Jedziemy! Jeszcze dalej niż na Północ!

Dwa dni prasowania, układania, przekładania, pakowania. W domu panuje istny sajgon. Torby, cały sprzęt biwakowy, zabawki Mateuszka, przewodniki. Gdzie okiem nie spojrzeć wszędzie rzeczy na wyjazd.
Pomiędzy tym wszystkim w pogoni za Szelmą raczkuje Mati. W panującym rozgardiaszu odnajduje się wspaniale, tyle rzeczy do zabawy. A Szelma? Też będzie mieć wakacje. Zaopiekują się nią moi rodzice. Tak samo jak kwiatkami w domu i na balkonie.
Dziś czekają nas jeszcze ostatnie zakupy, zapakowanie wszystkiego do auta (o ile jakimś cudem się zmieści) i w drogę!
Przed nami 1800km. Cel naszej podróży to malutka miejscowość Vierville sur Mer.
Jedziemy na Północ, jeszcze dalej niż na Północ.
Jeszcze dalej niż Północ
Jak widzicie nie jedziemy sami. Zabieramy ze sobą towarzyszy naszej podróży.

Od zaprzyjaźnionego sklepu – Babylandia (o sklepie pisałam TU) dostaliśmy zgrabną parasolkę Inglesina Trip, która bez problemu zmieści się do bagażnika naszego samochodu. Istnieje, więc cień szansy, że jakoś upchniemy nasze rzeczy do auta. Przy stelażu naszego Kudu koniecznie musielibyśmy brać bagażnik dachowy.
inglesina trip peltro
Przetestujemy ją na całego i na pewno zdamy z testów relację. Choć przyznać muszę, że już kilka razy Mati przejechał się nową bryką i jak na razie wrażenie pozytywne. Po obu stronach.
Do Francji pojedzie z nami również kocyk bambusowy od MayLily, którego z pewnością nie raz widzieliście już w naszych postach.
kocyk bambusowy
Sprawdzimy właściwości kocyka w troszkę innych warunkach niż na codzień 🙂
A skoro jest kocyk, to musi być też coś…. od Mamanki.
Mamanki wypatrujcie na zdjęciach z wakacji, które mam nadzieję codziennie dla Was wrzucać.
Niech to będzie taka zabawa na spostrzegawczość. Na pewno szybko odgadniecie cóż to takiego.
Pozdrawiam Was w klimacie iście wakacyjnym.
A na wolne wieczory polecam obejrzenie dwóch naprawdę dobrych, francuskich komedii.
 Ktoś ma wątpliwości skąd tytuł naszej wakacyjnej przygody? :))

Podaruj mi trochę słońca – kierunek Prowansja.

Jeszcze wczoraj biegałam po deszczu w kaloszach, Mateuszka osłoniętego folią woziłam w wózku. I nawet pozytywy z sytuacji wyciągnęłam. Bo jakoś tak przyjemnie było. I ciepło.
A dziś od rana kap kap w parapet, tak, że wyjść spod kołdry się nie chciało. I nie tylko mi, bo Mateuszek również spał na całego.
W takie dni jak dziś zazdroszczę tym co na południu kontynentu, słońce mają każdego dnia. Na hasło „wakacje” spakowałabym Mateuszka, siebie i męża w 15 minut. Tak bardzo mi się marzy.. zapewne świadomość, że przechodzę na urlop wychowawczy i związany z tym brak kasy sprawia, że to co nieosiągalne marzy się jeszcze bardziej.
Skoro jednak u nas deszcz, a wakacje pełne słońca w sferze marzeń, to trzeba sobie radzić w inny sposób.
Macie ochotę na wirtualną dawkę witaminy D?
Prowansję odwiedziliśmy z mężem w lipcu 2010r. Zjechaliśmy sporo kilometrów, zatrzymując się w napotkanych po drodze małych miasteczkach. Zakochaliśmy się w smaku bagietki „gross pain” maczanej w jogurcie naturalnym La Fermière. 
Tańczyliśmy na moście w Avignon, pływaliśmy w ciepłych wodach morza Śródziemnego, spoglądaliśmy w przepaść Wielkiego Kanionu na rzece Verdon i mrużyliśmy oczy od światła odbijającego się od pomarańczowych piasków w kopalni Ochry. 

Wracaliśmy zapakowani po dach w sól z Camargue,  mydło Marsylskie, konfitury Maman, miód lawendowy i zioła prowansalskie. 

