Nasze chwile razem

Uwielbiam zatrzymywać życie w kadrze. Na pamiątkę. Chwile, wyjątkowe momenty, wzruszające sceny, mijanych ludzi i przedmioty, które chwytają za serce. Wiem, że co było już nie wróci. Zdarza się raz, nie ma nic powtarzalnego.

Przyszło nam żyć w wyjątkowych czasach. Oczywiście na swój sposób. Mamy dostęp do narzędzi, które umożliwiają nam podróże w czasie. Każdy z nas ma. I choć fotografia pojawiła się wiele dziesiątek lat temu, nigdy wcześniej nie była tak blisko, na wyciągnięcie ręki jak teraz.

Robimy zdjęcia telefonami, tabletami, cyfrówkami i lustrzankami. Zlecamy ich wykonanie profesjonalistom. I choć te ostatnie zwykle są doskonałe jakościowo, nie przekazują do końca tego co najważniejsze- emocji. Nigdy wystylizowane zdjęcie, pozowane, nie odda tego co przypadkowo złapany kadr. Te kocham najmocniej całym sercem. Nie zawsze mi się uda oddać ten moment, nie zawsze wyjdzie doskonałe jakościowo, ale jest. I gdy po miesiącach, które upłynęły od jego wykonania patrzę na zdjęcie pierwszego ściętego loczka mojego synka lub aktu notarialnego, który dzierżę w dłoni szczęśliwa, bo oto staliśmy się posiadaczami naszego miejsca na ziemi – żadna, nawet najcudowniejsza sesja foto nie przebije uczuć jakie mną targają.

Zawsze obiecuję sobie, że wywołam zdjęcia. Ze ślubu, z wakacji (jednych, drugich, piątych i dziesiątych), chrztu Mateuszka, jego miesięcznic. Na obiecankach zwykle się kończy. Ostatni album ze zdjęciami z wakacji mam sprzed kilku lat. A co z resztą? Tej resztki są tysiące zdjęć, ulotnych, wspaniałych chwil.

Dlatego cieszy mnie mnogość narzędzi jakie daje nam instagram. Co tu dużo ukrywać, tam zdjęć wrzucam najwięcej. Lecz co najważniejsze mogę je szybko, bez ślęczenia i przeglądania mieć w formie innej niż elektroniczna. Opcji do wyboru jest ogrom. Mam w domu ogromny plakat, pojedyncze fiszki, mema, magnesy na lodówkę, a także fotoksiążkę z ulubionymi kwadratami.

Ta ostatnia trafiła do nas dzięki niezastąpionemu Printu. To dzięki nim mam w domu swoją osobistą, papierową wersję bloga z najważniejszymi momentami (mimo, że blog w tej formie nie istnieje już od dłuższego czasu). Mam teraz papierową wersję instagrama.

Zrobiłam ją dla siebie. Tak egoistycznie. Z okazji Dnia Mamy. Niebawem jednak zbliża się Dzień Taty. To cudowny pomysł, by podarować wspomnienia w książce zamknięte swojemu tacie lub mężowi.Teraz na Printu znajdziecie wyjątkowy rabat w wysokości 39%. Możecie z niego skorzystać zamawiając swoją książkę do dnia 14 czerwca.

DSC_0184DSC_0193DSC_0202DSC_0204DSC_0201DSC_0211 DSC_0178DSC_0209

Fotoksiążka – PRINTU

Kwadraty/magnesy na lodówkę – Instafoto

Plakat – Instadruk

2 urodziny Mateusza under construction – pomysł na prezent i coś słodkiego

Niech ktoś mi powie jakim cudem to JUŻ? Niewiele ponad dwa tygodnie dzieli nas od drugich urodzin Mateuszka, a dopiero co razem z babcią lepiłyśmy jeża na roczkową uroczystość. Martwi mnie ten szybko upływający czas, a z drugiej cieszy, bo w domu mam już kompana do rozmów i zabaw.

