygarnę, ale nie chciała wysłać. Chciała żebym odebrała osobiście. Mam do stolicy ponad 200km, nie miałam możliwości pojechać. Ale udało się. Dotarły do mnie takie pokrzywdzone przez życie, szybciutko wkopałam je do ziemi.

Większość roślin w moim ogródku przygarnęłam. Najwięcej przynosi mi moja babcia. Nie wiem kto ma więcej radości, ja że dostałam czy ona, bo mi coś podarowała. I moja mama mnie chętnie obdarowuje wszystkim co rośnie u niej, a to z zakupów jakiegoś kwiatuszki dla mnie przywiezie. Uwielbiam typowo wiejskie kwiaty, te które rosły w dawnych ogródkach. Jest u mnie wielki misz masz gatunków i kolorów. Ale to dopiero pokażę Wam jak wszystko zakwitnie.

Uwielbiam zbierać. I przetwarzać. Aż do jesieni mamy ku temu ogromne możliwości. Budziliśmy się do życia wraz z przyrodą pijąc brzozową wodę. Myślę, że mieszkając w mieście nie przyszłoby mi do głowy to robić. Mamy nastawione na soki i nalewki pędy sosny, kwiaty akacji, czarny bez już czeka.  Nie uwierzycie jak bardzo otwarły mi się oczy na to co koło mnie. Mieszkając w Krakowie nie zwracałam uwagi na tyle rzeczy! Tegoroczna wiosna, tak piękna pokazała na co stać matkę naturę. Poczułam zapach akacji, tak prawdziwie jak ostatnio czułam jako dziecko. Którejś nocy przebudził mnie śpiew ptaków. Tak, nocy. Było koło 2. Nie mogłam uwierzyć, że one koncertują przez całą noc. Gdy spotykam na swoje drodze rośliny, których nie znam- fotografuje. W domu sprawdzam w sieci, a gdy nie mogę znaleźć nazwy pytam na grupie zielarskiej. Dużo się dzięki temu nauczyłam. Chciałabym więcej. Kiedyś, w przyszłości. Kto wie.. Może będzie jak z tymi pszczołami. Nosiłam się z zamiarem długi czas. W ubiegłe lato zaczęliśmy budowę, więc automatycznie się to odsunęło. Ale tamtej wiosny zamieszkały z nami murarki. W domku dla owadów, w miejscu przeznaczonym dla motyli zamieszkał z nami ptaszek. Zniósł jajeczka, wylęgły się pisklątka. Dzieciaki bardzo przeżywają pojawienie się nowych stworzeń. Są zafascynowane równie mocno jak ja. Gdy mąż mnie spytał co chcę dostać w prezencie od Mikołaja powiedziałam, że ul. Dostałam też książkę, jak się małymi stworzeniami zająć. Bałam się, wciąż się boję, że zrobię im krzywdę. Czegoś nie dopilnuję, coś przeoczę. Dlatego gdy znalazł się ktoś, kto zaoferował swą pomoc, podzielenie się doświadczeniem z entuzjazmem podjęłam się nowego zajęcia.

Sukienki od Miszkomaszko. Jak ja lubię ich kroje, nie ma wygodniejszych do codziennego biegania. Kwiatowe wzory kradną moje serce przy każdej kolekcji. Chętnie bym wykupiła każdy jeden.

Podobnie jest z butami od Birkenstock. Mój mąż twierdzi, że wyglądają babcinie. Ale ja mam to gdzieś, bo serio nie ma wygodniejszych butów (i wiem, że któregoś dnia i on się da przekonać do kupna dla siebie). Przy tym praktycznie niezniszczalnych. Pasujących również do wszystkiego, czy to sukienki, spodni czy szortów. Przy ilości kilometrów jakie robię każdego dnia wygoda to podstawa. Sprawdziły się w ubiegłym sezonie, postawiłam na nie i tym razem. Pasują mi zarówno do wiejskiego życia jak i wypadów do miasta.