To były jedne z najpiękniejszych wakacji w moim życiu. Wakacje pełne mieszających się zapachów ziół takich jak rozmaryn, lawenda, estragon. Pełne odgłosów cykad. Z podmuchem delikatnego wiaterku na ramionach. 
 
Jechaliśmy bez planowania, rezerwacji noclegów. Z przewodnikiem pod pachą i gps’em wytyczaliśmy kierunek, omijając autostrady. Zobaczyliśmy dzięki temu kawałek prawdziwej Francji, lawendowe żniwa. Staliśmy przed 7 rano w kolejce po bagietkę wraz z mieszkańcami wioski, w której się zatrzymaliśmy. Odkrywaliśmy miejsca z przewodnika, a także te z reguły nieodwiedzane przez turystów. 
Zatrzymywaliśmy się na napotkanych po drodze polach kempingowych, bez trudu dogadując się czasem samym uśmiechem. 
 
Jeżeli macie chwilkę, usiądźcie wygodnie. I pozwólcie się zabrać w sentymentalną podróż po pachnącej lawendą Prowansji…

 

 

Wąskie uliczki, wyblakłe kamienne domy, jakby przyczepione do umiejscowionego na wzgórzu renesansowego zamku, czasem kościoła. Place brukowane kostką,z wydzielonym piaszczystym miejscem, na którym w cieniu Platanów miejscowi grają w bule. Tak wygląda większość miasteczek, które mijamy po drodze. 

 

 

Wymarłe w czasie sjesty, ożywają wieczorem. 

 

 

Na obrzeżach Prowansji próżno szukać pól pełnych lawendy. Zamiast nich żółcą się w zachodzącym słońcu ogromne kwiaty słoneczników.

 


Nad Prowansją króluje Mont Ventoux, czyli ogromna Góra Wiatrów (na zdjęciu poniżej- w tle).
Położna z dala od innych alpejskich szczytów, wśród niskich wzgórz i płaskowyżów sprawia, że jest świetnym punktem widokowym na równiny Prowansji wokół Awignonu.

Wśród równin schowanych pomiędzy wzniesieniami, gdzie powietrze robi się coraz bardziej parne odkrywamy mieniące się fioletem pola lawendy. Zapach bijący w nozdrza odurza.

Rejony ze zdjęć to okolice miasteczka Sault. Typowo turystycznego zresztą, nastawionego na zyski z osób je odwiedzających. Ciężko w nim zaparkować, zwłaszcza gdy trafiło się tak jak my na odbywający się akurat jarmark.

Miasteczko, jak większość w Prowansji zbudowane zostało na wzniesieniu, z którego mamy widok na okolicę.

Zmierzamy dalej do słynnej Abbaye de Senanque, mijając po drodze typowe dla tej okolicy widoki.

Wznosimy się wysoko wśród wzgórz, jadąc po krętej drodze. Nagle naszym oczom, daleko w dole ukazuje się widok opactwa.

Samochody zatrzymują się na wąskim poboczu, bo każdy chce zrobić zdjęcia. Każdy planujący wycieczkę po Prowansji zaznacza na swojej liście miejsc do zobaczenia ten punkt.

Podejrzewam, że każdy kto choć trochę interesował się tym regionem Francji spotkał się wcześniej z fotografią opactwa.

Abbaye Notre-Dame de Sénanque, bo taka jest pełna nazwa, to jedno z najstarszych i zarazem najsłynniejszych opactw w regionie. Mieszkający tu mnisi od wieków zajmują się uprawą lawendy i produkcją miodu. Na terenie klasztoru działa sklepik, w którym można nabyć pamiątki. Ceny jednak nie należą do niskich.

Opactwo warto odwiedzić latem, gdy wokół murów kwitną pola lawendy, a gorące powietrze wypełnia jej intensywny zapach.

Z pięknych lawendowych pejzaży, udajemy się na zwiedzanie kopalni Ochry.
Docieramy do miasteczka Roussillon, którego domy zabarwione są w odcienie czerwieni, pomarańczu i żółci. Na sam widok robi się gorąco, co w połączeniu ze wspinaczką pod górę podczas 30 stopni daje się odczuć.

Jednak miasteczko ze swoimi kolorami jest jedyne w swoim rodzaju.

Bezpośrednio do miasta przylega kopalnia Ochry, której zwiedzanie warto zacząć od zmiany obuwia, na takie, które później bez problemu będzie można umyć pod wodą.

Mimo, iż ścieżka wyłożona jest drewnem i tak stopy mamy całe „pomalowane”, gdyż piasek pokrywa ją skutecznie.