Ale skoro tak szybko ucieka, to nie pozostaje mi nic innego jak zakasać rękawy i brać się do roboty. Postanowiłam, podobnie jak w roku ubiegłym, że tort przygotuję w domu, nie będę zamawiać w cukierni. Chciałabym, by te urodziny sprawiły synkowi radość, bo już jest w tym wieku, że przecież dużo rozumie.
A, że radość największą, taką co to okrzyk głośny z gardła wydobywa sprawiają koparki i inne maszyny budowlane, zadecydowaliśmy jednogłośnie (znaczy się oznajmiłam mężowi, na co on jak najbardziej był na tak), że ten temat zdominuje drugie urodziny Mateusza. Że pod względem prezentowym to wiadome było. Kolejna koparka, koparko-ładowarka, spycharka, walec tudzież inna maszyneria, rzecz oczywista.
Znalazłam jednak zdjęcie z imprezy urodzinowej w klimatach „under construction”, które zainspirowało mnie dalej.

Ale zanim o tym dalej, to rzecz o prezentach się będzie tyczyć! Toż to najprzyjemniejsze w urodzinach 😉
A tak całkiem już poważnie, postanowiwszy przygotować tort samemu zaoszczędzę ciut grosza, to i poszaleć bardziej mogę przy upominkach.

Co wybraliśmy?

1. Książkę Na Budowie wyd. Babaryba.
Zafascynowanie tematem plus zaangażowanie z jakim Mateusz oddaje się „czytaniu” tego typu książeczek zadecydowało. Książka już do nas leci, tylko moja głowa w tym jak powstrzymać się, by nie wręczyć mu jej przed czasem 🙂
2. Hulajnoga Mini Micro Baby Seat
Z hulajnogą się nie powstrzymaliśmy i Mati dostał sporo przed 2 urodzinami. Jest jednak prezentem urodzinowym od dziadków. Bardzo fajnym prezentem dodam 🙂
3. Drewniane i materiałowe warzywa/owoce do krojenia oraz artykuły żywnościowe
Trochę przejadła nam się zupa ze skarpetki taty i kot po wietnamsku. Widzę, że miłość do mieszania w garach nie wyparowała wraz z czasem, więc pod uwagę biorę tego typu akcesoria. Będziemy mieszać i kroić razem 🙂 Polecicie coś ciekawego?
4. Zestaw Bruder Man z naczepą i koparko- ładowarką nr 02776
 
Pewnego razu podczas odwiedzin w pewnym wielkim sklepie z zabawkami Mati na widok powyższego zestawu aż klęknął. Klęczał tak przez bite pół godzin i z wielkim żalem odszedł od maszyn. Teraz za każdym razem, gdy widzi na zewnątrz „prawdziwą” koparko- ładowarkę oczka świecą mu się podobnie.
Taki zestaw na pewno byłby niespodzianką, co nie? 🙂
Mamy w domu troszkę mniejszy zestaw Brudera i jak dotąd jest hitem. Aczkolwiek u nas hitem są wszystkie tego typu maszyny 🙂
5. Zwierzątka Schleich/ Colecta
Drugą „fascynacją” Matiego są zwierzęta. Oczywiście te żywe. Miłość do nich jednak przekładamy na małe figurki. Nasza kolekcja stale się powiększa. Dobra okazja, by jeszcze bardziej ją wzbogacić.
6. Bidon Jeż Skip Hop
Nasze dwa bidony trochę się już wyeksploatowały. A, że mam sentyment do nich (pomimo pewnych wad) i na spacerach lub w aucie wciąż są w użytku to czas pomyśleć o nowym. Jeż od razu wpadł mi w oko.
7. Sztućce Constructive Eating- Koparki
Co prawda zaprojektowane z myślą o niejadkach, a Mati do takich nie należy, ale myślę, że by mu się spodobały. Tylko nie wiem czy do końca warte są swojej ceny i czy czasem nie okaże się, że po pierwszym zauroczeniu nie wylądują w kącie.
To tyle jeśli chodzi o prezenty. Wracamy do tortu.
Tort zainspirował mnie, bo szczerze mówiąc nie wymaga wielkich umiejętności w pieczeniu (których mi brakuje) oraz zbyt dużego nakładu pracy i czasu (którego mi brakuje). Zastanawiałam się czy nie zamówić figurki koparki z lukru, jednak doszłam do wniosku, że w tej cenie po prostu kupię kolejne metalowe autko, z którego potem Mati będzie się jeszcze cieszył. Lukrowa figurka wylądowałaby po prostu w koszu.
Mam tylko dwa dylematy. Świeczka w kształcie pachołków- ciężko coś podobnego znaleźć u nas. Ale jakby ktoś widział to wiecie- namiary mile widziane. Obstawiam, że jeśli nie znajdę to wstawię po prostu dwie świeczki typowo tortowe. Te cienkie i wysokie, żółto białe w paski. Z tym, że biały kolor pociągnę flamastrem na czarno i będzie  wpaski żółto- czarne jak typowa taśma budowlana.
A drugi dylemat to samo ciasto. Doświadczone cukierniczki Wy moje, powiedzcie mi proszę z czego może być zrobiona polewa/masa którą pokryte jest ciasto? Wnętrze zrobię czekoladowę, coś na wzór brownie, z dodatkiem białej czekolady. Może przełożę jakąś masą na bazie serka mascarpone? Poradzicie coś?

