Kosmetyczna ignorancja

Nie jestem maniakiem kosmetycznym, mimo, że półki w łazience uginają się pod ciężarem różnych kremów, balsamów, żeli, perfum itp. W szwach pęka również moja kosmetyczka. Ale musicie wierzyć na słowo- nie dlatego, że mam na tym punkcie świra. 
Śmiem twierdzić, że pod tym względem to jednak nie jestem 100% kobietą. Bo częściej wychodzę z domu bez makijażu, niż z tzw. „tapetą” na buzi. Zwłaszcza latem. No i teraz, gdy jest Mati. 
Gdy pracowałam to wiadomo, bez makijażu ani rusz. Zwłaszcza, że charakter mojej pracy sprawiał, że każdego dnia miałam do czynienia z dużą ilością osób. 
Balsamy, peelingi wielbię miłością dozgonną. Ale niestety mam taką fatalną cechę jak skleroza i to właśnie przez nią wieczorem wyskakuję z wanny, wycieram się i ubieram piżamę. A balsam stoi w kąciku i gdyby mógł to by krzyczał „hallo, Ty tam! znów o mnie zapomniałaś!”
Natomiast jak większość kobietek mam swoje must have, które w kosmetyczce być musi. Są to kosmetyki, których używam na codzień (patrz górny rząd – tusz również mogę tu zaliczyć). 

A także te na „wyjścia” wszelakie (dolny rząd). Wiem, nędznie. Ale to pewnie bierze się stąd, że ja chyba nie potrafię się pomalować jak należy. W sensie, nie eksperymentuję, bo taka nowość na twarzy sprawia, że nie czuję się pewnie. Może to błąd?

Eksperymentować to mam czym. Bo jak już niejednokrotnie wspominałam jestem typem konsumenta idealnego, co to łyknie każdą reklamę. Tym sposobem właśnie moja kosmetyczka wypełniła się po brzegi, a kosmetyki męża powoli dają nogę z łazienki, bo nie mają się gdzie zmieścić.
Większość kosmetyków, głównie tych do pielęgnacji, ale także i kolorówkę kupuję w aptece. 
Tak się jednak złożyło, że na pierwszym Spotkaniu Mam Blogerek dostałam Glossy Box’a.  
Recenzowałam go nawet na blogu i byłam bardzo zadowolona. Efekt był taki, że potem zamówiłam sobie 3-miesięczną subskrypcję. To dzięki tej subskrypcji przybyło sporo kosmetyków w moim domu. 
Czy skorzystałam z nich jak należy? Głównie z tych pielęgnacyjnych. Kolorówka w większości leży i się kurzy. 

Będąc na spotkaniu Klubu Mam Ekspertek otrzymałam pudełko Shiny Box. Założenie to samo co przy Glossy. Wewnątrz 5-6 kosmetyków, z czego zazwyczaj jeden czy dwa są pełnowymiarowe. 
Różne opinie słyszę co do tych pudełek. Raz na prowadzenie wychodzi Glossy, że jest bardziej eleganckie, innym razem któraś z koleżanek zachwala Shiny, bo zawiera wewnątrz lepsze marki. 
Ciężko mi stwierdzić, bo Glossy miałam w sumie 4 pudełka, a Shiny jedno. Przyznać jednak muszę, że w pudełku otrzymanym od Klubu Mam znalazłam kosmetyki firm, które znałam. 

Bo i URIAGE i L’OCCITANE to firmy nie ukrywajmy cieszące się popularnością. Nie najtańszą. Zwłaszcza ta druga. Prowansalskie kosmetyki zwłaszcza kusiły mnie od dawna, więc nieskrywaną radość wywołały na mej buzi. Niestety, zapach werbeny nie leży mi i oddałam je mojej mamie, której bardzo się spodobał.

Za to URIAGE używam. Wody termalnej głównie przy zmianie pieluszki, bo tak się nauczyłam jeszcze latem i mi zostało.
Firmy Grashka nie kojarzyłam, a w pudełku znalazłam cienie (również dałam mamie) oraz bazę pod szminkę i cień do powiek. Hmm?

