Nawet Mikołaj jeździ Plasma Car – KONKURS

Czy jest tu ktoś, kto jeszcze nie napisał listu do Świętego Mikołaja?
A może list napisany, ale został zbyt późno wysłany i boicie się, że starszy Pan w czerwonym kubraczku nie zdąży na czas?

Możecie odetchnąć, zdradzę Wam małą tajemnicę. Po ostatniej akcji, kiedy to zaginął Rudolf, Mikołaj tak bardzo się przestraszył, że znów mu renifer wytnie jakiś numer, więc postanowił w tym roku zamienić sanie na mega szybki, odjazdowy, a przy tym grawitacyjny, jeździk Plasma Car.

Jazdy próbne już odbył, sama widziałam jak wczoraj w nocy przejeżdżał pod moim oknem. Nie udało mi się fotki pstryknąć, bo przemknął jak błyskawica. Przetarłam oczy, zadzwoniłam do znajomego Elfa i wiecie co się dowiedziałam? Mikołaj postanowił sobie zrobić przejażdżkę i z Bieguna Północnego na Południowy skoczyć. Szalony!

A dziś rano, w skrzynce na listy (tak, tak- zazwyczaj Mikołaj to tradycjonalista!) znalazłam taką oto kartkę z informacją…

Z tyłu dopisek, zostawiony ręką Świętego cobym się nie ociągała i konkurs z samego rana ogłaszała. On nagrodę załatwia. Znalazł w sieci sklep Przygoda oferujący jeździki, na punkcie których oszalał i nie ma zmiłuj.

Ma być konkurs!

A nagroda dla zwycięzcy oczywista- jeździk!

Ale jaki pytacie?
No grawitacyjny! A jakże. Mikołaj wybrał dla Was niebieski, bo czerwony kolor już mu się znudził, a żółtym sam śmiga. (Ps. Plotek głosił ostatnio, że Mikołaj rozważa nawet czy nie napisać do Zienia z prośbą o zaprojektowanie nowego stroju. W niebieskim kolorze).

Sama ciekawa się jeździka zrobiłam. Weszłam na stronę sklepu poczytać co nieco, a tu telefon dzwoni. Po drugiej Mikołaj. Pyta czy konkurs już na blogu. Odpowiadam, że nie, no halo! Wcześnie rano Mikołaju, matka się kawy napić musi.
Nie słyszę jednak w głosie złości, za to podekscytowanie totalne.

Nie ogłoszony? To świetnie, bierz kartkę, długopis i notuj!

„Nie masz pojęcia jakie to cudo zwrotne jest! Trochę śniegu napadało, akurat przez Austrię jechałem. Patrzę na Grossglockner i myślę sobie, a może tak sprawdzić możliwości jeździka i slalom gigant ze szczytu urządzić? Długo się nie zastanawiałem, przecież nawet Mikołajowi chwila przyjemności się należy! Chwyciłem za narty, które ktoś pod stokiem zostawił, dopiąłem jako płozy do jeździka i voila!
Pędziłem niczym Vreni Schneider, tu zwrot alpejski, tam skręt telemarkowy. Wow! I już byłem na dole. Aaa dopisz tylko, że takie akcje to tylko Mikołaj, dzieci niech nie próbują”
Zapisałaś? To niezmiernie istotne! Słuchaj dalej!
„Przed wyjazdem jeden z Elfów sprawdził mi gdzie dostanę tanie paliwo. Wiesz, wszędzie trąbią, że kryzys na świecie, więc kto jak kto, ale Mikołaj przykład dawać musi. Okazało się, że paliwo w Nigerii jest siódmym najtańszym na świecie. Pojechałbym przez Stany, bo tam najtaniej, ale musiałem do Polski wpaść. Nigeria po drodze na Południe.  Elf wyliczył, że magicznego pyłu wystarczy akurat bym tam dotarł, potem muszę zatankować.
Podjeżdżam do dystrybutora (już w Nigerii rzecz jasna), szukam wlewu. Z lewej nie ma, z prawej nie ma. Co jest myślę?! Zaglądam jeszcze pod spód. Może to na baterie działa? Chwila zastanowienia. Z pomocą przyszedł chłopak pracujący na stacji, mówiąc, że pewnie jeździk napędzany jest siłą rąk i nóg. No tak! Przecież tak jest najbardziej ekonomicznie.
Oho, myślę sobie no to pięknie! Gdzie ja, sędziwy staruszek (choć duchem zawsze młody) dam radę na Biegun i z powrotem dotrzeć o własnych siłach? Ale cóż było robić? Ruszyłem w drogę. I nim się zorientowałem już byłem na miejscu! Kierowałem, a to cudo samo jechało! Wyciągnąłem nawet 10km/h, dasz wiarę?”