Nocny przyjaciel Dream Lites – Konkurs

Jako dziecko bałam się ciemności. Właściwie to pozostało mi to do tej pory – pisałam Wam już kiedyś, że strach ma wielkie oczy. Dlatego bardzo zależy mi, by Mati nie wdał się w mamusię i podobne lęki go ominęły.
Jak na razie oznak strachu przed nocą nie zauważyłam, ale kiedy tylko pojawiły się w naszym domu lampki nocne przytulanki, od razu jakoś milej zrobiło się wieczorem.
I nasze dobranocne rytuały także uległy pewnym zmianom, gdyż oboje z Matim uwielbiamy wpatrywać się w gwiazdki na suficie jakie rzuca nasz piesek i pingwinek.
Przy gasnących i ponownie pojawiających się gwiazdkach, dużo szybciej kleją się oczka, a do pluszowego futerka bardzo miło się przytulić. Mati coś o tym wie, bo piesek jest jego ulubieńcem.
Kiedy zbudzi się w nocy szuka pieska i od razu go włącza.
W ciągu dnia także nie potrafi przejść obok niego obojętnie i chyba mogę zaryzykować stwierdzeniem, że piesek okazał się być pierwszą przytulanką. Zwłaszcza, że jadąc do dziadków czy na zlot sam brał pieska ze sobą.
Zobaczymy co wyniknie z tej przyjaźni. Mam nadzieję, że będzie długo trwała i gdy tylko pojawiają się nocne potwory piesek stanie w obronie Mateuszka 🙂

Zwierzątka są bardzo proste w obsłudze, włączają się poprzez naciśnięcie. Mają też opcję czasowego wyłączania się w nocy. Do każdego pluszaka dołączona jest ładowarka, ale oczywiście działają też na baterie.

Chciałam Wam pokazać jak w rzeczywistości wyglądają pluszaki w nocy i jakie światło rzucają. Niestety zdjęcia w takich ciemnościach nie są moją mocną stroną. Mam nadzieję jednak, że jakiś pogląd sytuacji Wam dadzą 🙂

Każdy zwierzak poza gwiazdkami księżycem wyświetla także swoją buźkę 🙂

Pieski, a także pingwinka oraz jednorożca znajdziecie na stronie sklepu Twoja Przygoda.
Pamiętacie nasz konkurs z Mikołajem jeżdżącym Plasma Car? I tym razem sklep ma dla Was konkurs. Wygrają aż 3 osoby! Rozdamy wszystkie zwierzątka dla Waszych maluszków.
Szczegółów konkursu szukajcie na Facebooku.

