Nasze Kudu opinia

Wózek, którym się obecnie wozimy, czyli Casualplay Kudu 3 w sumie od samego początku wpadł mi w oko.
Po raz pierwszy zobaczyłam go na targach mother&baby w Krakowie, jeszcze na samym początku ciąży.
Stał sobie na przechylonym podeście sugerując swoje właściwości terenowe.
Podczas naszych poszukiwań wózka znów go zobaczyłam w sklepie i stwierdziłam, po co szukać dalej skoro wpadł mi w oko.
Tym sposobem wybór był naprawdę szybki.
Rozterki mieliśmy tylko jeśli chodzi o wybór koloru wkładki do spacerówki.
W Kudu wozimy się już ponad 4 miesiące, przebrnęliśmy przez niejedną zaspę i kałużę najwyższy, więc czas by podzielić się z Wami moją opinią. Być może ktoś stoi przed wyborem wózka i bierze pod uwagę Kudu- mam nadzieję, że moja ocena okaże się pomocna.
Mówią, że oceniając coś co nam się podoba warto zacząć od minusów, aby plusami zatrzeć złe pierwsze wrażenie. No cóż, jak w przypadku większości rzeczy codziennego użytku możemy dopatrzeć się pozytywnych, ale i negatywnych stron.
Przy Kudu działa ta sama prawidłowość.
Ja jednak podzielę moją wypowiedź na poszczególne części wózka, opisując ich plusy i minusy za jednym razem.
Po pierwsze, wózek prowadzi się naprawdę lekko, zapewne za sprawą jego wagi oraz pneumatycznych tylnych kół. Sam stelaż jest dość lekki, bo waży 9,5kg.
Składa się bardzo szybko, za pomocą jednej ręki i podtrzymania nogą.
Po złożeniu nie zajmuje zbyt wiele miejsca- pod warunkiem ściągnięcia kół.
Sam demontaż kół jest bardzo prosty co ma dla mnie znaczenie jeśli wracam ze spaceru z błotem czy piaskiem. Wózek często przydaje mi się też w domu, więc żeby oszczędzić sobie ciągłego latania z mopem najprościej ściągnąć koła i je umyć w wannie.
Koła są pompowane, naprawdę spore.
Nasza wersja jest trzykołowa, choć tak naprawdę to cztero. Przednie koło jest podwójne, co sprawia, że wózek jest bardziej stabilny.
Oczywiście posiada możliwość blokady, która świetnie się sprawdza na dziurach i wertepach.
Dzięki tym kołom przebrnęłam przez niejedną zaspę podczas spacerów, a ostatnio nawet przez rzeczkę, której dno składało się z piachu oraz sporych kamieni.
Gdy wyłączę blokadę kół, wózek robi się bardzo skrętny. Z łatwością mogę nim manewrować pomiędzy alejkami w parku, sklepowymi półkami czy różnymi sprzętami w domu.
Mogę nawet kręcić wózkiem wokół jego osi.
Koła jednak, a właściwie łożyska, jak każdą część eksploatacyjną trzeba smarować.
A także dbać o to, by po spacerze w terenie oczyścić z piachu.
Gdy o tym zapomnimy po jakimś czasie możemy usłyszeć charakterystyczny odgłos zgrzytania.
Hamulec natomiast jest mocny, trzyma dobrze nawet gdy wózek umieścimy na górce.
Trzykołowiec jest fajny z wyglądu, jednak ma też pewien minus.
Rozstaw pomiędzy przednimi kołami jest malutki, więc zbiera się tam śnieg, gdy wjedziemy tam gdzie jest go większa ilość. Utrudnia to trochę poruszanie się.
Zwłaszcza gdy mięśnie a’la Pudzian nie są czymś co chcemy wyhodować po zimie.
Mój mąż dopatrzył się jeszcze jednego minusa w stelażu. A mianowicie sama rama wg niego jest mało estetycznie wykonana. Nie razi po oczach wyglądem, ale w niektórych miejscach widać spawy (takie zgrubienia na łączeniach), które według B. nie powinny mieć miejsca przy wózku w tej cenie.
Kosz na zakupy. Dość pojemny, choć na pierwszy rzut oka wydaje się mały.
Wychodząc na codzienne zakupy jest idealny, kupuję akurat tyle, że wszystko się ładnie mieści.
I na koniec rączka- uchwyt.
Fajna, bo pokryta skórą.
Mąż esteta dodał, że wózek zyskałby sportowy charakter gdyby jeszcze obszyć ją czerwoną nicią, coś na wzór skórzanej kierownicy w aucie.
No cóż, pomarzyć można.
Przy rączce zamocowany jest pasek- uchwyt na rękę z plakietką identyfikacyjną, który początkowo wydawał mi się zbyteczny.
Przydał się jednak przy usypianiu w wózku. Zawijam go sobie wokół ręki, odpycham wózek na jej odległość i za pomocą paska przyciągam 😉
Nasza rama jest w kolorze grafitowym. Nie znać na niej brudu.
Jest jeszcze kolor biały, który nadaje wózkowi charakter mocno sportowy.
Moja ocena 9/10.
My mamy wersję Mako.
Wybrałam ją z uwagi na porę roku w jakiej urodził się Mateuszek, bowiem dookoła pokryta jest plastikiem, który w mojej ocenie miał sprawiać, że będzie nieprzewiewna, tym samym cieplejsza.
No cóż. Przede wszystkim gondola jest mała.