Nadążasz? Słuchaj, to jeszcze nie wszystko! 

„Schudłem trochę! No w końcu tyle wrażeń! Bałem się, że jeździk mnie nie udźwignie, bo przyznaję Mikołajowa Pani dobrze o mnie dbała w tym roku i brzuch się zaokrąglił. Setka na wadze pokazała się już w październiku. Przed wyjazdem było blisko 120kg! Dobrze, że nie więcej, bo musiałbym trochę pasa zacisnąć, zanim bym wsiadł na jeździk. Za to teraz spokojnie razem z workiem pełnym prezentów mogę wsiadać na jeździk. 120kg udźwignie, niesamowite!”

No i hit na koniec! Tylko nie zapomnij o tym wspomnieć!

„To jest pojazd całoroczny! Wiesz co to dla mnie oznacza? Że po Świętach sprawię Mikołajowej taki sam i będziemy się ścigać po salonach! No co? Muszę mieć formę na następny rok, trzeba więc trenować.
Tylko co na to renifery?”

Masz tu jeszcze kilka fotek, wrzuć na bloga. Niech zobaczą, że kota w worku nie daje.

Ho ho ho, taki żarcik!

Co mówisz? Zasady konkursu? Aaaa ustal sama, zadanie też wymyśl.
Dobra, jadę dalej. Do usłyszenia! Ho, ho, ho!

Myślałam, myślałam i mam!

Jeździk grawitacyjny otrzyma osoba, która w komentarzu pod postem odpowie jakie kraje jeszcze odwiedził Mikołaj w swojej drodze na Biegun Południowy i spowrotem. Puśćcie wodze fantazji (na to liczę!) i napiszcie. A może ktoś z Was widział go przypadkiem i fotkę pstryknął podczas gdy pił kawę na czubku wieży Eiffela?

Liczę na Waszą kreatywność, ogromnie bowiem ciekawa jestem przygód Mikołaja.
Piszcie lub prześlijcie na maila (takatycia@gmail.com) historię opowiedzianą obrazem.
Mogą być kolaże ze zdjęć, mogą być rysunki. Im ciekawiej tym lepiej!

Na Wasze historie czekamy od dziś tj. 02.12 do środy 04.12. do godz. 18:00.

Jeszcze tego samego dnia zostanie wyłoniony zwycięzca. Tak, tak! Musimy się spieszyć, bo Mikołaj chce Wam jeździk doręczyć na Mikołajki, a jakże! Warunek jednak jest taki, że komin, przez który ma się wcisnąć Mikołaj musi być na terenie Polski. Niestety te w innych krajach są zbyt wąskie i jeździk nie przejdzie 😉

Jest jeszcze jeden warunek. Jeśli podoba Wam się jeździk, to sklep Przygoda ma swój profil na FB. Polubcie go, niech jeździki dotrą do większej ilości osób.Mikołaj na pewno będzie zadowolony.

Jeśli polubicie Znaczki jak Robaczki, będzie mi miło. Choć nie jest to warunek konieczny 🙂



Podsumowując: 
1. Odpowiadamy na pytanie- w komentarzu jeśli jest to forma opowieści, na maila (takatycia@gmail.com) jeśli forma obrazkowa
2. Lubimy profil Przygoda na FB
3. W komentarzu podajemy „Obserwuję jako..” i zostawiamy na siebie namiar w postaci adresu e-mail
4. W środę 04.12 około godziny 21-22 wchodzimy na Znaczki i sprawdzamy czy Mikołaj się do Was uśmiechnął

Proste, nie? 🙂

Powodzenia!

KONKURS ZAKOŃCZONY- wyniki dostępne TU.  