Co do jakości samego pudełka. Podoba mi się to kolorowe wnętrze. Akurat tak się złożyło, że dostałam letnią wersję, więc zieleń i róż, w połączeniu z kwiatowym nadrukiem to dla mnie strzał w 10. 
Samo pudełko jednak (w sensie opakowanie) to jednak na korzyść Glossy, które rzeczywiście jest dużo bardziej eleganckie, wnętrze przewiązane tasiemką. Za to denerwowały mnie w nim te czarne, papierowe „trociny”, których jeśli od razu nie wywaliłam to znajdowałam potem w różnych zakątkach domu. Tu tego nie ma i chwała im za to.
Glossy wydał wersję dziecięcą pudełka, która przyznaję intryguje mnie. Nie wiem co było w środku, bo nie miałam okazji zakupić.
Pudełko dla malucha chyba ucieszyłoby mnie bardziej niż takie dla mnie, bo o ile chcę wypróbować coś dla siebie to po prostu w aptece proszę o próbkę, tak w przypadku dziecięcych kosmetyków często tych próbek brak. Dlatego pudełko pełne kosmetycznych nowości, ale nie tylko, bo z chęcią znalazłabym w nim np dobrej jakości nożyczki do paznokci czy też fajny śliniak. 
Glossy w pudełkach dawał akcesoria, ja trafiłam akurat na zalotkę, więc myślę, że to nie byłoby większym problemem. 
Tak samo różne kupony. Ucieszyłabym się ze zniżek, np. na pieluszki czy zabawki do znanych i ogólnie dostępnych sklepów. Albo z zaproszenia na warsztaty organizowane dla mam. 
Dużo takich rzeczy z chęcią znalazłabym w dziecięcym wydaniu pudełka. A Wy? 
Jakbyście miały możliwość stworzenia takiego pudełka to co byście do niego wrzuciły? 🙂
 
Ps. Kosmetycznym laiczkom, takim jak ja, gorąco polecam wpis sztuka makijażu. Rady prosto od profesjonalnej wizażystki, a przy tym mamy! (zwracam honor, bo początkowo myślałam, że Kasia to tak sobie czasem maźnie z pasji, bez większej wiedzy- tak jak ja pstrykam zdjęcia- a tu takie zaskoczenie, że nie każdy jest takim ignorantem jak ja :P).

Tołpa dla mam

Od blisko miesiąca testuję na sobie kosmetyki Tołpa. Serię stworzoną z myślą o mamach Tołpa dermo body, mum. Posiadam w domu cały zestaw, czyli 7 sztuk kosmetyków, które dbają o każdy centymetr mojego „maminego” ciałka.
Przyznaję, że do Tołpy miałam słabość już wcześniej. Jakiś czas temu wymieniłam żel do mycia twarzy z LRP właśnie na ten od Tołpy i przepadłam.
Dodatkowo lubię fakt, że dermokosmetyki od Tołpy są dostępne np w Rossmanie i nie mam większych problemów z ich zakupem, a cena jest znośna i idzie w parze z moim zadowoleniem z zakupu.

Ale wracając do serii Tołpa dermo body, mum…

tołpa kosmetyki dla mam

Tak jak wspomniałam w skład serii dla mam wchodzi siedem kosmetyków, które dbają o każdą partię ciała przyszłej i obecnej mamy. Mamy kosmetyki wspomagające nas w walce z rozstępami, cellulitem, liftingujące biust, ujędrniające strategiczne partie ciała takie jak brzuch, uda i pośladki, służące do mycia i nawilżania w jednym, a także coś co okazało się hitem nad hity w moim przypadku- przynoszące ulgę zmęczonym nogom.
Cały zestaw możecie wraz z przeznaczeniem podejrzeć na ściągawce- grafice jaką dla Was przygotowałam.
Dlaczego balsam nad zmęczone nogi okazał się takim hiciorem? Już mówię. Nie wiem jak Wy, ale ja po całym dniu spacerów, biegania po domu często „nie czuję nóg”. Zwłaszcza teraz latem, kiedy dodatkowo poza czynnikiem fizycznym pt. wysiłek, dochodzi jeszcze jeden czynnik, a mianowicie temperatura. Im cieplej tym moje nogi są bardziej zmęczone. Choć ogólnie nigdy z nimi większego problemu nie miałam. 
W ciąży nie narzekałam na obrzęki, puchnięcie. Sporadycznie przeszył mnie skurcz w łydce i tyle. 
Przez to jednak, że całymi dniami jestem na nogach i nie potrafię usiedzieć w miejscu, wieczorami czuję, że są aż gorące ze zmęczenia i ciężkie jakby były z ołowiu. 
Odkąd mam w domu balsam wystarczy, że pomoczę chwilę nogi w letniej wodzie, a następnie wklepię w nogi.
Ulga jest natychmiastowa, mimo, że producent podaje, iż działanie dostrzegalne jest po około 15 minutach. Początkowo stosowałam tylko na stopy, teraz smaruję nogi aż do kolan, gdyż uczucie po posmarowaniu jest wyjątkowo przyjemne. Na nogach robi się chłodno, jakby ktoś delikatnie polewał je zimną wodą. Efekt utrzymuje się przez chwilę. Chciałoby się powiedzieć „chwilo trwaj”.

