Zwiedzamy Fabrykę Bombek w Miechowie

fabryka bombek

Święta to taki magiczny czas, na który wyczekuję jak tylko aura za oknem zmusza do pozostania w domu. Już sama myśl o zbliżającym się Bożym Narodzeniu, pachnącej choince, dźwięku ulubionych kolęd nuconych pod nosem sprawia, że jest mi cieplej na sercu. Uwielbiam ten okres wyczekiwania. Na ubranie choinki, na pierwszą gwiazdkę na niebie, na Pasterkę. Święta przeżywam i chłonę. Pod względem religijnym, ale także pod względem komercyjnym. Ani trochę nie przeszkadzają mi ozdoby choinkowe w listopadzie czy rozmyślania co włożyć do kalendarza adwentowego już w październiku. Jeżeli komuś to sprawia radość, to dlaczego  mnie miałoby to denerwować? Święta to przecież czas radości, uśmiechu i wzajemnej życzliwości.

 

W tym roku trafiło się, że przedszkole Mateuszka zorganizowało wyjazd do Fabryki Bombek w Miechowie. Temat został poruszony już na pierwszym spotkaniu, jeszcze we wrześniu. Nie wiem kto był bardziej podekscytowany perspektywą wyjazdu, ja czy Mateusz. A gdy okazało się, że i ja mogę się zabrać z dzieciakami nie zastanawiałam się ani chwili.

Do Miechowa wyruszyliśmy na początku listopada, bo już wtedy przyjmują grupy zorganizowane. Wiadomo, że zwiedzanie w grupie zawsze ma swoje plusy. Do dyspozycji mamy przewodnika, który opowiada sporo o całym procesie tworzenia bombek. A jest to proces długotrwały i pracochłonny. Przestają dziwić ceny niektórych egzemplarzy gdy człowiek zda sobie sprawy ile pracy zostało włożone w wyprodukowanie i pomalowanie takiej bombki.

Na początek zwiedzania dowiadujemy się z czego robione są bombki i w jaki sposób są projektowane. Do tych o bardziej wymyślnych kształtach stosuje się specjalne żeliwne odlewy, do których następnie wkłada się podgrzaną do wysokiej temperatury szklaną rurkę. I dmucha aż do osiągnięcia oczekiwanej wielkości. Kolejna osoba srebrzy bombki, które potem trafiają do dekoratorni, gdzie Panie wprawnymi rękami nadają im wyjątkowej szaty. Jedna bombka to efekt pracy około 5 osób.

 

Zwiedzanie Fabryki przez dzieciaków to oprócz możliwości podejrzenia każdego etapu produkcji bombek to także możliwość własnoręcznego pomalowania bombek. Dzieci mają do dyspozycji farbki oraz kolorowe brokaty, którymi dekorują swoje dzieła. Chyba najbardziej stroniące od prac plastycznych dziecko ucieszy taka możliwość. Bo efekt końcowy oczywiście zabieramy do domu i zawieszamy na choince. Będzie z pewnością pamiątką zarówno dla malucha jak i rodziców.

Na koniec można odwiedzić sklepik i obkupić się w choinkowe różności. Zwłaszcza, że ceny na miejscu są mocno konkurencyjne w stosunku do tych w sklepach. My wróciliśmy z pełnymi rękoma. Mati postawił oczywiście na auta i tradycyjne Mikołaje, ja wyszukałam niesamowitą figurkę Matki Boskiej.

Czy nam się podobało? Niesamowicie! Czy polecamy? Oczywiście!

Strona miechowskiej Fabryki Bombek: http://ozdobydecora.pl/

 

Dwa lata Antosia

Strasznie zaniedbałam miesięcznice Antosia. Brak czasu, ciężko się zmobilizować. A on już skończył dwa lata. Mam w plecy sporo miesięcy, których nie jestem w stanie już nadrobić. Bo czasu cofnąć się nie da.

A Antoś wczoraj skończył dwa lata. Tak szybko to zleciało, że momentami ciężko mi uwierzyć. Wciąż mam wrażenie, że jeszcze wczoraj nosiłam go pod sercem. Tymczasem to już mały, rezolutny chłopczyk. Ma swoje zdanie, swoje ulubione zabawki, smakołyki. Jest ogromnym przytulaskiem, ale potrafi też pokazać pazurki, a właściwie ząbki. Chyba po mnie odziedziczył skłonność do…gryzienia. Nie jeden raz Mati płakał przez młodszego braciszka, ugryziony w rączka, a nawet w plecy (serio nie wiem jak on to zrobił).