Ma całe 68 cm długości, czyli na chwilę obecną jest dla Matiego za krótka.
Wiadomo jednak, że dziecko w przeważającej większości czasu ma nóżki podkurczone, więc dajemy jeszcze radę.
Jest też zbyt płytka. A przynajmniej tak mi się wydaje. Zawsze na dno kładę kocyk, więc Mati jest ciut wyżej. Nie wystaje z wózka, ale mam wrażenie, że mógłby być głębiej schowany.
W gondolce brakuje mi też porządnej ochrony przeciwwiatrowej.
Co prawda na pokrowcu znajduje się coś na wzór łamanego daszku, jednak jest on niski i szczerze mówiąc mało chroni. Gdyby gondolka była głębsza spełniałby swoją rolę.
Na plus jest budka. Składa i rozkłada się w miarę cicho, nie budząc dziecka.
Brakuje mi w niej tylko uchwytów po bokach umożliwiających zawieszenie zabawki.
W grę wchodzą tylko zabawki wiszące na kółeczkach.
Całość wykonana jest z fajnego materiału, trochę śliskiego, ale przyjemnego w dotyku.
Bardzo łatwy do utrzymania w czystości, nie przyciąga sierści, a mamy w domu pieska, więc dla mnie dość istotne.
Gondola posiada uchwyty, dzięki którym możemy zamontować ją w aucie i bezpiecznie przewieźć w niej dziecko.
Nam się nie zdarzyło, więc niestety się nie wypowiem na ten temat.
Gdybym miała ponownie wybierać gondolę pewnie zdecydowałabym się na inną wersję, pomimo, że ta jest lekka i wizualnie bardzo fajna.
Na te 4-5 miesięcy, które akurat przypadły nam na zimową porę sprawdziła się, jednak gdyby Mati urodził się latem i „przezimować” miał w gondoli postawiłabym na coś innego.
Moja ocena 7/10.
U nas wersja Baby Zero.
Przeznaczona dla dzieci od urodzenia do 13kg.
Sam fotelik waży ok. 4kg.
Nie wiem czy to mało (a tak zapewnia producent), jednak wraz z zawartością noszenie nie należy do najprostszych czynności.
Nie wiem jak robią to niektóre kobietki, ale niejednokrotnie spotkałam się z dziewczynami mojej postury, które bez większego problemu niosły dziecko w foteliku.
U nas nawet mąż narzeka, że brakuje mu sił.
Jeśli chodzi o sam fotelik to mam mieszane uczucia.
Montuje się go dość łatwo, mimo, że nie posiadamy bazy Isofix.
Choć wszystko zależy od auta.
Zapinanie mamy przetestowane na Seat Cordoba, gdzie pasy są ewidentnie zbyt krótkie, co utrudnia łatwe manewrowanie. A także w Hyundai Tucson, gdzie nie ma tego problemu.
Pasy są długie, a i miejsca jest bardzo dużo, więc można okręcać pasami na całego.
Jak porządnie podociągam to fotelik stoi stabilnie.
Oba auta czterodrzwiowe, więc powinno być to ułatwieniem.
Robiliśmy jeszcze testy w terenowej Fronterze, gdzie jest bardzo dużo miejsca z tyłu. Fotelik trzymał się stabilnie, a zapięcie również nie było trudne. Nie wiem jak długie pasy mamy w tym aucie, wydaje mi się, że przeciętne.
Także, jeśli macie sporo miejsca z tyłu i długie pasy w samochodzie fotelik będzie ok.
Ale i tak polecam przed zakupem zapiąć fotelik w aucie i najzwyczajniej w świecie przetestować jak Wam to idzie. My tego nie zrobiliśmy, więc zaliczyliśmy małego zonka.
 Fotelik zamocowany na stelażu, wraz z budką przeciwsłoneczną.
Wersja na wypad poza miasto, a także na zakupy.
Fotelik posiada wkładkę dla noworodka, w której Mati jeździł przez pierwszy miesiąc. Potem ją usunęliśmy, bo widać było, że się już w niej nie mieści.
Pasy są wygodne, łatwo dziecko zapiąć. Posiadają też ochraniacze na ramionka.
Co jest bardzo fajne to opcja kołyski, która już uratowała nas parę razy będąc gdzieś w gościach.
Fotelik łatwo wpina się w stelaż. Posiada też daszek, który montuje się szybko, ale jest jak dla mnie trochę za mały. A może mi się wydaje, bo nie mam odniesienia do innych.
W zestawie znajduje się też ciepły ochraniacz na nóżki oraz moskitiera.
W testach bezpieczeństwa osiągnął ocenę dobry.
Moja ocena 8/10.
Na jej temat więcej wypowiem się za jakiś czas, gdyż dopiero będziemy zaczynać naszą przygodę w tej wersji mobilu. W chwili obecnej mogę powiedzieć, że zapowiada się lekkie prowadzenie, tak jak w przypadku gondolki. Sama spacerówka waży 1,5kg.
Rozkłada się całkowicie na płasko, więc nie muszę czekać aż Mateuszek siądzie.
Do spacerówki wybraliśmy wkładkę w czerwonym kolorze.
Podsumowując.
Jeśli jeszcze raz stanęłabym przed zakupem wózka jest bardzo duża szansa, że zdecydowałabym się ponownie na Kudu3. Na chwilę obecną jestem zadowolona z tego wózka.
Spełnił moje oczekiwania.
Ps. Moje poprzednie wpisy nt Kudu możecie przeczytać TU i TU.