Pachnie delikatnie,bardzo ładnie. I co dla mnie najważniejsze, jest bardzo wydajny. Stosuję praktycznie codziennie od około 3 tygodni, a zużyłam około 1/3 opakowania. Do jednorazowej aplikacji spokojnie wystarcza ilość wielkości grochu. Po posmarowaniu wchłania się szybko. 

Gdy tylko zużyję opakowanie na pewno nabędę kolejne. To moje „kosmetyczne odkrycie roku”.   
Kolejny kosmetyk, który skradł moje serducho, a z pewnością przypadłby do gustu nie jednej, nie tylko karmiącej mamie to serum liftingujące biust. Z ręką na sercu, przyznaję, że ani trochę nie wierzyłam w jego cudowne właściwości. Ot pic na wodę, jak to mówią. A zdesperowana kobieta przecież kupi wszystko. Zwłaszcza ta, której ciało po ciąży i porodzie ulega dość znacznym zmianom. Niekoniecznie pozytywnym.
Dla kobiety, która karmi, dbanie o biust to priorytet. A przynajmniej dla tej, której na jego wyglądzie zależy. Poza dobrze dobraną bielizną warto też sięgnąć po kosmetyki, które wspomogą nas w osiągnięciu zadowalających efektów. Gdy piersi są pełne od mleka, wyglądają świetnie. Są jędrne. Jednak, gdy mały ssak je opróżni…no cóż. Nawet małej wielkości biust nie wygląda tak jakbyśmy chciały. 
Producent podaje, że po 10 dniach stosowania (2 x dziennie) widoczne są pierwsze efekty. Ja stosuję serum raz dziennie, głównie wieczorem, gdyż rano najzwyczajniej w świecie brak mi na to czasu. Czy są efekty? Są. Skóra stała się bardziej napięta, nawilżona i jakby bardziej elastyczna. Jestem zadowolona. 
Co jest dla mnie najważniejsze, to fakt, że mojemu dziecku nie przeszkadza zapach serum. Jest równie lekki jak wszystkich kosmetyków z tej serii, powiedziałabym, że dość specyficzny, bardzo naturalny. Wchłania się szybko, nie pozostawia smug, a także nie brudzi ubrania, pomimo swojego koloru o barwie kawy z mlekiem. (z przewagą mleka).

No i bezpiecznie mogę stosować ten kosmetyk przy karmieniu, nie bojąc się ewentualnej toksyczności. 
W całej serii jest jeszcze krem ujędrniający brzuch, uda i pośladki, którym ja osobiście smaruję się cała, gdyż rewelacyjnie nawilża i odżywia moje ciało. Przy tym podoba mi się naturalny, delikatny zapach tego kosmetyku.
Kolorem również przypomina kawę z mlekiem, jednak wchłania się szybko i nie brudzi ubrań w ciągu dnia- dość istotna sprawa. Konsystencja budyniu, zamknięta w dużym pojemniku. Bardzo wydajny, jak wszystkie kosmetyki z serii. Stosuję od 3 tygodni na całe ciało, a ilość jaka ubyła jest znikoma. 

Olejek do mycia i kąpieli 4w1 to kolejna propozycja dla mam. Ja osobiście stosuję go wieczorem do oczyszczania buzi tzw metodą OCM, czyli za pomocą olejów. Pisałam o tym już wcześniej TU. Do tej pory stosowałam połączenie oliwy i oleju migdałowego, jednak propozycja Tołpy jest równie skuteczna. Olejek po połączeniu z wodą i po roztarciu na twarzy zamienia się w białą „pianę” dzięki, której widać, jakie partie twarzy poddaliśmy oczyszczeniu. Skóra po takim zabiegu jest gładka i dobrze oczyszczona.
Olejek można też dodać do kąpieli, dzięki czemu po wyjściu z wody nasze ciało będzie wystarczająco nawilżone i możemy sobie odpuścić już nakładanie balsamu. Polecam szczególnie osobom o bardzo suchej skórze.
Nie stosowałam jeszcze balsamu antycellulitowego, a także preparatów do walki z rozstępami. Z tymi ostatnimi nie mam większych problemów, więc zastanawiam się czy nie sprezentować ich komuś, kto naprawdę ich będzie potrzebował. 