Na tropie Rudolfa

Wielkie nieszczęście moi mili! Mikołajki za pasem, a Rudolf zaginął.
Tak, tak. Czerwononosy renifer prawdopodobnie znów wpadł w tarapaty.
Smuci się Mikołaj, Elfy też jakieś nieswoje. Co to będzie?
Trzeba poszukać Rudolfa koniecznie! Dzieciaki przecież listy napisały, czekają na swoje prezenty!
Z samego rana szybciutko wzięliśmy się za poszukiwania.
Na początek Mateuszek porozklejał plakaty z podobizną zaginionego Rudolfa.

Może ktoś go widział? Może ktoś cokolwiek wie?


Niestety, nikt nie widział Rudolfa. Postanowiliśmy, więc poszukać w naszych książeczkach. Może pomyliły mu się bajki i wskoczył przypadkiem gdzie indziej.

Już się ucieszyliśmy, bo naszym oczom ukazały się renifery. Niestety, żaden z nich nie miał czerwonego noska. Oh, Rudolfie gdzie jesteś??

Mateuszek postanowił jeszcze spytać swoich kumpli.  
Co robić koledzy, gdzie szukać?

A może Twój tatuś pomoże? Jest duży, na pewno go widział!

Tatuś niestety też Rudolfa nie spotkał, ale podpowiedział Mateuszkowi kto może mu pomóc. Gdy sam był małym chłopcem to bohaterom z jego bajek zawsze udało się wytropić ściganą postać.

Syneczku– powiedział tata- mieszkamy w Krakowie, najbliżej masz do Smoka Wawelskiego! 
On i Bartolini Bartłomiej herbu zielona pietruszka z pewnością Ci pomogą!

Od czego są bajkowi przyjaciele! Mateuszku, Ty nas jeszcze nie znasz, bo jesteś malutki, ale my Ci pomożemy! Jesteśmy fachowcami w swojej dziedzinie!– powiedział Inspektor Gadżet.

O tak! Ja Rudolfa złapię z pewnością! – rzekł Lucky Luke.

Brrrr, na pewno porwały go duchy– zaskomlał przestraszony Scooby.

Mateuszku, a może spróbujmy poszukać śladów! Każdy z nas je zostawia, a Rudolf ma cztery nóżki. Mogę pożyczyć Ci swojej lupy– zaproponował Reksio.

Ojej, tylko tu jest tyle śladów! Które należą do Rudolfa? – zmartwił się Mati.

Zaraz, zaraz zobaczcie! Tu są ślady i wszystkie prowadzą w jedno miejsce!

Koniecznie muszę tam zajrzeć!– pomyślał Mateuszek.

Mamo! Tam ktoś jest! 

Mamo, mamo! To chyba Rudolf, prawda? Ma czerwony nosek, widzę go 🙂

Już go wyciągam, tylko najpierw muszę przesunąć talerze. Oj, Rudolf! Jak Ty się tam znalazłeś?!

Co się okazało? 

Czerwononosy renifer pobrudził sobie kopytka w farbie, gdy jeden z Elfów malował sanie. Bardzo się tym faktem zasmucił, bo jak to tak? Z brudnymi kopytkami do dzieci poleci?
Usłyszał jak inne renifery rozmawiały ze sobą, że u Mateuszka w domku przed Świętami, mama będzie robić porządki. Będzie myć między innymi świąteczne talerze i kubeczki z podobiznami reniferów, z których całą rodziną będą korzystać w tym szczególnym okresie.

Pomyślał, że skoro inne reniferki będą się kąpać w zmywarce, to on szybciutko tam wskoczy i umyje sobie kopytka, tak aby były czyste kiedy wyruszy w podróż spełniającą dziecięce marzenia.

Niestety został zamknięty w zmywarce, a Mikołaj i reszta ekipy bardzo się o niego martwili.
Na szczęście, dzięki Mateuszkowi udało się go odnaleźć, a wszystkie grzeczne dzieci na pewno otrzymają wymarzone prezenty.

Wszystko szczęśliwie się skończyło, a Rudolf oraz Mateuszek nauczyli się, że do zmywarki nie wolno wchodzić, bo mama może nie zauważyć i zamknie drzwiczki.