Zielona matka testuje – MAM Baby

Nie lubię siedzieć bezczynnie.
A już czekać na coś i w tym czasie nie robić nie, o nie nie!
I tak dziś dotarło do mnie, że przecież jak już pojadę do tego szpitala i ten nasz syn pojawi się na świecie to będę go karmić, prawda?
No, to sprawa oczywista. Ale dotarło też do mnie, że przecież jakbym miała problem z pokarmem (tfu tfu) to pewnie przyda się laktator, co by pobudzić to i owo jak się nie da inaczej.
 Ale uzmysłowiłam sobie, że owy laktator odkąd go zakupiłam i sprawdziłam tylko czy działa, leży sobie na szafce przeze mnie zapomniany i się kurzy.
A tu przecież trzeba umyć, wysterylizować. No przecież dziecko me może mieć z tym kontakt.
Bardzo o czasie do mnie dotarło. Nie powiem.
Wzięłam się, więc za mycie. Przy okazji w ruch poszły butelki zgromadzone w domu.
A jak mycie, to i przy okazji zrobiłam test szczotki MAM Soft Brush, którą przecież dostaliśmy do testowania. Okazja idealna.
To najpierw o szczotce.
A potem o mojej przygodzie ze sterylizacją i o tym jaka zielona jestem w temacie.
I jeszcze o tym jakie straty poniosłam w domu…bo bez strat się nie obyło (na szczęście nie w ludziach).