Porównując do starszego brata jestem pod wrażeniem rozwoju mowy Antosia. Można z nim już swobodnie porozmawiać. Używa większość słów, niektóre po swojemu, ale nie ma nic niezrozumiałego. W mig łapie różne nowe umiejętności i często patrząc na niego mam wrażenie jakby był dużo starszy. Na szczęście to wciąż mój malutki syneczek 🙂

 

Antoś uwielbia traktory. Ciąg (bo tak na nie woła) to jego ulubiona zabawka. Nigdy nie przejdzie obojętnie obok. Ma dokładnie taką samą fazę na ciągniki jak Mati w jego wieku na kopary. Powoli pojawia się zainteresowanie lego duplo. Ma już na koncie pierwsze budowle, muszę przyznać, że całkiem pomysłowe. Chociaż zdecydowanie bardziej od układania woli demolowanie. Zwłaszcza klocków lego Matiego. A gdy starszy brat widzi co się święci, Antoś ucieka z piskiem wołając „Ty gupek Dudzia. Sio Dudzia!” Dudzia to Mateuszek. Nie wiem skąd się to wzięło, ale za żadne skarby nie chce nazwać brata po imieniu. Siebie samego nazywa „Dzia”.  Poza traktorami Antoś lubi koniki i kotki. I książki. Często budzę się rano, a Antoś sam ciuchutko przegląda książeczki, które wyciąga sobie z półki.

Od samego początku śpi super. Tu nic się nie zmieniło. Przesypia całe noce. W ciągu dnia drzemki są rzadkością.

Antoś to dość towarzyskie stworzenie, zwłaszcza jak już kogoś dobrze zna. Świetnie dogaduje się z kolegami Matiego. Lubi towarzystwo. Ale potrafi też bawić się sam, co u Matiego do tej pory się nie zdarza.

Lubi tańczyć, śpiewać. Mazać kredkami po ścianach i meblach! To też przeciwieństwo Matiego.

Porównując ich obu stwierdzam, że są zupełnie różni. Niby podobni, a jednak całkiem różni 🙂

 

Postrzał

Strzeliło mnie. W krzyżu. Ten ból co to zawsze rezerwowałam go dla starszych osób. Znany mi z widoku mojego taty, gdy „chwyciły go korzonki” czy kolegi z pracy zgiętego w pół po wypadnięciu dysku.

Szczerze mówiąc cholera wie co mi się stało. Zwyczajnie. W jednej chwili kucałam czyszcząc kocią kuwetę, w drugiej podnosząc się poczułam ten ból. Towarzyszy mi od kilku godzin dając doskonałą wymówkę do spędzenia niedzieli w łóżku. Taki niezapowiedziany relaks. Pamiętaj aby dzień święty święcić.

No, ale ileż można. Człowiek nie przywykł do tego typu rarytasów. Myśli od bólu odciągnąć i zajęcie dla palców znaleźć trzeba. Wiecie, że ja wierzę, że nic bez przyczyny się dziać nie dzieje? Postrzał jak nic znakiem z góry jest.

Na aplikację wordpressa trafiłam i oświeciło mnie, że leżąc w łóżku mogę kilka słów naskrobać. Nie tylko teraz, ale i wieczorami gdy dziatwa we śnie pogrożona, a ja bezmyślnie przewijam facebooka góra dół. Strzeżcie się narody. Istnieje spore ryzyko, że zacznę się na blogu pojawiać.

Budowa domu z bali

O małym, drewnianym domu marzyłam odkąd pamiętam. Większość moich wyobrażeń pochodzi z lektury książek, które przez wiele lat pochłaniałam namiętnie. Przygody dzieciaków z Bulerbyn kojarzyły mi z moimi wiejskimi wakacjami, podobnie zresztą jak perypetie ulubienicy Ani z Zielonego Wzgórza.  Dla mnie zawsze bohaterowie mieszkali w małych, drewnianych domach. Pewnie dlatego, że w czasach mojego dzieciństwa wieś składała się głównie z takich małych, w większości drewnianych chat. Podczas letnich wakacji w czasach liceum przeczytałam jedną z książek Whartona – „Opowieści z Moulin du Bruit„. I choć domy na francuskich prowincjach okazują się być domami z kamienia (na prawdę pięknymi) to opis remontu młyna i użytych do niego drewnianych bali osadził w mojej wyobraźni właśnie drewniany dom. Zresztą tak to już z książkami jest, czytając wyobrażamy sobie coś po swojemu. Jakże odmienny od mych wyobrażeń okazał się młyn na żywo gdy podczas jednych z wakacji we Francji uprosiłam męża byśmy odnaleźli malutką miejscowość w Burgundii i powieściowy młyn.