Na koniec chciałam jeszcze dodać, że kosmetyki schowane są w kartonowych pudełeczkach, na których znajdują się informacje dotyczące tego jak zmienia się skóra kobiety w trakcie ciąży, a także po porodzie. A także słów kilka o tym jak ją pielęgnować w domu, ale także jakim zabiegom mogą poddać się kobiety ciężarne podczas wizyty w gabinecie kosmetycznym. Pomysł wg mnie- bardzo ciekawy! 
Z czystym sumieniem mogę polecić te kosmetyki (przynajmniej te, które stosowałam, ale wierzę, że i pozostałe są godne uwagi) wszystkim przyszłym i obecnym mamom. 
Na mojej półce zagoszczą na długo 🙂

Kąpiel niemowlaka

Jeszcze będąc w ciąży, przyszła kąpiel maluszka zaprzątała moje myśli. Niepojętym było dla mnie, jak można takiego okruszka wykąpać bez tych wszystkich wkładek i bajerów. 
Na szkole rodzenia położna pokazywała, co prawda na lalce, co i jak, jednak nowa wiedza wcale nie sprawiła, że poczułam się pewniejsza. 
Przyszedł moment w kompletowaniu wyprawki, kiedy to dotarłam do punktu „Kąpiel”. Na liście poza wanienką, rzecz jasna miałam wypisane akcesoria takie jak wkładka- leżaczek do wanienki, stelaż, ręcznik, myjka, płyn do mycia ciałka i włosków, emolient, różne waciki, miseczki, cuda wianki. Mniej lub bardziej potrzebne. Na liście pod spisem, pogrubiona dość pokaźna sumka.

Na szczęście opamiętanie przyszło dość szybko. A właściwie zdrowy umiar zachował mój mąż i przy okazji wizyty w Ikea podjął za mnie jakże szybką decyzję zakupu wanienki.

Tym samym znikł problem, czy kupić większą (mimo małej łazienki), czy z zamontowanym leżaczkiem i innymi bajerami typu odpływ wody czy wbudowany termometr, a może składaną. Kupiliśmy najzwyklejszą z możliwych (co prawda z przyklejonymi na dnie antypoślizgowymi paskami, za sumę około 20 zł. Przyrównując do mojego pierwszego wyboru zaoszczędziłam jakieś 80zł.
I wiecie co? Służy nam do tej pory, mimo, że Mateusz już dawno z niej wyrósł. Teraz po prostu w niej siedzi. 
Wiem, że producenci kuszą z każdej strony, a na rynku pojawiają się mega wypaśne bajery. Kobiety w ciąży, zwłaszcza pierwszej rzadko kiedy potrafią przejść obojętnie koło czegoś co ma służyć maleństwu. A Firmy tylko na to czekają, na tym przecież opiera się rynek i prawo popytu i podaży. 
Droga przyszła mamo, jeśli czytasz ten wpis i rozmyślasz nad kupnem drogiej wanienki, ale żal Ci pieniążków, bo wolałabyś przeznaczyć je na coś innego to kup tańszą. W niej także z powodzeniem wykąpiesz dzidziusia. Oczywiście nikomu nie zabraniam kupna designerskich wanienek. Fajne są, też mi się podobają. Mój post ma jednak w zamyśle poddanie kilku oczywistych faktów, dzięki którym ostateczna suma wyprawki kąpielowej nie przyprawi o zawał serca węża w kieszeni.
Poza wspomnianą wanienką, nie kupiliśmy do niej żadnej wkładki czy też leżaczka. Bardzo długo zastanawiałam się nad takim rozwiązaniem. Pojawił się jednak dylemat czy wziąć plastikową, która wydawała mi się za twarda dla noworodka, czy też materiałową lub z gąbki. Mięciutką, ale jednak siedlisko bakterii. 
Zastanawiałam się, aż urodziłam. Potem, gdy już byliśmy w domu, na drugi dzień przyszła położna i pokazała mężowi jak kąpać Mateuszka. 
Zamiast wkładek wystarczyła najzwyklejsza pieluszka tetrowa,z której zresztą mąż po jakiś 2 tygodniach kąpieli małego zrezygnował. 
Tym sposobem zaoszczędziłam kolejne ok. 20zł.
Stelaż do wanienki.. tu nie będę się spierać. Na pewno w kwestii wygody się sprawdza. Ja nie kupiłam. Początkowo, przez jakiś tydzień, kąpaliśmy Mateusza w pokoju, a wanienka stała na ławie. Na stole obok, rozkładałam przewijak z całym majdanem kąpielowym. Po kąpieli mąż przekładał Matiego na przewijak i dalej radziłam sobie sama. Dużo było z tym zachodu. 
Nalewanie wody, przenoszenie wanienki do pokoju, rozkładanie tego wszystkiego itd. Aż któregoś dnia tak się złożyło, że męża nie było w domu i musiałam ja wykapać Mateuszka. Oczywiście niecałe 2 tygodnie po porodzie noszenie wanienki napełnionej wodą nie wchodziło w grę. Zdecydowałam się wykąpać dziecko w łazience. Ustawiłam wanienkę w naszej wannie, przykucnęłam z boku i wykąpałam. Bez większego problemu. Od tamtej pory kąpiemy tylko w ten sposób. Także nawet gdybym posiadała stelaż pewnie i tak zagrzałby miejsce za zasłoną w pokoju, bo nie chciałoby nam się rozkładać i bawić w wielkie przygotowania. Około 60zł moje.
Termometr. Ani razu nie użyliśmy termometru, żeby sprawdzić temperaturę wody. Położna powiedziała do męża- ma być ani ciepła, ani zimna, ma być w sam raz. Rozumiecie? No, to możecie schować do portfela kolejne 10zł. 
Mydełko, szampon do włosów, żel do kąpieli. Dokupię jeszcze emolient. Hmm czy aby na pewno mam wszystko?
Drogie mamusie. Spokojnie. Wystarczy sam żel do kąpieli, taki 2 w 1, do ciałka i włosów. Cała reszta niech zostanie na półce sklepowej. Emolient kupisz jeśli faktycznie zajdzie potrzeba. Tym samym zaoszczędzicie jakieś 30-50zł. Sporo, prawda?
Od siebie dodam jeszcze jedno, kupując żel do kąpieli wybierzcie ten, który posiada pojemnik zaopatrzony w dozownik. Trzymając dziecko jedną rękę pod główką dużo łatwiej wycisnąć kosmetyk niż z takiego klasycznego pojemnika. 
I na koniec myjka. Jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami dwóch, ślicznych myjek. Nie używamy. Mąż stwierdził, że łatwiej mu się myje Mateuszka, zwłaszcza pod paszkami, w zakamarkach w szyi gołą ręką. Ja również pewniej się czuję bez rękawicy. Wiem jednak, że sporo mam używa i sobie chwali.
Koszt ok. 15 zł. Nie wpisuję w oszczędności, bo zakupiłam, ale warto się zastanowić.
Patrząc na ten wpis szybko można policzyć, że zaoszczędziłam jakieś 200 zł. To naprawdę sporo jeśli chodzi o wydatki jakie ponosimy przy kompletowaniu wyprawki.