Wakacje z dzieckiem. Świnoujście i wyspa Uznam

Kiedy planowaliśmy wakacje w tym roku wiedziałam, że chcę nad morze. Oczywiście, najchętniej jak każdego roku pojechałabym do Francji, jednak zarówno odległość jak i poczynione inwestycje nie pozwoliły nam na tego typu szaleństwa.
Początkowo, więc ze względu na odległość stanęło na Chorwacji o czym nawet rozpisywałam się na facebooku, pytając Was czy z blisko dwuletnim maluchem warto brać kamieniste plaże pod uwagę.
W ostateczności jednak pojechaliśmy nad polskie morze i choć nie wierzę, że to piszę jestem meeeeeega zadowolona z wyboru. Do tej pory nad Bałtykiem byłam dwa razy. Za pierwszym razem na obozie harcerskim (o losie!) jeszcze w podstawówce, drugim razem będąc w ciąży. Moje wrażenia? Hmm. No cóż, nie byłam specjalnie zadowolona. Powiedziałabym raczej, że Bałtyk i kapryśność pogody nie pozostawiły najmilszego śladu w moich wspomnieniach.
Za to tegoroczne wakacje nie dość, że zatarły złe wrażenie, to jeszcze nadrobiły samymi plusami. Wróciłam wypoczęta (no prawie!), lekko opalona (tyci tyci) i zadowolona. Przy tym miałam okazję spotkać się z fajną kobietką (klik), pogoda nam sprzyjała mimo, że w większości kraju aura dość kapryśnie dała się we znaki to jeszcze zwiedziliśmy troszkę, a miejscówkę mieliśmy bardzo fajną.
Post ten dedykuję każdemu, kto postanowi spędzić wakacje na wyspie Uznam, a konkretnie w Świnoujściu.
Opowiem Wam co ciekawego można tam robić z dzieckiem, gdzie warto zjeść (choć nie oczekujcie cudów, bo głównie stołowaliśmy się w domu), czy plaża jest rzeczywiście taka fajna jak o niej piszą, co można kupić u zachodniego sąsiada i czy warto wybrać się tam z wizytą. Polecę Wam także mieszkanko, w którym się zatrzymaliśmy. 