Moje wyobrażenie domu jednak nie słabło. O ile w czasach szkolnych i studenckich nie myślałam o budowie domu poważnie, to gdy poszłam do pracy myśl ta wracała do mnie dość często. Zwłaszcza, że w tym czasie dość często wybieraliśmy się z mężem poszwendać po górskich szlakach Tatr czy Gorców. Nie jeden raz siedzieliśmy przy stole licząc czy ze sprzedaży mieszkania będzie nas stać na mały domek i działeczkę pod Krakowem. Zawsze dość szybko sprowadzano mnie na ziemię. Wzdychałam gdy kolejna z koleżanek  stawiała swoje cztery ściany, wierząc że któregoś dnia i mi uda się spełnić to marzenie.

 

Wakacje roku 2014 jednak zmieniły sporo. To wtedy zupełnym przypadkiem skręciliśmy w lesie nie w tę drogę co zwykle i wyszliśmy na pobliską wioskę z innej strony. Na skraju lasu stał piękny modrzewiowy domek z tarasem. To była jak to mówią „miłość od pierwszego wejrzenia”, choć miałam wrażenie jakbym ten dom miała w głowie od zawsze. Tak mi siedział w serduchu, że o niczym innym myśleć nie mogłam przez kilka dni. Do tego stopnia, że któregoś dnia wróciłam i uprzejma starsza Pani zaprosiła mnie do środka. Wtedy to przepadłam na całego. Bardzo intensywnie zaczęłam szukać działki. Tym oto sposobem jakieś dwa miesiące później staliśmy się właścicielami 10 arów w podkrakowskiej wiosce. Byłam o jeden krok bliżej ku spełnieniu swoich marzeń. Tego samego lata powstały pierwsze produkty Bambooko, którym zawdzięczam to gdzie obecnie jestem. Czasem mam wrażenie, że to właśnie ogromna siła moich marzeń sprawiła, że wszystko ułożyło się jak się ułożyło.

Ci z Was, którzy czytają mojego bloga wiedzą, że ostatecznie jednak nasz dom stawiamy w wiosce moich dziadków. Losy naszej Firmy potoczyły się w tym kierunku, zabierając nas ze sobą. Stawiam dom w miejscu, które znam od dziecka. Miejscu z którym czuję więź. Lecz co równie ważne stawiam drewniany dom, jaki zawsze był w mojej głowie. O naszej decyzji opuszczenia miasta na rzecz wsi przeczytacie w TYM wpisie.

 

Do budowy domu z bali wracam, bo dostałam od Was dużo zapytań w tej kwestii.

Najczęściej pytacie o to kiedy mamy zamiar się wprowadzić. Chciałabym Wam odpowiedzieć, że za miesiąc czy dwa. Przecież to oczywiste, że każdy budujący chce jak najszybciej. Technologia budowy domu z drewna zresztą jakby wymusza takie myślenie. Sporo się czyta i słyszy o systemach kanadyjskich, szkieletowych, dzięki którym od rozpoczęcia budowy do wprowadzenia mija 6 miesięcy.

My jednak budujemy starą tradycją ciesielską, co oznacza, że na parapetówkę przyjdzie nam trochę poczekać. Gdybyśmy zdecydowali się na bale suszone komorowo dalsze etapy budowy mogłyby następować po sobie bez przerw. Tymczasem budujemy z drewna o wilgotności ok 20%, które po prostu musi swoje doschnąć. Jakieś pół roku. Czyli po zakończeniu pierwszego etapu- stanu surowego otwartego, pomiędzy naszymi balami będzie sobie najpierw hulał wiatr, a później mróz (najlepiej jakby zima była mroźna mocno). To sprawi, że dom osiądzie jeszcze kilka centymetrów zanim będziemy go uszczelniać. Na zdjęciach widać przerwy pomiędzy balami. Trochę się zmniejszą, a potem pomiędzy nie będziemy dawać wypełnienie w postaci wełny i liny. Dawniej utykano takie domy mchem czyli „mszono”. Obecnie jest to praktyka zakazana u nas z powodu objęcia mchu ochroną. Jeszcze słowo odnośnie wilgotności drzewa. Nasze było ścinane zimą, czekało na budowę ok 8 miesięcy, więc swoje już odleżało. Tak na prawdę im dłużej pozwolimy drzewu naturalnie schnąć tym lepiej. Bale w trakcie takiego procesu pękają naturalnie i mniej. Chociaż spękane i tak są, co moim zdaniem dodaje im uroku 🙂