Szkoda, że w innych punktach na liście wyprawkowej nie podejmowałam decyzji równie racjonalnie. Jak to mówią jednak.. człowiek uczy się na błędach. Również cudzych. A więc, miłej nauki moje drogie mamusie.

Ps. Równie mocno, jak o kąpiel, obawiałam się kwestii pępuszkowych. Bałam się zamoczenia itp. Niepotrzebnie. Jeśli zmoczymy kikut pępowinowy nic złego się nie stanie, także kąpmy maluszka bez obaw. Po kąpieli po prostu delikatnie wycieramy wodę wokół kikutka.

Urodowe triki

Podczas ciąży wyglądałam kwitnąco. Włosy były gęste i błyszczące, po raz pierwszy bez problemu zapuściłam długie paznokcie, których utrzymanie nie wymagało żadnych zabiegów. Stan mojej cery również był bez zarzutu, przez 9 miesięcy na twarzy pojawił się może jeden wyprysk. 
Dzięki temu czułam się wyjątkowo kobieco.
Nawet dodatkowe kilogramy pojawiające się na wadze nie burzyły mojego doskonałego samopoczucia. 
Niestety taka idylla nie trwa wiecznie. 
Paznokcie zrobiły się łamliwe już pod koniec ciąży. 
Nie zmartwiłam się tym bardzo, bo przecież długie paznokcie to ostatnia rzecz potrzebna do opieki nad malutkim dzieciątkiem.
Jednak wraz z upływającym czasem od porodu pojawiały się nowe niedogodności.
 Tuż przed zakończeniem połogu moja skóra zaczęła wołać o pomoc. 
Stała się sucha i szorstka. Najpierw na dłoniach (co początkowo brałam za efekt zapominania rękawiczek), a następnie na stopach. Balsam działał przez około 5 minut. 
Przy dziecku ręce myje się zdecydowanie częściej niż zwykle, a mydło jednak swoje robi…
Najlepiej miała się skóra w okolicy brzucha, oczywiście biorąc pod uwagę stan jej nawodnienia. 
Bo jędrność i elastyczność to słowa, którym daleko było do po-ciążowej oponki.
W około 12 tygodni po porodzie zaczęło się z włosami. 
Wypadały na potęgę. Każde czesanie to duża kępka włosów. 
 Sucha skóra i wypadające włosy tak jak u każdej kobiety po porodzie to efekt hormonalnej burzy jaka zachodzi w organizmie. W moim przypadku doszła jeszcze anemia, która przyczynia się do takich efektów.
Potrzeba matką wynalazków, prawda?
Najpierw znalazłam sposób na suchość skóry.