Szczotka, którą testowałam jest dwustronna.
Jedna część służy do mycia wnętrza butelek, druga natomiast do mycia smoczków.
Butelek w domu posiadam sztuk trzy, więc mogłam zrobić porównanie.
  • 1 antykolkowa MAMbaby zakupiona z uwagi na design na początku kompletowania wyprawki
  • 1  butelka Avent, którą dostałam do przetestowania po wypełnieniu ankiety w Rossmann (jakaś nowość)
  • 1 butelka będąca w zestawie z laktatorem Medela
Mimo, iż kształt każdego ze smoczków się różni końcówka się spisała i bez problemu dotarła do wnętrza każdego z nich. Gdyby smoczki były ubrudzone mlekiem silikonowa końcówka spokojnie zmyłaby cały osad.
Nie wiem czy w przypadku cienkiego smoczka jaki jest w Medeli udałoby mi się to np za pomocą gąbki?
Może musiałabym go jakoś wywinąć na drugą stronę?
Ale czy to nie wpłynęłoby negatywnie na późniejszą jego funkcjonalność?
Po smoczkach przyszedł czas na same butelki.
Przyznam, że jak w przypadku butelki MAM czy Avent od razu wiedziałam, że nie będzie problemu z umyciem, tak nad Medelą już tej pewności nie miałam.
Jest ona wyjątkowo wąska i zastanawiałam się czy będę w stanie wcisnąć szczotkę do środka i w miarę swobodnie poruszać nią w celu umycia.
 Weszła jednak bez problemu.
I umyła wszystko jak należy.
Nie wiem czemu, wcześniej uwidziało mi się, że jak to ma miejsce w przypadku różnych firm i jej produktów dana rzecz jest kompatybilna tylko z produktami w ramach jednej firmy.
Wiecie, o co chodzi?
Kupujesz butelkę, musisz kupić osprzęt całej firmy, bo inaczej reszta nie pasuje.
Tu tego problemu nie ma.
Wiem, że to tylko szczotka. No, ale…
Na plus muszę jeszcze dodać, że silikon , z którego jest wykonana jest miękki i przyjemny w dotyku.
„Włoski” nie są sztywne i bez problemu docierają w różne zakamarki.
Jako neutralny wrzucam fakt, że płyn którego użyłam nie zostawał na szczotce tylko z niej spływał.
Z jednej strony może to być wina płynu- wodnisty.
Z drugiej szczotki- jakby nie była silikonowa tylko bardziej gąbczasta to by się wchłonął.
No, ale jest silikonowa, więc co się czepiam?
Poradziłam sobie z tym fantem inaczej- płyn wlałam bezpośrednio do butelki.
Samą szczotkę też łatwo się myje po użyciu, szybciutko też schnie.
Jest, więc higieniczna.
No i możemy ją wysterylizować 😛
Nie muszę chyba dodawać, że nie zawiera BPA?
Z wszystkich pozycji dostępnych na rynku, z którymi się spotkałam ta mi przypadła najbardziej do gustu pod względem wizualnym.
O użyteczności pozostałych się wypowiedzieć nie mogę.
Myślę jednak, że gdybym miała zakupić tę konkretną szczotkę to bym się na nią zdecydowała.
Cena ok. 30 zł w zależności od sklepu.
A teraz kilka słów o sterylizacji.
Od razu mówię, nigdy wcześniej tego nie robiłam.
Totalny laik, zielony w temacie.
Więc instrukcja w ruch.
Na stanie mam jeden z najtańszych sterylizatorów dostępnych na allegro.
Właściwie to podgrzewacz z funkcją sterylizacji.
Przekręcając pokrętło na 100 stopni, trzeba odczekać 8 minut, aż zanurzony w nim przedmiot będzie się nadawał do użytku.
Trochę długo, zwłaszcza gdy ma się parę rzeczy i mało czasu…
I można się poparzyć wyciągając nagrzany w ten sposób przedmiot z jego wnętrza.
Jeśli chodzi, więc o ten gadżet to pozostanę przy funkcji podgrzewania (o ile zajdzie taka potrzeba), natomiast do sterylizacji użyję metody starej jak świat. Czyli rondelek, woda i gotujemy przez 5 minut.
Albo jeśli już w ruch kiedyś pójdą butelki, to zdecyduję się na kupno tych z MAM.
Posiadają funkcję samosterylizacji.
Wystarczy złożyć ją w odpowiedni sposób, wlać 20ml wody i całość wstawić na 3 min do mikrofalówki.
Dużo wygodniej i przede wszystkim szybciej.
Tak pomyślałam, że przydałoby się takie pudełeczko do sterylizacji smoczków w mikrofalówce.
Chociaż…można przecież smoka przelać wrzącą wodą 😉
A teraz kilka ciekawostek:
  • podczas testów śmierć poniosła moja ukochana lampka z Ikei. Była mi nieodłącznym towarzyszem podczas każdej sesji zdjęciowej, która wymagała dodatkowego oświetlenia, a także tworzyła wyjątkowy klimat w salonie, gdy wylegiwałam się na kanapie. Naprawdę będę za nią tęsknić. Mimo, iż mąż obiecał zakupić identyczną..
  • okazało się, że równie trudne co obsługa sterylizatora jest złożenie laktatora. Jakieś membranki, cuda wianki… ciekawe jak bym sobie dała radę szpitalu, gdyby przyszło mi to ustrojstwo składać na szybkiego?
  • po raz kolejny potwierdziła się złośliwość przedmiotów martwych. Dobre 5 minut umęczyliśmy się z mężem żeby ściągnąć pokrywkę z butelkowego smoczka. Zassał się na amen, ani w jedną, ani w drugą. Ni groźbą, ni prośbą. Ehhh z cyckiem przynajmniej nie ma tego problemu!
PS. Wiem, że produkcję maminego mleczka pobudza kontakt sutek- usteczka malucha i całość jest w głowie.
Ale wiem też, że niektóre Panie muszą się wspomagać właśnie urządzeniem.
Czy w takim przypadku położne karzą odciągać od razu po porodzie i tym samym mam zabrać laktator ze sobą na start? Czy spokojnie mąż może mi dowieźć później, a do tego czasu mam nadzieję syn jednak coś pociągnie?
I jeszcze jedno pytanie. Bardzo głupie, wiem.
Ale im bliżej porodu tym bardziej zielona jestem.
Czy jak zacznę rodzić w nocy i pojadę do szpitala to mam się zgłosić na porodówkę czy na tzw szpitalny oddział ratunkowy?
Padło takie pytanie na szkole rodzenia, ale jak bozię kocham nie pamiętam jaka była odpowiedź położnej 🙁
I teraz się z mężem stresujemy co mamy zrobić.
Zmykam spać, tym samym życząc Wam kolorowych snów.
Może ta noc przyniesie coś nowego, choć raczej się nie zapowiada..

