„Czego się napijesz? Kawy, herbaty, a może wody?”

„Czego się napijesz? Kawy, herbaty, a może wody?” pytasz koleżankę wpadającą z wizytą. Te trzy propozycje większość z nas w domu ma, nawet jeśli sami na co dzień nie pijemy.

U nas zdecydowanie króluje woda. Zimą owszem, pojawia się herbata. Ale to bez wody nie wyobrażam sobie codziennego funkcjonowania. Butelka stoi w kuchni, druga zawsze przy łóżku. W czasach przed dziećmi kupowaliśmy lekko gazowaną. Taka smakowała nam najbardziej. Potem z uwagi na ciążę, karmienie, rozszerzanie diety Matiego przerzuciliśmy się na niegazowaną. I tak już zostało.

Jak wpada ta przysłowiowa koleżanka na przysłowiową kawę i prosi o wodę to czasem mi głupio. Bo tak wiecie, samą wodą człowieka częstować?  Nie chodzi o to, że jakieś ciastko wypada podać. Ale no woda. Nuda. U nas jakoś tak się przyjęło, że bardziej herbata czy kawa. Ale są tacy, co to kłopotu robić nie chcą i o wodę proszą. A potem zamoczą usta dwa razy. Bo może im nie smakuje?

Dlatego jak dostałam propozycję przetestowania urządzenia SodaStream to przyznaję bez bicia – dwie myśli przyszły mi do głowy. Uff, nie będę musiała kupować butelkowanej gazowanej, a zawsze będę mieć pod ręką na wypadek np jakiejś niezapowiedzianej wizyty. I dwa – zawsze będę mieć pod ręką do przyrządzania naleśników, które Mati pochłania w ilościach hurtowych. I sprawdziło się.

DSC_0215

Za wodą gazowaną nie przepadam. Jeszcze samą wypiję, natomiast w połączeniu z sokami owocowymi mi nie podchodzi. Co innego lekko gazowana. Wystarczy jedno naciśnięcie i mam optymalną ilość bąbelków. Dlatego taką robię najczęściej.

Urządzenie jest banalne w obsłudze. Wlewamy do dołączonej butelki wodę. Można kranówę (ja się nie odważyłam), można przefiltrowaną (już prędzej) lub wodę butelkowaną. Ten ostatni wybór co prawda nijak się ma do założeń idei SodaStream o ekologicznym użyciu wody, jednak woda w Krakowie mimo zapewnień wodociągów, zwyczajnie smakuje obrzydliwie. Co innego gdybym miała dostęp do czystej, dobrej wody (oby już niebawem!).

DSC_0225

Napełnioną butelkę wkładam do ekspresu, naciskam w dół aż do zaświecenia się lampek z kropelkami. W moim przypadku wystarczy jedna kropelka i mam bąbelków na lekko gazowaną wodę. Analogicznie 5 kropelek to woda bardzo gazowana. Jest jeszcze wersja pośrednia- średnio gazowana.

DSC_0226

I to tyle jeśli chodzi o obsługę.Banalne. Dziecko obsłuży bez problemu (mój 3 latek daje radę, a jaką ma frajdę!).

Wewnątrz urządzenia znajduje się nabój (do którego dołączony jest certyfikat, a bez którego nie napełnimy naboju ponownie). Wystarcza on na około 80l wody.

Pamiętacie syfony z naszych (moich na pewno) dziecięcych lat? Zasada działania podobna. Smak podobny, choć sama nie jestem pewna czy do końca go pamiętam. W każdym bądź razie idealizuję, bo teraz tak modnie – wszystko co w tamtych czasach przecież było super – nawet woda z brudnej musztardówki na łańcuchu 😉

Urządzonko jest wolnostojące, nie potrzebujemy prądu do jego obsługi. Mamy różne wersje do wyboru, mniej lub bardziej designerskie. Ja akurat posiadam białą wersję Source i uważam, że jest ona na tyle uniwersalna, a przy tym wyjątkowa, że wpasuje się do każdego wnętrza nadając mu charakteru. Nie zajmuje sporo miejsca. Niewiele więcej niż butelka z wodą.

DSC_0229Do urządzenia można kupić różne syropy smakowe. Można w domu zrobić swoją colę. Jak smakuje, nie wiem. Ale może ktoś z Was miał okazję pić i powie jak ma się smak do oryginalnej butelkowanej wersji? 🙂

DSC_0231

Stawiamy na minimalizm. Nam wystarczą listki mięty, trochę cytryny. Dla walorów smakowych można dodać plasterek imbiru (świetnie wpływa na przemianę materii, a jak wiecie sama woda, już daje dobre efekty).  Dla większego efektu wizualnego można przysłowiową koleżankę uraczyć bąbelkami z dodatkiem owoców. Np pomarańczy, kiwi, a nawet truskawek. Tak podana na pewno wzbudzi zainteresowanie i jest szansa, że koleżanka wypije trochę więcej niż dwa łyki. A my przy okazji poczujemy się dobrze, jak na prawdziwą Panią Domu przystało 😉

DSC_0238

* na zdjęciach woda o dużym nasyceniu gazem.