Świnoujście jak każdy doskonale pamięta z lekcji geografii leży w części na wyspie, na którą dostać się możemy wyłącznie promem. Już samo przepłynięcie jest ogromną atrakcją zarówno dla dziecka jak dla dorosłych. A przynajmniej dla nas było. 
Promy są dwa, choć tak naprawdę duży prom zarezerwowany jest dla turystów. Mały prom w centrum miasta przeznaczony jest dla mieszkańców, ale mąż mój wyczytał, że w weekendy mogą skorzystać również turyści. Nie potwierdzę tej informacji, bo nie płynęliśmy. 
Promy odpływają średnio co 20 minut w ciągu dnia, a dopłynięcie na drugi brzeg zajmuje ok 5 minut. 
Jak już będziecie dopływać zwróćcie uwagę na brzeg z lewej strony, tuż przy skraju lasku. My widzieliśmy tam stadko brykających młodych dzików. Totalnie oswojonych z łowiącymi tuż obok wędkarzami. Widok niesamowity, zwłaszcza dla maluchów. Nasz akurat nie piszczał z radości, bo jeszcze za młody na tego typu atrakcje, ale inne dzieciaki na promie były wyraźnie zainteresowane. 
Pierwsze co rzuca się w oczy tuż po przekroczeniu granic miasta to budki z papierosami. Jest ich dużo. Znaczy się papierosów. Po chwili zastanowienia fakt ten przestaje dziwić. Toż zupełnie niedaleko jest granica niemiecka, a jak wiadomo u naszego zachodniego sąsiada ceny zwłaszcza na wyroby tytoniowe znacznie wyższe. 
Gdzie się zatrzymać? 
Świnoujście ma bardzo dużo ofert wynajmu apartamentów i to właśnie z tej opcji skorzystaliśmy. W cenie około 130zł/ dobę mieliśmy do naszej wyłącznej dyspozycji mieszkanie w bloku na nowym osiedlu. Dokładnie salon połączony z kuchnią, sypialnię i łazienkę, co dla naszej 3-osobowej rodzinki było rozwiązaniem idealnym. I tanim, bo porównując do cen pokoi w hotelach, a warunków metrażowych zdecydowanie na korzyść wynajmu apartamentu. 
Do plaży mieliśmy około 10 minut spacerkiem, czyli jakieś 800m. Patrząc z perspektywy czasu, przy naszym maluchu mogliśmy poszukać czegoś odrobinę bliżej. Nie narzekamy jednak, w końcu trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło 😉
Szukając apartamentu skorzystałam po prostu z ofert w internecie. Gdy już znalazłam obiekt, który mnie zainteresował, napisałam z zapytaniem o możliwość wynajmu. Po potwierdzeniu, wpłaciłam 20% zaliczki,a resztę pieniążków w gotówce już na miejscu odbierając klucze do mieszkania od właściciela. Na zwrot kluczy umówiliśmy się w dniu wyjazdu. W cenie wynajmu jest sprzątanie końcowe, więc nie musimy martwić się porządkami na sam koniec (chociaż ja nie potrafiłabym zostawić garów w zlewie, rozwalonego łóżka i włosów pod prysznicem :P). 
Wyposażenie takiego apartamentu to w większości to samo co mamy u siebie w domu. W łazience jest, więc pralka, a w kuchni lodówka, niezbędne naczynia, sztućce, garnki, kuchenka. Dzięki temu na miejscu można sobie przeprać rzeczy czy też ugotować obiad. Dla mnie istotne, bo o ile podróżując sami jadaliśmy na mieście, tak z Matim skupialiśmy się, by zachowane były rytuały (w tym domowy obiad).

Zaletą wynajęcia aparatamentu jest jeszcze umiejscowienie. W pobliżu znajdują się sklepy takie jak Lidl, Intermarche, Biedronka. Na osiedlu, na którym wynajmowaliśmy apartament jest również ogromnych rozmiarów plac zabaw dla dzieci. Poza tym w całym Świnoujściu tego typu atrakcji dla maluchów jest całe mnóstwo.
Gdzie zjeść?
Tu pewnie okażę się mało pomocna, bo jak wspomniałam obiady jadaliśmy w domu. Nawet na smażoną rybę nie udało nam się wybrać, bo mąż wyczytał że w Świnoujściu dobrej nie dostaniemy. Ale jeśli możemy sami ją przygotować to warto wybrać się kilkanaście kilometrów dalej, do naszych sąsiadów i w miejscowości Kamminke tuż nad Zalewem Szczecińskim rybkę kupić prosto od rybaka. 
Z przekąsek natomiast możemy polecić zapiekanki przy wejściu na plażę z ulicy Bolesława Prusa. Tuż obok są też pyszne domowe lody. Zrobione jak należy z mleka, jaj, cukru i śmietany, bez zbędnych dodatków co serio czuć.  Dostępne wyłącznie w trzech czy czterech smakach. Gałka kosztuje 3zł. Smak dzieciństwa. Warto. Bardzo dobre okazały się też gofry przy bodajże drugim wejściu licząc od strony promenady (latarni morskiej). Z żółtej budki. (choć te budki na zmiane gofrowe- kawowe są przy każdym wejściu, więc pewnie smak ten sam skoro firma jedna). Dziewczyna piekła gofry na miejscu, bita śmietana była robiona ze śmietanki w kartoniku, a owoce wyglądały na świeże i tak też smakowały. Ogromnie polecamy, bo porcja była naprawdę od serca. Koszt od 4- 12zł (w zależności od dodatków).