Tatuaż ze zdjęć to najnowsza propozycja od Mysiogonek. Choć nie ukrywam, że chętnie zrobiłabym sobie taki prawdziwy 😉

 

Zdjęcia z butami powstały przy współpracy ze sklepem Footway.pl Pozostałe to efekt współpracy moich bliskich i otoczenia. Pozowało pięknie 🙂 Zwierzęta z wpisu nie ucierpiały. Poza jaszczurkami, które na widok naszych kotów gubią ogony. Tak nam ich szkoda, że łapiemy i wynosimy poza działkę. Inaczej sierściuchy zamęczyłyby je na śmierć.

 

 

 

Podróżowanie z dzieckiem – Etno Jura – Żarki

Pamiętacie jak będąc dzieckiem jeździliście na wycieczki szkolne? U nas, w czasach podstawówki było ich całkiem sporo. Z racji, że mieszkaliśmy w południowej części Polski miałam przyjemność zwiedzić okoliczne atrakcje. Zamek w Czorsztynie, Muzem Soli w Bochni, Wieliczce, Zamek w Tenczynku, Łańcut czy Pieskową Skałę. To tylko kilka miejsc, które teraz przychodzą mi do głowy, ale oczywiście wycieczek było znacznie więcej. Okres szkolny to taki czas, kiedy dzieci chłoną otaczające informacje, widoki jak gąbka. Jest to też czas kiedy jest możliwość wyjazdu, bo im później tym chyba co raz mniej atrakcji. Przynajmniej u nas tak było, że w czasach LO niewiele mieliśmy wyjazdów. O studiach nie wspomnę.

W przedszkolu Mateusza tradycją są dwa czy trzy wypady w roku. Wspominałam już przy okazji postu o wizycie w Fabryce Bombek w Miechowie, że jak tylko mam możliwość wybieram się na taką wycieczkę. Dla mnie to fajna okazja zobaczenia czegoś nowego (a zwiedzać lubię), a Mati póki co nie protestuje. Więc korzystam.

Tym razem wybraliśmy się w nasze okolice, a konkretnie do Żarek. Celem była Etno Jura i warsztaty ręcznie robionych zabawek z drewna. Lubię te klimaty, więc pewnie obiektywna nie będę. Praca w drewnie, kolorowe ozdoby, farby, natura to coś co przyciąga mnie jak magnes.

W warsztatach uczestniczyły zarówno dzieciaki jak i dorośli. Każdy dostał kilka klocków, z których po sklejeniu powstała świnka. A także wyciętego w drewnie Steve’a, czyli ludzika. Wszystko należało pomalować wedle uznania i własnych upodobań. Poziom trudności zdecydowanie dostosowany do możliwości przedszkolaków. Ale i dorośli mieli ubaw przy wymyślaniu kreacji dla Steave’a. Mój w efekcie końcowym skończył jako Spiderman 😉 Oczywiście wykonane zabawki zabieramy ze sobą. Miałam chłopaków dzieci temu z głowy w domu przez dłuższy czas. Pomalowane ludziki okazały się świetną zabawką.

Na wycieczkę załapał się również Antoś. To jego przedszkolny debiut. Od września idzie w ślady brata i skoro nadarzyła się okazja postanowiłam skorzystać i oswoić go troszkę z sytuacją. Zdecydowanie mu się podobało 🙂

Będąc w okolicy warto wpaść. Jeśli nie na warsztaty to choćby pooglądać czy kupić pamiątkę w postaci wianka z drewnianych plasterków czy słomianego króliczka. Miejsce fantastycznie zatrzymane w czasie. Jest bardzo przytulnie i spokojnie. W sam raz na wypad z rodzinką 🙂

 

