Za jakie grzechy, dobry Boże?

Randki z mężem obecnie należą do przyjemności trafiających się raz na ruski rok. I to w pewnym sensie dosłownie, bo ostatni raz w kinie byliśmy blisko rok temu na filmie Babcia Gandzia. Nie jeden raz pisałam Wam, że francuskie produkcje zwykle wygrywają, gdy przychodzi do wyboru repertuaru, dlatego i tym razem nie było inaczej. Obejrzany zwiastun tylko uświadczył mnie w słuszności wyboru.
Nie o samym filmie jednak dziś mam zamiar napisać, bo recenzji Za jakie grzechy, dobry Boże w internecie znajdziecie na pewno sporo. Chciałabym o uprzedzeniach jakie są w nas głęboko zakorzenione porozmawiać, bo o nich właśnie jest film.
Dla tych, którzy nie mieli przyjemności obejrzeć filmu małe streszczenie. Francuskie małżeństwo i 4 piękne córki. Matka katoliczka, traktująca księdza jak lekarstwo na wszystkie bolączki. Ojciec konserwatysta, Gaullista. Piękny dom z ogrodem. Sielanka, która z każdym kolejnym małżeństwem córek pryska niczym bańka mydlana. Ojciec zagryzający zęby, matka wpadająca w depresję. A wszystko za sprawą zięcia Żyda, Araba i Chińczyka. Jedyna nadzieja w najmłodszej córce. Marzenie matki, by wydać ją za katolika spełnia się. Połowicznie. Dopóki nie okazuje się, że wybranek serca jest ciemnoskóry. Czara goryczy zostaje przelana. Choć w filmie mnóstwo gagów i śmiesznych scen, reżyser trafnie ukazuje stereotypy narodowościowe, rasizm i uprzedzenia.
Zaśmiewasz się do rozpuku z kolejnej sceny, pogryzając popcorn, by za chwilę głęboko zastanowić się nad tym co zobaczyłeś. I nagle zdajesz sobie sprawę, że w każdym z nas chyba trochę tych uprzedzeń wciąż jest.
Mam jedno dziecko, w dodatku syna, więc nie bardzo mam jak porównywać te sytuacje. Szczerze mówiąc nie miałabym kompletnie nic przeciwko jeśli wybranką serca Matiego w przyszłości okazałaby się dziewczyna wyznająca inną religię, pochodząca z innego kraju, a nawet innej rasy. Ale czy byłabym równie tolerancyjna gdyby okazało się, że syn mój za żonę wybiera sobie mężczyznę?

Ktoś powie, że to zupełnie inny kaliber. Ale przecież nie można być tolerancyjnym po trochu. Albo szanujemy wybory naszych dzieci i cieszymy się ich szczęściem, albo wręcz przeciwnie. Nie ma co udawać i wmawiać sobie, że czujemy się z tym wyborem super.
Wiecie, że słowo tolerancja pochodzi od łacińskiego czasownika „znosić”, „przecierpieć”?  Dla mnie to z góry określa coś na co godzimy się z musu, a nie dlatego, że jesteśmy otwarci na odmienne poglądy.
Zwykle, gdy pytasz kogoś czy jest osobą tolerancyjną odpowiada, że oczywiście. W obecnych czasach bycie „konserwą”nie jest przecież modne. Wręcz przekrzykujemy się jeden przed drugim jak bardzo otwarci jesteśmy na odmienność i jak bardzo nie przeszkadzają nam cudze wybory. No właśnie cudze… A co jeśli te wybory kiedyś pośrednio będą dotyczyć także nas? Co jeśli Twoja córka któregoś dnia oświadczy, że zakochała się w innej kobiecie? Co jeśli syn postanowi założyć rodzinę z czarnoskórą satanistką? Co zrobisz jeśli któregoś dnia od progu dziecko oznajmi Ci, że przechodzi na inną religię i od tej pory będzie żywić się tylko energią ziemską materializującą się pod postacią nowych tatuaży na całym ciele?
Nie jesteś rasistą, ale nie godzisz się na małżeństwa homoseksualne. Twierdzisz, że dziecko powinno mieć szczęśliwą, kochającą rodzinę i że lepiej, by wychowywało je dwóch mężczyzn niż miało dorastać w bidulu, ale nie wyobrażasz sobie by Twoje wnuki mogły być ciemnoskóre lub skośnookie.
Każdy z nas ma swoje granice tolerancji, poza którymi zagryzanie zębów i dobra mina do złej gry nie ukryje tego co w środku. A gdzie kończą się Twoje?