Każdy bal jest też ręcznie ciosany tu na miejscu, więc jego przygotowanie trochę trwa. W przypadku bali suszonych komorowo zazwyczaj dom przygotowuje się w „fabryce”, rozkłada go i przewozi do Inwestora, gdzie na miejscu składa ponownie w ciągu 3-4 dni. Czasem szybciej.

Budowa stanu otwartego potrwa u nas w sumie jakieś 3-4 tygodnie. Dwa już za nami. Jak widać na zdjęciach powoli zbliżamy się do połowy. Na garażu i kotłowni mamy już założone tragarze, czyli grube belki wzdłuż podtrzymujące pułap. Zdecydowałam się na proste cięcia, chociaż bardzo często tragarze są wymyślnie rzeźbione. To jednak w typowo góralskim stylu, a nie na naszych nizinach 🙂

Zdecydowaliśmy się na bale o grubości 24cm. Ściany wewnętrzne to bal o grubości 16cm, a ściany garażu mają 18cm. Jak widzicie na fotkach bal prostokątny czyli tzw płaz. Dom nie będzie ocieplany z żadnej ze stron. Zostają czyste bale i głęboko wierzę, że będzie to dom ciepły. Tak przynajmniej wnioskuję po rozmowach z kilkoma posiadaczami takich domów.

Nasze bale są jodłowo- świerkowe. W pierwszym odruchu chciałam modrzew, jednak rozmowa z wykonawcą sprawiła, że zmieniłam zdanie. Modrzew często płacze żywicą i bardzo ciemnieje, co zresztą potwierdziło się w domu, o którym wspomniałam na początku. Nie wiem jeszcze czy zdecyduję się na jakiś kolor jeśli chodzi o elewację. Najpewniej jednak chciałabym go trochę wybielić czyli wyługować. Z modrzewiem byłaby to syzyfowa praca.

Pytacie też o wykonawcę. Wysłałam mnóstwo zapytań odnośnie wyceny domu. Firmy oferowały różne rzeczy. Ostatecznie zdecydowałam się na ekipę polecaną przez koleżankę poznaną na IG (@mamaludinka macham do Ciebie). Wybudowali dom z ekipą i szczerze ich polecała. Mam nadzieję, że i ja wkrótce będę mogła i Wam polecić. Jak na razie współpraca przebiega wzorowo i jesteśmy bardzo zadowoleni (tfu tfu).

Acha, fundament robiliśmy we własnym zakresie. Zresztą większość Firm, które przysłały nam wycenę nie oferowało ich wykonania. Wszelkie wylewki, instalacje będą robione przez Firmy zewnętrzne jednak pod okiem ekipy cieśli. Zdecydowaliśmy też, że cały nasz dom oddajemy w ich ręce, czyli zrobią nam go aż do stanu tzw pod klucz. Dlaczego? Ponieważ mają doświadczenie w takim budownictwie, wiedzą jak dom pracuje i jak zachowują się bale. Boimy się, że ktoś kto wejdzie do tego typu domu po raz pierwszy i zabierze się do pracy metodą tradycyjną może narobić więcej szkód niż pożytku. Oczywiście niektóre rzeczy w miarę możliwości zrobimy sami. Ale to tak odległy temat, że jeszcze trochę wody upłynie. Póki co czekamy na zakończenie pierwszego etapu i mamy pół roku przerwy.

 

Ps. Ci z Was, którzy nas śledzą na instagramie mogą pod tagiem #takatyciabudowa wyłapać wszystkie fotki z budowy. Tych z Was, którzy nie używają IG zapraszam do oglądnięcia kilku zdjęć 🙂

 

Dzień 1 – rozładunek i podwalina.