Skosztowaliśmy też pizzy z GrillHaus. Na bardzo cienkim cieście, w smaku dość dobra. Jedyna wada to czas oczekiwania. Przy niecierpliwości Matiego oczekiwanie 30 minut w lokalu graniczy z cudem.
Co warto zobaczyć? Co sami zobaczyliśmy?

Na pewno nie wymienię wszystkiego co warto, bo jestem pewna, że przez ten tydzień 1/10 nie zobaczyliśmy. Bo tak szczerze mówiąc poza spacerami wzdłuż morza i odwiedzinach w centrum to niespecjalnie się fatygowaliśmy na zwiedzanie. Ale! Zawsze jest jakieś ale. Dlatego spacerując, zupełnie przypadkiem trafiliśmy na płot z kredek, który co tu dużo pisać sprawił, że zrobiłam jedno wielkie WOW! Dzieciakom na bank się spodoba. Płot znajduje się przy ul. J.Słowackiego.

Kolejna rzecz warta uwagi, a bardzo dobrze znana to wiatrak „Młyny” na falochronie. Kojarzy mi się bardzo skandynawsko, a można z niego z maluchami oglądać promy wypływające z portu i zmierzające właśnie w kierunku Północy. Mati był bardzo zafascynowany przepływającymi właściwie na wyciągnięcie ręki statkami i promami.

Oczywiście spacery wzdłuż promenady i brzegiem morza. Te zwłaszcza sprawiały nam największą przyjemność. Po to w końcu nad morze pojechaliśmy. I dla samego plażowania także. Bo jest gdzie. Plaża jest rzeczywiście tak wspaniała jak zapewniają. Czysta przede wszystkim. I dla każdego starczy miejsca. A jak ktoś lubi bardziej samotnie to wystarczy, że skieruje się w kierunku falochronu. Tam co prawda plaża nie jest strzeżona, ale i tym samym ludzi coraz mniej.

Jeśli chodzi o spacery, to któregoś dnia wybraliśmy się na przechadzkę wzdłuż ulicy Zdrojowej. Na samym końcu odkryliśmy duży parking tuż przy Forcie Gerharda. Nie wybraliśmy się jednak do Fortu. Skręciliśmy tuż nad brzeg morza, gdzie w zaciszu można podziwiać wypływające na morze statki. W zaciszu dosłownie, bo jest to miejsce, gdzie nawet przy najbardziej wietrznej pogodzie można spokojnie posiedzieć na plaży. Stąd jest też bardzo blisko do wiatraka.

Targ wzdłuż ulicy Wojska Polskiego prowadzący aż do granicy z Niemcami.

Poszliśmy z ciekawości. A nóż trafi się coś ciekawego. Poza budkami z papierosami (ilość przekraczająca nasze wyobrażenie) cała masa stoisk z ubraniami, butami, żywnością i innym misz maszem z całego kraju. W cenach polskich, ale nie dla polaków. W cenach europejskich dla Niemców. Dla przykładu – znaleźliśmy plastikową koparkę Wadera, którą Mati podpatrzył na plaży u jednego z chłopców. Koparka normalnie koło 100zł. Tam drugie tyle.
Za to jeśli ktoś jest fanem „markowego” obuwia to na jednym ze stoisk może nabyć Conversy, Lacoste itp za „małe” ceny. Tylko 30 euraczy i piękne turkusowe czeszki Lacoste są Twoje 😉

Przy samej granicy po prawej stronie znajduje się Baltona. Ten kto był w tym sklepie na lotnisku wie o co chodzi. Inni niech sobie wygooglują. Ci co byli niech nie spodziewają się cudów. Budka jeszcze z czasów sprzed otwarcia granic. W środku alkohol, papierosy, trochę słodyczy i perfum. Ceny bez szału, znaczy się takie jak wszędzie. Duty free z nazwy 😉


Międzyzdroje

Byliśmy, zobaczyliśmy. Nie byłam szczególnie zachwycona. Masa atrakcji dostosowanych pod turystę. Czuć, że miasto nastawione na turystykę. Zdecydowanie wolę Świnoujście.
Choć promenadą gwiazd z ciekawości warto się przejść.