Wkładamy tam tylko brudne naczynia, a i tak robią to tylko dorośli.

Ufff! Nam, a właściwie Mateuszkowi udało się odnaleźć Rudolfa. Mikołaj będzie szczęśliwy. 
Myślicie, że ta historia jest możliwa? Nie? To zapraszam Was do opowiedzenia własnej 🙂

Na autorów najciekawszych odpowiedzi czekają fantastyczne nagrody.
Szczegóły znajdziecie na blogu Zawód Kobieta.

Lekcja 5 Zdrów jak ryba

W wielu komentarzach padło stwierdzenie, że prawidłowe odżywianie to jeden z elementów wspierania naszej odporności.
Warzywa, owoce, węglowodany i zdrowe tłuszcze.
A jak zdrowe tłuszcze to od razu na myśl przychodzą ryby.
O tym,że ryby są zdrowe nie trzeba nikogo przekonywać.
Czy smaczne, to już kwestia podniebienia.
Ostatnimi czasy zyskały na popularności, dzięki różnych kampaniom społecznym.
Pamiętam jednak, że będąc dzieckiem nie był to zbyt częsty posiłek w moim domu.
I nie mówię tylko o sobie, bo wiadomo- ze względu na ości dla dzieci wybieramy raczej fileta bądź ewentualnie paluszki rybne (choć trzeba uważać, bo czasem niewiele mają wspólnego z rybą), ale też i rodzice nie często je spożywali.
A może nie pamiętam?
Odnoszę wrażenie, że rybka popularność swą zyskała wraz z pojawieniem się na półkach sklepowych łososia. Jakoś nie mogę sobie przypomnieć tej ryby z czasów mojego dzieciństwa. Ok, nie ukrywajmy- wychowywałam się w latach, gdy w sklepach towaru było jak na lekarstwo. Jednak nawet później- w latach 90′ łosoś nie był towarem zbyt popularnym.
Nie kojarzę kiedy dokładnie zaczynał zyskać na popularności, jednak cały ten boom na łososia i inne ryby trwa od kilku lat. I dobrze, bo przecież to samo zdrowie.
Szkoda tylko, że wraz z rosnącą popularnością ryb wzrosła też ich cena.
I to dramatycznie.
Przeciętnej rodzinie ciężko byłoby pozwolić sobie na rybkę np co drugi dzień.
Na szczęście 1 porcja w tygodniu jest równie zdrowa.
Dziś piątek, więc dzień na przygotowanie ryby odpowiedni.
A może by tak łososia na parze?
(dla dociekliwych- nie jem obiadu o 10- zdjęcie pochodzi z środowego obiadku)
Całość zajmuje dosłownie 1h.
Pysznie, lekko i zdrowo.
Inspirację zaczerpnęłam z bloga
Przepis zmodyfikowałam jedynie o sposób pieczenia.
Naprawdę polecam!

Będąc w ciąży nie jadłam zbyt wiele ryb- w odróżnieniu od czasów sprzed ciąży, kiedy to w każdym tygodniu ryby pojawiały się na naszym stole.
Właściwie poza wakacjami nad morzem podczas ciąży nie jadłam ich wcale.
Po pierwsze w tych surowych typu śledź bałam się Listerii, wędzona makrela mnie odrzucała.
Inna sprawa, że niezbyt wielką miałam na nie ochotę.
Był tylko jeden moment podczas zeszłorocznych wakacji nad Bałtykiem, że zachciało mi się smażonej ryby- kwestia dochodzącego ze smażalni zapachu.
W smażalni owej zamówiliśmy bodajże dorsza. Nie powiem, był bardzo dobry, jednak jak na mój aktualny stan- czyli coś koło 5 miesiąca zbyt tłusty.

Wiem, że kwasy tłuszczowe jakie zawierają ryby są bardzo zdrowe i ich spożywanie jest szczególnie istotne w czasie ciąży i karmienia piersią.
Dlatego teraz mam zamiar zacząć zażywać tran Möller’s z niebieską etykietką, który zawiera kwasy Omega-3.