Podróżowanie z dzieckiem – Tatralandia zimą

Czy tylko mi zima się ciągnie wyjątkowo długo w tym roku? Mam wrażenie jakby była z nami zdecydowanie dłużej niż jej „ustawowo” przysługuje.  Marzy mi się ciepło, słońce, zieleń. Do tego stopnia, że gdy pojawiła się możliwość wygrzania czterech liter, przełamaliśmy niechęć do tego typu miejsc i ruszyliśmy w drogę. Kierunek –> Słowacja.  Dokładnie Tatralandia. Każdy z Was pewnie kojarzy, chociażby z nazwy. Nam również nie była obca, chociaż do tej pory nie odwiedziliśmy. Zawsze wybieraliśmy morze jeśli chcieliśmy jechać nad wodę. Jak miało być ciepło to wygrywały chorwackie plaże. Za basenami nie przepadamy, na rozrywki typu zjeżdżalnie dzieci za małe, więc nigdy nie było nam po drodze.

Jedyne co kusiło to termy. Tzn mnie. Byłam w Szaflarach zimą i zdecydowanie uważam, że ma to swój urok. Chciałam, by i mąż się o tym przekonał. A żeby i dzieciaki skorzystały, padło na Tatralandię. Czy warto było? Zaraz się przekonacie. Na początek kilka wskazówek praktycznych, których musieliśmy szukać w sieci, a które wcale nie łatwo było znaleźć.

 

TERMIN ma znaczenie

Na Słowację wybraliśmy się pod koniec marca. Czyli już nie zima, ale jeszcze nie ciepła wiosna. Miało to dla nas spore znaczenie. Chciałam trochę wygrzać kości, a dzieciakom zafundować odskocznię. Tak też się stało. Część kompleksu zwana Tropikalnym Rajem, to baseny zadaszone. Przenika przez nie światło słoneczne, co sprawia, że na miejscu jest cieplutko. Można się ponoć nawet opalić. Tego nie potwierdzam, bo niestety przy maluchach nie było możliwości wyłożenia się na leżakach 😉 Potwierdzam jednak, że było ciepło. Temperatura wody oscylowała wokół 31-32 stopni. Taka sama temperatura była wokół, co sprawiało, że po wyjściu z wody nie trzęśliśmy się jak galareta 😉

Czytając opinie w internecie, co rusz napotykałam te dotyczące dzikich tłumów i kolejek. Nie należymy do zbyt cierpliwych osób, zwłaszcza mając u boku marudzące maluchy, którym ciężko zrozumieć, że trzeba poczekać na swoją kolej. Z tego powodu odpadały też miesiące wakacyjne czy okres ferii zimowych. Wybraliśmy względnie niski sezon i nie mogliśmy narzekać. Ludzi było sporo, ale nie były to dzikie tłumy. Przewaga Polaków, Słowaków. Trochę Niemców i Austriaków. Generalnie pełna kultura, zero chamstwa i przepychanek, czy kradzieży którymi straszono w różnych wpisach w sieci. Nie było problemów ze znalezieniem wolnych szafek, z dostępem do suszarek czy pryszniców. W wodzie też każdy bez problemu znalazł wolne miejsce przy biczach czy fotelach masujących. Nie było kolejek do baru w basenie, gdzie można było zamówić drinki i napoje. Pani obsługiwała na bieżąco. W restauracji też kolejek nie było. Max 1-2 osoby, szło szybko mimo, że na jedzenie się czekało, ale o tym za chwilę.

Nie mam porównania do innych terminów, ale biorąc pod uwagę opinie w sieci i nasze odczucia z pobytu, stwierdzam, że w tym terminie warto jechać.

 

DROGA czy jest droga?

