Naturalne planowanie rodziny

Przymierzałam się do napisania tego posta bardzo długo. Właściwie już będąc w ciąży myślałam jak przelać swoje myśli oraz doświadczenie i wiedzę jaką zdobyłam w temacie, by należycie przekazać ją innym. Wasze komentarze pod jednym z ostatnich postów sprawiły, że wróciłam do tematu.
Dla mnie bardzo intymnego, więc z miejsca zaznaczam, że proszę o zrozumienie. Słowa, które dziś padną to zbiór moich osobistych doświadczeń i pragnę, by ktoś z tego skorzystał w miarę możliwości. Sama kiedyś lekceważąco podchodziłam do tematu, wręcz naśmiewałam się z kalendarzyka. Kiedyś brałam pigułki i wydawało mi się, że Pana Boga za nogi złapałam, bo same plusy widziałam. Brak bolesnych miesiączek, ich regularność, piękna cera, pewna metoda antykoncepcji, a nawet moda. Tak, to było takie „na czasie” zażywać tabsy, a godz. 19 i pikający na telefonie alarm przypominający „weź pigułkę” ukazywał w oczach koleżanek fakt solidaryzacji.
Brałam pigułki przez 7 lat, z małą przerwą bodajże na kilka miesięcy. To bardzo długo. Teraz powiedziałabym, że za długo. O 7 lat. Brałam trójfazowe, czyli takie, które zawartością hormonów dopasowywały się do mojego cyklu. Mimo wszystko, spustoszenie jakie poczyniły w moim organizmie było ogromne. O skutkach łykania tabletek nie przekonałam się po miesiącu czy nawet po pół roku. Problemy z cyklem, z hormonami, z moim organizmem zaczęły się dopiero po roku.