Mały Książę w krainie czarów..

Do wyznaczonej daty porodu zostało nam 10 dni.
Mały zwolnił tempo, rusza się dużo mniej, ale nie niepokoję się tym faktem, bo podobno przed porodem to normalne.
Ja natomiast postanowiłam troszkę przyspieszyć. Boję się, że od ciągłego leżenia to i w grudniu będziemy w dwupaku.
Od lekarki na ostatniej wizycie usłyszałam to samo co tydzień temu. Jest Pani gotowa, jeszcze tylko dzidziuś musi wysłać sygnał. A czy to się stanie dziś, jutro czy za tydzień , tego nie wie nikt.
No, bardzo pokrzepiające. Nie powiem.
A, więc przyspieszyłam tempa i wczoraj ponad 3h spędziłam ze szwagierką w centrum handlowym.
Nie powiem, wróciłam zmęczona, w duchu licząc, że może noc przyniesie coś nowego. Przyniosła to, że przespałam ją ze zmęczenia całą, ani razu się nie budząc, co jak wiecie pod koniec ciąży należy raczej do rzadkości.
I tak szwendam się, a to po galerii, a to po internecie.
Znów znalazłam coś, co skradło mi serducho.
Pamiętacie „Alicję w Krainie Czarów”?
Proszę, co znalazłam.
Alice w wersji dla wszystkich bibliofilów i tych co lubią kalendarze.

Dla dzieci, młodzieży i dla nas dorosłych też.
Zamiast zwykłego skórzanego kalendarza.
320 stron, czyli dość sporo.
Może jako gwiazdkowy prezent dla kogoś bliskiego?
Ilustracje przywołują w pamięci dzieciństwo.
Lubię takie gadżety.
Mógłby mi służyć jako album mojego maluszka.
Tyle miejsca na codzienne zapiski, nawet na wklejenie zdjęć.
A przy tym jest bajkowy, ma w sobie coś magicznego.
W końcu to Kraina Czarów…
Wszystkie zdjęcia pochodzą ze sklepu http://lots-of-dots.tickmann.com
Żałuję, że nie spotkałam takiego kalendarza w żadnej z księgarni.
Z przyjemnością obejrzałabym go sobie na żywo czy jest równie uroczy jak na zdjęciach.
Wspominałam kiedyś, że szukam album dla synka…o Tu o tym pisałam.
A Wy co myślicie?
Będzie pasował na „kronikę” z 1 roku życia maluszka?
Ps. Jest jeszcze wersja „Mały Książę”.. może bardziej odpowiednia dla chłopca?