 

Dzień 2położyliśmy pierwsze węgła. Stara tradycja mówi, by pod pierwsze węgło wrzucić pieniądze wybite w roku budowy. Mają przynieść dobrobyt domostwu. Pan, który nam stawia dom rozbierał starą austriacką chałupę i znalazł monety z 1800- któregoś roku pamiętające czasy cesarza Franciszka. Jak widzicie my też rzuciliśmy. Dość skromnie. Wcale nie ze skąpstwa ale ciężko nam było znaleźć monety o większym nominale z 2017 roku. Rozbiliśmy nawet skarbonkę Matiego, afera była na całego;)

 

Przy budowie domu z bali nie korzysta się z metalowych gwoździ. Wszystkie kołki strugane są ręcznie.

 

 

Mali pomocnicy. Mati przyszedł wyposażony zawodowo 😉

 

 

Dzień 3- jest zarys pierwszych pomieszczeń. Mam kuchnię, w której zamiast okna znalazły miejsce drzwi z wyjściem na ogród. Marzą mi się takie w stylu Dutch Door. Czy ktoś może użytkuje i mógłby powiedzieć coś więcej o ich funkcjonalności?:)

Dzień 4 – mąż dorobił się garażu i kotłowni. Zrobiliśmy też pierwsze „przymiarki” naszą Plamką 😉

Dzień 5 – dumam nad wyspą w kuchni. Chciałam jakiś akcent z cegły, w planie była jedna ściana. Ale okazało się, że ta którą sobie wybrałam na ścianę z cegły musi być z bala. Usunęłam też kawałek ściany, w związku z czym kuchnia będzie całkiem otwarta na salon. Wyspa będzie na bank, ale zastanawiam się czy nie zrobić jej np z cegły. Grzebię po sieci w poszukiwaniu inspiracji i nic specjalnego mi się w oczy nie rzuciło 🙁

Zdjęcie z sieci (klik do źródła)

 

Dzień 6 – pogoda kapryśna. Ale Panom udało się pociągnąć w górę kawałek salonu. Trwały dyskusje nad rozmiarem okna, bo w projekcie miałam kwadratowe, a ja koniecznie chce prostokątne trójdzielne. I skrzynkowe!  Szelma upodobała sobie budowę, siedzi tam całymi dniami. Panowie rzucają jej patyka, więc jest w swoim żywiole. No chyba, że sobie już lokum bookuje 😉

 

 

Dzień 7 – Prace idą do przodu. A ja zachwycam się jakie piękne drzewne kwiaty podarowała mi natura- będą ozdobą domu;)

 

 

Dzień 8- mamy prawie połowę. Oczywiście patrząc na bryłę budynku. Z zewnątrz wszystko ma jakieś gigantyczne proporcje. Ale mam już okna tarasowe przez które możemy wyglądać na otaczające nas łąki i lasy 🙂 Na budowę wkroczył mój mąż i tato. Przygotowali wylewkę pod słupy podtrzymujące dach nad tarasem i gankiem.

Dzień 9- założyliśmy pierwsze tragarze. To oznacza, że ściany garażu i kotłowni w pełni gotowe. Wystarczy na nie założyć dach. Trzy dni chodziłam i zastanawiałam się czy zrobić tragarze w prostym stylu czy nawiązać do ozdobnego góralskiego. Ostatecznie postawiłam na prostotę. Chociaż do Gór Świętokrzyskich mamy rzut beretem, jednak to nie te klimaty 😉

Następnym razem pewnie ciąg dalszy relacji. Póki co Panowie pojechali do siebie odpocząć troszkę 🙂

 

 

Decyzja o trzecim dziecku

Kiedy Antoś przyszedł na świat pojawiło się we mnie ogromne posiadanie trzeciego dziecka. Bardzo mnie to zaskoczyło. Mój instynkt macierzyński szalał na całego. Tuliłam w ramionach tygodniowego noworodka i myślałam o kolejnej ciąży. Zdawałam sobie doskonale jak czas szybko ucieka i jak będę tęsknić za takim maluszkiem. Wiecie, noworodki mają w sobie coś tak wzruszającego, że samo patrzenie na nie łapie za serce. Uczucie to nie słabło przez kilka pierwszych miesięcy, wręcz przeciwnie myśl ta pojawiała się co raz częściej. Antoś był bardzo grzecznym dzieckiem. Od początku ładnie jadł, nie płakał, przesypiał noce. I piszę to zupełnie szczerze, on potrafił zasnąć najedzony o 20 i obudzić się o 6 rano. Byłam zrelaksowaną, wypoczętą mamą. No prawie, bo jednak miałam jeszcze na stanie trzylatka, który potrafił dać w kość.  Nie dziwota, że myśl o kolejnym maluszku przychodziła z taką łatwością. Gdyby tylko mój mąż w tym czasie podzielał mój entuzjazm z pewnością w tym momencie bylibyśmy rodzicami trójki.