Ochra wykorzystywana jest w przemyśle do produkcji farb,zabarwiania wyrobów ceramicznych, materiałów budowlanych, a także w przemyśle kosmetycznym.

Pomarańczowy krajobraz sprawia, że po wyjściu z kopalni wszystko wydaje się ciemne i przygaszone. Moje oczy dość długo musiały przyzwyczajać się na nowo do normalnych widoków.

Po wizycie w kolorowej kopalni zmierzamy do równie pomarańczowego miasta, przynajmniej z nazwy- Orange. Wjeżdżając do centrum napotykamy mniejszą wersję Łuku Triumfalnego.

Nie jest to jednak replika Łuku Triumfalnego znanego nam z Paryża. Budowla ta bowiem została wzniesiona jeszcze w starożytności w 27 r n.e.,nosi nazwę Łuku Tyberiusza, na pamiątkę zwycięstwa Rzymian nad Galami.

W mieście znajduje się także starożytny teatr.

Poza tym, jak w każdym innym miasteczku na południu Europy możemy spotkać placyki, na których znajdują się fontanny i studnie, z których spragnieni upałem turyści mogą zaczerpnąć wodę zdatną do picia.

W cieniu Platanów można było natknąć się też na parysko brzmiące w nazwach restauracje.

Były też atrakcje dla dzieci. Do tej pory nie doszłam cóż to takiego…

A także coś, dla lubiących urządzać przestrzeń wokół siebie. Te 3 lata temu sklepiki tego typu w Polsce dopiero kiełkowały. Tam było ich zatrzęsienie.

Po zwiedzaniu, wracając na pole kampingowe natknęliśmy się na pewną posiadłość.
Nie wspominałam o tym nigdy na blogu, ale jako pasjonatka twórczości Bronte czy Austen zawsze chciałam mieszkać w domostwie, do którego droga wiłaby się wśród ogromnych, starych drzew.

To właśnie tam znalazłam aleję ze swoich marzeń…

Jak się okazało, droga prowadziła do zameczku- pensjonatu o nazwie Château de Beauregard. 

Jednak nie przypominał on wyglądem słynnego zamku znad Doliny Loary.

Podejrzewam jednak, że cena za nocleg była iście królewska..
Nam pozostał nasz skromny namiocik na polu kempingowym.

Pamiętam, że po kolacji padliśmy ze zmęczenia. Następnego dnia w planach mieliśmy tańce…

Z samego rana pojechaliśmy, więc w kierunku Avignon, gdzie na początek zwiedziliśmy Pałac Papieży.

 

Gotycka budowla wraz z przyległą obok katedrą i częściowo zachowanym mostem na rzece Rodan tworzy ogromny kompleks architektoniczny.

 

W Pałacu można było wspiąć się na wyżyny, tuż pod sam dach skąd rozpościerał się widok na miasto.

Komercja jest wszędzie, więc oczywiście na terenie budowli znajduje się sklepik z pamiątkami. A w nim i turyści. Również z Polski, co było dla nas wielkim zaskoczeniem, bo zbyt wielu krajanów podczas naszych podróży nie spotykamy.

Na murach można było spotkać sprawców pięknie brzmiącej muzyki.

Tak moi mili, ta wstrętna wielka mucha to cykada…

Bezpośrednio z Pałacu przechodzi się na słynny mostPont Saint-Bénézet, znany Polakom choćby z piosenki Ewy Demarczyk czy też Budki Suflera.

Według jednej z tradycji most nie został ukończony i nigdy nie sięgnął do drugiego brzegu, jednak jest to niezgodne z zachowanymi źródłami ikonograficznymi, na których most przedstawiany jest jako wzniesiony w całości.

Z mostem związana jest jeszcze jedna bardzo znana piosenka…  

Sur le pont d’Avignon L’on y danse, l’on y danse
Sur le pont d’Avignon L’on y danse tous en rond

Żeby nikt nie miał wątpliwości, zatańczyć trzeba. Tańczyliśmy, więc.

A jeśli ktoś nie znał, bądź nie pamiętał melodii nic straconego. Można było sobie posłuchać..

Nawet polskich przebojów!

W mieście w lipcu trwa festiwal ulicznych teatrów. Jest gwarno, tłoczno, dużo się dzieje. Każde wolne miejsce na murze od razu anektowane jest pod plakat reklamujący przedstawienie..

Wesoło było, nie powiem. Mogliśmy zabawić dłużej, jednak spieszno nam było… nad morze….

Odpocząć trochę, popływać, poopalać się… ale o tym może innym razem.

O ile będziecie chcieli?