PS.2 Dobra, nie powstrzymałam się…
Zamówiłam Małego Księcia 🙂

W czepku urodzony! Nasza Barbapapa

Czy zastanawiałyście się kiedyś skąd dokładnie wzięło się powiedzenie „w czepku urodzony”?
Będąc na ostatnich zajęciach w szkole rodzenia położna wspomniała nam, że czasem zdarza się tak, iż pęcherz płodowy nie pęka, a dzidziuś rodzi się w nienaruszonej błonie. I wtedy w „dosłownym sensie” mówi się, że dziecko „urodziło się w czepku”.
Już w średniowieczu wierzono, że dziecko, które przyszło w ten sposób na świat będzie miało szczęście, a worek płodowy zachowywano na pamiątkę.
Współcześnie na kogoś, komu szczęście w życiu sprzyja mówimy właśnie, że jest „w czepku urodzony”.
Nie wiem, czy mój synek urodzi się z owymi błonami nienaruszonymi, jednak już teraz mogę powiedzieć, że to określenie pasuje do niego jak ulał!
Zupełnie niedawno wspominałam w jednym z postów, że zastanawiam się nad zakupem przenośnej lampeczki nocnej. Wspomniałam również, że szczególnie podoba mi się lampka przytulanka Barbapapa firmy Pabobo.
Dosłownie kilka dni później odezwała się do mnie Pani Monika z firmy Mablo, która jest wyłączonym dystrybutorem lampek w Polsce z ofertą przetestowania tej, która nam się podoba.
Mało tego. Trafiło nam się podwójne szczęście, bo dodatkowo z oferty firmy mogłam wybrać jeszcze jedną lampkę, którą chciałabym wypróbować.
Oto, co przyniósł kurier w paczce.
 Oprócz cudownej przytulanki Barbapapa dostała nam się lampka- projektor muzyczny teatrzyk, która posiada sporo ciekawych funkcji.
Obie lampki zdążyłam sobie dokładnie pooglądać. Są bardzo starannie wykonane i tak samo śliczne w rzeczywistości jak na zdjęciach.
Nie mogę się już doczekać, kiedy wraz z Tusiem będziemy mogli cieszyć się otrzymanymi prezentami.
Oczywiście zdamy relację z naszych zabaw.
Tymczasem zapraszam Was do odwiedzenia oficjalnego fanpage lampek Pabobo na Facebooku.
Osobiście polecam przeglądnięcie albumu ze zdjęciami do sesji reklamowej lampek.
Moje ukochane zwierzątka leśne!
Ja jestem zdjęciami zachwycona 🙂
Ps. Krówki, które widziałyście w ostatnim poście to słodki gest na jesienny czas od Pani Moniki.
Dziękujemy! :))

Kolejny dylemat przyszłej mamy

Ja Was chyba zamęczę moimi ciągłymi pytaniami.
Tak jak postanowiłam- pakuję rzeczy dla małego do szpitala.
Wyciągnęłam listę, którą dostałam w szpitalu.
I na dzień dobry problem.
Kaftanik rozpinany szt. 3
Śpiochy szt. 3
Body z długim rękawem szt. 3
Nie mam kaftaników i śpiochów. Nie mam i już.
Bo czy nie wystarczy pajacyk?
O taki dla przykładu. Lub rozpinany na obu nóżkach.

Dla mnie to wygodne połączenie śpiochów i kaftanika.
Wpatruję się jednak w tą listę i myślę, że może uparte babsko jestem.
Może to trzeba na cebulkę ubierać?
Więc lepiej kupić, spakować do torby i już.
Wszędzie czytam, że kaftaniki „ne ne”, bo się podwijają i są niewygodne.
Moja mamuś natomiast twierdzi, że to łatwe w ubiorze (zwłaszcza w tych pierwszych dniach gdy ruchy mamy niepewne) no i skoro wymagają to lepiej kupić.
I co w takim przypadku z body z długim rękawem?
Czy nie jest wygodniejsze od kaftanika?
Ubierać body pod kaftanik i śpiochy?
Pod same śpiochy?
Jak oni te dzieci ubierają w szpitalu?
Wydawałoby się, że tak prosta rzecz, a ja już na starcie mam pod górkę.
Dziewczyny, a Wy co spakowałyście?
Albo co radzicie, pajace czy ten cały komplet?
I jeśli wezmę pajace to nie wyjdę na jakąś wyrodną matkę w szpitalu?
A i jeszcze jedno.
Poradzono nam pakować w zestawy, najlepiej do woreczków.
Takie, które to tatuś podaje położnej po narodzinach, gdy przychodzi czas na ubranie malucha.
To rozumiem, że wtedy taki woreczek zawiera każdy z tych elementów, czyli kaftanik, śpiochy i body?
I ona wybiera w zależności od tego jak jest ciepło (mam nadzieję), bo potem i tak malucha owijają w rożek?