A wracając do tematu ryb. Ja osobiście staram się kupować świeże ryby. Mam to szczęście, że mieszkamy niedaleko sklepu rybnego, który ma naprawdę dobry towar. Dwa razy w tygodniu jest nowa dostawa, a rybki idą jak świeże bułeczki. Nie ma mowy,żeby nabyć coś nie pierwszej świeżości.
Czasem żałuję, że nie mieszkamy nad morzem, gdzie ryb jest pod dostatkiem każdego dnia- być może wtedy byłabym do nich dużo bardziej przekonana.

Mieszkając tu, na Południu pozostają nam wypady na ryby…z wędką.
To jedna z pasji mojego męża.
Jednak nigdy nie bierze do domu ryb, które złowi- zawsze zwraca im wolność.
W tym czasie ja relaksuję się na słońcu łapiąc witaminę D.

W naszym domu najczęściej jemy śledzie (mąż robi z nich genialną sałatkę) oraz dorsza. Zdarza się też flądra lub pstrąg. Zasadę mamy jednak taką, że to Boguś przygotowuje wszystkie ryby, bo mi najzwyczajniej w świecie nigdy nie wychodzą.
Nie przepadam za tuńczykiem- tym z puszki. Zwłaszcza odkąd dowiedziałam się, że zawiera dużo rtęci, która jest groźna dla kobiet w ciąży.

No i osławiony łosoś- czy wiecie, że jego spożywanie łagodzi bóle menstruacyjne?
Muszę kiedyś wypróbować…choć mam nadzieję, że dopóki karmię nie doczekam się zbyt szybko tego momentu 🙂

Z ciekawostek odnośnie ryb mogę Wam jeszcze powiedzieć, że np jedzenie pstrąga, który zawiera bardzo duże ilości witamin A, D i E wpływa na wygładzanie zmarszczek. Kobietki, to coś dla nas! 🙂

A dla mamuś karmiących, których pociechy cierpią na skazę białkową i są zmuszone odstawić mleko polecane są sardynki. W związku z tym, że rybki te spożywa się wraz ze szkieletem są bogatym źródłem wapnia.
100 gram tych ryb zawiera go tyle samo, co szklanka mleka!

Tak, więc jedzmy ryby i bądźmy zdrowi jak RYBA! 🙂

No i pijmy tran- też na zdrowie!

PS. Wrócę jeszcze na sekundkę do rybek, tych żelowych.
Wczoraj kilka osób o nich wspomniało, padło nawet pytanie jak smakują.
Postanowiłam to sprawdzić.

W pudełku znajdują się 4 foliowe blistry- w każdym mamy po 9 żelek.
Razem daje nam to 36 rybek.

 Co jest fajne, to to, że każdą żelkę można oderwać i np włożyć dziecku do kieszonki czy pojemnika ze śniadaniem, aby mogło zjeść w szkole lub przedszkolu.
Zafoliowane są jak tabletki antybiotyków- bardzo szczelnie, na pewno nie dostanie się do nich powietrze ani zarazki.

Same żelki bynajmniej nie przypominają miśków Haribo.
Są mięciutkie i raczej płaskie.
Cała rybka ma ok. 2 cm długości i ok. 0,5 cm grubości.

W środku zaś nie znajduje się żaden płyn tak jak myślałam.
Za to zapach jest obłędny. Już po rozfoliowaniu ma się ochotę taką rybkę szybko zjeść bo tak pachnie.
Mi przypominał zapach gum kulek z dzieciństwa :))
Smak jest typowo owocowy- bardzo dobry!

Producent podaje, że dzienne spożycie to 2 szt, tyle też zjadłam. Nie wiem czy rybki są również w innym kolorze i tym samym zapachu czy smaku- ja trafiłam na pomarańczowe.
Jeśli jutro upoluję inny kolor na pewno Was poinformuje.

Jak oceniam rybki? Na 5 z plusem.
Dlaczego? Bo są rewelacyjne, tylko dla mnie troszkę za małe.
Zachłanność na słodkie ze mnie wychodzi 🙂
Jakbym była dzieckiem dałabym 6 bez wahania 🙂

Żelki przeznaczone są dla dzieci od lat 3.
I oczywiście znajdują się w zestawach, które dla Was mam.

Zapraszam do zabawy!

I jeszcze mały rebus.

Zapamiętajcie rozwiązanie. Na pewno się jeszcze przyda 🙂