 

Za-chustowani

Jak większość z Was wie, chusta jest z nami od marca. Po konsultacjach chustowych, które prowadziła Kasia, a o których pisałam TU mój wybór padł na chustę tkaną.
Więcej o chustach pojawi się na blogu, bo wciąż mam przyobiecany wpis gościnny, tylko Kasia to bardzo zapracowana kobietka jest i wolę poczekać na dogodny moment 😉
Nie mogę napisać, że chusta towarzyszy nam na codzień. Niestety tak nie jest, był moment, że ciężko było mi się przełamać i zawiązać. Wciąż wydawało mi się, że robię to źle. W dodatku Mati przy wiązaniu jest ruchliwy, kręci się na boki. Po zamotaniu byłam upocona jak koń po westernie.
Ostatnio jednak nastąpił jakiś przełom. Zmuszona do szybkiego wyjścia z domu z psem postanowiłam nas zawiązać. I jakoś tak bardzo skupiłam się na wyjściu, że zawiązałam bez większych problemów.
Od tamtej pory idzie gładko.
I całe szczęście, bo już się bałam, że wyrzuciłam pieniążki w błoto.
Jako, że już trochę się zdążyliśmy ponosić, pomyślałam, że najwyższa pora skrobnąć kilka przemyśleń. I rzucić jakieś fotki z naszego noszenia.
Wiążemy się najczęściej w tzw. kieszonkę (z przodu) oraz rzadziej w plecaczek (z tyłu).
Są to techniki, które nauczyła nas Kasia. Mam co prawda książeczkę z innymi metodami wiązań, ale nie udało mi się zebrać i spróbować.

Jeżeli chodzi o Mateuszka to bardzo lubi być wiązany i noszony w ten sposób. Świat widziany z tej perspektywy wydaje się być dużo ciekawszy, więc za każdym razem będąc na spacerze rozgląda się dookoła zafascynowany. Nie ma mowy, żeby zasnął. Więc jeśli zależy mi na jego drzemce podczas spaceru to niestety chusta zostaje w domu. Jednak na szybkie wypady z Szelmą, gdy nie chce mi się ładować do windy z wózkiem, chusta nadaje się idealnie.
Wśród sąsiadów, z tak zapakowanym Mateuszem zawsze wzbudzam sensacje. Podchodzą, pytają czy mi wygodnie, czy synek nie protestuje. Najwięcej troski wyrażanej jest o mój kręgosłup. Niezmiennie powtarzam to samo- z dzieckiem zawiązanym w chuście nie czuć wagi tak samo jak z dzieckiem na rękach. Mateuszek zamotany nie waży 9kg, a jakieś 5. Jest różnica bardzo duża. Bez większego problemu wytrzymuję 20 min spokojnego chodzenia. Spróbujcie sobie wyobrazić mnie w sytuacji gdy przez ten czas noszę Matiego na rękach… nie ma szans..

Jest jeszcze jedna kwestia nurtująca innych, a która także i mi nie dawała spokoju. Zbliża się lato oraz upały (mam taką nadzieję). Na razie nie zauważyłam, żeby było nam jakoś specjalnie cieplej od siebie. Ale przyznać muszę, że w czasie gdy temperatura na zewnątrz sięgała blisko 25 stopni używałam wózka.

Czytałam jednak, że są różne sposoby radzenia sobie w takiej sytuacji. Można na przykład pomiędzy dziecko a mamę włożyć pieluszkę tetrową, która będzie izolować ciepłotę naszych ciał.

Chusta, którą wybrałam to Inka z firmy Storchenwiege. Sporo czytałam na temat „łamania” chust. Nasza przeszła 2 prania, kilkanaście (może już dziesiąt) wiązań i muszę przyznać, że teraz już się lekko poddaje. Albo ja, z braku doświadczenia nie wiem na czym polega różnica.

Chusta jest bardzo pozytywna kolorystycznie i pasuje mi do większości ubrań. Przyciąga też wzrok ludzi na ulicy. I uśmiechy, co bywa bardzo, bardzo miłe.

Chusta jest dlugości 3,6m, co przy moich niecałych 160cm wzrostu jest optymalne.

Zdjęcia self-made, niestety nie do końca oddają jej urok. Mam nadzieję, że któregoś dnia uda mi się zgrać z mężem i to on pstryknie nam troszkę fotek.

Tymczasem, wciąż zastanawiam się nad zakupem nosidła Tula. Mam w sobie jakieś niezmierzone pokłady miłości do tych ergonomików jeszcze od czasów ciąży. A Mateusz już siedzi, prawie stabilnie. Myślę, że to kwestia dni, co najwyżej tygodni.

Miłość ta na nowo odżyła, gdy zobaczyłam nowe wzory jakie Firma wprowadziła na rynek.

Więcej wzorów TU.

Powzdycham dalej…