Jestem typem człowieka, któremu wystarczy powiedzieć, że jedziemy, a ja już jestem spakowana i czekam. Mój mąż natomiast wszystko skrupulatnie planuje. Wszystko tzn drogę, przejazdy, opłaty itp Przyznaję, kompletnie nie pomyślałam, że będziemy podróżując przez Słowację będziemy potrzebowali winiety. Niby nie jest to wielki problem, takową w prosty i szybki sposób można zamówić w sieci. Ale jest to dość droga inwestycja, zwłaszcza jadąc na jeden dzień. Musimy liczyć się z wydatkiem ok 80zł. Lepiej tą kasę przeznaczyć na dobre jedzonko czy atrakcje jakie czekają nas na miejscu – np masaż. A drogę wybrać inną. Bo jak się okazało jest taka możliwość. My granicę przekraczaliśmy w Chochołowie. Mimo, że na Słowację podróżowaliśmy wiele razy wcześniej nie mieliśmy pojęcia o istnieniu przejścia w tym miejscu. Mąż szukając informacji o dojeździe bez wykupywania winiety wyczytał, że ta droga nie jest polecana w okresie zimowym. W pełni zrozumiałe. Jest to droga przez wysokie góry. A zimą wiadomo 😉 Swego czasu mój mąż sporo jeździł w warunkach zimowych na Słowację, wiedział więc z czym możemy mieć do czynienia. Słowacy dość mocno dbają o to, by stan ich dróg był przejezdny nawet zimą. Są posypane drobnym żwirkiem. Na poboczach wbijane są paliki, tak by pomimo dużej ilości śniegu wiadomo było, że poza palik już zjeżdżać (np przy mijaniu się z kierowcą na przeciwko) nie wolno. W górach początek wiosny może wyglądać zupełnie inaczej niż na równinach, warto wziąć pod uwagę, że może być różnie. Nam się udało przejechać bez problemu. Drogi były suche, jechało się bardzo fajnie. No i te widoki! Jedynie spustoszenia w okolicy Oravic jakie dokonała wichura były smutnym widokiem. Takiej ilości połamanych drzew nie widzieliśmy nigdy w życiu.

Podsumowując: droga Chochołów–>Oravice–>Zuberec–> Liptovski Mikulasz jest bezpłatna. Nie obowiązuje na nich winieta. Widokowo jest piękna, ale trzeba wziąć pod uwagę warunki atmosferyczne.

 

Z noclegiem czy bez?

My wybraliśmy opcję z noclegiem. Mieszkamy obecnie bardziej w głąb kraju i do Tatralandii mamy ok 260km. Niby nie wiele, ale i nie mało. Gdybym do przejechania miała połowę tego możliwe, że brałabym pod uwagę powrót. Warto jednak zostać na dłużej i bez martwienia się o drogę powrotną korzystać z oferty kompleksu.

Nocowaliśmy w Holiday Tatralandia Village. To miasteczko domków znajdujące się tuż przy samym wejściu do Tatralandii. Goście mają nawet osobne, tylne wejście na baseny. Odpada, więc ewentualne stanie w kolejkach. Plusem jest też fakt, że nocując tam masz możliwość nielimitowanego korzystania z basenów. Możesz wchodzić i wychodzić tyle razy ile chcesz. Przykładowo rano korzystasz z basenu, po południu wychodzisz pozwiedzać okolicę/ odpocząć w domku, wieczorem wracasz zrealaksować się w termach. Z atrakcji korzystasz do woli, bilet jest open.

Zakwaterowanie w domu jest od godz. 16. Jest możliwość wcześniejszego zakwaterowania od godz 12 za dopłatą. My byliśmy koło 13 i bez problemu dano nam klucze od domku wcześniej. Nic nie musieliśmy dopłacać, więc podejrzewam, że gdy mają już domek gotowy to jest to praktyka normalnie stosowana. Oczywiście jeśli przyjedziemy do kompleksu wcześniej to dostaniemy zegarki umożliwiające wstęp na baseny wcześniej 🙂 Dzięki temu, że dostaliśmy klucze od domku od razu mogliśmy zostawić rzeczy w środku, przebrać się w kąpielówki, zarzucić coś na siebie i bez „bagażu” iść na basen. Do każdego domku przydzielone jest bezpłatne miejsce parkingowe, także nie musieliśmy się martwić o pozostawienie auta. Nie wiem jak wygląda sprawa miejsc parkingowych w przypadku przyjazdu  na godziny. Ale biorąc pod uwagę te dzikie tłumy latem, pewnie kto pierwszy ten lepszy. I potem pewnie taszczy się bagaże ze sobą. Także możliwość wynajmu noclegu na miejscu jest bardzo na plus.