Kilka tygodni przed porodem zakupiłam butlę olejku migdałowego, który miał mi służyć do masażu krocza przed porodem. 
Z masowania nici wyszły, po tym jak moja ginekolog oznajmiła mi, że szyjka zgładzona i w żadnym wypadku mam nie „majstrować” przy niej.
Butla olejku została, więc schowana na lepsze czasy. 
I tak robiąc porządki natknęłam się na nią. 
Pogrzebałam w internecie próbując znaleźć inne zastosowanie poza masażem.
Okazało się, że olejek ten jak i większość innych ma swoje wspaniałe właściwości. 
Włoszki np. nacierają się nim od stóp do głowy.
Ja postanowiłam dodawać po kilka kropel do każdej kąpieli.
Po pierwszym takim zabiegu wyszłam z wanny jak zaczarowana. Moja skóra była nawilżona, pokryta lekką warstwą olejku, ale nie tłusta. Wiedziałam, że to strzał w przysłowiową „dziesiątkę”.
Teraz olejek migdałowy dodaję także od czasu do czasu do wanienki podczas kąpieli Mateuszka.
Działa na zasadzie emolientu. Naturalnego emolientu. 
Nie muszę już stosować balsamu do ciała, a skóra jest miękka i miła w dotyku. 
Olejek migdałowy przydał mi się też w przypadku oczyszczania buzi z codziennej porcji zanieczyszczeń i makijażu. 
Przypadkiem natknęłam się na youtube na OCM, czyli Oil Cleansing Method
O tym, co to jest oraz jak się zabrać za takie oczyszczanie możecie się dowiedzieć oglądając filmik. 
Ja osobiście mieszam oliwę z oliwek właśnie z olejkiem migdałowym w proporcji 3:1.
Według mnie metoda ta jest rewelacyjna. Skóra jest naprawdę ładnie oczyszczona, a do tego doskonale nawilżona. 
Stosuję co wieczór i już widzę pierwsze efekty w postaci ładnie zwężonych porów. 
Gorąco polecam!
Po takim oczyszczaniu na buzię nakładam masło Shea. 
Zresztą nie tylko na buzię, ale i na całe ciało.
A teraz rzecz o wypadających włosach. 
Jedna z mam blogerek poleciła mi szampon wzmacniający z Apteczki Babuni
Ja swój szampon, a także odżywkę kupiłam w Rossmannie, w troszkę innej buteleczce, bo białej. 
Za zestaw zapłaciłam około 17zł. 
Przyznaję z ręką na sercu, że już po pierwszym użyciu włosy zrobiły się miększe.
Dodatkowo raz w tygodniu nakładam na nie odżywkę z Alterry, którą również kupiłam w Rossmannie (ok. 8zł).
Do kupna zachęcił mnie bardzo dobry skład (wg opinii znalezionych na internecie, bo osobiście niestety się na tym nie znam), a także słowa mam o jej zaletach. 
I rzeczywiście maska jest bardzo fajna. Włosy są nawilżone i „śliskie” co ułatwia rozczesywanie. 
Moje włosy zawsze były gęste i grube. W dotyku twarde. 
Teraz są jednym słowem miłe.
W dodatku ładnie błyszczą. 
Czy dzięki tym kosmetykom wypadają mniej? 
Hmm.
Wypadają mniej, ale nie jestem pewna czy to ich zasługa, gdyż ostatnio przeszły spory lifting pod nożyczkami mojej koleżanki. 
Przede wszystkim skróciłam je blisko o połowę, tym samym pozbywając się w całości pozostałości farby sprzed roku. Teraz mam na głowie swoje naturalne włosy i gdzieniegdzie delikatne jaśniejsze pasma.
Dodatkowo włosy zostały wycieniowane i zdegażowane.  
Szczotka sunie po nich gładko i tym samym nie wyciągam z niej całego kłębka włosów. 
Dodatkowo na końce nakładam masło Shea
Masło Shea stosuję też jako naturalny filtr na buzię dla Matiego. 
Nie kupiłam jeszcze odpowiedniego filtru na lato, a wyczytałam, że masełko posiada właśnie takie właściwości.
Ale wracając do problemu z włosami.
Teraz włosy wypadają w porównywalnej ilości jak przed ciążą. 
Czyli jest dobrze.
Wiem, że wypadać muszą. Te, które nie wypadły podczas ciąży oraz te na bieżąco.
Na pewno zabieg fryzjerski w postaci cięcia oraz moje wysyłki w domu przyniosły pierwsze efekty. 
Zwłaszcza w porównaniu z tym co było jeszcze miesiąc temu, kiedy to wszędzie natykałam się na swoje włosy.
Mam nadzieję, że taki efekt utrzyma się długo dłużej. 
Ps. W Rossmannie znalazłam również BB krem Alterry o właściwościach brązujących (w nawiązaniu do posta, w którym poszukiwałam czegoś na moją bladość). 
Ma bardzo fajny zapach i eko skład.
Trochę ciężko się rozprowadza, bo szybko się wchłania. 
I jest dla mnie odrobinę za ciemny, ale myślę, że na wakacje będzie idealny- zamiast podkładu.