Nerwy. Ogromne nerwy na wszystkich i na wszystko. I nie tylko w trakcie PMS. Do tego trądzik pojawiający się w drugiej fazie cyklu, choć tak właściwie w krostach chodziłam cały miesiąc. Ledwie  jedna zaczęła się goić pojawiała się następna. Głownie w okolicy ust, podbródka. To był dla mnie koszmar, bo nigdy wcześniej nie cierpiałam na trądzik. Nawet w okresie dojrzewania.
Potem pojawiły się plamienia przed okresem. Miesiączki o dziwo miałam stałe regularne, jednak zmieniło sie właśnie to, że na 3 dni przed każdą z nich dostawałam plamień. Mój ówczesny ginekolog bez badania poziomu progrsteronu przepisał mi luteinę na 3 miesiące. Pomogło jak umarłemu kadzidło. Do plamień przed miesiączką dołączyły plamienia po. Do tego krostki, taka kaszka pojawiła mi się na dekolcie i plecach. Wiedziałam, że jest coś nie tak, jednak lekarz ginekolog szedł w zaparte, że to się wkrótce unormuje.
To był juź ten czas kiedy zaczęliśmy z mężem myśleć o dziecku. Był początek grudnia, a ja umówiłam się na wizytę do lekarza endokrynologa- ginekologa z nadzieją, że dostanę skierowanie na badania hormonów. Jak dziś pamiętam tę wizytę. Dostałam kartkę z ankietą do wypełnienia, na podstawie której lekarz, który mnie przyjął z miejsca wypisał mi receptę na Bromergon. Jako, że w tym czasie już czytałam wszystko co mogłoby mi pomóc, o leku naczytałam się sporo. Złego. Dzięki temu nie dałam sobie wcisnąć w ciemno, bez badań, leku, który w organizmie mógł przynieść więcej szkód niż pożytku. Ostro wtedy potraktowałam gościa, wprost mówiąc co myślę nt jego niekompetentnego zachowania. Wyszło wtedy, że nawet w prywatnej klinice, w której mam wykupiony abonament lekarze są rozliczani z każdego skierowania, a on po 1 wizycie nie mógł mi go wypisać.
Już wtedy stosowałam jedną z metod naturalnego planowania rodziny. Od jakiś 3-4 miesięcy. Wiedzę w temacie czerpałam z książki Józefa Rotzera „Sztuka naturalnego planowania rodziny”, a także z doświadczeń dziewczyn na jednym z for poświęconych zagadnieniu, jakich pełno w internecie.
To właśnie wtedy, po kilku miesiącach stosowania metody objawowo- termicznej, czyli mierzeniu temperatury każdego dnia tuż po przebudzeniu i skrupulatnych zapiskach obserwacji mojego organizmu zauważyłam, że mam zbyt krótką fazę lutealną. Czyli fazę, następującą od momentu wzrostu temperatury, aż do jej gwałtownego spadku, który oznacza wystąpienie miesiączki. Związane to było najprawdopodobniej ze zbyt wysokim poziomem prolaktyny.
Niestety, moje obserwacje zostały przez lekarza skwitowane uśmiechem pod nosem. Wtedy przekonałam się, że ludzie na tego typu wiadomości reagują niczym na szarlatańakie wymysły. Stąd moja prośba o zrozumienie w temacie jeśli ktoś nie jest zwolennikiem metody.
Lekarz co prawda po mich prośbach skierował mnie na badanie tego hormonu, jednak wynik, który wyszedł dobrze nie był miarodajny. Dopiero później okazało się, że powinien zlecić badanie po obciążeniu. Nie zrobił tego, bo koszt takiego badania jest większy. Wolał leczyć w ciemno, podchodząc do mojego przypadku jak do statystycznej kobiety z podobnymi problemami.
Skoro zauważyłam, że lekarz poza przepisaniem kolejnych tabletek ( zasugerował mi 3-6 miesięcy kuracji tabletkami antykoncepcyjnymi) nie chce mi pomóc w rozwiązaniu problemu zdecydowałam się poszukać rozwiązania sama (będąc uczciwą wobec lekarza muszę dodać, że skierował mnie jeszcze na usg, które nie wykazało problemów z owulacją). Jeszcze w trakcie zażywania luteiny suplementowałam się witaminą B6, a także olejem z wiesiołka, który umożliwiał mi lepszą obserwację śluzu. Piłam też herbatę z bratka, która oczyszczała mój organizm z toksyn. Pomogło o tyle, że problem z wypryskami zmniejszył się, a śluz zrobił się możliwy do obserwacji. Jednak preparaty nie wyeliminowały problemu plamień.
Dopiero rady dziewczyn na forum, by zakupić Castagnus- preparat ziołowy, mający bardzo duży wpływ na regulację cyklu miesięcznego- ruszyły coś w temacie. Byłam już w takim miejscu, że myśli o ewentualnych problemach z płodnością w przyszłości, będące następstwem aktualnych problemów spędzały mi sen z powiek. Wiele się wtedy nasłuchałam nt problemów z zajściem w ciążę wśród par. Nagle okazało się, że wśród bliskich mi kobiet wiele jest takich, które z problemem spotkały się osobiście.
Lekarz tylko wzruszył ramionami na moje zapytanie o lek. Dużo czytałam opinii i to na ich podstawie podjęłam decyzję. W tym konkretnym przypadku zaufałam własnej intuicji. Spróbowałam, mając nadzieję, że nie wyrządzę sobie więcej krzywdy.
Kuracja powinna trwać 90 dni, a następnie robimy co najmniej miesiąc przerwy. Poprawę zauważyłam już po pierwszym cyklu, w którym faza wyższych temperatur się wydłużyła. Castagnus brałam przez 2,5 miesiąca, gdyż w czasie zażywania okazało się, że… jestem w ciąży. Ponoć zdarza się to bardzo często.
Nie wiem czy Mateuszek pojawił się, bo preparat wpłynął na mój cykl. Równie dobrze mogło stać się to zwyczajnie, naturalnie, bo rzeczywiście w tym czasie podjęliśmy intensywne starania. Tak się jednak złożyło, że w trzecim miesiącu starań udało się. Wierzę, że obserwacja własnego organizmu sprawiła, że nie zaufałam ślepo lekarzowi i nie dałam się faszerować lekami niczym królik doświadczalny. Jedyne czego teraz żałuję, to faktu, że zmieniłam ginekologa dopiero kiedy okazało się, że będzie Mateuszek. Na szczęście moją ciążę prowadziła już zupełnie inna lekarka. Normalna lekarka, która na wizycie po zakończeniu połogu nie zasugerowała wypisania recepty na środki antykoncepcyjne dla kobiet karmiących.
Obserwowałam swój organizm jeszcze długo po tym, gdy okazało się, że pod sercem noszę Mateuszka. Temperaturę mierzyłam do 8 tc każdego poranka, by śledzić czy nic złego się nie dzieje. Potem, z racji wzmożonej ochoty na sen odpuściłam, ale zapiski nanosiłam na wykres przez cały okres ciąży. Teraz, po roku od narodzin synka wracam do swoich obserwacji. Głównie ze względu na karmienie piersią, gdyż kompletnie nie wiem co się dzieje w moim organizmie.
Szczerze polecam. Wszystkim kobietom, które chcą dowiedzieć się czegoś więcej o swoim organizmie. Metoda nie jest trudna, wymaga jednak sumienności i zaparcia. Jednak bardzo szybko wchodzi w krew i po jakimś czasie poranne mierzenie temperatury, obserwacja śluzu i innych symptomów płodności staje się czymś zupełnie naturalnym. Daje przy tym szeroki obraz na temat naszego zdrowia.

Do nanoszenia codziennych zapisków polecam elektroniczne karty dostępne np na stronie enpr.pl

Jeśli macie jakieś pytania w temacie- śmiało.
W miarę możliwości postaram się na nie odpowiedzieć w komentarzach.