Nasz domek był tuż przy wejściu. Mieliśmy do bramki ok 150m. Od bramek przez kompleks trzeba było przejść do szatni ok 250-300m. Mały spacerek, ale latem można spokojnie w samym stroju/szlafroczku. Domek z salonem, kuchnią i łazienką na dole, częścią sypialnianą na górze. Na wyposażeniu wszystko co potrzebne na pobyt. Sztućce, naczynia, kuchenka, lodówka, mikrofalówka, ręczniki. Także TV z polskimi kanałami. Wygodne, duże łóżka. Przed domkiem miejsce  na wieczorny odpoczynek – ławka ze stołem. Czysto, ciepło. Zarówno w domkach jak i całym kompleksie tabliczki z informacjami w 3 językach, w tym po polsku.

 

Całość rozliczana jest w recepcji tuż przy wejściu. To tam odbywa się zameldowanie, podczas którego każdy dostaje swoje zegarki- opaski.

W trakcie meldunku dzieciaki mają możliwość zabawy w hotelowej sali pełnej zabawek. Zostawiliśmy kaucję w wysokości 100€, którą rozliczaliśmy na koniec. Na basenach za dodatkowe atrakcje, posiłki i napoje płaci się zegarkami. Wymeldowując się nasze wydatki potrącają z kaucji, ewentualnie dopłacamy jeśli przekroczyliśmy to 100€.  Obsługa bardzo miła, w języku polskim. Gdzieś w opiniach wyczytałam o dystansie Słowaków do Polaków. Nic takiego nie odczuliśmy. Wszyscy z uśmiechem na buzi, życzono nam udanego pobytu. Zegarkami także otwiera się i zamyka szafki w szatniach, także nikt inny nie ma do nich dostępu.

Doba noclegowa trwa do godz.10. Na koniec śniadanie w hotelowej restauracji. W formie szwedzkiego stołu, wybór ogromny. Zarówno dla dzieci jak i dla dorosłych. Cena noclegu w pakiecie ze wstępem do Tatralandii to w zależności od domku i ilości osób ok 120-150€.

 

Atrakcje Tatralandii zimą

Zdaję sobie sprawę, że w okresie zimowym na turystę czeka mniej atrakcji. Zwłaszcza na małych turystów, takich jak nasze dzieciaki. Oferta skierowana do maluchów jest wg nas trochę okrojona. Bo tak naprawdę nasze dzieci miały do wyboru albo brodzik, na który Mateusz już jest za duży, a Antek szybko się w nim nudził albo normalne baseny o głębokości 110cm. Dla obu za głęboko, by mogli bezpiecznie korzystać. Nie było, więc mowy, że my dorośli na leżaczkach kątem oka obserwowaliśmy nasze pociechy tak jak robiliśmy to nad morzem. Musieliśmy z dzieciakami cały czas być w wodzie. Przyznaję, trochę upierdliwe. Liczyłam na mały wypoczynek (tak, wiem że przy dzieciach marzenie), a wyszłam lekko mówiąc wypruta 😉 Nie było szans, by nasze małe żywioły usiadły na dłużej, chyba że przy stole na jedzenie. Mati nastawił się na zjeżdżalnie, które oczywiście zimą nie są czynne. Jedyna czynna to ta, na której zjeżdża się z pontonem. Jest na nią za mały, musiał jeździć z tatą. Szkoda, że w zimowej ofercie zabrakło wodnych atrakcji dla dzieci w wieku 3-7 lat. Był basen z zatopionymi akwariami, w których pływały ryby morskie. Mati skorzystał, Antoś już nie bo jeszcze nie nurkuje.