Koszt ok. 8zł.

Hello! Kity czy kosmetyczne hity?

Dziewczyny, przede wszystkim chciałabym Wam gorąco podziękować za życzenia.
Jeszcze chyba nigdy, w całym moim życiu nie usłyszałam tylu miłych słów z tej okazji.
Jesteście kochane!
Dzisiejszy dzień upływa nam leniuchowo-spacerowo. 
Kolejny dzień wyjrzało słonko, więc korzystamy i krążymy po osiedlu. 
Byliśmy nawet na poczcie- o tym, co ciekawego na nas czekało będzie wkrótce 🙂
Mati cały spacer przespał oczywiście.
Jednak od rana był troszkę marudny- obawiam się, że to wina wczorajszego świętowania.
Skusiłam się na małego rożka z marmoladą. 
Dopiero dziś do mnie dotarło,że one pewnie smażone są na głębokim tłuszczu jak faworki.
Mądra matka po szkodzie..

Chciałam dziś wspomnieć troszkę o kosmetykach.
A właściwie dokonać pewnej weryfikacji, bo będąc w ciąży sporo rzeczy lądowało w Matiego wyprawce, a czy ich używamy na codzień…?
Zanim napiszę o kosmetykach kilka słów na temat chusteczek nawilżanych. 
Przez te prawie 4 tygodnie już troszkę ich zużyliśmy i zdążyłam sobie wyrobić na ich temat zdanie.
A tym samym znalazłam te, które mi najbardziej odpowiadają.
Podkreślam jednak, że jest to tylko i wyłącznie moja opinia bazująca na guście i upodobaniach.
Dodaję też, że żaden z wymienionych producentów nie jest sponsorem dzisiejszej notki 😉
Na zdjęciu same chusteczki marki Pampers, bo tylko takie akurat posiadam w domu. 
Używaliśmy jednak także Cleanic Kindi (niebieskie), Huggies oraz Dada Lawendowe. 
Może najpierw o nich, a potem o chustkach Pampers.
Z tych trzech najbardziej pod względem zapachu podeszły mi Dady. Huggies pachną sztucznie, używałam ich w szpitalu i szału nie robiły. Cleanic może i są ok, ale niestety każdej zimy używaliśmy ich z mężem do wycierania Szelmie łapek z soli gdy wracała ze spacerów. W ten sposób zapach utrwalił mi się w głowie jako skojarzenie z psem, a nie z dzidziusiem.. Dady mają ładny zapach, może zbyt intensywny, ale niespecjalnie mi przeszkadza. Denerwują mnie za to 2 rzeczy w Dadach, a mianowicie: ciągną się jak taśmociąg, czyli nie wychodzi 1 a 3 szt. (choć w Cleanicach jest ten sam problem) oraz co jest chyba najgorsze są okropnie mokre. Efekt jest taki, że przy próbie wytarcia Mateuszowej pupki, mój syn zaczyna taki koncert, że słyszy go chyba pół osiedla. Zauważyłam tendencję, im bardziej mokre chusteczki, tym bardziej zimne. A im zimniejsze, tym większy krzyk…
No, to teraz Pampers.
W szpitalu otrzymałam tzw. „niebieskie pudełko”, w którym była malutka paczuszka chusteczek Pampers sensitive. Przypadły mi do gustu od pierwszego użycia. Są bezzapachowe, idealnej wielkości i wilgotności.
 W efekcie, będąc w tesco rzuciłam się na promocję i kupiłam 4-pak za 19 zł. 
Jeszcze będąc w ciąży zakupiłam podobny 4-pak,tylko Pampers naturally clean (pomarańczowe). 
Te są o zapachu rumianku i są troszkę mniejsze od tych białych. Zużyłam na razie 1 opakowanie, jednak sensitive bardziej podbiły moje serce. 
No i na koniec Pampers Baby Fresh. 
Kupiłam przypadkiem, korzystając z promocji w Rossmann, gdzie przy zakupie pieluch, chusteczki można było otrzymać za 50% ich ceny. 
Mój hit! A dlaczego?
Zapach,…
Taki, który od razu przywołuje na myśl woń, którą się czuje wąchając główkę małego dziecka.
I co z tego, że potrafią się wyciągać po 3 na raz. 