Z wizytą w Niemczech

Do Niemiec pojechaliśmy głównie, by zobaczyć muzeum zabawek w Pennemunde. O tym czy warto i co zobaczyć w muzeum pisałam w poście o symbolice zabawek.

Niemieckie miasteczka są bardzo urocze. Tak naprawdę wystarczy przekroczyć granicę, przejechać 2 czy 3 km i już to czuć. Spacer po Alhbeck, Heringsdorf. Piękne i zadbane kamienice, stare drewniane molo. To trzeba zobaczyć koniecznie. W Alhbeck też doszczętnie przepadłam w jednej z księgarni dla dzieci, gdzie odnalazłam całą masę gadżetów z Pettsonem i Findusem.

Wizyta w Niemczech to także zakupy. Nam udały się szczególnie. Po pierwsze na spotkanym przypadkowo w drodze do Pennemunde floh mark kupiłam za euro nowiutkie puzzle Djeco. A w jednym z Netto różne gry z serii Bardzo głodnej gąsienicy Erica Carle. Akurat trwała wyprzedaż.

No i słodycze, słodycze, słodycze 🙂

To był nasz pierwszy raz w Świnoujściu. Na pewno nie ostatni. Jesteśmy zauroczeni. Następnym razem koniecznie weźmiemy rowery (choć bez problemu można wypożyczyć na miejscu, także z fotelikiem dla dziecka). Przyjedziemy na dłużej. Może nawet po sezonie. Mamy jeszcze dużo do zobaczenia 🙂

Pływająca lampka kaczuszka

Uwielbiam niespodzianki. A tego typu zwłaszcza.
Z ogromnym podekscytowaniem otwierałam przesyłkę niespodziankę od firmy Mablo. Ci z Was, którzy czytają nas od początku być może pamiętają, że miłość do Barbapappa to ich zasługa. 
Po tej przesyłce jednogłośnie stwierdziliśmy w domu, że cała oferta na stronie pabobo jest hitem i mają nas w garści po wsze czasy. Już Wam mówię dlaczego.

W paczuszce znaleźliśmy świecące naklejki (czad!) oraz gumową kaczkę lampkę. Za całość ogromnie dziękujemy – radocha na całego!
Od czasu do czasu przeglądam sobie stronę sklepu, także kaczkę widziałam już wcześniej. Pamiętam, że pierwsza moja myśl była „no fajna, ale w sumie kaczka jak kaczka”. Kurczę, jakże ja się myliłam!
Od około tygodnia Mati kąpie się wieczorem z kaczuchą i przyznać muszę, że te kąpiele trwać by mogły bez końca. Na bok wszystkie zwierzaczki, stateczki, kubeczki do przelewania wody. Teraz rządzi kaczka. 

Kaczka zmienia kolory i właśnie to w niej jest najfajniejsze. Zabawa zyskuje zupełnie inny wymiar, gdy gaśnie światło. Wtedy to się dzieje! Jak się nauczę robić zdjęcia w egipskich ciemnościach to Wam pokażę. A tymczasem mała próbka. Żebyście nie musieli sobie zbytnio wyobrażać. Dodam tylko, że po takiej zabawie łazienka zalana doszczętnie. Na szczęście sąsiadka z dołu jeszcze nie wpadła, więc chyba najgorzej nie jest 🙂

Kaczucha zasilana jest na baterie (były już zamontowane) i włącza się przez wciśniecie na spodzie. Całkowicie wodoszczelna. Świetnie sprawdza się jako gryzak 😉

Urocza jest, serio. Totalnie odlecieliśmy na jej punkcie. Podobnie jak Barbapappa w ubiegłym roku znalazła się na naszej liście hitów (i to na 1 miejscu!), tak coś czuję, że kaczucha wskoczy na tegoroczną listę 🙂

Jakbyście wahali się przed zakupem to śmiało wrzucajcie do koszyka. Polecam. Szczerze 🙂

Kaczka dostępna TU.