Dla nas dorosłych natomiast raj. Basen z czystą, słodką wodą. Basen z wodą morską. Baseny termalne na zewnątrz z wodą o temperaturze 42 stopni. Genialne. Oczywiście wszelkie wodne bicze, masaże, łózka masujące. Dookoła palmy, pełno zieleni. I te zapachy olejków eterycznych dobiegające z salonów masażu tajskiego. W pomieszaniu z unoszącą się bryzą z morskiego basenu relaks pełną piersią. Uwielbiam aromaterapię, więc ten basen był moim ulubionym. Po zmroku baseny mieniły się wszystkimi kolorami. Światełka umieszczone pod wodą największe wrażenie robiły na maluchach. Antoś podekscytwany wykrzykiwał „mama, Hulkowa woda! Mama, spidermenowa woda!” widząc zielone i czerwone światła 🙂 Letni klimat podsycała muzyka wydobywająca się z głośników oraz drinki, które można było kosztować siedząc w wodzie. No raj! Niczym na karaibskiej wyspie. Nigdy nie byłam, ale tak to sobie zawsze wyobrażałam 😉 Mam tylko nadzieję, że każdy kto korzystał z tego relaksu pamiętał również o skorzystaniu z wc 😉

Z atrakcji dla starszych dzieciaków była jeszcze możliwość spróbowania swoich sił na desce surfingowej. Mati nie wykazał zainteresowania, Antoś nie łapał się wiekowo 🙂 Uprawialiśmy, więc surfing „na sucho” 🙂

 

Gdzie i co zjeść? I za ile?

Po dzikich tłumach, najwięcej negatywnych opinii dotyczyło cen żywności. Że drogo. Wiecie w euro. Fakt, przelicznik zawsze wyjdzie drożej. Czytałam opinie, że ludzie cichaczem wnoszą swoje jedzenie. Nie wiem jak głównym wejściem, ale w naszym przypadku nie byłoby z tym większego problemu. Nikt nie sprawdzał tego co wnosimy. Nic jednak nie wnosiliśmy, bo mieliśmy świadomość, że zawsze możemy wyjść do domku coś zjeść. Na miejscu jednak okazało się, że ceny znowu nie są aż takie z kosmosu. Obiad kosztował w granicy 6-10 euro, już z napojem. Przykładowo pyszna sałatka cezar 6,5€. Pene z pieczarkami i kurczakiem 7€. Napój max 2€. Piwo Zloty Bażant 0% o smaku lawendy i czarnej porzeczki ok 2€ . Dzieciaki chciały rosół. Miseczka 2€. Frytki coś koło 3€ o ile dobrze pamiętam. Stołowaliśmy się wewnątrz, skorzystaliśmy z drinków (spoko, były też bezalkoholowe dla rodziców 😉 ) w cenie ok 4€  i wydaliśmy niewiele ponad 50€ na 4 osoby. Warto sobie taką kwotę wkalkulować w koszt wyjazdu i nie martwić się co, kiedy i gdzie zjeść.

Odnośnie obiadów wspomnę jeszcze, że większość posiłków jest przygotowywana na naszych oczach. Zamawiając danie widzimy jak kucharz krok po kroku przygotowuje nasz obiadek. Nie wyciąga gotowca z mikrofalówki. Uff.

Można oczywiście wybrać się na zakupy do pobliskiego miasteczka. My pojechaliśmy z ciekawości przed przyjazdem. Na miejscu tuż przy głównej drodze LIDL, Billa i Kaufland. Także jest gdzie zaopatrzyć się w prowiant, gdyby ktoś nie chciał korzystać z oferty parku.