Nawilżone są za to w sam raz, wielkość też ok.
Co do składu wszystkich chusteczek, nie znam się na tych parabenach i innych chemicznych dodatkach, więc możliwe, że mój wybór nie jest najlepszy. Nie analizowałam szczegółowo składu..
Moje dziecko na szczęście nie wykazuje alergii, więc nie zawracam sobie tym zbytnio głowy. 
Najważniejsze, że chusteczki nie zawierają alkoholu. 
Kremy. Te do pupy i do buzi.
 Do pupy na zmianę. Raz Hipp, raz Bepanthen. Czasem Sudocrem. 
Odparzeń nie ma i nie było, więc ciężko mi się wypowiedzieć.
Używamy jednak na codzień i mogę powiedzieć, że dobrze się rozprowadzają. 
Sudocrem, gdy byliśmy w szpitalu świetnie zagoił Mateuszkowi tzw. pokrzywkę, która się pojawiła na 2 dzień po porodzie. Skwar był niesamowity (jak to na salach poporodowych) i wszystkie dzieciaki były łaciate. 
Do smarowania buźki i ciałka na codzień używamy Hipp’a. Pachnie wspaniale, dobrze się wchłania. 
Mam zamiar kupić na zapas, bo i ja i mąż się pod ten krem czasem podłączamy 🙂
Mamy jeszcze balsam, który pachnie równie obłędnie, ale póki co na razie stosujemy krem.
I na koniec Rossmannowy Babydream na wiatr i niepogodę. 
Tłusty (taki musi być), o troszkę dziwnym jak dla mnie zapachu.
Wchłania się natomiast idealnie, pozostawiając skórę bardzo miłą w dotyku.
Buzia gładziutka, policzki i nochalek pod ochroną.
Po spacerku mój smyk nie wygląda jak Rudolf z czerwonym noskiem 🙂
I jeszcze coś dla mamy.
Żel do mycia ciała i włosków dla dzieci Sanoflore- zakupiony gdy byłam w ciąży, oczywiście z myślą o moim maluszku. Jednak po zakupie okazało się, że do stosowania od 1 miesiąca życia. 
Stwierdziłam, że przetestuję na sobie, a najwyżej małemu kupię nowy. 
I tak też będę musiała zrobić. Zakochałam się. 
Używam do zmywania makijażu- skóra pozostaje nawilżona i w efekcie nie musiałabym już dawać kremu na noc. To samo ciało, mogłabym zapomnieć o istnieniu balsamów. 
Wydajny, o bardzo przyjemnym i delikatnym zapachu porzeczek. 
Z serii jeszcze jest krem dla dzieci oraz olejek do masażu stref wrażliwych dla mam.
Zastanawiam się nad olejkiem.
Chciałabym doprowadzić do stanu sprzed ciąży moje ciałko 🙂 
Czy któraś z Was go może używała i powie coś na temat jego działania? 
Wydatek dość spory jak na olejek, a nie chcę wyrzucić pieniędzy w błoto.
I jeszcze balsam Pat&Rub. 
Wiele razy będąc w Sephorze kręciłam się koło kosmetyków tej firmy.
Co tu ukrywać kusiła mnie chęć wypróbowania produktów Kingi Rusin, jednak cena skutecznie odstraszała.
Balsam udało mi się wygrać w konkursie. 
Niewiele mogę powiedzieć nt działania, rozstępy w ciąży mi nie wyszły, ale to nie zasługa balsamu, gdyż zaczęłam go używać tuż przed rozwiązaniem. 
Dobrze się wchłania, skóra jest fajnie ujędrniona i nawilżona.
100% składników naturalnych- super.
Jest tylko jedno „ale”. 
A mianowicie zapach.
Lubię jak coś ładnie pachnie.
A ten śmierdzi. Jak stare skarpetki.
Przy pierwszym użyciu, ale także później, gdy wywietrzeje.
I to mnie skutecznie odstrasza od niego.
Nie wiem jak inne kosmetyki tej firmy.
Zastanawiałam się swego czasu nad zakupem tych z linii dla dzieci.
Jednak jeśli śmierdzą tak jak ten balsam to jednak podziękuję.
Macie jakieś doświadczenie z kosmetykami tej firmy jeśli chodzi o produkty dla maluchów?