 

Dziś myślę sobie, że już wiem dlaczego ludzie decydują się na dzieci rok po roku. Według mnie jest takie okienko czasowe, w którym podejmujemy decyzję o kolejnym potomstwie. Jest to okres do około 9-12 miesiąca życia dziecka. Zanim na dobre zacznie się ząbkowanie, nieprzespane noce (u tych u których wcześniej były one spokojne), bieganie za uczącym się chodzić maluchem, nerwy związane z pierwszymi buntami. Im dalej w las, tym jakby ochota maleje. Dochodzimy do punktu, w którym mówimy sobie „mi już wystarczy”. A potem jak po każdej prawdziwej burzy wychodzi słonko .Znacie to? Czas spokoju. Dzieciak podrasta, robi się komunikatywny, co raz bardziej samodzielny. Możemy wypić ciepłą kawę, kiedy młode bawi się samodzielnie klockami. Możemy w spokoju wyjść na spotkanie z przyjaciółką, pewni,że mąż nie zadzwoni koło 22 z desperacją w głosie, bo młodzież nie może zasnąć bez mamy. Ba, na to spotkanie wychodzimy z torebką, w której nie znajdujemy kilku pampersów, plastikowej łyżeczki, chrupek i innych przegryzek, gryzaka, bidona i całego matczynego zestawu pierwszej pomocy. I wtedy gdzieś przypadkiem wpadamy na spacerze na koleżankę pchającą wózek, a w nim śpiącego słodkiego okruszka. Takiego co to uśmiecha się przez sen, stęka i cmoka słodko. Stoisz jak wryta przez sekundę, oddalasz od siebie dobrze znane uczucie, próbując przypomnieć sobie wszystkie przeciw. Myśl o maluszku wraca z co raz większą siłą i już wiesz,że ciężko będzie Ci ją odgonić. I to jest właśnie ten moment kiedy istnieje szansa, że zdecydujecie się na kolejne dziecko.

 

Ja jestem obecnie w punkcie pomiędzy, znaczy się na etapie „mi już wystarczy”. Są momenty, w których jestem dosłownie zmęczona macierzyństwem. Głupio to brzmi, bo w odróżnieniu do czasów gdy Mati był w wieku Antosia, obecnie mam ogromną pomoc od mojej mamy. Brakuje mi jednak czasem swobody. Spontaniczności w podejmowaniu decyzji. Jest mały Antoś i nie zawsze jest nam na rękę ciągnąć go ze sobą. A z drugiej strony głupio mi za każdym razem prosić mamę, by z nim została, zwłaszcza że na co dzień spędza z nim bardzo dużo czasu. Myśląc tymi kategoriami, trochę egoistycznymi przyznać muszę nie zdecydowałabym się na kolejne dziecko. Świadomość, że Antek powoli będzie wyrastał z pieluch, że robi się co raz bardziej samodzielny jest pokrzepiająca. Fakt, że z każdym dniem dorośleje i co raz chętniej naśladuje brata daje nadzieję. Ale jest i druga, kobieca strona tych decyzji. Bo ten instynkt sobie gdzieś tam we mnie drzemie. I wychyla się czasami, na małą chwilkę. Przypomina uśmiech przez sen, pochrząkiwanie, zapach noworodka. I wtedy znów tak człowieka ściska w dołku, a żołądek zaplata się w supełek. Myślę sobie wtedy co by było gdyby. A potem tą myśl odganiam. I wiecie, co? Smutno mi, że już nigdy nie zaznam tego uczucia. Że minęło bezpowrotnie.

 

W takich chwilach rzucam w kąt telefon, zamykam skrzynkę i przestaję odpisywać na wiadomości klientów. Idę do moich dzieci, przytulam się starając zatrzymać ten czas. Bo dziś tęsknię do noworodka, a za 15-20 lat gdy będą uciekać w świat będę tęsknić za nimi. Po prostu za nimi.