Śniadanie mieliśmy wliczone w cenę.

Dla dzieciaków jedzenie można przygotować w strefie ciszy. Swoją drogą fajnie, że znajduje się tam takie miejsce :_

 

Warto?

Weekendowy wypad do Tatralandii to ciekawa alternatywna spędzenia fajnie czasu dla rodzin z dziećmi. Najlepiej dla tych w wieku szkolnym, bo zdecydowanie więcej użyją. Koszt dla 4-osobowej rodziny to ok 180-200€. W tej cenie nocleg, nielimitowany wstęp do Tatralandii, pełne wyżywienie, drinki powitalne (my akurat nie skorzystaliśmy, bo sobie zapomnieliśmy). Pakiety można zamawiać na stronie Tatralandii, po stronie polskiej obsługuje całość biuro podróży Krakus, które dba o to by każdy był zadowolony 🙂 Chcąc wybrać się do Tatralandii na własną rękę za sam całodzienny wstęp plus wyżywienie na miejscu zapłacilibyśmy ok 120€. Mam nadzieję, że mój wpis pomoże podjąć decyzję tym, którzy zastanawiają się nad wypadem. My sami na pewno skorzystamy kiedyś z uroków ciepłych term, ale tym razem już po polskiej stronie. Tak dla porównania. I na pewno damy znać jak nasze wrażenia. Może polecicie fajne miejsca? 🙂

 

 

 

Śnieg

Taką zimę pamiętam z dzieciństwa. Ferie u dziadków na wsi, zaspy po kolana, zmrożone okoliczne rowy i stawy. Jeździliśmy na łyżwach od rana do zmroku, wpadając do domu po kanapkę, gdy głód już mocno dał o sobie znać. Jak zawiał wiatr to zamiótł śnieg z okolicznych pól tak, że drogi nie było widać. Ale było fajnie…

Dziś mi się to wszystko przypomniało. I choć już druga połowa marca, człowiek sercem i myślami wędruje do ciepłych wiosennych dni to ta zima na prawdę robi wrażenie. Dosypało śniegu sporo. Wszystko pobieliło, krajobraz w słońcu i śniegu skąpany zachwyt wywołuje.

A ja się cieszę. Bo wspomnienia przywołane sercu przecież miłe. A momenty dziś telefonem łapane za lat kilka przecież też podobne uczucia będą wywoływać.

Kids Time 2018

Czasem rzeczy niemożliwe stają się możliwe. Myśl, która kiełkowała lata temu nagle zaczęła rosnąć i przebiła się okazując się realną do realizacji. Tak właśnie było z tegoroczną edycją największych targów branży dziecięcej w Polsce. W najśmielszych snach nie przypuszczałam, że przyjdzie dzień, w którym nasze mebelki będą dostępne dla zwiedzających targi Kids Time.

Pamiętam ten zawrót głowy gdy odwiedziłam targi jako zwiedzający po raz pierwszy. Ogrom wspaniałych Firm, multum produktów dedykowanych dzieciom. Dla młodej mamy to zwyczajne szaleństwo. Dla mamy blogerki – szaleństwo podwójne. Wszystkie rzeczy, które widywałam w ulubionych sklepach internetowych na wyciągnięcie ręki. Mogłam dotknąć, poczuć fakturę, sprawdzić funkcjonalność. Porozmawiać, często nieśmiało z osobami odpowiedzialnymi za sprzedaż. No i miałam możliwość zobaczyć nowości, które miały pojawić się na rynku. Mogłam Wam napisać co mnie urzekło, co nowego wkrótce się pojawi, na co warto czekać.

Ubiegłoroczny wypad do Kielc miał troszkę inny charakter. Pojechałam tam wchodząc w rolę blogerki, ale i osoby prowadzącej sklep. Z nastawieniem, że wynajdę wyjątkowe rzeczy, które będę potem mogła Wam zaoferować w naszym sklepie. I tak też się stało. Z targów przywiozłam dekoracje ścienne, które bardzo Wam przypadły do gustu. Do tego stopnia, że filcowe słonie wyprzedały się na dobre i nawet producent nie wiedział kiedy będą dostępne 😉

To wtedy odwiedzając stoiska polskich firm, świetnie radzących sobie na rynku (nie tylko naszym, ale i międzynarodowym) zaświtała mi ta myśl. Pamiętam jak powiedziałam pół żartem pół serio, że za rok my też się wystawimy. Jak się okazało nie rzuciłam słów na wiatr. Kilka miesięcy później wysłałam zgłoszenie. Wszystko za sprawą cudownych w moim życiu zbiegów okoliczności. Głęboko wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde zdarzenie, każdy napotkany na Twojej drodze człowiek nie zjawił się bez powodu. Tak właśnie było z dziewczynami z Cut it Now. Zanim Wam opowiem więcej o Targach koniecznie muszę tu o nich i naszym pierwszym spotkaniu napisać.

Cofnijmy się, więc w czasie do lata roku ubiegłego, kiedy to wybraliśmy z mężem i dzieciakami na festyn z okazji święta Czulimu i Czulentu w miejscowości niedaleko nas. Mieliśmy siedzieć w domu, a weekend nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Mój mąż zwykle stroni od podobnych atrakcji, tym razem jednak z nudów dał się przekonać.

Na miejscu przywitała nas głośna muzyka i tłum ludzi. Pamiętam jak szwendaliśmy się pomiędzy straganami kosztując Czulimu z żeberkami. W jednym ze straganów kupiłam olbrzymie cebule czosnku ozdobnego do mojego ogródka, w innym jakaś pamiątkę regionalną. Aż moim oczom ukazało się stoisko z pięknymi drewnianymi monsterami. Kto mnie zna, wie że jak ta przysłowiowa sroka nie jestem w stanie przejść obojętnie obok podobnych rzeczy. Podchodząc jednak do stoiska nie przypuszczałam, że zostanę rozpoznana jako autorka bloga i będzie to cudowny początek mojej przyjaźni z Madzią i Anią. A także początek naszej biznesowej współpracy, bo już tydzień później siedziałyśmy w kawiarni rozmyślając co mogłybyśmy razem zdziałać. Szybko okazało się, że mamy podobny gust i styl pracy. Dogadałyśmy się bez problemu.

W Bambooko pojawiły się pierwsze efekty naszej współpracy. Gdzieś po drodze poznały się nasze dzieciaki,  a my zaczęłyśmy się spotykać w miarę regularnie. Gdy tylko powrócił temat targów w Kielcach nie wyobrażałam sobie, że mogę pojechać na nie bez dziewczyn. Wspólny wyjazd był tak naturalny, jak to że nasze produkty cudownie się uzupełniają tworząc piękną i przyciągającą uwagę całość. Dzięki dziewczynom kiełkująca myśl urosła i nie było już odwrotu. Pojechałyśmy i były to najlepsze biznesowe trzy dni w moim odczuciu.

Tym, którzy nas odwiedzili serdecznie dziękujemy. Za każde miłe słowo, za rozmowy. Za uśmiechy i uznanie dla naszych starań. Tym, którzy nie mieli okazji nas spotkać dedykuję ten wpis. Mam nadzieję, że poprzez moje słowa Bambooko i Cut it Now wyda Wam się bardziej realne. Chciałabym, żeby ludzie wiedzieli, że za tymi dwoma Firmami stoją nieprzypadkowe osoby. Że u nas jest miło, sympatycznie i rodzinnie. Co staraliśmy się pokazać na naszym stoisku.

Na koniec kilka zdjęć z Kielc. Tak jak zapraszałyśmy w nasze progi na Targach, tak i tu zapraszam Was do naszego pokoiku dziecięcego. Może znajdziecie w nim coś dla siebie 🙂